Kalendarz FIS, federacji zajmującej się narciarstwem biegowym, zakłada trzy Puchary Świata. Federacja biathlonowa IBU również zaplanowała trzy Puchary. Pierwsza z połączonych imprez narciarsko biathlonowych odbyła się już w kanadyjskim Canmore, małym mieście pośród pięknych gór. Występ rozpoczynający sezon 2025/2026 Piotr Garbowski ukrasił brązowym medalem.
Okres przygotowawczy dla narciarzy i biathlonistów ZKF „Olimp” był udany. Od maja do listopada odbyliśmy wiele zgrupowań i konsultacji. Większość obozów przeprowadziliśmy w Polsce. Trenowaliśmy nad morzem, w Karkonoszach, pod Tatrami, a nawet wysoko w górach. Dwa zgrupowania odbyły się za granicą. W październiku byliśmy w Oberhofie, by ćwiczyć w tunelu śnieżnym, natomiast w listopadzie przenieśliśmy się do włoskiego Livigno, gdzie mieliśmy już do dyspozycji trasy naturalne. Wszyscy cali, zdrowi i bez większych kontuzji przetrenowali fazę przygotowawczą. Okres startowy, a tak naprawdę sezon paralimpijski już się rozpędza.
Od lewej: Piotr Mika, Jakub Twardowski, Piotr Garbowski, Michał Lańda
Ostatnie zgrupowanie odbyliśmy w Zakopanem pod koniec listopada i prosto stamtąd 1 grudnia udaliśmy się wraz z Piotrem Garbowskim, Michałem Lańdą oraz fizjoterapeutą Piotrem Miką do Kanady. Ponieważ w pierwszy weekend grudnia były zaplanowane starty w PŚ w biegach narciarskich, nasi biathloniści Paweł Gil oraz Błażej Bieńko mieli dolecieć na miejsce dopiero 7 grudnia na starty w biathlonie. Nasza podróż trwała ponad 24 godziny, ale finalnie bez większych problemów dolecieliśmy do Kanady. Różnica czasowa wynosi 8 godzin względem czasu polskiego. Mieliśmy trzy doby na adaptację.
Pierwsze dwa dni poświęciliśmy na treningi, testy nart, struktur i smarów. Trasy znaliśmy świetnie (to właśnie do Canmore osiem lat temu pojechałem na pierwszy Puchar Świata z Piotrem Garbowskim). Zima była na całego, mocny mróz nie odpuszczał, a nas w czwartek 4 grudnia czekał bieg interwałowy na 10 km stylem klasycznym. Piotr był zdrowy, czuł się świetnie i tego dnia podczas inauguracji Pucharu Świata zajął wyśmienite 3. miejsce. Wygrał Szwed Sebastian Modin z czasem lepszym o zaledwie 23 sekundy, a drugie miejsce zajął Norweg Tomas Oxal, do którego nasz reprezentant stracił 15 sekund. Był to życiowy wynik Piotra na tym dystansie.
Piątek był dniem wolnym, a w weekend czekały nas kolejne starty. W sobotę ścigaliśmy się w sprincie stylem dowolnym na 1,5 km. Piotr zajął w tym biegu 7. miejsce. Tym razem na najwyższym stopniu podium stanął zawodnik z Niemiec Lennart Wolkert. Na niedzielę przewidziany był bieg na 10 km stylem klasycznym ze startu wspólnego. Piotr zajął dobre 6. miejsce z bardzo małą stratą czasową do zwycięzcy. Po pierwszej edycji PŚ nasz zawodnik zajmował 3. miejsce w klasyfikacji generalnej.
W zaplanowanym dniu dołączyli do nas Błażej Bieńko i Paweł Gil. Ich podróż była jeszcze dłuższa, zajęła im ponad 30 godzin z powodu problemów na lotnisku. Tak samo jak w przypadku Piotra zawodnicy mieli trzy dni na aklimatyzację. W planie IBU przewidziane były trzy biathlonowe konkurencje. W czwartek sportowcy rywalizowali w sprincie na 7,5 km z dwoma strzelaniami. Paweł Gil zajął 10. miejsce (dwa niecelne strzały), a Błażej Bieńko był 13. (cztery niecelne strzały). Za każdy nieudany strzał zawodnik musiał przebiec karne okrążenie o długości 150 m. Wygrał reprezentant Ukrainy Anatolii Kovalevskiy, który nie chybił ani razu. Biathloniści podczas tego biegu mieli mróz sięgający minus 17 stopni Celsjusza. W takich warunkach często zdarzają się odmrożenia palców, dłonie grabieją i trudniej o dobrą celność.
Piotr Garbowski na podium Pucharu Świata Canmore 2025. Fot. Jordan Stephen, FIS
Kolejny start czekał zawodników w sobotę. Był to sprint pursuit. Bieg ten dzieli się na dwa etapy, eliminacje oraz finał. Uczestnicy biegną trzy pętle po 1,5 km, na strzelnicy meldują się dwukrotnie. Za każdy niecelny strzał dopisuje się do czasu biegu 20 sekund kary. Po eliminacjach i dwugodzinnej przerwie wszyscy biegną finał. Zawodnicy mają na koncie wynik z eliminacji, każdy startuje z taką stratą, jaką zanotował. W biathlonie pełnosprawnych nazywa się to biegiem na dochodzenie. Uczestnicy finału biegają na takiej samej pętli i tak samo meldują się dwa razy na strzelnicy. Od eliminacji różni się to tym, że za niecelny strzał biega się karną rundę. Efekt jest taki, że w sytuacji, gdy po eliminacjach są małe różnice czasowe, zawody stają się bardzo widowiskowe i emocjonujące. Nasi biathloniści zajęli odpowiednio Paweł Gil 9. miejsce, a Błażej Bieńko 10. miejsce. Wyścig wygrał zawodnik z Ukrainy Kazik Oleksandr.
Konkurencją na zakończenie Pucharu Świata był niedzielny bieg na 12,5 km. To rywalizacja, w której uczestnicy meldują się cztery razy na strzelnicy. Za każdy niecelny strzał zawodnik dostaje 1 minutę kary, którą dopisuje się do wyniku końcowego. Jeśli np. startujący przebiegnie 10 km w 30 minut i „ustrzeli” osiem kar, to jego finalny czas na mecie wynosi 38 minut. Błażej Bieńko zajął 7. miejsce z trzema niecelnymi strzałami, a Paweł Gil miejsce 9. z czterema niecelnymi strzałami. Wygrał reprezentant Niemiec Volkert Lennart.
Kolejny etap Pucharu Świata − właśnie w Niemczech.
11 listopada 2019 roku został oficjalnie zniesiony obowiązek wizowy dla Polaków odwiedzających USA. Otworzyło to szerzej drzwi turystyce, a z naszej, sportowej perspektywy − ułatwiło uczestnictwo w zawodach za Atlantykiem. Z tej właśnie możliwości postanowiliśmy skorzystać pod koniec 2025 roku, by wziąć udział w międzynarodowych zawodach Pucharu Świata US Open 2025, które uznaje się jednocześnie za mistrzostwa Stanów Zjednoczonych.
Po kilku tygodniach, a nawet miesiącach przygotowań 19 listopada zameldowaliśmy się na Lotnisku Chopina w Warszawie, aby po odprawie bagażowej i weryfikacji formularzy ESTA zająć miejsca na pokładzie należącego do PLL LOT Boeinga 787-9 Dreamlinera. Zakup biletów w klasie ekonomicznej, z odpowiednim wyprzedzeniem, zapewnił nam rozsądny koszt podróży. Naszym celem było Miami na słonecznej Florydzie. [Pod artykułem zamieszczamy kody QR odnoszące do relacji filmowych z wyprawy − przyp. red.].
„Jedyne” jedenaście godzin w powietrzu i... lądowanie na lotnisku międzynarodowym w Miami (czas cofa się tu względem polskiego o sześć godzin). Po około dwudziestu minutach marszu, z krótką podróżą małym autonomicznym pociągiem, trafiliśmy na blisko trzy godziny do kolejki do odprawy paszportowej, gdzie finalnie powitał nas serdecznie z typowym amerykańskim luzem oficer Carter Smith. Na lotnisku czekał już na naszą grupę (niestety dość długo) pastor Claude Bouloute, członek i zawodnik amerykańskiej federacji ICAONA, który zaoferował pomoc w dotarciu do hotelu. Dojechaliśmy tam około północy czasu lokalnego. Niektórzy nie spali od ponad 30 godzin, podróż była długa i wyczerpująca, położyliśmy się więc spać, by z powodu jet lagu obudzić się jeszcze przed świtem.
Aklimatyzujemy się i zwiedzamy Miami Beach
Około szóstej trzydzieści zaczęło nad miastem wschodzić słońce, a za oknem ukazał się widok, który dotąd skrywał przed nami mrok nocy – piękna, szeroka, piaszczysta plaża Miami Beach, o którą leniwie rozbijały się fale Atlantyku. Lokalizacja naszego hotelu Best Western Atlantic Beach Resort przy głównej ulicy Collins Avenue, a przede wszystkim tuż przy samej plaży, bardzo uatrakcyjniła naszą wyprawę. Jako goście mogliśmy korzystać z leżaków i parasoli na prywatnym wycinku plaży oraz z hotelowego basenu. Śniadania – jedyny posiłek zapewniony w ramach pobytu – były skromniejsze niż serwowane w hotelach w Polsce, ale w pełni wystarczające. Napoje podawała obsługa, co wymogło przeprowadzenie krótkiego kursu angielskiego, aby każdy mógł poprosić o to, na co ma ochotę. Warto podkreślić, że mimo świetnej lokalizacji hotelu koszty pobytu nie były wyższe niż te, które zwykle ponosimy podczas europejskich turniejów.
Dzień aklimatyzacji – krótki, zważywszy na dużą różnicę czasu – przeznaczyliśmy na wycieczkę. Z Mid Beach (Plaży Środkowej, na wysokości której znajdował się nasz hotel) udaliśmy się w kierunku South Beach, najbardziej znanej części Miami Beach. Co ciekawe, czego sam wcześniej nie wiedziałem, Miami Beach jest osobnym miastem zamieszkiwanym przez około 87 tysięcy osób, podczas gdy aglomeracja Miami liczy ponad 5 milionów mieszkańców. Na południe pojechaliśmy bezpłatną lokalną komunikacją – klimatycznym autobusikiem Miami Beach Trolley. Spacerowaliśmy ulicą Lincoln Road, pełną sklepów i kawiarni, a następnie Ocean Drive – wizytówką Miami, ponad dwukilometrową ulicą, wyjątkową dzięki zabudowie w stylu art déco z lat 20. i 30. XX wieku. Na koniec wsiedliśmy do liniowego autobusu i przejechaliśmy na kontynent, do właściwego Miami. Krótki spacer u stóp wieżowców zakończyliśmy w Bayside Market, malowniczym porcie z licznymi sklepami i restauracjami, po czym wróciliśmy do hotelu, by czekać na rozpoczęcie rozgrywek.
Na liście startowej znalazło się 29 zawodników z pięciu federacji oraz kilku graczy niezrzeszonych. Oprócz Polaków i licznej reprezentacji gospodarzy wystąpili także zawodnicy z Trynidadu i Tobago, Dominikany oraz Haiti. Organizatorem turnieju była federacja ICAONA z Lyublyaną Turiy na czele, która na początku października, podczas kongresu Światowej Federacji Warcabowej (FMJD) w Turcji, została powołana na stanowisko dyrektora turniejowego w nowym zarządzie światowych władz. Lyublyanie należą się ogromne słowa wdzięczności, ponieważ dołożyła wszelkich starań, aby zapewnić naszym zawodnikom jak najlepsze warunki gry. Krótko mówiąc – czuliśmy, że naprawdę znakomicie o nas zadbano.
Partia Andrzej Jagieła – Jean Joseph Fleurime, jedna z wygranych przez naszego zawodnika
Z przekazanych nam przez organizatorów informacji wynika, że na Florydzie warcaby wśród osób słabowidzących i niewidomych były niegdyś bardzo popularne, lecz w ostatnich latach ta aktywność wyraźnie przygasła. Mam zatem nadzieję, że nasza obecność na tym turnieju będzie impulsem do ponownej aktywizacji niewidomych warcabistów z USA i pokaże im, że osoby z niepełnosprawnościami mogą bez przeszkód uczestniczyć w zawodach rozgrywanych nawet bardzo daleko, za oceanem. Same warcaby cieszą się w Stanach Zjednoczonych ogromną popularnością – grają w nie miliony osób, głównie w odmianę amerykańską, czyli checkers, rozgrywaną na 64 polach. Z kolei znana u nas „stupolówka” stopniowo zyskuje w USA coraz większe grono sympatyków dzięki inicjatywom emigrantów z Europy i Ameryki Łacińskiej.
Stowarzyszenie „Cross” w turnieju klasycznym (80 minut plus 1 minuta za ruch) reprezentowali: Leszek Stefanek, Andrzej Jagieła, Mieczysław Kaciotys, Ewa Wieczorek, Barbara Wójcik oraz Dorota Szela. Do rozegrania było dziewięć rund systemem szwajcarskim (dystans wydłużono ponad planowane osiem partii). Już od samego początku organizatorzy i pozostali uczestnicy zwracali uwagę na naszą świetną prezentację: eleganckie stroje reprezentacyjne, ustawiane na stolikach biało-czerwone flagi, a także drobne upominki w postaci magnesów z polską flagą, które zawodnicy wręczali swoim przeciwnikom.
Turniej rozpoczęły i zakończyły rozgrywki w tempie przyspieszonym, zbyt szybkim dla zawodników z niepełnosprawnością wzroku. Ja jednak zdecydowałem się w nich wystartować i zanotowałem bardzo dobre wyniki przeciwko solidnym rywalom o znacznie wyższych rankingach. Ostatecznie w turnieju rapid (15 minut plus 5 sekund za ruch) zająłem drugą lokatę, a w blitzu (5 minut plus 3 sekundy za ruch) miejsce trzecie, więc przywiozłem do domu dwie statuetki.
Nasi zawodnicy w turnieju głównym spisywali się bardzo dobrze. Szczególnie Leszek Stefanek przez długi czas radził sobie znakomicie, utrzymując się w pierwszej dziesiątce jeszcze po szóstej rundzie. Niestety, seria porażek w końcówce zepchnęła go na niższe miejsce w tabeli. Najlepszym reprezentantem Polski okazał się ostatecznie Andrzej Jagieła, który przy bilansie trzech zwycięstw, trzech remisów i trzech porażek zdobył 9 p. (połowę puli), co dało mu 16. miejsce. Leszek Stefanek, z dorobkiem 7 p. (dwa zwycięstwa, trzy remisy, cztery porażki), ukończył zmagania na 21. pozycji, natomiast Mieczysław Kaciotys – również z 7 p. (trzy zwycięstwa, jeden remis, pięć porażek) – uplasował się na miejscu 25.
Ewa Wieczorek z trofeum za 2. miejsce wśród kobiet i Rudi Azimullah, prezydent ICAONA
Miło będą wspominać wyjazd do Stanów Zjednoczonych także nasze panie, które wróciły zza oceanu z dwoma medalami! W klasyfikacji kobiet drugie miejsce zajęła najlepsza wśród Polek Ewa Wieczorek (dwa zwycięstwa, trzy remisy i cztery porażki), a trzecie – Barbara Wójcik (dwa zwycięstwa, jeden remis, sześć porażek). Dorota Szela, z dorobkiem jednego zwycięstwa, dwóch remisów i sześciu porażek, musiała uznać wyższość swoich koleżanek oraz triumfatorki turnieju, wielokrotnej mistrzyni USA Galiny Petukhovej.
Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Przygotowali liczne nagrody dodatkowe i specjalne, a także obdarowali wszystkich uczestników pamiątkowymi medalami. Na bieżąco udostępniano przebieg wszystkich partii, co dla mnie – jako trenera – było ogromnym ułatwieniem. Dzięki temu, co wcale nie jest standardem na turniejach, mogłem na żywo śledzić grę podopiecznych, analizować ich partie i przekazywać im potrzebne wskazówki.
Polska ekipa w strojach reprezentacyjnych. Od lewej: Mieczysław Kaciotys, Ewa Wieczorek, Barbara Wójcik, Wacław Morgiewicz, Dorota Szela, Leszek Stefanek, Andrzej Jagieła, Damian Reszka
Dopełnieniem naszego pobytu w Miami były atrakcje przygotowane przez organizatorów. W czwartek 25 listopada przypadało w USA Święto Dziękczynienia. Całą grupą udaliśmy się na świąteczny obiad do restauracji, gdzie mogliśmy spróbować tradycyjnego dania – pieczonego indyka, który okazał się naprawdę wyborny. Po kolacji podziękowaliśmy Lyublyanie, głównej organizatorce, oraz Claude’owi, który pomagał nam w transporcie. Wręczyliśmy im symboliczne upominki. Dzień później uczestnicy turnieju zostali zaproszeni na rejs po zatoce Biscayne, rozciągającej się między Miami a wyspami barierowymi Miami Beach, podczas którego podziwialiśmy imponujące posiadłości milionerów i celebrytów.
Występ oceniam jako satysfakcjonujący pod względem sportowym, a pod względem przeżyć i doświadczeń – jako bezcenny. Co dla mnie najważniejsze, cały wyjazd przebiegł spokojnie, bez jakichkolwiek problemów i wszyscy uczestnicy wrócili bezpiecznie do domów. Nawiązaliśmy też cenne relacje, które – mamy nadzieję – zaowocują obecnością amerykańskich zawodników na turniejach w Polsce i w Europie.
Zatem − see you later, aligator! − jak czasem żartobliwie żegnają się Amerykanie.
Po kilkuletniej przerwie ponownie rozegrane zostały drużynowe mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych. Powrót imprezy stał się możliwy dzięki środkom pochodzącym z Ministerstwa Sportu i Turystyki. Na początku grudnia klubowe teamy kręglarzy spotkały się w Gostyniu.
Dosyć długo nie było pewności, czy mimo tak pozytywnego obrotu spraw uda się zebrać wystarczającą liczbę drużyn do przeprowadzenia mistrzostw. Szkoda, że część klubów, mimo posiadania mocnych i pełnych składów, nie była zainteresowana startem i niektóre z nich nie wysłały swoich kobiecych czy męskich teamów. Na szczęście inne, chociaż nie utworzyły pełnych drużyn, wystawiły przynajmniej swoje dwuosobowe reprezentacje.
W kręglarskich DMP kompletna drużyna składa się z trzech osób − po jednym zawodniku lub zawodniczce z kategorii B1, B2 i B3.Takich pełnych teamów kobiecych mieliśmy sześć, a męskich siedem. Dodatkowo do rywalizacji przystąpiło sześć niepełnych grup, dwie żeńskie i cztery męskie. O lokacie decydowała suma punktów z trzech startów.
Kręgielnia w Gostyniu to niezwykle wymagający obiekt, a tym bardziej teraz, po drobnym remoncie. Okazało się, że przekroczenie bariery 700 p. jest bardzo trudne. Taki rezultat, na poziomie 711 p., uzyskał tylko Grzegorz Kanikuła reprezentujący klub „Hetman” Lublin. Pozostali startujący zanotowali wyniki niższe niż zwykle.
W tych mistrzostwach liczy się suma zdobyczy punktowych zespołu. Jeśli nawet jeden zawodnik lub zawodniczka zagra dobrze, to aby odnieść sukces, pozostali nie mogą in minus odbiegać rezultatami od rywali. W tym roku analiza wyników wykazała jednoznacznie, że wygrały drużyny, których reprezentanci, szczególnie w kategoriach B2 i B3, zanotowali mniej „dziur”. Niejednokrotnie właśnie przez nie wynik był niższy, bo dany team przegrywał dokładnie o tyle punktów, ile zawodnik miał rynien.
Wśród pań prym wiódł klub „Morena” Iława, który wystawił dwie pełne żeńskie drużyny. Pierwsza z nich w składzie Regina Szczypiorska, Karolina Skirel i Agnieszka Pokojska uzyskała wynik 1561 p. i pokonała team swoich klubowych koleżanek − Monikę Neubert, Magdalenę Palamar i Bożenę Wiechowską − o 160 p.
Tadeusz Kolbusz w trakcie rzutów dla drużyny „Atutu” Nysa
Na trzecim miejscu uplasowały się panie z „Pionka” Włocławek − Marta Kanarek, Katarzyna Majewska i Ewelina Woszuk. Był to debiut Marty, a mimo to wynikiem przebiła ona inne zawodniczki z B1, co mogłoby się przełożyć na zdecydowanie wyższy rezultat całej drużyny i w konsekwencji lepszą pozycję w tabeli. Miejmy nadzieję, że ta zawodniczka z turnieju na turniej będzie jeszcze bardziej podnosiła poziom gry.
Tuż za podium, przegranym zaledwie trzema punktami, znalazła się ekipa „Hetmana” Lublin. Jej wynik był również niższy niż oczekiwania, biorąc pod uwagę nazwiska. Zdecydowanie za mało punktów uzyskała Emilia Sawiniec (B3), ale również Agnieszka Siudakiewicz (B1) zagrała poniżej swoich możliwości. Na piątym miejscu uplasowała się drużyna klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn, a na szóstym team „Łuczniczki” Bydgoszcz. Dwa niepełne zespoły kobiece to „Tęcza” Poznań oraz „Omega” Łódź.
Emilia Sawiniec w trakcie rzutów dla drużyny „Hetmana” Lublin
W przypadku drużyn męskich nie było do ostatnich rzutów pewności, która z nich zajmie jakie miejsce, bo w każdej istniały mocne i słabe ogniwa. Dzięki najwyższemu wynikowi rozgrywek, który uzyskał Grzegorz Kanikuła, na pierwszym miejscu z tytułem drużynowego mistrza Polski znalazła się reprezentacja „Hetmana” Lublin, którą poza nim tworzyli Zdzisław Koziej i Mariusz Kozyra. Panowie ci uzyskali łącznie 1657 p.
Po zaciętej rywalizacji na drugim miejscu, z wynikiem 1614 p., uplasowali się zawodnicy „Łuczniczki” Bydgoszcz: Sylwester Dołasiński, Łukasz Zdunkiewicz i Władysław Wakuliński. Tak naprawdę pozycję drużyny podciągnął ostatni z wymienionych, uzyskując 660 p., przy czym na uwagę zasługuje również dobry występ Sylwestra, który zagrał 458 p.
Na trzecim miejscu, ze stratą zaledwie czterech punktów i ostatecznym wynikiem 1610 p., znalazła się drużyna „Atutu” Nysa w składzie Tadeusz Kolbusz, Wojciech Puchacz i Andrzej Babiarz. W tym przypadku, poza Tadeuszem Kolbuszem (B1), zawodnicy rzucili słabiej niż zazwyczaj. To jedna z drużyn, które wyższą lokatę przegrały „dziurami”. Andrzej Babiarz (B3) rzucił cztery rynny, lecz gdyby każdy z tych rzutów dał przynajmniej jeden punkt, mieliby drugie miejsce.
O tym, że liczył się każdy rzut, świadczy czwarte miejsce ekipy „Podkarpacia” Przemyśl. W tym przypadku najsłabszym ogniwem okazał się dawno niewidziany w kręgielniach Stanisław Chmura. Jego koledzy z drużyny Piotr Dynda i Krzysztof Paszyna zagrali na dobrym poziomie, lecz zabrakło w sumie zaledwie trzech punktów do trzeciego miejsca, a siedmiu do drugiego. Piątą lokatę, już ze sporą różnicą punktową, zajęła drużyna „Moreny” Iława w składzie Szczepan Polkowski, Jarosław Czapski i Rafał Chaberski. W tym przypadku należy wyróżnić rezultat Szczepana Polkowskiego, który na tle innych zawodników B1 uzyskał bardzo dobry wynik na poziomie 515 p. W rywalizacji mężczyzn jeszcze dwie ekipy wystartowały w pełnym składzie − z „Jutrzenki” Częstochowa oraz druga drużyna z Bydgoszczy. W niepełnych składach zdecydowali się wystąpić przedstawiciele Poznania, Łodzi, druga drużyna Przemyśla i zespół z Włocławka.
Warto jeszcze raz wspomnieć, że na początku rejestracji zgłoszeń nie było pewne, czy przez kłopoty ze skompletowaniem wystarczającej liczby drużyn mistrzostwa się odbędą. Na szczęście dzięki zaangażowaniu koordynatorki Joanny Staliś udało się, po długiej przecież przerwie, te zawody rozegrać. Tym bardziej, myśląc o przyszłości, kluby powinny dbać nie tylko o najlepszych zawodników, lecz także o budowanie kompletnych i równych drużyn.
Podczas turnieju udało się też przeprowadzić rywalizację w mikołajkowych mikstach. Ze względu na ograniczoną liczbę uczestników zapadła decyzja o losowaniu par kobieta − mężczyzna w poszczególnych kategoriach. Nie były to więc pary klubowe. Na początek rozegrano eliminacje i zsumowano wyniki 10 rzutów obu osób w duecie. Było to podstawą do utworzenia drabinki czterech najlepszych par. Następnie grano w systemie pucharowym: pierwsze miejsce z czwartym i drugie z trzecim rozgrywały po dwa pojedynki, a ich zwycięzcy w grach finałowych rzucali dwie serie po 10 rzutów. Nie obyło się bez bardzo emocjonujących i powodujących zwroty akcji rzutów zwycięstwa lub, jak kto woli, rzutów śmierci. W mikołajkowych mikstach triumfowali:
B1 Agnieszka Siudakiewicz i Szczepan Polkowski
B2 Beata Chraścina i Wojciech Puchacz
B3 Ewelina Woszuk i Grzegorz Kanikuła
Uroczyste zakończenie drużynowych mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych obfitowało w gratulacje i słowa nadziei, że w przyszłym roku walka będzie jeszcze ostrzejsza. Poza pucharami zawodnicy ze zwycięskich drużyn otrzymali okolicznościowe medale oraz nagrody finansowe. Rozbrzmiał oczywiście hymn Polski, a team z Lublina w trakcie dekoracji prezentował nawet flagę swojego miasta. Również zwycięzcy mikstów zostali godnie uhonorowani okolicznościowymi statuetkami, medalami i świątecznymi krasnalami, a każdy uczestnik zawodów dostał słodki upominek.
Dekoracja drużyn męskich. Od lewej drużyny: „Łuczniczki” Bydgoszcz, „Hetmana” Lublin i „Atutu” Nysa
Klasyfikacja końcowa drużynowych mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych 3-7.12.2025 r., Gostyń
W dniach 3-7 grudnia 2025 r. Sękocin Stary stał się światowym centrum showdowna. Tegoroczny memoriał Łukasza „Byka” Byczkowskiego zgromadził imponującą liczbę uczestników − 63 zawodników i 40 zawodniczek reprezentujących aż 14 krajów.
W trzeciej edycji turnieju oglądaliśmy reprezentantów Belgii, Bułgarii, Czech, Finlandii, Francji, Holandii, Maroka, Pakistanu, Niemiec, Słowacji, Ukrainy, Wielkiej Brytanii, Włoch i oczywiście Polski. W ciągu trzech dni przy dziesięciu stołach rozegrano aż 490 meczów. Nad prawidłowym przebiegiem gier czuwało 19 międzynarodowych sędziów z Bułgarii, Grecji, Łotwy, Niemiec, Słowacji, Szwajcarii, Włoch i Polski. Mecze odbywające się na czterech wybranych stołach były transmitowane na YouTubie, co umożliwiało śledzenie gry na żywo widzom na całym świecie. Wiele spotkań zostało również nagranych przez Kazimierza Parzycha w technologii binauralnej 3D, filmy te są dostępne na stronie https://kazpar.pl/showdown.
Nie da się przecenić znaczenia tego turnieju dla polskich showdownistów. Wielu przedstawicieli klubów z Bydgoszczy, Chorzowa, Krakowa, Lublina, Olsztyna, Przemyśla, Słupska, Wałbrzycha, Warszawy i Wrocławia mogło po raz pierwszy wziąć udział w imprezie międzynarodowej, skonfrontować swoje umiejętności ze stylami gry reprezentantów różnych państw, a także zobaczyć, jak wyglądają techniki i strategie stosowane przez najlepszych zawodników i zawodniczki.
Krystian Kisiel vs Christoff Eilers
Największą gwiazdą polskiej reprezentacji znów była Elżbieta Mielczarek, która po raz drugi zdobyła pierwsze miejsce w kategorii kobiecej. Wygrała wszystkie swoje mecze i to osiągnięcie jest imponujące nie tylko na tle polskim, lecz także europejskim i światowym. Jej gra była pewna, dynamiczna i pełna dojrzałości taktycznej. Elżbieta wykorzystywała każdy błąd rywalek, a jednocześnie sama grała niezwykle precyzyjnie.
W kategorii męskiej znakomity wynik uzyskał Krystian Kisiel. Zajęte przez niego drugie miejsce odzwierciedla doskonałą formę, ale też stabilny rozwój i umiejętność gry na najwyższym poziomie. W finale uległ jedynie świetnie dysponowanemu Belgowi Christofferowi Eilersowi, jednej z ikon show-
downa. Starcie dwóch różnych stylów gry, dynamicznego i agresywnego w wykonaniu Kisiela oraz spokojnego, kontrolowanego podejścia Eilersa, było jednym z najbardziej emocjonujących momentów turnieju.
Świetnie zaprezentował się także Adrian Słoninka, który dotarł do meczu o brąz i ostatecznie zajął czwarte miejsce po zaciętym starciu z Pierrem Bertrandem z Francji. Jego gra pełna była determinacji i odwagi.
Katarzyna Pietruszyńska grała szybko i bardzo taktycznie, a wypracowany przez nią styl coraz bardziej przypomina ten prezentowany w europejskiej czołówce. Zajęła piąte miejsce. Filip Liszewski był o krok od przejścia do ćwierćfinału, jednak los i układ drabinki zadziałały przeciwko niemu. Pomimo to zaprezentował się bardzo dobrze, zajmując dziewiąte miejsce, i pokazał, że jest realną konkurencją dla najlepszych. Dominika Czuj po rocznej przerwie powróciła w stylu, który wielu zaskoczył, i zdobyła wysoką 9. lokatę. Dwunaste miejsce Klaudii Sasin to jedna z najbardziej pozytywnych niespodzianek turnieju. Jej pewność siebie i forma sprawiły, że zapisała się w pamięci wielu zawodników i trenerów. Czternasta pozycja Pauliny Krupy to dowód ogromu pracy i zaangażowania, jakie wkłada ona w swój sportowy rozwój. Ariel Kiresztura zajął 16. miejsce, co w tak silnie obsadzonym turnieju jest wynikiem znakomitym, zapewniły go spokój i zimna krew. Julia Szwałek miała pecha w pierwszej rundzie, ponieważ zdobyła tyle samo punktów co inne zawodniczki, ale z powodu małych, lecz niekorzystnych różnic w bilansie była trzecia w grupie. Później wygrywała swoje mecze i zdobyła bardzo dobre 19. miejsce, co dowodzi jej wielkiego potencjału i tego, że jest przyszłością polskiego showdowna. Michał Wałecki uplasował się na 24. miejscu, ale po drodze pokonał wielu bardzo doświadczonych graczy. Jego gra staje się coraz dojrzalsza, a odwaga w ataku pokazuje, że w przyszłości może sięgać znacznie wyżej.
Międzynarodowy skład sędziowski turnieju
Polskim zawodnikom towarzyszyli niezawodni trenerzy: Szymon Borkowski i Sebastian Michailidis. Ich wsparcie i odprawy przedmeczowe były dla kadry nieocenione. Dzięki nim showdowniści mogli poprawić swoje błędy, analizować grę rywali i ustalać taktykę na dalsze mecze.
Największe słowa uznania należą się organizatorom oraz zespołowi sędziowskiemu. Wykonali ogrom pracy, aby tak duży turniej przebiegł sprawnie i dynamicznie. Rozgrywki poprowadził Lubomir Prask, sędzia międzynarodowy, a zarazem prezes „Sprintu” Wrocław, serce organizacyjne turnieju. Jego doświadczenie, spokój i profesjonalizm sprawiły, że wszystkie mecze odbywały się zgodnie z harmonogramem, sędziowie pracowali w pełnej synchronizacji, zawodnicy mieli poczucie bezpieczeństwa, a atmosfera, zgodnie z jego przekazem, była przyjacielska, sportowa i fair. Lubomir często podkreśla, że showdown to nie tylko rywalizacja – to także przyjaźń i wspólnota. Jego podejście było widoczne w każdym elemencie wydarzenia.
Drugą kluczową postacią była Jagoda Grudzień pełniąca funkcję zastępcy sędziego głównego. To ona „toczyła walkę z systemem”, pilnując, aby protokół gier działał bezawaryjnie przez cały turniej. Zarządzanie setkami meczów, bieżące aktualizacje, korygowanie drabinek i dbanie o transparentność wyników to praca wymagająca ogromnej koncentracji i odporności. Jagoda wykonała ją wzorowo.
Podium pań. Od lewej: Elvina Vidot (2. miejsce), Elżbieta Mielczarek (1. miejsce), Antje Samoray (3. miejsce)
Każdy mecz, każda wymiana, każdy gest fair play był świadectwem tego, jak silny ślad pozostawił Łukasz Byczkowski w środowisku showdownowym. Zawodnicy, trenerzy i wolontariusze zgodnie mówili, że atmosfera była niesamowita. Od pierwszego do ostatniego dnia czuło się energię i pozytywne emocje. Rywalizacja była twarda, intensywna i pełna spektakularnych wyników, a mimo to nie zabrakło uśmiechów, rozmów i wzajemnych gratulacji. Wielu uczestników podkreślało, że było to jedno z najbardziej przyjaznych i ciepłych wydarzeń w tym sezonie. Turniej był dla zagranicznych gości okazją do poznania polskiego środowiska i polskiej gościnności, a dla naszych graczy szansą na zmierzenie się z czołówką światową i na zdobycie doświadczenia, o które trudno na co dzień.
Turniej w Sękocinie Starym pokazał, że Polska potrafi organizować wydarzenia na wysokim, światowym poziomie, ma coraz silniejszą kadrę, rozwija szeroką bazę zawodników, przyciąga talenty i inspiruje młodych graczy. Zawody dofinansował PFRON.
Podium panów. Od lewej: Krystian Kisiel (2. miejsce), Christoff Eilers (1. miejsce), Pierre Bertrand (3. miejsce)
Podczas gdy w wielu polskich domach trwała gorączka świątecznych przygotowań, znaleźli się ludzie, którzy postanowili oderwać się od sprzątania i przybyć do katowickiego Centrum Organizacji Pozarządowych. Odbywał się tam turniej z cyklu „Showdown nie tylko dla niewidomych”. Nadano mu nawet rangę Pucharu Śląska.
Organizatorem tych zawodów jest Stowarzyszenie „W Labiryncie”, w ramach którego działa klub sportowy SMP Chorzów. Tego typu rozgrywki organizują już od siedmiu lat, a bój toczy się o pluszową piłeczkę, której kolor uzależniony jest od aktualnej pory roku.
− Z założenia jest to turniej integracyjny, zresztą jedyny tego typu w Polsce – mówi Sławomir Cywka, wiceprezes Stowarzyszenia. – Okazuje się jednak, że widzący nie chcą z nami grać, i to mimo szerokiej kampanii informacyjno-promocyjnej w mediach. Do pomocy, owszem, zgłaszało się wielu. Zawieźć, przywieźć − nie ma problemu. Ale zagrać? „Super pomysł, może kiedyś, bo teraz nie ma czasu...”. Zastanawiamy się, jaka jest przyczyna. Pewne jest, że pełnosprawni nie zawsze chcą się z nami integrować. Boją się nas, nie wiedzą, jak nas traktować. Jedynymi widzącymi uczestnikami turniejów są zatem osoby przyjacielsko lub rodzinnie związane z zawodnikami niewidomymi.
Svitlana Kandala (po prawej) w Polsce zaczęła rozwijać swoje sportowe pasje
Szkoda... Tutaj każdy musiał mieć równe szanse, więc zarówno niewidomi, słabowidzący, jak i widzący grali z opaskami na oczach. Nic nie widząc, trzeba było bronić swojej bramki, a jednocześnie atakować bramkę przeciwnika. W momencie zamiany należało przejść na drugą stronę stołu. Dla pełnosprawnych niezaznajomionych z naszym środowiskiem poruszanie się i robienie czegoś bez używania wzroku byłoby zapewne cenną i niezapomnianą lekcją.
Tak czy inaczej, biorący udział w turnieju rywalizowali i bawili się świetnie. Showdown to dyscyplina wymagająca dobrej koordynacji ruchów, refleksu, dobrego słuchu. Ta gra po prostu wciąga! Niektórzy na turnieje organizowane przez Stowarzyszenie „W Labiryncie” przyjeżdżają aż z odległych zakątków kraju. Tak jak Paulina Krupa − zwyciężczyni we wszystkich czterech turniejach tegorocznej edycji projektu.
− W showdown gram od 13 roku życia – mówi. – Zaczynałam w gimnazjum na Koźmińskiej w Warszawie. Nauczycielka wf-u pokazała mi stół, objaśniła zasady, zaraziła tą pasją. Obecnie mieszkam i studiuję w Bydgoszczy. Nie wyobrażam sobie życia bez tego sportu.
Trofea zimowej edycji turnieju, w tym uśmiechnięta biała pluszowa piłeczka
Przed Pauliną międzynarodowy turniej w Finlandii, do którego się przygotowywuje. Wygrana świadczy, że jest w świetnej formie. Inną uczestniczką, która bardzo docenia możliwość gry i sportowego rozwoju, jest Svitlana Kandala. Pochodzi z Chersonia w Ukrainie. Do Polski przyjechała w 2022 r., uciekając przed wojną. Uważa, że u nas osoby z niepełnosprawnościami mają o wiele większe możliwości rozwoju i bycia aktywnymi.
– Dla mnie ważne jest to, że mogę się integrować, wyjść z domu, popróbować różnych dyscyplin. Mój mąż również jest ze mną na turnieju.
***
Komuś przyglądającemu się z boku może się wydawać, że showdown to taka zabawa – lekka i przyjemna. W rzeczywistości ta gra wcale łatwa nie jest. Przekonałam się o tym na własnej skórze: zajęłam ostatnie miejsce. Wcześniej, posługując się wzrokiem, grywałam z córkami w cymbergaja. Niby bardzo podobne, a jednak poziom trudności tych dwóch gier jest zupełnie różny. Kto nie wierzy, powinien spróbować.
A oto zwycięzcy grudniowej edycji turnieju: 1. miejsce i Puchar Śląska zdobyła Paulina Krupa, która pojechała do domu z białą pluszową piłeczką, drugi był Daniel Kuźniar, a miejsce 3. zajął Sławomir Cywka. Nagrodę dla najlepszego widzącego zawodnika zdobyła Joanna Bukowska.
W dniach 19-21 grudnia 2025 roku na torze w Pruszkowie odbył się już trzeci Memoriał Adama Brzozowskiego – zawody upamiętniające jednego z najbardziej utalentowanych polskich zawodników tandemowych, który w 2023 roku przegrał długą walkę z nowotworem.
Adam był nie tylko wybitnym sportowcem, lecz także człowiekiem o ogromnym sercu, zawsze uśmiechniętym i gotowym pomóc. Dlatego też atmosfera podczas tych zawodów była wyjątkowa – pełna wspomnień, wzruszeń, ale jednocześnie zdrowej, szlachetnej rywalizacji. Dla wielu załóg był to ostatni poważny start w sezonie 2025, a jednocześnie spore wyzwanie: utrzymać formę aż do połowy grudnia, kiedy organizm już „myśli o świętach”. Motywacja była jednak podwójna – sportowa walka i okazja, by uczcić pamięć Adama.
Na starcie stanęło kilkanaście tandemów z całej Polski, które chciały oddać hołd koledze po fachu. Rywalizacja toczyła się w formule omnium na dystansach sprint 500 m, 1 km i 2 km. To klasyczny zestaw pozwalający zaprezentować zarówno szybkość, jak i wytrzymałość.
Kobiety – przewaga wykazana w zaciętej walce o podium
Wśród pań całe omnium wygrały Katarzyna Orzechowska i Katarzyna Makowska. Drugie miejsce zajęły Izabela Strulak z Anną Rząsowską, załoga, która w każdym wyścigu potrafiła zaskoczyć i urwać sekundy. Trzecią lokatę wywalczyły Valeria Tsvik i Anastazja Proczuchan, bardzo konsekwentny i nieugięty tandem. Podział miejsc na poszczególnych dystansach był mocno zbliżony do klasyfikacji generalnej – Orzechowska i Makowska wygrały wszystkie trzy konkurencje, ale na każdym dystansie zacięta walka o kolejne lokaty trwała do ostatnich metrów.
Katarzyna Orzechowska z Katarzyną Makowską oraz Marek Torla i Jan Baran podczas sprintu drużynowego
Mężczyźni – absolutna dominacja i rollercoaster
W rywalizacji męskiej nie było niespodzianki – Karol Kopicz i Wojtek Sykała zdeklasowali rywali, wygrywając całe omnium oraz każdy z dystansów. To załoga, która niedawno reprezentowała Polskę na mistrzostwach świata w Rio de Janeiro, więc ich forma i doświadczenie nie były zaskoczeniem.
Za to prawdziwy rollercoaster zafundowały kibicom duety walczące o miejsca 2. i 3. W sprincie 500 m srebro wywalczyli Jakub Jóźwiak i Jakub Baranowski, a brąz Marek Torla i Jan Baran. Na dystansie 1 km układ był odwrotny – druga lokata dla Torli i Barana, trzecia dla Jóźwiaka i Baranowskiego. Na najdłuższym dystansie 2 km znów górą byli Jóźwiak i Baranowski (srebro), a brąz wrócił do Torli i Barana. Ta ciągła wymiana miejsc pokazuje, jak wyrównany był poziom w środku stawki – różnice wynosiły często zaledwie ułamki sekund.
Na pierwszym planie tandem Jakub Baranowski – Jakub Jóźwiak
Sprint drużynowy – emocje do końca
Dodatkową atrakcją był sprint drużynowy – rywalizacja klubowa, w której startowały mieszane składy kobieco-męskie. Tutaj triumfował klub KKT „Hetman” Lublin w składzie Katarzyna Orzechowska, Katarzyna Makowska, Marek Torla i Jan Baran. Drugie miejsce zajęła drużyna UKS Laski (Valeria Tsvik, Anastazja Proczuchan, Karol Kopicz, Wojciech Sykała), a trzecie „Omega” Łódź (Ewa Podlińska, Aleksandra Aust, Jakub Jóźwiak, Jakub Baranowski).
Jest z nami we wspomnieniach
Memoriał Adama Brzozowskiego to nie tylko zawody – to coroczne spotkanie ludzi, którzy go znali, cenili i pamiętają. W przerwach między wyścigami wielokrotnie wspominano jego uśmiech, podejście do życia i sportu.
Dla wielu uczestników był to też ostatni raz w tym roku, kiedy mogli poczuć adrenalinę na torze – przed świąteczną przerwą i nowym sezonem. Dziękujemy organizatorom, sędziom, wolontariuszom i wszystkim startującym za piękną sportową atmosferę. Adam na pewno byłby dumny.
Ostatnie w ubiegłym roku zawody bowlingowe organizowane przez Stowarzyszenie „Cross” były naprawdę wyjątkowe. Nie dlatego, że odbywały się w mieście słynącym z cudów, ani też, że przyjechało na nie 73 zawodników z 25 klubów. Najistotniejszy i najbardziej niesamowity był fakt, że był to już 25. ogólnopolski turniej bowlingowy osób niewidomych i słabowidzących organizowany przez klub „Jutrzenka” Częstochowa. Takiego jubileuszu jeszcze żaden organizator naszych turniejów i żaden klub nie miał okazji obchodzić!
Na listopadowe spotkanie w Częstochowie zaprosiła bowlingowców Jolanta Maźniak, która przy wsparciu swojego klubu już po raz piętnasty podjęła się koordynowania tego turnieju. Wcześniej − do roku 2008 − odbywał się on pod wodzą Janusza Wróbla. W ciągu ćwierć wieku gościliśmy w kilku różnych kręgielniach w Częstochowie, ale też mieliśmy okazję grać w miejscowościach takich, jak Katowice, Lubliniec i Myszków. Zdarzyło się też nocowanie u sióstr zakonnych, gdzie spało się w wieloosobowych pokojach na piętrowych łóżkach. Później uczestnicy wspominali, jak to o drugiej w nocy siostrzyczki czekały na nich z ciepłą zupą ogórkową. Przez te wszystkie lata nazbierało się mnóstwo wspomnień. Wielu osób już z nami nie ma... Częstochowskie turnieje znane były z tego, że tutaj zawsze upamiętniało się uczestników, którzy odeszli. Przed właściwymi zawodami można było wziąć udział w memoriale Edyty Siwek oraz Jerzego Więckowskiego. Tyle historii, a teraz czas na głównego bohatera, czyli na jubileuszowy turniej.
Przy torach gospodarze – zawodnicy „Jutrzenki” Częstochowa
Rywalizacja toczyła się między 20 a 23 listopada w 8-torowej kręgielni Scout w Pubie Sportowym Fabryka Rowerów. Zmagania ponownie nadzorował nasz najbardziej doświadczony sędzia główny Adrian Hibner, a w zadaniu pomagała mu Joanna Staliś, zatem można było przewidzieć, że turniej przebiegnie sprawnie i w zgodzie z regulaminem. Zawodnicy z kategorii B1 rzucali w goglach i przy barierkach prowadzących, a na ukończenie swoich sześciu gier mieli 90 minut. Startujący w kategoriach B2 i B3 walczyli po dwie osoby na torze i na oddanie swoich rzutów mieli 150 minut.
Najmniej liczną okazała się kategoria B1 kobiet. Wygrała w niej, podobnie jak rok wcześniej, reprezentantka Piekar Śląskich Barbara Szypuła. Pierwsza gra, stosunkowo wysoka, bo na poziomie 117 p., pozwoliła jej uzyskać w sumie 493 p. Barierę 100 punktów przekroczyła jeszcze tylko Teresa Stach z „Warmii i Mazur” Olsztyn. Teresa zagrała 438 p. i zdobyła drugą lokatę. Na trzecim stopniu podium znalazła się przedstawicielka gospodarzy Zdzisława Siejca z 390 p.
Zwycięzcy w kategorii B2 z koordynatorką turnieju Jolantą Maźniak
W kategorii B2 kobiet również nie odnotowano rekordowych wyników. Aby sięgnąć po pierwsze miejsce, wystarczyło zagrać 894 p., co udało się Jadwidze Rogackiej z włocławskiego „Pionka”. Do niej też należała najwyższa pojedyncza gra − 170 p. Z zajęcia drugiego miejsca bardzo cieszyła się Ewa Lipka („Pogórze” Tarnów), która 40 punktami (767 p.) pokonała Beatę Chraścinę, zawodniczkę „Hetmana” Lublin (727 p.).
Wśród piętnastu pań walczących w kategorii B3 najlepszą grę zaprezentowała Jolanta Pazurkiewicz, która zebrała 909 p. i wyprzedziła koleżanki o ponad 100 punktów. To właśnie do tej olsztynianki należały wysokie dwie gry: 178 i 179 p. Rok temu w Częstochowie Jolanta także stała na podium, podobnie jak Małgorzata Kowalczyk z „Ikara” Lublin. Tym razem Małgosia zagrała 798 p. i zajęła drugie miejsce. Dołączyła do nich Kornelia Żubkowska z „Łuczniczki” Bydgoszcz (766 p.).
U panów z kategorii B1 największą niespodziankę sprawił występ zawodnika gospodarzy Andrzeja Gawina. W sześciu grach zdobył on 606 p. i jest to świetny rezultat, zważywszy, że Andrzej od niedawna rzuca w goglach i przy barierce. Pochwała należy się także Arturowi Woszukowi („Victoria” Białystok). Zagrał 571 p., czyli o 3 p. mniej od swojego rekordu, a w dodatku miał życiówkę na jednym torze − 134 p. Dobrze zaprezentował się Piotr Ossowski z „Łuczniczki” Bydgoszcz, który zagrał 545 p. i zdobył trzecie miejsce.
Wśród 17 zawodników kategorii B2 wygrał, tak jak w roku 2024, Władysław Szymański („Omega” Łódź). Jego rezultat to 1041 p. i tak jak poprzednio był to najlepszy wynik turnieju, a dodatkowo Władysław ponownie zdołał wyrzucić najwyższy wynik z pojedynczej gry − imponujące 231 p.! Następnym wśród wygranych był Mieczysław Wybraniec („Podkarpacie” Przemyśl), który znalazł się na drugim miejscu (896 p.). Sporą stratę do lidera odnotował również Mateusz Surowiec z SMP Chorzów, który do zajęcia trzeciego miejsca potrzebował 855 p.
W grupie B3 mężczyzn triumfował z 980 p. Cezary Dybiński – wieloletni kadrowicz noszący koszulkę klubu olsztyńskiego. Wśród nagrodzonych znaleźli się obok niego: Paweł Lonc z Przemyśla (935 p.) oraz Paweł Płóciennik z łódzkiej „Omegi”(887 p.). W tej kategorii najwyższą grę odnotował Zbigniew Strzelecki, który w dziesięciu „ramkach” zdobył równe 200 p.
Najstarszy w Polsce turniej niewidomych i słabowidzących w kręglach dziesięciopinowych nieustająco przyciąga stałych bywalców, jak również nowych pasjonatów bowlingu. Tym razem pierwsze kroki na torach stawiała jedna zawodniczka z „Hetmana” Lublin oraz dwóch panów z „Ikara” Lublin. Po zmaganiach w kręgielni na zwycięzców czekały oryginalne statuetki z kręglami i nagrody, a dla wszystkich przygotowano uroczystą kolację, która zazwyczaj przybiera charakter zabawy andrzejkowej.
Zwyciężczynie w kategorii B3 z okolicznościowymi statuetkami i nagrodami
Dobrze jest się pochwalić ćwierćwiekową tradycją. I należy pamiętać, że to właśnie na takich ogólnopolskich turniejach jak ten w Częstochowie wzrastała nasza sekcja bowlingowa. Przy okazji jubileuszu warto zadumać się nad tym, jak wspaniale się rozwinęliśmy. A może ktoś pamięta jeszcze, jak to się kiedyś grało z dwóch rąk i bez barierek?
***
Była to ostatnia z siedmiu bowlingowych imprez 2025 roku, jakie zostały dofinansowane przez Ministerstwo Sportu i Turystyki oraz PFRON. Rywalizację rozpoczęliśmy od czerwcowych mistrzostw Polski w Poznaniu, potem były lipcowe turnieje we Włocławku i Tarnowie, Puchar Polski oraz Grand Prix Polski w Opolu, aż wreszcie listopadowe rozgrywki w Lublinie i Częstochowie. Następne starty przewidziane są dopiero w kwietniu 2026 r. Jest szansa, że za parę miesięcy zagościmy również na arenie międzynarodowej.
XXV Ogólnopolski Turniej Niewidomych i Słabowidzących w Bowlingu 20-23.11.2025 r., Częstochowa
Między świętami Bożego Narodzenia a sylwestrem Białystok stał się miejscem zaciętej walki turniejowej osób niewidomych i słabowidzących w grze aktywnej w warcabach stupolowych. Organizatorem imprezy było Stowarzyszenie „Cross”. Wymagająca sportowa rywalizacja znakomicie połączyła się z wyjątkową świąteczną atmosferą końcówki roku.
Goszczący zawodników hotel Turkus zapewnił komfortowy pobyt i ten właśnie niepowtarzalny klimat. Za oknami malował się zimowy krajobraz, a wewnątrz czuć było magię świąt Bożego Narodzenia oraz radosne oczekiwanie na zbliżający się Nowy Rok. Uczestnicy podkreślali, że wszystko, od logistyki po warunki do gry, zostało dopięte na ostatni guzik. Nad prawidłowym przebiegiem zawodów czuwał sędzia główny Mirosław Grabski. Dzięki jego doświadczeniu turniej przebiegał płynnie i zgodnie z duchem fair play. Zawodnicy mierzyli się w formule warcabów aktywnych na dystansie 9 rund, mając do dyspozycji 25 minut na partię dla każdego gracza. Taki format wymagał nie tylko głębokiej analizy strategicznej, lecz także opanowania i umiejętności szybkiego podejmowania decyzji pod presją czasu. Rywalizacja była niezwykle zacięta. Choć na sali panowała cisza i skupienie, emocje sięgały zenitu, a losy medali ważyły się niemal do ostatniej rundy. Każdy punkt był na wagę złota, a 50 zawodników i zawodniczek do ostatnich sekund walczyło o jak najwyższe lokaty w klasyfikacji generalnej.
Sala gry. Na pierwszym planie Andrzej Gasiul toczy pojedynek z Haliną Budziak
Zwycięzcą turnieju został reprezentant gospodarzy Józef Tołwiński, który wykazał się fenomenalną formą. Tuż za nim uplasował się Andrzej Gasiul z klubu giżyckiego, a najniższy stopień podium wywalczyła Teresa Bonik z Gdańska. Przyznano również specjalne wyróżnienie – tytuł Najlepszej Zawodniczki Turnieju. Powędrował on do Danuty Krupeckiej-Bakalarz, która swoją grą zyskała uznanie zarówno sędziów, jak i rywali.
Od lewej: Wacław Morgiewicz (koordynator), Danuta Krupecka-Bakalarz (najlepsza zawodniczka turnieju), Andrzej Gasiul (2. miejsce), Teresa Bonik (3. miejsce), Mirosław Grabski (sędzia główny), Józef Tołwiński (1. miejsce)
Mimo twardej walki o każdy pionek i każde pole warcabnicy turniej w Białymstoku miał także inne, równie ważne oblicze. Zawodnicy wymieniali się doświadczeniem i wspólnie spędzali czas w wyjątkowo miłej i przyjacielskiej atmosferze. Te zawody były doskonałym podsumowaniem sezonu, łączącym sportową pasję z ciepłem międzyludzkich relacji. Uczestnicy otrzymali na koniec drobne upominki i opuszczali Białystok z uśmiechami na twarzach, gotowi na wyzwania nadchodzącego roku.
Ogólnopolski turniej niewidomych i słabowidzących w warcabach aktywnych 26-31.12.2025 r., Białystok (dziesięcioro najlepszych)
Na ten wywiad nie było ani za późno, ani za wcześnie. Mój rozmówca ma 73 lata i właśnie zdecydował się zakończyć karierę kręglarską na arenie międzynarodowej, przy czym nadal jest w czubie tabeli i ma w planach dalsze starty w turniejach krajowych. Z Władysławem Wakulińskim rozmawiałem w Sierakowie podczas kręglarskiego Grand Prix Polski 2025.
Władysław urodził się w Nowogardzie w województwie zachodniopomorskim, mieście należącym dawniej do województwa szczecińskiego. Swoją edukację zakończył w Bydgoszczy na poziomie szkoły zawodowej, bo tak kiedyś z reguły wyglądał system kształcenia osób słabowidzących. W Szczecinie mieszka od tego właśnie czasu, czyli odkąd ukończył 17. rok życia. Jak mówi, Szczecin mu bardziej pasował, tu założył rodzinę i razem z żoną Henryką wychowywali syna.
− Kiedy rozpoczęła się Twoja przygoda ze sportem?
− W Szczecinie pracowałem w spółdzielni niewidomych i jednocześnie realizowałem swoją pasję muzyczną. Grałem na perkusji i traktowałem to na wpół zawodowo. Nadal jednak było mi mało, więc postanowiłem zająć się sportem. Najpierw trenowałem lekką atletykę w klubie „Start”, a kiedy powstał klub sportowy niewidomych „Bryza” Szczecin, spróbowałem swoich sił w grze w kręgle klasyczne. To był 2004 rok. Wtedy właśnie w Lesznie pierwszy raz wystartowałem w półfinale mistrzostw Polski i nieoczekiwanie zająłem pierwsze miejsce w kategorii B2. Dzięki temu bardzo dobremu występowi mogłem od razu wejść do kadry narodowej niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych, ale niestety wówczas kolidowało to z moimi innymi planami.
Z żoną Henryką, swoją asystentką, na turnieju w Tomaszowie Mazowieckim, 2006 rok
− To kiedy był ten pierwszy raz na arenie międzynarodowej?
− Na mistrzostwach Europy w czeskich Luchacovicach w 2006 roku, wtedy jeszcze bez większych sukcesów. Dodam, że inni mówią na mnie żartobliwie „turysta”. Przy okazji tych zawodów musiałem więc, jak to ja, pozwiedzać okolicę. Przez kiepską pogodę i nieznajomość terenu trochę zabłądziłem i głównie z tego powodu pamiętam ten pierwszy wyjazd.
− Jak długo czekałeś jeszcze na pierwsze duże sukcesy?
− Pierwszy krążek mistrzostw Europy zdobyłem w 2008 roku w Budapeszcie i był to srebrny medal w drużynie. Dwa lata później na Słowacji w Wielkim Szaryszu wywalczyłem swój pierwszy medal indywidualny − złoto w kategorii B2.
− Można powiedzieć, że w 2025 roku historia zatoczyła koło, bo w Wielkim Szaryszu zdobyłeś, na zakończenie swojej kariery w reprezentacji, dwa medale − i to dwa złote − jeden drużynowo, a drugi w tandemie.
− Tak, można powiedzieć, że historia zatoczyła koło, bo ten drugi medal trafił się nieoczekiwanie. Może dlatego, że graliśmy z Eweliną Woszuk na spokojnie i nie nastawialiśmy się na wygraną? Zadziałały udane partnerstwo i mój spokój, Ewelina również opanowała emocje i wygrywaliśmy kolejne pojedynki, między innymi ze Słoweńcami i Rumunami. Być może inni liczyli na zwycięstwo, chyba bardzo chcieli wygrać, a my byliśmy, można powiedzieć, nawet zdziwieni, że jesteśmy w tym miejscu w stawce. To był bardzo udany występ i podsumowanie moich prawie dwudziestu lat startów, oczywiście z drobnymi przerwami.
− Gdzie przez te lata przygotowywałeś się do turniejów? Czy układałeś dla siebie indywidualne plany treningowe?
− Na początku treningi prowadziłem głównie w czterotorowej kręgielni w Międzyzdrojach. Moim pierwszym trenerem nazwałbym żonę, Henię. To ona była moim asystentem, gdy grałem w kategorii B2. Widziała moje błędy, na chłodno potrafiła ocenić i powiedzieć, co wychodzi dobrze, a co źle. Po tym, gdy mój szczeciński klub został zlikwidowany, przeniosłem się do „Łuczniczki” Bydgoszcz i trenowałem w Tucholi, w systemie trzydniowej sekwencji treningowej: pierwszego dnia jeden trening, w drugim dniu dwa treningi i w trzecim dniu znów jeden trening. Teraz już tam nie jeżdżę, bo sam czuję, że nie mam takiego potencjału jak kiedyś.
− Zrezygnowałeś z przynależności do kadry Polski. Co było tego powodem, bo przecież nie te dwa świeże złote medale?
− Przede wszystkim przeważyły względy zdrowotne. Wiek i zdrowie powolutku nie pozwalają mi na taką grę, jakiej bym chciał. Gdy schylam się rano, ale nie tylko wtedy, to czuję, że bolą mnie plecy. Mam już swoje lata i sam wiem, że nie na wszystko mogę sobie pozwolić. Takie obciążenia są już dla mnie niestety niewskazane. Teraz traktuję ten sport bardziej jak rehabilitację. Kiedyś poza grą chętnie podawałem kule i asystowałem zawodnikom kategorii B1, teraz nawet tego już nie robię.
− Przez długi czas startowałeś w kategorii B2, a od kilku lat rzucasz w B3. Co się wydarzyło?
− Można powiedzieć, że od mistrzostw Europy w 2018 roku w Targu Mures, w Rumunii, kryteria klasyfikacyjne zdecydowanie się zaostrzyły. Sam zdawałem sobie sprawę, że jestem na granicy między kategorią startową B2 i B3. Wtedy właśnie po badaniach okulistycznych otrzymałem kategorię B3. Można powiedzieć, że w B3 poczułem się wewnętrznie lepiej. Kiedyś działałem w „Solidarności” i dla mnie słowo ma znaczenie, i składana przed startem przysięga, że będę reprezentować nasz kraj jest bardzo ważna. W tym miejscu też poczułem, że w odróżnieniu od kilku innych osób nikogo, a przede wszystkim siebie, nie oszukuję. Z perspektywy czasu nie wróciłbym do B2.
− Patrząc na to, co się dzieje obecnie w tym temacie w Europie, jak oceniasz sytuację, że tak dużo osób nie przechodzi badań klasyfikacyjnych pomyślnie?
− To prawda, wielu zawodników albo zmienia kategorię na wyższą, albo nie dostaje jej wcale. Myślę, że to może dobrze, bo jest to uczciwe względem osób, których stan wzroku nie budzi wątpliwości. Powoduje to, że czujemy się lepiej w swoich kategoriach. Dobrze by było mieć u nas w kraju klasyfikatora IBSA, bo wtedy rozstrzygałoby się te kwestie na własnym podwórku i byłoby jeszcze sprawiedliwiej.
− Masz bardzo duże doświadczenie, więc możesz chyba doradzać innym. Wskaż zatem różnice w technice gry między B2 i B3. Czy twoim zdaniem zawodnicy B2 są w stanie dogonić w wynikach zawodników z B3?
− Wydaje mi się, że na tym samym poziomie umiejętności już nawet rozbieg z wykroku lub rozbieg z miejsca, a nie sama gra, powodują, że B3 ma przewagę. Co ciekawe, w tych dwóch sytuacjach inaczej czuje się kulę ciałem, inna jest prędkość jej wyrzutu. Nawet jak sobie trenuję w domu na sucho, bez kuli, tylko sam rozbieg, to biorę do ręki ciężarek zbliżony wagowo do kuli i czuję, że ten rozbieg daje mi większą siłę do prostego rzutu. Na marginesie dodam, że dla mnie trenowanie w domu jest też trochę minusem na zawodach, bo w moich pierwszych rzutach kula jest wyrzucana i wtedy muszę ją dociągać.
Władek na Grand Prix Polski w Sierakowie, 2025 rok
− Jak oceniasz swoje dziewiętnaście lat w kadrze? Czy był to czas, kiedy mogłeś się rozwinąć, czy raczej chciałeś komuś coś udowodnić?
− Zawsze, także gdy grałem w zespole muzycznym, chciałem to robić dobrze, doskonaliłem się. Może to za duże słowo, ale zawsze patrzyłem na to, co robię, krytycznie i chciałem to robić lepiej. Po latach grania w kręgle stwierdzam, że ten ostatni okres moich występów był najlepszy, satysfakcję sprawiała mi sama gra. Gdybym był nieodpowiedzialny, pewnie jeszcze kilka lat mógłbym należeć do kadry, aż do chwili, kiedy zostałbym usunięty. Nie chciałbym doczekać takiego momentu. Wiem, na ile mnie teraz stać.
− Kiedy przeniosłeś się do „Łuczniczki” Bydgoszcz, to rozwijałeś swoją karierę, a ponadto dla wielu osób z kategorii B1 stałeś się asystentem, a często również trenerem.
− Zaczęło się od Sylwka Dołasińskiego, z którym na początku próbowaliśmy znaleźć wspólnie kierunek rozwoju. Potem pomagałem dziewczynom: Karolinie Rzepie, Kasi Świątek i Magdzie Rataj. Starałem się zawsze, najlepiej jak umiałem, ukierunkować zawodnika.
Władysław Wakuliński asystuje Renacie Domin. Turniej w Pucku, 2023 rok
− Przy tej okazji: jaka część sukcesu zawodnika z kategorii B1, czyli osoby niewidomej, a czasem również z kategorii B2, może być zasługą asystenta?
− Nie tak mała, bo korygowanie błędów w trakcie turnieju jest bardzo istotne. Najważniejsze jest poznanie się i znalezienie wspólnej metody na dobrą grę. Trzeba się zgrać i czasami mowa ciała, grymas, a nawet jedno słowo ma znaczenie. Każdemu nowemu asystentowi, a także zawodnikom radzę, by najpierw dobrze się przyjrzeli, jak grają inni. Na początku warto grać zawsze z tym samym asystentem. Dopiero później, jak nawyki się wyrobią, można go zmieniać, a nawet grać z dowolną osobą. To nie jest tak, że sukcesy przychodzą przypadkowo. Grając z Karoliną Rzepą, na sukcesy musieliśmy trochę poczekać. Sprawiło mi wielką satysfakcję, gdy w Tarnowie Podgórnym na mistrzostwach Polski w 2023 roku Karolina, może dzięki mojej pomocy, uzyskała bardzo wysoki wynik podchodzący pod 600 p. [w eliminacjach 524, a w finałach 589 p.− przyp. red.].
− Czy każdy chętny odnajdzie się w roli asystenta?
− Gdyby się tak zastanowić, to chyba dobrym asystentem nie będzie osoba, która nie miała wcześniej do czynienia ze sportem i szeroko pojętym ruchem, bo tzw. świeżak nie za bardzo da sobie radę. W naszym klubie w kręgle gra wielu niewidomych i im bardzo potrzebna jest asysta. Mamy bardzo pomocnego Kazika Fiuta, on już się wdrożył, wie, na czym polega asystowanie i nie prowadzi w trakcie gry treningów. Czasami nawet korzysta z moich uwag. Z naszą drugą asystentką i czynną zawodniczką Ewą Iwicką lubię omawiać nie tylko swoje rzuty. Dobrze, że mamy takich asystentów klubowych, bo trudno jednocześnie asystować i być zawodnikiem. Nie da się w tym samym dniu start po starcie, np. najpierw jako asystent, a potem jako zawodnik, być w pełni gotowym do gry. Osoba asystująca jest ważna w każdej kategorii, nawet w B3, bo chociaż nie podaje kul, to może ocenić grę i dokonać korekt w tym, co zawodnikowi błędnie wydaje się dobre.
Eksplozja radości po zdobyciu złotego medalu, Wielki Szarysz 2010 rok
− Ile lat jeszcze chciałbyś grać w kręgle? A może teraz czas na bowling?
− Jeszcze nie odkładam sprzętu na półkę. Na pewno na arenie międzynarodowej karierę zakończyłem, a na krajowej, to życie pokaże. Kiedyś próbowałem grać w bowling, ale... nie przepadam. Nawet dla relaksu nie ciągnie mnie do bowlingu, on mnie nie satysfakcjonuje.
− Jakie masz rady dla graczy ze wszystkich naszych kategorii? Bo grałeś w B2, grasz w B3, a w B1 asystowałeś...
− Dla każdego zawodnika podstawą jest chyba motywacja. W B2 i B1 najważniejsza jest stabilizacja ciała, a w B3 najważniejsze jest wyznaczenie linii rzutu, czyli żeby ktoś z tyłu mógł ci powiedzieć, czy rzut jest oddawany po prostej. Nawet jak masz kilka rzutów z rzędu w sam środek, trzeba się zresetować, obniżyć napięcie mięśniowe, rozluźnić się.
Dla zawodników z kategorii B2 i B3, którzy zaczynają swoją przygodę z kręglami i zwykle ze względu na to, że tak łatwiej, grają z dwóch rąk, mam radę, by po krótkim czasie mimo wszystko przeszli do rzutów z jednej ręki, chociaż to oczywiście wyższa szkoła jazdy.
Trzeba dużo pokory. Nie warto się zajeżdżać w kręgielni. Dobrze jest mieć ustalony limit rzutów, by były one dobre. Ilość nie przekłada się na jakość. Warto grać na skupieniu, czyli na przykład oddawać rzuty na pierwszego kręgla lub na którąś z „ulic”, a nie wyłącznie dla punktów. Wielu jest zawodników, którzy grają na wynik. I co z tego, że w siódmej grze zagrają 190? Ważne jest, żebyś na zawodach w pierwszych czterech grach zagrał równo i dobrze.
Makrocykl i struktura planu – od ogółu do szczegółu (cz. 1)
W poprzedniej części omówiliśmy fundamenty budowania sezonu treningowego kolarza, czyli makrocyklu. To nasza mapa drogowa, która dzieli się na mniejsze etapy zwane mezocyklami. W realiach kolarstwa amatorskiego podstawowymi „klockami”, z których budujemy formę, są mikrocykle tygodniowe. Pojedyncza jednostka treningowa ma budowę fraktalną – przypomina cykl roczny w miniaturze. Składa się z rozgrzewki (mikrookresu przygotowawczego), części głównej (odpowiednika okresu startowego − budowania) i schłodzenia (odpowiednika okresu przejściowego). Tym razem zajmiemy się treningiem od nieco innej strony. Chodzi o trening „od dołu do góry” – od fundamentu tlenowego, przez siłę i wytrzymałość, aż po dynamikę i moc maksymalną.
Trening w ujęciu biologicznym jest celowym stresorem. To bodziec, który wytrąca organizm ze stanu równowagi (homeostazy). Ciało, dążąc do przetrwania, musi się nie tylko zregenerować, lecz też nadbudować swoje możliwości (superkompensacja), aby w przyszłości lepiej znieść podobny wysiłek. Kluczowe jest jednak to drugie słowo: zregenerować. Bez wystarczającej regeneracji nie ma superkompensacji – jest tylko kumulacja zmęczenia. Dlatego w dobrym planie regeneracja nie jest dodatkiem, tylko równorzędną częścią treningu. To nie jest dzień wolny, w którym „nic nie robimy”, tylko aktywny proces odbudowy: sen 7,5–9 godzin, odżywianie z nadwyżką kaloryczną w dni treningowo ciężkie, rolka/rozciąganie, ewentualnie lekka mobilność. Jeśli w tygodniu masz 3-4 mocno obciążające jednostki treningowe, to pozostałe dni muszą być naprawdę lekkie lub całkowicie wolne. Amatorzy najczęściej popełniają taki błąd, że w dni „regeneracyjne” robią dwugodzinne tempo w strefie 2-3, myśląc „to przecież nic wielkiego”. I to właśnie kumuluje się w przetrenowanie.
Każdy trening musi mieć określony cel. Wbrew pozorom lekka jazda regeneracyjna jest tak samo ważna jak mordercze interwały. Kluczem do sukcesu jest precyzyjne dobieranie obciążeń do aktualnych progów zawodnika (AeT i AnT), które zmieniają się wraz z adaptacją.
Jak ułożyć puzzle? Planowanie w praktyce
Budowanie planu rocznego najlepiej zacząć „od końca”. Wyznaczamy w kalendarzu datę kluczowych zawodów, na których chcemy mieć szczyt formy. Następnie cofamy się w czasie: te najważniejsze zawody poprzedzamy startami kontrolnymi i „przepalającymi” – to nasz okres startowy. Cofamy się jeszcze dalej i wyznaczamy okres rozbudowy formy (wiosna), gdzie intensywność ćwiczeń rośnie i zbliża się do specyfiki wyścigowej (praca wokół progu AnT). Jeszcze wcześniej planujemy okres przygotowawczy (zima), gdzie budujemy fundamenty: wytrzymałość tlenową (do progu AeT), siłę ogólną i bazową szybkość.
Załóżmy, że celem jest start w czerwcu. Aby trafić z formą, musimy mieć PLAN – najlepiej fizyczny, rozpisany na papierze i powieszony na ścianie. Taka wizualizacja celu motywuje znacznie lepiej niż plik w chmurze czy mglista myśl „będę trenować”.
Równowaga między stresem treningowym a regeneracją to jedyna droga do sukcesu
Moje spojrzenie na zimę. Pułapka wirtualnego ścigania
Po 20 latach doświadczeń trenerskich mocno zweryfikowałem podejście do budowania cyklu rocznego w naszych warunkach klimatycznych. Moi zawodnicy wchodzą w specyficzny trening nieco później, dłużej pracując nad bazą tlenową. Jest to podyktowane naszą pogodą. Grudzień i styczeń to czas na pracę nad sprawnością ogólną, motoryką i siłą (w siłowni). Na rowerze króluje wtedy tlen (poniżej AeT), urozmaicony krótkimi pobudzeniami (sprinty) czy ćwiczeniami kadencji.
Listopad i grudzień często pozwalają jeszcze na jazdy w terenie, ale styczeń zazwyczaj przynosi załamanie pogody. To pułapka dla wielu ambitnych amatorów. Idąc za modnymi trendami gonienia cyferek TSS (Training Stress Score), zbyt wcześnie wchodzą oni w wysokie intensywności, zaniedbując pracę tlenową. Jestem przeciwnikiem tzw. odwróconej periodyzacji stosowanej bezmyślnie u amatorów. Często jest to efekt marketingu firm sprzedających trenażery i aplikacje do wirtualnego ścigania. Skutek? Zawodnik ma „formę życia” w lutym na wirtualnej trasie, a w maju, gdy rusza prawdziwe ściganie, jest już zajechany psychicznie i fizycznie.
Luty i marzec w moim podejściu to czas ciężkiej pracy. Rośnie objętość, ale pojawia się też wyższa intensywność. 2-3 jednostki w tygodniu są wypełnione konkretnymi zadaniami (luty to głównie 3. strefa pod progiem AnT, marzec to już praca na progu AnT, a pod koniec miesiąca wchodzimy w strefę 5. – ponad próg). Dopiero kwiecień to pierwsze starty – mamy więc mnóstwo czasu na spokojne zbudowanie silnika, bez palenia się w zimie.
Od teorii do watów. Anatomia jednostki treningowej
Skoro mamy już ramy czasowe, musimy wiedzieć, czym je wypełnić. Trening nie może być mieszaniną wszystkiego. Każdy wyjazd, poza luźną kawą, musi mieć zdefiniowany cel fizjologiczny oparty na twoich progach. Oto cztery klasyczne typy jednostek, które powinny rotować w twoim planie:
Jednostka tlenowa wytrzymałościowa (fundament).
Cel: Adaptacja układu krążenia, rozwój sieci naczyń włosowatych (kapilaryzacja), nauka efektywnego spalania tłuszczów.
Wykonanie: Jazda w strefie 1 i 2, czyli ściśle poniżej progu aerobowego (AeT).
Wariant sezonowy: Zimą zawodnicy często realizują te jednostki na trenażerach. Aby uniknąć nudy, wplatamy tu ćwiczenia techniczne: pracę na zmianę z wyższą i niższą kadencją, pedałowanie jedną nogą (dla poprawy „okrągłego obrotu”) czy krótkie, 6-8-sekundowe sprinty na pobudzenie układu nerwowego.
Poza jazdą tandemem trening na trenażerze jest dla osób niewidomych jedyną możliwością budowania formy
Pułapka: Wyjście ponad próg AeT (nawet nieświadome) zmienia metabolizm na węglowodanowy, co na tym etapie budowania bazy jest błędem szkoleniowym i kończy się śmieciowymi kilometrami.
Tempo i sweet spot (budowanie „silnika”).
Cel: Poprawa wydajności tlenowej przy wyższych prędkościach i przesuwanie progu AnT od dołu.
Wykonanie: Długie tempówki w strefie 3, z czasem przechodzące w obciążenia na granicy strefy 3 i 4 (tzw. sweet spot – tuż pod progiem AnT).
Wariant siłowy: Można tu wpleść interwały z niską kadencją (60-70 obr./min). Uwaga: pilnujemy mocy i tętna! Nie możemy wychodzić ponad próg AnT.
Przykład: Rozgrzewka, a po niej 3 razy 10-15 min w strefie 3. Bliżej sezonu (marzec) skracamy czas przerw i wchodzimy w strefę 4 (pod sam próg AnT).
Praca nad VO2max (strefa 5, ponad progiem).
Cel: Zwiększenie maksymalnego poboru tlenu (VO2max) i tolerancji na wysokie stężenie mleczanu.
Wykonanie: Krótkie interwały (od 3 do 6 minut) wykonywane powyżej progu AnT.
Wariant startowy: To kluczowa jednostka w okresie BPI (bezpośrednie przygotowanie startowe).
Rozkład obciążeń w rocznym cyklu treningowym. Fundamentem sportów wytrzymałościowych jest wysiłek tlenowy.
Dynamika i moc neuromuskularna („iskra”).
Cel: Pobudzenie układu nerwowego, poprawa rekrutacji włókien mięśniowych szybkokurczliwych.
Zasada: Ten trening robimy tylko po dniu regeneracji.
Przykład: Tydzień treningowy w styczniu
Cel: Budowa bazy tlenowej, siły ogólnej i poprawa techniki.
Poniedziałek: Lekka aktywność cardio. Może to być spacer 30-60 minut lub bardzo luźna przejażdżka na rowerze (około jednej godziny) w strefie 1 (aktywna regeneracja).
Wtorek: Ćwiczenia mięśni głębokich tułowia (core) jako element rozgrzewki, później rower/trenażer.
Zadanie: 15-30 minut rozgrzewki (strefa 2). Następnie jazda ciągła w strefie 2, ale co 10 minut wplatamy krótki interwał szybkościowy (8-10 sekund) z kadencją >100 obr./min (pobudzenie nerwowe, nie metaboliczne). Ostatnie 15-20 minut to luźny rozjazd.
Środa: Trening uzupełniający. Ścianka wspinaczkowa, marsz 1-1,5 godziny czy lekkie gry zespołowe. Ewentualnie marsz zakończony 30-minutowym „rozkręceniem” nogi na trenażerze (miękko, strefa 1).
Czwartek: Rozruch (core plus lekkie przysiady/wykroki bez obciążenia).
Zadanie: Rozgrzewka, a następnie zabawa z kadencją i siłą. Przykład: 4 minuty z kadencją 70-80 obr./min (moc: dół strefy 3 / górna granica AeT). Regeneracja 6-8 min w strefie 2 z kadencją >92. Powtarzamy 4-5 razy. Rozjazd na koniec.
Piątek: Dzień wolny od roweru. Idealny czas na basen (rozluźnienie) lub masaż/roler.
Sobota: Wstęp do treningu tempowego.
Zadanie: Długa rozgrzewka, a po niej 3 dłuższe interwały (10-12 min) wykonywane tuż nad progiem tlenowym (AeT). Nie mylić z progiem beztlenowym! To ma być tempo żywe, ale pod pełną kontrolą. Regeneracja 10 minut w luźnym tempie. Alternatywa: jeśli pogoda pozwala − 2,5-3 godziny ciągłej jazdy tlenowej na zewnątrz.
Niedziela: Długi trening tlenowy (strefa 1-2) lub jazda z grupą (coffee ride). Uwaga: pilnujemy, by jazda grupowa nie zamieniła się w wyścig. To czas na budowanie objętości, a nie udowadnianie swojej wartości kolegom.
W aurze trwającej zimy kontynuujemy temat profilaktyki upadków, bo mogą one mieć bardzo groźne konsekwencje dla naszego zdrowia, a co za tym idzie, potrafią pokrzyżować wiele życiowych planów. Złamana noga niewątpliwie uniemożliwia wiele aktywności. Warto zatem zadbać o poprawę kontroli czucia ciała w sytuacjach zagrażających utratą równowagi.
Przedstawiam propozycje ćwiczeń z wykorzystaniem dużej piłki. Jej niestabilność paradoksalnie poprawia balans ciała, co równa się umiejętności utrzymywania równowagi. Ta kolorowa, elastyczna kula, wykonana z miękkiego, a jednocześnie wytrzymałego i przyjaznego w dotyku tworzywa PCV, ma wytrzymałość, która sprawia, że można na niej siedzieć, leżeć, a nawet skakać. Piłki tego rodzaju produkowane są w bardzo wielu rozmiarach. Na potrzeby treningu najczęściej wystarczają te od 65 do 75 cm średnicy. Piłka nie kosztuje wiele i jest powszechnie dostępna w sprzedaży. Zatem minimalnym nakładem środków można nabyć sprzęt treningowy do ćwiczeń w warunkach domowych i nie tylko.
O znaczeniu stabilizacji dla aktywności częściowo już pisaliśmy w numerze 4/2025, w artykule „Stabilizacja a mobilność”. „Im większe zachwiania równowagi, tym bardziej mięśnie stają się „czujne” i zaangażowane. (…)”. Poniżej prezentujemy propozycje kilku ćwiczeń w pozycji siedzącej z wykorzystaniem piłki. Przy doborze jej wielkości należy kierować się ustawieniem kolan w stosunku do stawów biodrowych podczas siedzenia na piłce. Jeśli kolana są znacznie wyżej niż biodra, oznacza to, że piłka jest za mała lub za słabo napompowana.
Ćwiczenia z piłką należą do grupy ćwiczeń równoważnych, jednocześnie stanowią bazę ćwiczeń stabilizacyjnych. „Żeby nie spaść z piłki, musimy napiąć mięśnie posturalne, bo inaczej trudno będzie pozostać w bezruchu, czyli w równowadze”. [4/2025] Mięśnie posturalne, odpowiedzialne za utrzymanie prawidłowej postawy, wzmacniają sie podczas szukania balansu. Ćwiczenia z piłką poprawiają czucie ciała w przestrzeni − tzw. propriocepcję.
Przygotuj sobie bezpieczne miejsce do wykonywania ćwiczeń. Piłkę ułóż na macie do jogi lub innej, która nie jest śliska (na ręczniku lub na podłodze z paneli ćwiczenia na piłce trudno jest wykonać). Można ćwiczyć w miękkim obuwiu sportowym, a najlepiej na boso. Zadbaj też, by w razie upadku nie uderzyć się o meble czy inne sprzęty. Jednocześnie warto umiejscowić się np. blisko parapetu lub przy krześle na wypadek potrzeby asekuracji.
Na początek – aktywne siedzenie na piłce (Fot. 1 A)
Siadając na piłce, należy pamiętać, że prawidłowo powinno się usiąść na jej przedniej części, na tzw. czole piłki, a stopy rozstawić na szerokość bioder (odstępstwa od tej reguły mogą dotyczyć konkretnych ćwiczeń i techniki ich wykonania). Obie stopy powinny całą swoją powierzchnią być w kontakcie z podłożem. Kąt w stawach kolanowych i w stawach biodrowych powinien wynosić mniej więcej dziewięćdziesiąt stopni, miednica powinna być odrobinę wyżej niż kolana. Kręgosłup w pozycji naturalnej, wyobraź go sobie jako kij, którego jeden koniec sięga sufitu, a drugi ciągnie w kierunku podłoża. Dla pełniejszej wizualizacji połóż na głowie woreczek z piaskiem i nie pozwól mu spaść. Klatka piersiowa otwarta, łopatki ściągnięte w dół, mostek ciągnie ku górze, czyli z tendencją „rośnięcia” od talii w górę. Wzrok skierowany przed siebie. Dłonie oprzyj na piłce, tak by czuć się bezpiecznie.
Fot. 1. A − pozycja wyjściowa; B − unoszenie ugiętego kolana; C − ruch przód – tył na piłce
Ćwiczenie 1.
Pozycja wyjściowa: aktywne siedzenie na piłce, ręce wzdłuż ciała (Fot. 1 A). Ruch: druga osoba wytrąca piłkę lub ćwiczącego z równowagi przez delikatne popychanie (próba zepchnięcia). Ćwiczący nie daje się zepchnąć przez napięcie mięśni. Jeśli czynnik wzroku jest wyłączony, osoba ćwicząca nie spodziewa się, kiedy i z której strony zadziała siła spychająca. To podnosi stopień trudności ćwiczenia.
Ćwiczenie 2. Kolano do brzucha (Fot.1 A i B)
Pozycja wyjściowa: aktywne siedzenie na piłce, ręce wzdłuż ciała, dłonie dotykają piłki. Ruch: zgiętą w kolanie pod kątem 90 stopni nogę unieś w kierunku brzucha (stopa unosi się nad podłogę ok. 10-20 cm). Następnie wolno opuść nogę, by wrócić do pozycji wyjściowej. Wykonaj ćwiczenie na drugą nogę. Powtórz 10-12 razy na każdą stronę.
Fot. 2. Wstawanie z piłki
Ćwiczenie 3. Przód – tył z ugiętym kolanem (Fot. 1 C)
Pozycja wyjściowa: jak wyżej. Unieś zgięte pod kątem 90 stopni kolano do brzucha, stopa około 10-20 cm nad podłożem (Fot.1 B). Ruch: wyprostuj drugą nogę w kolanie, przesuwając się w tył wraz z piłką (Fot. 1 C). Wróć do pozycji wyjściowej, wykonując na piłce ruch do przodu. Nie odkładaj stopy na podłoże! Wykonuj naprzemiennie ruch na piłce w tył i w przód przez kilka do kilkunastu sekund lub 10-12 razy. Powtórz ćwiczenie na drugą nogę.
Ćwiczenie 4. Wstawanie z piłki i siadanie (Fot. 2)
Pozycja wyjściowa: aktywne siedzenie na piłce − jak wyżej. Ruch: na wydechu pochyl prosty tułów do przodu, tak jak podczas wstawania z krzesła (Fot. 2 A), odrywając lekko pośladki od piłki. Nie prostuj jednak kolan, tylko pozostań w pozycji „krzesło”. Zatrzymaj się w niej na chwilę, a następnie wróć do aktywnego siadu (nie zapadaj się w piłce!). Po kilku powtórzeniach rozwiń ćwiczenie, dołączając ruch rąk w górę w chwili, gdy wstajesz (Fot. 2 B). Podczas powrotu do pozycji wyjściowej odkładaj ręce z powrotem na piłkę. Powtórz ćwiczenie 10-12 razy. Wykonuj je bardzo powoli. (Podobne ćwiczenie było opisane w nr 11/2025, Fot. 2).
Ćwiczenie 5. Kołysanie na boki
Pozycja wyjściowa: aktywne siedzenie na piłce. Ręce wzdłuż ciała lub splecione na klatce albo założone na karku. Ruch: delikatnie kołysz miednicą na boki, przesuwając ciężar ciała raz na jedną, raz na drugą stronę, bez angażowania tułowia.
Fot. 3. Ćwiczenie mięśni brzucha
Ćwiczenie 6. Wzmacnianie mięśni brzucha (Fot. 3)
Pozycja wyjściowa: aktywne siedzenie na piłce, ręce skrzyżowane lub złączone chwytem za łokcie na wysokości klatki piersiowej (Fot. 3 A). Ruch: powoli, na wydechu, zejdź do pozycji półleżącej (Fot. 3 B), wykonując przy tym drobne kroki do przodu. Nie zgub kątów 90 stopni w stawach kolanowych i zachowaj je w nowej pozycji. Na wdechu wróć do siadu siłą mięśni brzucha, stopy pozostaw w bezruchu przyklejone do podłoża. Na zmianę schodź do leżenia na piłce i do siadu. Podczas siadania otwórz ramiona, tak jak czyni to ksiądz podczas modlitwy (Fot. 3 C). Wracając do leżenia, ponownie je skrzyżuj. Wykonuj ćwiczenie powoli, co najmniej w trzech seriach po 10-12 powtórzeń, synchronizując z oddechem.
Powyższe propozycje to niewielki wycinek z przykładów ćwiczeń poprawiających równowagę i stabilność. Chwiejne podłoże aktywizuje mięśnie głębokie, które stają się bardziej czujne i gotowe na realne zagrożenie upadkiem w sytuacjach czy to zagrożeń zewnętrznych, jak śliskie podłoże, czy wewnętrznych, jak choroby przebiegające z zaburzeniami równowagi. Zatem możemy pokusić się o stwierdzenie, że troska o równowagę to gwarancja bezpiecznego życia.
Mimo swojej pozornej prostoty końcówki pionkowe bywają bardzo złośliwe. Znane szachistom prawidło mówi: „Nie przechodź do pionkówki, jeśli nie jesteś całkowicie pewien jej oceny”. Subtelności tego małofigurowego zakończenia zmyliły niejednego silnego szachistę.
Wiadomo, że dwa wolne złączone pionki mogą dojść do pola przemiany tylko z pomocą króla, natomiast gdy są one bardzo oddalone od siebie, stają się hetmanem bez żadnego wsparcia. Czasami przy przejściu do pionkówki o tej zasadzie się zapomina:
A. Brkic (2606) − J. Pechac (2603) Rozgrywki Bundesligi szachowej 2025
1...fxe5 Teraz białe miały dylemat: zachować ciężkie figury czy je wymienić. Po 2.dxe5 obawiały się wariantu 2…Wf8 3.Hg4 Hxb3, chociaż po 4.e6 zaawansowany wolniak gwarantował remis, np. 4…Hxc4 5.Hh5! Wf4 6.e7 i ratunku szukać muszą czarne: 6…Wg4+ 7.Kh3 Wxh4+! 8.Kg2 Wg4+ 9.Kh3 Wh4+ z wiecznym szachem. Zdecydowały się więc przejść do pionkówki. 2.Wxe5? Hxf3+ 3.Kxf3 Wxe5 4.dxe5 h5! Przykra niespodzianka. Białe liczyły tylko na 4...Kf7 5.cxd5 cxd5 6.Kg4 Ke6 7.f4 g6 8.Kf3 Kf5 9.Ke3 Ke6 10.Kd4 b6 z pokojowym zakończeniem, tymczasem po ruchu w partii, dzięki możliwości g7-g5, czarne uzyskują dwa zwycięskie oddalone wolniaki. 5.cxd5 cxd5 6.e6 Do podobnego jak w partii zakończenia prowadził wariant 6.Kf4 d4! 7.Ke4 g5! 8.Kxd4 (8.hxg5 h4) 8...gxh4 9.Ke4 h3 10.Kf3 h4. 6...Kf8 7.Kf4 d4 8.Ke4 g5! i białe skapitulowały z uwagi na 9.Kxd4 gxh4 10.Ke4 h3 11.Kf3 h4!, a po nieuchronnym ruchu królem pionek h3 wkracza na pierwszą linię.
Tego typu wpadki, zazwyczaj w niedoczasie, zdarzają się nawet wybitnym szachistom:
V. Anand (2732) – G. Kasparow (2712) Mecz Legend, Saint Louis 2025
Końcówka wieżowa po 1.hxg3 Wxg3+ 2.Ke2 Kxf4 3.Wxb7 Kxe5 4.Wb6 była remisowa. Anand przyjął jednak błędnie, że przejście do pionkówki daje wygraną: 1.Wxg6? Kxg6 2.hxg3 h3! Przykra niespodzianka. Białe liczyły wyłącznie na 2…hxg3? 3.Kxg3 z łatwym zwycięstwem. Teraz dwa czarne pionki dochodzą do hetmana wcześniej niż tercet przeciwnika. 3.g4 d4 4.f5+ Kg7 5.e6 h2 6.Kg2 d3 7.g5 d2 8.f6+ Kg6 9.e7 h1H+ 0-1
Oto podobny schemat dojścia do takiej wygranej w mojej partii sprzed lat:
R. Bernard – W. Matkowski I liga, Bydgoszcz 1973
44…We6? Czarne źle oceniły pozycję po wymianie wież. Po 44…h5 przewaga białych była niewielka. 45.Wd7+ We7 46.Wxe7+! Kxe7 47.Ke2 h5 Jeśli czarne nie zagrają tego ruchu, to nastąpi h2-h4 z dalszym wkroczeniem króla na skrzydło królewskie. 48.h4! Jedyne posunięcie prowadzące do zwycięstwa. Wypuszczało wygraną 48.Kf2? g4! lub 48.43 h4! 48...g4 W przypadku 48...gxh4 49.Kf2 król pomaszeruje po pionki na linii „h”, gdyż czarny monarcha musi pilnować drugiego skrzydła. 49.fxg4! hxg4 50.c5 Czarny król się nie rozdwoi… 50...Kf6 51.b5 Kg6 52.c6 bxc6 53.bxc6 Kh5 54.c7 Kxh4 55.c8H Kg3 56.Kf1 Kf3 57.Hf5 g3 58.Hxe5 1-0
Podane przykłady na siłę oddalonych wolniaków nie są oczywiście jedynym powodem złej oceny powstającej pionkówki. Czasami przy liczeniu wariantów nie zauważa się mogącej nastąpić zaskakującej riposty partnera:
W. Iwanczuk (2746) – Wang Yue (2738) Sofia 2009
Białe mają niewielką przewagę. Zasługiwało teraz na uwagę 1.gxh5 gxh5 2.Gxc6 bxc6 3.h4. Zamiast tego wybrano błędny forsowny wariant z przejściem do pionkówki: 1.Gxg5? Gxd5 Niedobre było 1...Sxg5? 2.f4+ Kf6 3.fxg5+ Kxg5 4.Gxc6 bxc6 5.h4+ Kf6 6.b4 Ke5 7.gxh5 gxh5 8.a5! Kd4 9.b5 z wygraną białych. 2.f4+ Ke4! Przypuszczalnie białe liczyły na 2...Kd4?! 3.cxd5 Kxd5 4.gxh5 gxh5 5.Kh4 Ke4 6.Kxh5 Kf5 7.h4. 3.cxd5 Sxg5 4.fxg5 h4+! Zaskakujące posunięcie, po którym nieoczekiwanie czarne wygrywają. 5.Kxh4 (5.Kg2 Kxd5) 5...Kf3 6.b4 Lub 6.Kh3 Kf2 7.Kh4 Kg2 8.a5 b6 9.b4 b5 10.c4 bxc4 11.b5 c3 12.b6 c2 13.b7 c1H 14.b8H He1x 6...b5 7.a5 Kg2 8.h3 Kh2 i białe się poddały.
L. Costa (2510) – D. Fischer (2353) Karlsruhe 2025
Przy nielicznych pionkach na jednym skrzydle nie da się przewagi materialnej białych zrealizować w skoczkówce. Czarne jednak mylnie uznały, że również pionkówka jest remisowa: 1…Sf6? 2.Sxf6 Kxf6 3.h4! Jedyny wygrywający ruch. Czarne spodziewały się 3.Kf3 Ke5 4.Ke3 Kd5 5.f4 gxf4+ 6.Kxf4 Ke6 7.h4 Kf6 lub 3.Kg3 Ke5 4.h4 gxh4+! 5.Kxh4 Kf4 6.Kh5 Kf3 z remisem w obu przypadkach. 3...Ke5 (3…gh4 4.f4!) 4.hxg5 hxg5 5.Kf3 Dzięki tempowemu posunięciu f2-f3 białe spychają czarnego króla na piątą linię, zachowując opozycję. 5…Kd4 6.Ke2 Ke4 7.f3+ Kd4 8.Kd2 Kd5 (8…Kc4 9.Ke3 Kd5 10.f4) 9.Kd3! Ke5 10.Ke3! Kd5 11.f4 i białe wygrały.
Realizacja przewagi materialnej poprzez przejście do prostej pionkówki jest w praktyce metodą bardzo często stosowaną.
K. Kannenberg (2118) – I. Hausner (2020) Praga 2020
Białe ustawiły obronną twierdzę, którą czarne zdobyły, wymieniając hetmana za wieżę: 1...Hf4! Grozi 2…Hxe3. Niedobre było 1...Hf3? 2.Wxf3 exf3 3.h3=. 2.Wg3 Nie zmieniało wyniku 2.We1 Kd3 3.We3+ Hxe3 czy też 2.Wb3 Kc4 i wieża musi pójść na g3 lub opuścić trzecią linię. 2...Hxg3+! 3.hxg3 Kd3 4.Kf1 Kd2 5.Kg1 Ke1 6.Kg2 Ke2 7.Kg1 e3 8.fxe3 Kxe3 z wygraną po nieuchronnym zdobyciu pionka g3.
L. McShane (2713) – W. Potkin (2663) Bundesliga 2012
1.Ke4 Sf7 Po 1...Sf5 wygrywało 2.Ke5 Sh4 3.Wb6 Sf3+ 4.Kf4 Sh4 5.Wb7+ Kg8 6.Ke5. 2.Wxf7+! Kxf7 3.Kd5! i tutaj białe też zdobywają pionka g6. Nawet w takich prostych sytuacjach wymagana jest dokładność.
R. Bernard – K. Paćko I liga, Krynica 1988
Prosto wygrywało 49.Ke6 Sd8+ 50.Ke7 Sf7 51.Wa7. Widziałem ten wariant, ale chciałem zwyciężyć efektownie. Postanowiłem przejść do znanej mi końcówki pionkowej z poprzedniego przykładu: 49.Wa7 Kf6 50.Wxf7+? Wygrywało przejście do pionkówki tylko w takiej redakcji: 50.g5+! hxg5 51.Wxf7+! Kxf7 52.hxg5. 50...Kxf7 51.g5 hxg5? Partner znajdował się w dużym niedoczasie i tylko temu zawdzięczam, że nie znalazł remisu po 51…Ke7! 52.Ke5 h5!. 52.hxg5 Ke7 53.Ke5 Kf7 54.Kd6 Kf8 55.Ke6 Kg7 56.Ke7 Kh8 57.Kf6 Kh7 58.Kf7 Kh8 59.Kxg6 Kg8 60.Kh6 Kh8 61.g6 1-0
Bywają niestety przypadki, że prawidłowa decyzja o przejściu do końcówki pionkowej zostaje zepsuta przez późniejszą niedokładność:
Ding Liren (2762) – V. Keymer (2738) Karlsruhe 2024
40...Sxe4! 41.Gxe4 Kxe4 42.Kb3 Kxf5 43.c5 bxc5 44.Kc4 Ke4? Wypuszcza wygraną, gdyż król będzie zbyt daleko od pionków na linii „h”. Wygrywało 44...Kg4! 45.Kxc5 f5 46.c4 f4 47.Kb6 f3 48.c5 f2 49.c6 f1H 50.c7 Hc4 51.Kb7 Kxh4 52.c8H Hxc8+ 53.Kxc8 Kxh5 itd. 45.Kxc5 f5 46.c4 f4 47.Kb6 f3 48.c5 f2 49.c6 f1H 50.c7 Ta pozycja nieoczekiwanie okazuje się remisowa. 50…Hf5 51.Kb7 Hd7 Teraz już po 51...Kf4 52.c8H Hxc8+ 53.Kxc8 Kg4 54.Kc7 Kxh5 55.Kb6 Kxh4 56.Kxa5 g5 57.Kb5 g4 58.a5 hetmany pojawiały się na szachownicy jednocześnie. 52.Kb8 Hd6 Brak dostępu do pola b5 uniemożliwia zastosowanie wygrywającego manewru 52...Hb5+ 53.Ka7 Hc6 54.Kb8 Hb6+. 53.Kb7 Hd7 54.Kb8 Hxa4 55.c8H Hd4 56.Hg4+ Kd5 57.Hd7+ Ke4 58.Hg4+ Kd5 59.Hd7+ Ke4 Remis.
Pamiętajmy więc: w prostych końcówkach też obowiązuje czujność!
Krystyna Perszewska, Mistrzostwa Stowarzyszenia „Cross” Kobiet w Szachach 2025
Dawno nie prezentowałem szkoleniowego materiału w formie, do jakiej przede mną przyzwyczaili czytelników poprzedni autorzy tej rubryki, a od której także ja zaczynałem swoje publikacje. Mam na myśli dwie całościowe analizy partii – prowadzone od pierwszego do ostatniego ruchu, z komentarzem wyjaśniającym nie tylko „co”, ale przede wszystkim „dlaczego”. Siedzę w tych warcabach już parę dekad i bywa tak, że gdy człowiekowi wydaje się, iż coraz mniej może go zaskoczyć, warcaby potrafią właśnie zaskoczyć najbardziej. W 2025 roku były to dwa pojedynki, które, moim zdaniem, świetnie pokazują ponadczasową prawdę o tej grze: talent i młodość są potężną bronią, ale doświadczenie oraz zrozumienie pozycji potrafią przechylić szalę powodzenia nawet w najbardziej nieoczywistym momencie. Bohaterami obu partii są: Matheo Boxum, urodzony w 2009 roku Holender, przez wielu uznawany za największy talent młodego pokolenia, który już w wieku 15 lat zdobył tytuł mistrza międzynarodowego (MI), oraz niemal 60-letni Aleksander Szwarcman – pięciokrotny mistrz świata, wciąż imponujący formą i świeżością spojrzenia na grę. W obu tych starciach Szwarcman dał młodemu zawodnikowi lekcję pokory, wygrywając w ważnych międzynarodowych zawodach – i to w sposób, który warto zobaczyć ruch po ruchu. Do tych właśnie dwóch partii dziś czytelników zapraszam.
Aleksander Szwarcman (Izrael) – Matheo Boxum (Holandia) PŚ FMJD Nijmegen Open 2025 (Holandia) 6. runda
1.34-29 17-22 2.32-28 20-25 Ruch, który określa plan czarnych. Będą się one starały związać krótkie skrzydło białych rogatką. 3.28x17 11x22 4.37-32 15-20 5.41-37 10-15 6.46-41 5-10 7.40-34 7-11 8.45-40 11-17 9.50-45 6-11 10.31-27 22x31 11.36x27 19-24
Czarne dopięły swego, ustawiając rogatkę: piony na polach 15, 20, 24 i 25. Rogatka jest tym silniejsza, im mniej pionów stoi za nią na głównej linii, czyli na polach 5, 10 i 14, bo angażująca mniej pionów formacja jest mocniejsza. W praktyce, grając przeciwko topowym zawodnikom, ustawienie rogatki z mniej niż dwoma pionami na tych polach jest niemal niewykonalne, a rogatka właśnie z dwoma pionami bywa nazywana rogatką Sijbrandsa, od nazwiska legendarnego holenderskiego mistrza świata, który zasłynął rozgrywaniem partii w oparciu o takie ustawienia. Dzisiaj rogatka pojawia się coraz rzadziej, ponieważ wielu zawodników uważa, że gra przeciwko rogatce daje lepszą pozycję i większe szanse na stopniowe zbudowanie przewagi. 12.32-28 1-6 13.38-32! To posunięcie odciąga białe piony od związania na ich krótkim skrzydle. Pozwala na ewentualne wyprowadzenie kolejno 43 i 49. 13...17-22! 14.28x17 11x31 15.37x26 Z kolei planem czarnych jest teraz rozbijanie długiego skrzydła i centrum białych z wykorzystaniem wymian. Obaj zawodnicy grają zgodnie z teorią gry. 15...2-7 16.42-38 7-11 17.48-42
17...11-17!? Logiczna decyzja Matheo, by w kolejnym ruchu móc wymienić 17-21, ale zagrał ten ruch prawdopodobnie odrobinę za szybko. Będzie miał po nim problem z wyprowadzeniem pionów 10 i 14, które w pewnym momencie partii wyprowadzić należy. (Lepsze wydawało się: 17...14-19 18.32-28 10-14 19.41-37 16-21 20.26x17 11x22 21.28x17 12x21 z równą grą). 18.42-37 17-21 19.26x17 12x21 20.32-27! 21x32 21.37x28 I teraz czarne nie mogą już zagrać 14-19 wobec prostej groźby kombinacyjnej 29-23. Możliwości czarnych zostały mocno ograniczone. 21...6-11? Czarne powoli przeszacowują swoją pozycję, utrzymując związanie rogatką. Tymczasem czujący jak nikt pozycje Szwarcman jest bliższy prawdy. (To był ostatni moment, żeby uciec ze związania: 21...8-12 22.47-42 13-19 23.42-37 9-13 24.38-32 24-30 25.35x24 19x30 26.43-38 30-35 z przejściem z planu gry rogatki do okrążenia centrum białych). 22.47-42 16-21 Cały czas należy pamiętać o standardowych rozwiązaniach taktycznych w pozycjach z rogatką: 22...11-17? 23.35-30! 24x35 24.29-24 20x29 25.34x21 16x27 26.42-37 ze zdobyciem piona 27. 23.41-36 21-27? Matheo Boxum postawił wszystko na jedną kartę. Grając ten ruch, musiał być przekonany, że pozbawia Szwarcmana ruchu 42-37, przygotowując kombinację. Ale Szwarcman udowodnił swoją klasę, licząc głębiej i dokładniej od swojego znacznie młodszego przeciwnika. (Niewygodną końcówkę, ale jeszcze nie przegraną dawał wariant: 23...11-16 24.42-37 8-12 25.36-31 12-17 26.38-32 21-26 27.28-23! 13-19 28.23x21 16x36 29.32-27 26-31 30.37x26 36-41 31.27-21+/-). 24.42-37!
Oczywiście nie można było grać 24.28-22? wobec nietrudnej kombinacji 24...27-32! 25.38x27 18-23 26.29x18 24-30 27.35x24 20x47. 24...27-32 Bo co innego? 25.38x27 24-30 26.35x24 18-23 27.29x18 13x42
28.43-38! Niespodzianka! Kontrkombinacja! 28...20x29 29.33x24! 42x22 30.24-20 15x24 31.34-29 24x33 32.39x6 Po prostu niesamowite, na jak wysokim poziomie Szwarcman potrafi liczyć i grać mimo prawie sześciu dych na karku! 32...8-12 33.6-1 9-13 34.1x20 25x14 35.36-31 3-8 36.31-27 8-12 37.27-22 14-19 38.40-34 4-9 39.44-39 9-13 40.39-33 10-14 41.33-29 14-20 42.45-40 20-25 43.40-35 19-24 44.29x20 25x14
Białe: 49, 35, 34, 22 Czarne: 12, 13, 14
W tej konkretnej pozycji – wobec perfekcyjnych obliczeń Szwarcmana – ten plan nie zdał egzaminu. Warto jednak o nim pamiętać: mając gorszą pozycję (piona mniej albo wyraźnie mniej temp), w końcówce często opłaca się ustawiać piony w jednej poziomej linii. Taki układ zwiększa szanse na wykorzystanie ataków, stworzenie większości bicia i – w sprzyjających okolicznościach – uratowanie remisu. 45.34-29 14-19 46.29-24 19x30 47.35x24 12-18 48.22-17 I czarne skapitulowały. Mistrzowski poziom reprezentującego Izrael Rosjanina! 2-0
Matheo Boxum (Holandia) – Aleksander Szwarcman (Izrael) PŚ FMJD Lishui Open 2025 (Chiny) 3. runda
W pierwszej z analizowanych partii Szwarcman pokonał Matheo, grając przeciwko jego rogatce. Jednak prawdziwą specjalnością pięciokrotnego mistrza świata, planem gry, którego nikt na świecie i nikt w historii nie rozgrywa w taki sposób jak on, jest klin Roozenburga. Sam miałem okazję raz się o tym przekonać, gdy zagrałem ze Szwarcmanem na drużynowych mistrzostwach Europy w tempie szybkim (Rapid 2021). Dzień wcześniej zremisowałem z nim w blitzu, ale w tej partii nie pozostawił mi złudzeń i po prostu mnie rozbił. Właśnie ten plan w wykonaniu Szwarcmana przedstawiam w kolejnej analizowanej potyczce.
1.34-30 18-22 2.30-25 12-18 3.31-26 19-23 4.40-34 7-12 5.44-40 14-19 6.25x14 9x20 Szwarcman jest typem zawodnika, który zdecydowanie preferuje atak od defensywy. Ostatnią wymianą zdobył już cztery tempa i konsekwentnie dąży do utrzymania pozycji bardziej rozwiniętej niż przeciwnik, bo to daje mu inicjatywę, narzuca kierunek gry i ułatwia realizację dalszych planów. 7.32-28 23x32 8.37x28 10-14 9.41-37 16-21! Czas na aktywizację krótkiego skrzydła − plan bardzo często grany wobec wcześniejszej wymiany białych 32-28. 10.37-32 (Brak czarnego piona 10 kusi wyjściem 10.35-30, ale wobec linii 10...21-27 11.30-25 27-32 12.38x27 22x31 13.36x27 17-22 14.28x17 12x41 15.46x37, po której czarne stałyby znacznie aktywniej, białe się z nim wstrzymują). 10...11-16 11.46-41 21-27! 12.32x21 16x27
Czarne zajmują pole klinowe 27, więc śmiało można stwierdzić, że Szwarcman czuje się jak ryba w wodzie. Planem pochodzącego z Rosji zawodnika będzie wywieranie presji na białego piona 28. Z kolei Matheo musi szukać aktywności na swoim prawym skrzydle. 13.35-30! 1-7 14.50-44 Ciekawostka: ta pozycja raz się już pojawiła, w 2012 roku w partii Leonie de Graag − Rene Wijpkema, wówczas górą były czarne. 14...4-9 Szwarcman ulubił sobie zagrywanie pionem 4 w klinowych pozycjach, choć teoria mówi, żeby ruszać się złotym pionem z pola 3. 15.40-35 18-23! Wszystkie wojska gotowe do ataku − czas ruszać! Warto zanotować, że Szwarcman nie zagrywa żadnym pionem na pole 11 − jest to zbędne, a bardzo często grane przez zawodników. 16.42-37 23x32 17.37x28 12-18 18.47-42 7-12! Właśnie nie grając wcześniej 7-11, pion 7 może wspomóc atak w kierunku pola 23! 19.44-40 2-7! 20.49-44 20-24!
Szwarcman się po prostu nie zatrzymuje. Niczym taran bojowy przedarł się głęboko za zasieki wroga i zajął pole 32. 33.34-30? Taki właśnie zdawał się być plan Szwarcmana. Doprowadzić do możliwie trudnej i niejasnej pozycji, w której łatwo o błędy. Tym posunięciem Matheo przegrał partię. (Do równej gry prowadziło wręcz nadludzkie znalezienie kombinacyjnego wariantu: 33.45-40 8-12 34.43-38 32x43 35.48x39 19-23 36.29x18 12x23 37.34-30 24-29 38.33x24 20x29=). 33...9-13! 34.36-31 Białe są potężnie ograniczone przez uderzenie mostek: 34.30-25? 8-12! 35.25x23 13-18 36.29x20 18x49 37.20-14 17-21! 38.26x8 32-37 39.41x32 49x25. 34...7-12 35.41-36 13-18 36.48-42 20-25! 37.29x20 15x24 38.42-38 25x34 39.38x27
W pionach jest po równo, ale ustawienie czarnych jest bez porównania lepsze. Sam czarny kamień 34 ogranicza grę aż czterem białym pionom, czyli połowie tego, co białe posiadają! 39...19-23 40.43-38 17-22 41.38-32 23-29 42.26-21 29x38 43.32x43 22-28 44.21-16 6-11 45.16x7 12x1 46.27-21 28-33 47.31-27 8-12 48.21-16 12-17 49.36-31 17-21 Taran przeszedł przez środek planszy i młody Holender nie mógł nic z tym zrobić. Klasa Szwarcmana! 0-2