stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 6 (123) Czerwiec 2015

CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 6 (123)

Czerwiec 2015 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

 

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

 

Powróciliśmy z tarczą

Piotr Dudek

W Europie gramy najlepiej! 

Andrzej Szymański

Nie spodziewałem się takiego sukcesu! 

Andrzej Szymański

Najlepsze na szosie 

Mirosław Jurek

Udany finisz Jacka Stachańczyka

M. Dębowska

Zmiany na podium

Leszek Stefanek

Czeska niespodzianka w Firleju

Leszek Stefanek

Mistrzowskie zmagania w półmaratonie

Mariusz Gołąbek

Ludzie z żelaza

Mirosław Jurek

Wiadomości

Źródło życia

(BWO)

Crossfit

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

Urodzeni, aby biegać 

Barbara Zarzecka

 

Na początek

aaa

 

bowling

 

Powróciliśmy z tarczą

Seulskie igrzyska miały być substytutem odrębnej olimpiady, której – w odróżnieniu od osób głuchych – osoby z dysfunkcją wzroku nie posiadają. To wielkie wydarzenie zgromadziło najlepszych sportowców z 58 krajów całego świata, którzy walczyli w dziewięciu dyscyplinach.  

O klasie zawodników z Azji i Australii nasi reprezentanci w bowlingu mogli się przekonać już wcześniej. Na ME w Pradze w 2013 r. Japończyk z kat. B3 rzucił prawie perfect game, czyli 299 punktów w jednej grze. Ale nie pojechaliśmy tam bez wielkich nadziei. W skład polskiej sześcioosobowej kadry wchodzili doświadczeni zawodnicy, w tym dwóch złotych medalistów ME. Również trener, a zarazem menedżer reprezentacji – Przemysław Antuszewicz – to znakomity gracz i człowiek doskonale znający rzemiosło trenerskie. To on bez wątpienia był współautorem sukcesu z Pragi.

Dzięki temu, że kwestia badań lekarskich została rozwiązana jeszcze w Polsce, ekipa mogła skorzystać z dodatkowego treningu. Cztery dni przed pierwszym startem zawodnicy wykorzystali na doskonalenie gry na kręgielni, na smarowaniu przewidzianym przez organizatora, ale był to też okres aklimatyzacji i przestawiania się na inny czas dobowy (różnica 7 godzin).

Plan mistrzostw świata przewidywał dla każdego zawodnika cztery dni startowe, w ciągu których miał do rozegrania w sumie 20 gier. Konkurencje to: gra indywidualna (6 gier), drużyny dwuosobowe (6 gier), drużyny trzyosobowe (4 gry) i drużyny czteroosobowe (4 gry). W każdej z nich dla pierwszych czterech miejsc regulamin przewidywał wzajemne pojedynki. Nowe reguły, zainicjowane przez Przemysława Antuszewicza, w istotny sposób uatrakcyjniały widowisko. Zwłaszcza w przypadku bowlingu jest to bardzo trafne posunięcie, ponieważ na wielotorowych kręgielniach trudno jest obserwować toczącą się rywalizację. W czasie pojedynków bezpośredni konkurenci grali tuż obok siebie. Podwyższało im to adrenalinę, a kibicom dawało okazję do gorącego dopingu.

Pierwszym Polakiem, który ruszył do boju, był „Generał”, czyli Zdzisław Koziej, zawodnik w kat. B1. Uzyskany wynik 835 p. z 6 gier dał mu trzecią pozycję na 16 niewidomych i możliwość startu w pojedynkach. Niestety, rywal był lepszy i nie dał szansy na walkę o złoto. Ostatecznie Zdzisław zakończył ten dzień z brązowym medalem na szyi i śliczną maskotką igrzysk – Hete – w ręku.

Poranek drugiego dnia należał do kobiet, w tym do naszych dwóch reprezentantek. Karolina Rzepa zagrała 717 p., co w jej kat. B1 dało trzecią pozycję i awans do rozgrywek w gronie najlepszych. W rezultacie zdobyła brązowy krążek, który tym bardziej cieszył, że był to jej pierwszy tak duży sukces w startach zagranicznych. Nasza aktualna mistrzyni Europy w kat. B2 – Jadwiga Dudek – zagrała 1047 p. Choć wynik był wyższy niż ten z Pragi, to tutaj wystarczył zaledwie na drugie miejsce. Rezultat jest jednak wart zauważenia, ponieważ wszyscy w kategorii B2 i B3 musieli grać systemem cross-line. W Polsce podczas zawodów oddaje się rzuty tylko na dwóch torach, a tam aż na sześciu. Utrudnia to znacząco „rozszyfrowanie” smarowania. W pojedynku Jadwiga uległa dotychczasowej mistrzyni świata z Malezji stosunkiem 172 do 180 pinów. Przegrana o złoto tym bardziej bolesna, że zdecydował pech – split w ostatniej ramce (praktycznie niemożliwy do dobicia układ kręgli 7 i 10).

Popołudnie to dramatyczna rozgrywka naszych panów. W kat. B2 los przesądził o występie Mieczysława Kontrymowicza i Stanisława Poświatowskiego na wspólnym torze. Ich walka miała charakter niemalże bratobójczy. Zwycięzcą okazał się Stanisław – z wynikiem 1167 pokonał Mietka różnicą 1 punktu! A ten jeden pin mniej to nie tylko przegrana z kolegą z drużyny, lecz także utrata szansy na grę w finale. Wielka szkoda. Za to gra Staszka w pojedynkach dostarczyła dużych emocji naszej reprezentacji. Kiedy stawał do tej rywalizacji, trudno było uznać go za faworyta pomimo dobrej postawy w grze eliminacyjnej. Trafił na bardzo mocnego konkurenta z Korei, który mógł się pochwalić średnią 228,3. Zanosiło się, że będzie to walka Dawida z Goliatem. I właśnie tak było. To Polak wytrzymał presję, natomiast gospodarz – obdarzany gromkim dopingiem licznej publiczności – spalił się zupełnie i zagrał jedynie 166 punktów. Zdarzenie to wywołało niesamowity entuzjazm w polskiej ekipie, zwłaszcza że pojawiła się pierwsza szansa gry o złoto. W drugim pojedynku finałowym nie było już tak szczęśliwie, choć doczekaliśmy się pierwszego srebra.

Nie miał fartu w kat. B3 Zbigniew Strzelecki. Naszemu „Zającowi” przyszło grać na jednym torze z późniejszym mistrzem świata z Korei, który niemal bawiąc się grą, rzucał po kilka strike’ów z rzędu w każdej grze. Jego rezultat 1422 p. starczyłby na tytuł mistrza Polski wśród zawodników pełnosprawnych. W takich okolicznościach trudno, żeby nie puściły nerwy. Ostatecznie Zbyszek zajął 13. miejsce z rezultatem 1003 p.

Następne dni to rywalizacje drużynowe. W dwójkach i trójkach nie zdobyliśmy żadnego medalu. O pewnej satysfakcji może mówić nasza druga drużyna trójek w składzie: Karolina Rzepa (B1), Jadwiga Dudek (B2) i Zbigniew Strzelecki (B3). Po dobrym występie pokonała naszych faworytów w składzie: Zdzisław Koziej (B1), Stanisław Poświatowski (B2) i Mieczysław Kontrymowicz (B2). Polskie trójki zajęły odpowiednio miejsca 10. i 17. Znacznie lepiej powiodło się drużynie czteroosobowej, w której wystartowali: Zdzisław Koziej (B1), Jadwiga Dudek (B2), Mieczysław Kontrymowicz (B2) i Zbigniew Strzelecki (B3). Ich brązowy medal to istotne dokonanie, szczególnie warte docenienia, bo nie w każdym teamie występowała – tak jak u nas – kobieta. Trzeba zauważyć lepszą postawę Zbigniewa Strzeleckiego w składach drużynowych. Jak widać, można znacznie lepiej grać, gdy jest się wspieranym przez kolegów. Trzecie miejsce w czwórkach zapewniło wszystkim polskim reprezentantom medale. Dzięki temu nasi sportowcy mogli wracać z tarczami i uśmiechem na twarzy.

Trzeba stwierdzić, że zgodnie z przewidywaniami, mistrzostwa stały na bardzo wysokim poziomie. Najlepsze średnie uzyskiwane w klasyfikacji All Events świadczą o tym najdobitniej. Dla kat. B1 kobiet to prawie 145 pinów Australijki. U mężczyzn w tej kategorii to ponad 166 punktów Koreańczyka! Trzeba pamiętać, że jest to średnia z aż 20 gier. Jak na razie to dla nas wyniki marzeń. W B2 kobiet rezultat ponad 188, a u mężczyzn prawie 216 p. – to też bardzo wysoko. Obydwoje zwycięzcy w tej kategorii także są z Korei, zresztą w B2 mężczyzn wszystkie trzy miejsca medalowe zagarnęli gospodarze. Możemy tylko być dumni z Mieczysława, który próbował dorównać najlepszym. W sumie zakończył mistrzostwa na 4. pozycji ze średnią blisko 190 punktów. U kobiet w B3 znów Azja najwyżej na podium, czyli reprezentantka Hongkongu ze średnią 181 pinów. No i oczywiście zadziwiający rezultat wspomnianego triumfatora B3, przedstawiciela gospodarzy, i jego 226 pinów. Jak widać, jedyne złoto w All Events wyjechało poza Azję, w kierunku Australii. Tym bardziej Karolina Rzepa mogła być szczęśliwa z wywalczonego w tej konkurencji 3. miejsca, a Jadwiga Dudek z tytułu wicemistrzyni świata.

Chociaż nasi reprezentanci nie mogli odśpiewać Mazurka Dąbrowskiego, to i tak ich start był bardzo udany. Na poprzednich MŚ w Malezji jedynie Jadwiga otarła się o podium. W pewnym stopniu pomogły nam już doświadczenia z ME w Pradze, choć Przemysławowi Antuszewiczowi nie było łatwo. Do Kuala Lumpur poleciało z tą samą liczbą zawodników dwóch trenerów. Tutaj musiał sobie radzić sam, dwojąc się i trojąc. Jak wielką wartością dla osób z niepełnosprawnością wzroku jest w bowlingu wsparcie trenera, wiedzą ci, którzy opanowali tę grę na zaawansowanym poziomie. Tutaj nie ma automatyzmu. W czasie gry wszystko zmienia się dynamicznie, a analiza zachowania kuli jest możliwa tylko poprzez śledzenie jej w każdej fazie rzutu.

Polska reprezentacja została zauważona i doceniona, zarówno ze względu na sam poziom gry, jak i zaangażowanie oraz zorganizowanie. Dzięki temu już w sierpniu przyszłego roku Warszawa będzie gospodarzem 1. Indywidualnych Mistrzostw Świata, a za dwa lata – 4. Mistrzostw Świata w dotychczasowej formule. Niemal wszystkie ekipy startujące w Seulu zapowiadają swój przyjazd, chcą zdobywać tu medale, ale są też bardzo ciekawi Polski. Będzie to okazja dla naszego środowiska, by obserwować technikę gry najlepszych, którzy potrafią zadziwić nawet fachowców w tej dyscyplinie. W kat. B1 furorę w Seulu robiła Australijka grająca w ogóle bez barierki. To koniecznie trzeba będzie zobaczyć!

V Igrzyska IBSA

Klasyfikacja medalowa reprezentacji Polski w bowlingu

2 srebrne medale: Jadwiga Dudek (All Events), Stanisław Poświatowski

5 brązowych medali: Karolina Rzepa (indywidualnie i All Events), Jadwiga Dudek, Zdzisław Koziej, miksty czwórek (Zdzisław Koziej, Jadwiga Dudek, Mieczysław Kontrymowicz, Zbigniew Strzelecki)

Wyniki gier indywidualnych

Kobiety

B1

  3. Karolina Rzepa 717 p.

B2

  3. Jadwiga Dudek 1047 p.

Mężczyźni

B1

  3. Zdzisław Koziej 835 p.

B2

  2. Stanisław Poświatowski 1167 p.

  5. Mieczysław Kontrymowicz 1166 p.

B3

13. Zbigniew Strzelecki   1003 p.

Miksty dwójek B2+B2 

  7. Mieczysław Kontrymowicz  1031 p. + Stanisław Poświatowski 1064 p.

Miksty dwójek B1+B2/3 

  8. Zdzisław Koziej 811 p. + Zbigniew Strzelecki 1115 p.

14. Karolina Rzepa 730 p. + Jadwiga Dudek 1149 p.

Miksty trójek  

10. Karolina Rzepa 487 p. + Jadwiga Dudek 724 p. + Zbigniew Strzelecki 723 p.

17. Zdzisław Koziej 468 p. + Mieczysław Kontrymowicz 753 p. + Stanisław Poświatowski 650 p.

Miksty czwórek 

  3. Zdzisław Koziej 508 p. + Jadwiga Dudek 748 p. + Mieczysław Kontrymowicz 847 p. + Zbigniew Strzelecki 791 p.

All Events (średnia z 20 gier)

Kobiety

B1

  1. Marilyn Joy Luck (Australia) 144,7 p.

  3. Karolina Rzepa 115,4 p.

B2

  1. Yun Kyung Lee (Korea) 188,4 p.

  2. Jadwiga Dudek 176,4 p.

B3

  1. Wing Shan Yuen (Hongkong) 181,2 p.

Mężczyźni

B1

  1. Jung Hoon Kim (Korea) 166,3 p.

  6. Zdzisław Koziej 131,1 p.

B2

  1. Young Bae Koh (Korea) 215,6 p.

  4. Mieczysław Kontrymowicz 189,8 p.

  8. Stanisław Poświatowski 180,3 p.

B3

  1. Jin Hyung Bae (Korea) 226,2 p.

11. Zbigniew Strzelecki 181,6 p.

Piotr Dudek

 

Na początek

aaa

 

bowling

 

W Europie gramy najlepiej!

Sukces! Z piątych IBSA World Games nasi zawodnicy przywieźli aż siedem medali mistrzostw świata w bowlingu: dwa srebrne i pięć brązowych. Walczyli o nie dzielnie na kręgielni Anyang Hogye Gimnasium w Seulu.

Do podziału było 36 cennych zestawów. Biało-czerwoni zakasowali całą Europę, bo z zawodnikami z Azji nie sposób było wygrać. Bardzo blisko złota był Stanisław Poświatowski startujący w kategorii B2, który przegrał w finale tylko o 4 punkty. 

Na gorąco – z lotniska, 19 maja

Przemysław Antuszewicz z radosnym uśmiechem wkroczył do sali przylotów na Okęciu, prowadząc całą ekipę. Dwa dni później podsumował starty poszczególnych zawodników w długiej rozmowie.

Jadwiga Dudek, czyli „Biedronka”, wypadła w Seulu rewelacyjnie – o nią w Polskim Związku Kręglarskim trener toczył największe boje. – Po co ja taką słabą zawodniczkę zabieram na koniec świata? Szkoda pieniędzy. A ta dziewczyna potrzebuje na kręgielni psychicznego wsparcia. I Przemysław Antuszewicz to wsparcie jej dawał. Dzięki temu każdego dnia grała coraz lepiej, poprawiała życiówki. – Srebro i dwa brązy to wspaniały rezultat. Nie udało jej się niestety pokonać wieloletniej rywalki, Finki, z którą przegrała, bo tak sobie Jadwiga zakodowała w głowie – tłumaczy trener. Sama Jadwiga Dudek niezwykle wysoko oceniła poziom mistrzostw. – Korea, Japonia, Chiny są nie do ogrania, ale walczyliśmy z nimi do końca. Jednak nasze dziewczęta nie grają tak dobrze – przyznała. – Ja się sprężyłam i pobiłam swe rekordy. Jestem bardzo zadowolona z trzech medali – dodała z dumą.

W ocenie trenera Karolinę Rzepę zjadał stres. – Trochę się denerwowała, ale miała dynamiczne ostatnie trzy miesiące. Podjęła pracę, przeszła na cięższą kulę – tłumaczy młodą 23-letnią dziewczynę, przed którą jeszcze cała sportowa przyszłość.
– Wywalczyła brąz w singlach i w All Events (suma punktów we wszystkich startach na zawodach) – dodaje. Karolina twierdzi, że zagrała o wiele gorzej, niż się spodziewała. – Tylko dzięki trenerowi zdobyłam brąz w singlu w B1 i w All Events. W Polsce jest mało zawodniczek, które mogą ze mną rywalizować, a w Seulu uczyłam się od najlepszych – opowiadała.

Mieczysław Kontrymowicz żałował, że nie poszło mu w singlach w kategorii B2. – Choć niewiele zabrakło, by walczyć w finale – ubolewał. – Cieszę się, że Stasio, który mnie ograł jednym pinem, zdobył srebro. A trzecie miejsce drużynowo to też radość – mówił na lotnisku. – Mietek może mieć pretensje tylko do siebie – komentuje trener Antuszewicz. – Nie zawsze słuchał moich rad i grał swoje. Szkoleniowiec jednak przyznaje, że zawodnik z olsztyńskiego klubu wyniki miał lepsze niż dwa lata temu w Pradze. Przegrał ze Stanisławem wejście do finału zaledwie jednym punktem – 1167 do 1166.

Zdzisławowi Koziejowi, faworytowi do złota w singlach w kategorii B1, przeszkodziły nerwy. – Trząsł się jak galareta. Może dlatego, że wszyscy uważali go za pewniaka – zastanawia się trener. – Pierwszego dnia zdobył brąz, ale gdyby zagrał na swoim poziomie, miałby srebro. Koreańczyk był nie do pokonania. Grę Zdzisława w drużynie Przemysław Antuszewicz ocenia dobrze. Sam Koziej narzekał na pecha w singlach. – Nie trafiałem centralnie, stąd tylko trzecie miejsce.

Dla Zbigniewa Strzeleckiego mistrzostwa były dużym przeżyciem. – Koreańczycy odskoczyli wszystkim ekipom, ale myśmy też nie dali plamy. Każdy przyjechał do kraju z medalem – cieszył się z sukcesu drużyny. Według trenera „Zając” nie miał indywidualnie szans na medal, bo w jego grupie B3 był niesamowicie wysoki poziom. – Natomiast gdyby zagrał swoje w parze z Koziejem, mielibyśmy medal. Wystąpił w drużynie i sprawdził się – podkreśla szkoleniowiec, który dopingując Jadwigę, Mietka, Zdzisia i Zbyszka w walce o brąz, stracił głos.

Stanisław Poświatowski nie krył radości z wygranej. – To mój największy sukces sportowy! Powodzeniem zawodnika cieszy się również trener. – Stanisław sprawił wielką niespodziankę w licznie obsadzonej grupie B2. Po tym wielkim sukcesie uszło z niego powietrze i nawet nie wystawiłem go do drużyny – tłumaczy. 

Między 8 a 17 maja…

Na seulskich arenach rywalizowało trzy tysiące niepełnosprawnych sportowców z 58 krajów. Walczyli lekkoatleci, szachiści, futboliści, goalballiści, judocy, ciężarowcy, pływacy, showdowniści i bowlingowcy (ang. tenpin bowling). Ceremonia otwarcia odbyła się w kompleksie olimpijskim w hali zbudowanej na igrzyska olimpijskie w 1988 roku. Dwadzieścia tysięcy uczestników wysłuchało 70-osobowej orkiestry i chóru niewidomych artystów. Z telebimu przemówiła prezydent Korei. Przybyli oficjele, m.in. Guus Hiddink – honorowy członek IBSA, który w 2002 roku prowadził z powodzeniem zespół Korei na mundialu, minister sportu – Kim Jungdeok, burmistrz Seulu – Park Won Soon, prezydent IBSA – Jannie Hammershol.

Na kręgielni zawody niepełnosprawnych oglądało 100 do 200 osób. Organizacja była wzorowa, kontrola antydopingowa skuteczna (nie złapano nikogo). Naszym zawodnikom uznano badania okulistyczne wykonane na mistrzostwach Europy w Pradze przed dwoma laty. Dni, w których odbywały się zawody, Polacy mieli wypełnione od 5 rano do 22. Trzy godziny na dojazdy do Anyang Hogye Gymnasium i powrót do hotelu. 12 godzin na kręgielni, w przerwach posiłki – głównie kuchni koreańskiej, która przypadła naszym paniom i panom do gustu.

Jeden z ostatnich dni po zawodach poświęcili na zwiedzanie wybranych miejsc tego ogromnego miasta. Poruszali się metrem. W Seulu dziewięć linii metra ma w sumie prawie 500 km długości. Polacy byli pod wrażeniem czystości metropolii, uprzejmości jej mieszkańców i mądrej polityki gospodarczej. Wszystkie artykuły wyprodukowane w tym kraju są dwa, trzy razy tańsze od takich samych produktów zagranicznych. Po prostu popierają swój przemysł.

Trener Antuszewicz generalnie był zadowolony z wyników kadry Polski. – Gdyby znalazły się pieniądze na dwóch, trzech zawodników więcej, to myślę, że złoto byłoby w naszym zasięgu, choćby Honoraty Borawy w B3.

IBSA przyznała nam organizację przyszłorocznych mistrzostw świata w bowlingu w kategorii singli. Zawody odbędą się prawdopodobnie w Warszawie. – Może wtedy złoty krążek zostanie u nas w kraju? – marzy trener.

Andrzej Szymański

 

Na początek

aaa

 

bowling

 

Nie spodziewałem się takiego sukcesu!

O nieoczekiwanym powodzeniu zawodników Stowarzyszenia „Cross” na MŚ w Seulu, egzotycznej gościnie i koreańskich kręgielniach Andrzejowi Szymańskiemu opowiada Stanisław Poświatowski „Poświat” – srebrny medalista w bowlingu na World Games IBSA.

Andrzej Szymański: – Na lotnisku w Warszawie powitała Cię gromada ludzi: żona, córka, kolega z klubu „Jaćwing”, dwaj przyjaciele z biało-czerwonymi flagami. Spodziewałeś się takiego przyjęcia?

Stanisław Poświatowski: – Nie przyszło mi do głowy, że taka ekipa przyjedzie na Okęcie. Liczyłem na córkę, bo mieszka w stolicy, i redaktora Szymańskiego, bo mi obiecał. Bardzo miła niespodzianka.

– Pięć lat temu, gdy zaczynałeś zabawę w bowling, marzyłeś o takim triumfie?

– Nigdy w życiu nawet mi się nie śniło, że moja kariera sportowa tak szybko się rozwinie i doprowadzi do sukcesu. Przecież nie jestem młodzikiem, mam 47 lat.

– Czyja to zasługa?

– Całej mojej rodziny. Żony, dzieci, bo oni najbardziej ucierpieli. Treningi zabierały mi mnóstwo czasu, którego nie miałem dla najbliższych. Ogromną rolę odegrał trener Przemek Antuszewicz, który poświęcał nam dużo czasu i bardzo indywidualnie podchodził do każdego zawodnika. I na końcu – moja ciężka praca.

– Już wcześniej odnosiłeś sukcesy na mistrzostwach Polski i Europy w Pradze.

– Trochę się tego uzbierało.

– Trener, jak matka Polka, opiekował się waszą szóstką w Seulu i w drodze do niego.

– To doskonały menedżer, opiekun i szkoleniowiec. Nikt inny by mu nie dorównał.

– Jak długo trwała podróż?

– Z Warszawy do Dubaju 4,5 godziny i stamtąd 8,5 godziny do Korei. Byliśmy trochę zmęczeni, natomiast z powrotem leciało się na luzie. Mieliśmy w bagażach siedem medali. Nikt nie wracał z pustymi rękami.

– Byliście jedyną ekipą z Europy, która zdobyła tyle medali w zawodach, na których dominowali Azjaci.

– Finowie przywieźli brąz, Izrael też, Czesi – złoto w B3 kobiet. Korea, Japonia, Chiny, Tajwan wymiotły wszystkich.

– Zaszokował was 12-milionowy Seul?

– Bardzo. Otwarcie igrzysk IBSA przebiegło w bardzo profesjonalny sposób, w dużej hali sportowej na terenie Centrum Olimpijskiego. Rywalizowało 58 krajów w dziewięciu dyscyplinach sportowych, w tym 21 krajów z Europy.

– Podobno kontrole antydopingowe były bardzo surowe?

– Tak. Nawet w nocy mogli wpaść do hotelu i sprawdzać zawodników.

– Gdzie odbywały się zawody?

– W dużej trzypiętrowej hali sportowej o powierzchni 12 tys. metrów kwadratowych, oddalonej 40 km od hotelu. Kręgielnia miała 32 tory i była bardzo dobrze oświetlona, co przy mojej wadzie wzroku raczej mi przeszkadzało, niż pomagało. Ani tory, ani smarowanie nie różniły się od tych z kręgielni w Suwałkach, na której przygotowywaliśmy się do zawodów.

– Nerwy Cię nie zjadały?

– Był stres. Trener tłumaczył nam, że jeśli zagramy na osiemdziesiąt procent tego, co potrafimy, to będzie dobrze. I ekipa zdała egzamin.

– Co dalej z Twoją karierą sportową?

– Jak zdrowie mi pozwoli i wszystko inne dobrze się ułoży, to optymistycznie myślę o przyszłości. Ten sport sprawia mi wielką przyjemność.

– Uściśnie Ci grabulę prezydent Suwałk?

– Myślę, że tak. Miasto może się pochwalić, że drugi po pływaczce Joasi Mendak niepełnosprawny sportowiec zdobył medal na mistrzostwach świata.

– Gdzie go powiesisz?

– Może nad kominkiem?

Andrzej Szymański

 

Na początek

aaa

 

kolarstwo

 

Najlepsze na szosie 

W terminie 14-17 maja 2015 r. odbyła się 29 edycja wyścigu tandemowego dookoła Belgii. Polskę w tych prestiżowych pięcioetapowych zawodach reprezentowały dwa tandemy damskie oraz cztery męskie. Największy sukces odniósł duet Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek, który wygrał w kategorii kobiet, natomiast wśród mężczyzn dobrą postawą wyróżnił się tandem Marcin Polak – Michał Ładosz, który stawał na podium czterech etapów i zdobył 2. miejsce w klasyfikacji punktowej wyścigu.

Wyścigi etapowe to najbardziej fascynująca dla kibiców i najtrudniejsza dla zawodników dziedzina kolarstwa. W trakcie wielodniowej rywalizacji w peletonie wiele się może wydarzyć, co jest ciekawe i emocjonujące dla obserwatorów. Z kolei dla zawodników to duże wyzwanie, wymagające doskonałego przygotowania fizycznego, technicznego i taktycznego oraz siły charakteru. Kolarz liczący na sukcesy w etapówce powinien mieć wszechstronne zdolności, przydatne zarówno w sprinterskich końcówkach, w jeździe na czas, jak i w górskich podjazdach i niebezpiecznych zjazdach. Bardzo pożądana jest także odporność na stres i zmienne warunki atmosferyczne.

Wszystkie te walory prezentował na belgijskim wyścigu tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek, prowadząc w klasyfikacji od samego początku do końca. Zawodniczki KKT „Hetman” Lublin wywalczyły białe koszulki liderek na pierwszym etapie, którym była jazda na czas na dystansie 5030 m, rozegrana w trudnym pagórkowatym terenie w okolicach Gedinne. W tej próbie, nazywanej „etapem prawdy”, dobrze zaprezentowali się również ich koledzy klubowi Marcin Polak i Michał Ładosz: zdobyli drugie miejsce w kategorii mężczyzn z czasem o 8 sekund gorszym od holenderskiego tandemu Vincent ter Schure – Timo Fransen.

Drugi etap odbył się w tym samym dniu i na tej samej trasie co czasówka, lecz na dystansie 75 km (15 okrążeń). Był to popis obu lubelskich tandemów, które odniosły spektakularne zwycięstwa i utrzymały dotychczasowe pozycje w klasyfikacji
generalnej. Dobrze wypadły debiutantki Marta Stramek i Anna Skalniak, zajmując
5. miejsce, oraz Piotr Kołodziejczuk z Pawłem Kowalkowskim, którzy uplasowali się także na 5. pozycji. Pecha miał tandem Piotr Urbanowicz – Michał Wyżlic, ponieważ wskutek defektu koła stracił cenne minuty i szansę na dobry rezultat.

Kolejny, trzeci etap, miał 86 km długości i zlokalizowany był w miejscowości Overpelt. Tym razem polskie liderki zajęły 2. miejsce za Holenderkami Anouk van Bommel – Sigrid Jochems i utrzymały prowadzenie w wyścigu. Natomiast tandem Polak – Ładosz ukończył etap na 3. miejscu i na taką pozycję spadł w klasyfikacji generalnej (drugą lokatę stracił na rzecz holenderskiej ekipy Rinne Oos – Cor van Leewen). Prowadzenie w rankingu defektów objął duet Urbanowicz – Wyżlic, który znów przebił gumę, lecz tym razem po wymianie koła walczył dzielnie i odrobił stracony czas.

Czwartym etapem była jazda na czas na dystansie 5570 m rozegrana na torze kolarskim w Hulshout. Obiekt nie jest zadaszony, co miało istotne znaczenie, bo podczas zawodów padał deszcz. Jazda po śliskich pochyłościach toru nie należy do przyjemności, jednak kolarze nie przestraszyli się trudnych warunków i wszyscy szczęśliwie ukończyli rywalizację bez upadków. Wśród kobiet zwyciężyły Irlandki Katie-George Dunlevy i Eve Mc Crystal, które nieznacznie pokonały duet Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek, natomiast w kategorii mężczyzn wygrali liderzy Vincent ter Schure i Timo Fransen przed polskim duetem Marcin Polak – Michał Ładosz. Wyniki tego deszczowego etapu nie spowodowały żadnych istotnych zmian w klasyfikacji generalnej. Losy wyścigu miały się rozstrzygnąć następnego dnia.

Piąty etap miał 80 km długości i rozegrany został w miejscowości Essen. Nie był to jednak etap przyjaźni, w odróżnieniu od wielu innych wyścigów, podczas których ostatni dzień traktowany jest przez zawodników ulgowo. W grupie kobiecej było dużo skoków i prób ucieczek, które jednak się nie powiodły i cała stawka razem dojechała do mety. Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek finiszowały na 2. pozycji, co dało im końcowe zwycięstwo w całym wyścigu. Natomiast holenderscy liderzy w kategorii mężczyzn chcieli przypieczętować swoją wygraną mocnym akcentem i narzucili bardzo wysokie tempo, które spowodowało rozerwanie się peletonu na małe grupki. Marcin Polak i Michał Ładosz skutecznie bronili 3. pozycji, lecz w samej końcówce rywalizacji pokonał ich pech w postaci defektu roweru. Naprawa dokonana przez Jerzego Stawińskiego, mechanika ekipy, pozwoliła na ukończenie wyścigu, lecz lubelski team stracił sporo czasu i miejsce na podium.

Belgian Tandem Race B&VI

14-17.05.2015 r., Belgia

Klasyfikacja generalna wyścigu

po pięciu etapach

Kobiety 

1. Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek

2. Katie-George Dunlevy – Eve Mc Crystal (Irlandia)

 3. Anouk van Bommel – Sigrid Jochems (Holandia)

...

 5. Marta Stramek – Anna Skalniak

Mężczyźni 

 1. Vincent ter Schure – Timo Fransen (Holandia)

 2. Rinne Oos – Cor van Leewen (Holandia)

 3. Timo Kleinwaechter – Erik Mohs (Niemcy)

...

 5. Piotr Kołodziejczuk – Paweł Kowalkowski

...

 8. Marcin Polak – Michał Ładosz

...

10. Piotr Urbanowicz – Michał Wyżlic

Podsumowując pierwszy tegoroczny międzynarodowy start, można wystawić naszej reprezentacji ocenę pozytywną. Na szczególną pochwałę zasługuje oczywiście zwycięski tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek, który wciąż robi postępy i doskonali kolejne elementy kolarskiego rzemiosła. Wysoki światowy poziom utrzymuje duet Marcin Polak – Michał Ładosz, pomimo że jest dopiero na etapie budowania formy, podobnie zresztą jak pozostałe nasze tandemy. Honorowy udział w wyścigu wziął Ryszard Kożuch z pilotem Maksymilianem Dwojakowskim, zapisując kolejną kartę w historii belgijskiej imprezy jako jej najwytrwalszy uczestnik.

Mirosław Jurek

 

Na początek

aaa

 

szachy

 

Udany finisz Jacka Stachańczyka

Majowy finał mistrzostw Polski – czterdziesty czwarty z kolei – zaowocował kilkoma niespodziankami. Jedną z nich była utrata dwóch punktów w pierwszej części turnieju przez Jacka Stachańczyka – aktualnego mistrza świata i obrońcę tytułu mistrza Polski. Po sześciu rundach wydawało się, że nie da już rady dogonić konkurentów.

Po trzech latach przerwy mistrzostwa wróciły do Jastrzębiej Góry, do ośrodka „Zew Morza”, który przywitał szachistów dużymi i korzystnymi zmianami. Szczególnie spodobała się nowa sala gry, cicha i o większej powierzchni niż poprzednia. Grało się tam bardzo sympatycznie. Tradycyjnie potyczki szachistów obserwowały znajome rybki w akwarium. Bardzo dobre były też posiłki, które wszystkich zachwyciły.

Uprawnieni do gry w tegorocznym finale byli: czterej pierwsi zawodnicy z ubiegłorocznych mistrzostw – Jacek Stachańczyk, Piotr Dukaczewski, Ryszard Suder i Marek Maćkowiak, dwaj zawodnicy z najwyższym rankingiem ELO na 1 stycznia 2015 roku (poza finałową czwórką) – Marcin Tazbir (nowy zawodnik „Syrenki” Warszawa) i Rafał Gunajew oraz sześciu pierwszych zawodników z marcowego półfinału – Adam Czajkowski, Bartosz Pawelec, Dawid Falkowski, Zdzisław Wojcieszyn, Piotr Kulpiński i Andrzej Migala.

Przed mistrzostwami ze składem finałowej dwunastki były małe perturbacje. Marcin Tazbir i Rafał Gunajew z różnych przyczyn nie mogli wziąć udziału w turnieju. Na ich miejsce uprawnieni do gry zostali dwaj kolejni zawodnicy z półfinału w Krynicy – Marcin Chojnowski i Andrzej Sargalski. Chojnowski decyzją prezydium Stowarzyszenia „Cross”, na wniosek sędziego Marka Maćkowiaka, został zawieszony na rok w prawach zawodnika za niewłaściwe zachowanie podczas krynickiego turnieju i stracił uprawnienia do gry w finale. Lista awansujących z półfinału zaczęła się wydłużać. Automatycznie zaczęli wchodzić kolejni rezerwowi. Następne, dziewiąte miejsce, zajął w Krynicy Henryk Krynicki, ale zawodnik ten niestety nie mógł skorzystać z nabytego uprawnienia i zagrać w Jastrzębiej Górze. Na dziesiątym miejscu na końcowej liście półfinalistów był Jacek Ruszczycki z „Lajkonika”, jeden z najstarszych zawodników wśród szachistów niewidomych i słabowidzących. Pan Jacek potwierdził udział i można było wreszcie zakończyć kompletowanie składu graczy.

Tegoroczne mistrzostwa były trochę inne od poprzednich. Drugi rok z rzędu nie było Rafała Gunajewa. W Jastrzębiej Górze zabrakło też Tadeusza Żółtka, kolejnego silnego, czołowego zawodnika, który od wielu lat systematycznie grał w turnieju finałowym. Pan Tadeusz w ubiegłorocznych mistrzostwach Polski zajął piąte miejsce. Niestety, również nie mógł wziąć udziału w tegorocznym półfinale i wywalczyć awansu. Sytuacja w czołówce graczy walczących o mistrzowski tytuł trochę się więc zmieniła. Po raz pierwszy w finale pojawił się 17-letni Adam Czajkowski, dobrze zapowiadający się szachista. W Jastrzębiej Górze był najmłodszym zawodnikiem.

Turniej rozpoczął się od dużych niespodzianek. Pierwsza runda przeszła bez sensacji, jedynie jeden dzień na turniej spóźnił się Jacek Ruszczycki i walkowera zaliczył jego przeciwnik – Jacek Stachańczyk. Natomiast w drugiej mistrz świata – być może rozkojarzony wolnym dniem bez gry – podstawił wieżę Adamowi Czajkowskiemu i przegrał partię. To była runda poranna. Drugą i trzecią rundę grano tego samego dnia, pozostałe były pojedyncze. Jacka wytrąciła chyba z równowagi przegrana na starcie turnieju. Po południu też nie grał rewelacyjnie i jedynie zremisował z Ryśkiem Suderem. Po trzech rundach obrońca tytułu mistrza Polski, faworyt turnieju i zawodnik z najwyższym rankingiem, miał jedynie półtora punktu. W piątej rundzie „zgubił” jeszcze pół punktu w partii z Andrzejem Migalą. Po sześciu rundach jego bilans nie wyglądał zbyt optymistycznie. Tracił dwa punkty do prowadzącego w turnieju Piotra Dukaczewskiego, który wszystkie partie wygrał.

Na pięć rund przed końcem mistrzostw wydawało się, że zwycięstwo Piotra jest już raczej pewne. Nad drugim konkurentem – Markiem Maćkowiakiem – miał punkt przewagi. Wygrał z nim w drugiej rundzie. Sytuacja w turnieju była więc dla Dukaczewskiego niezwykle komfortowa. Ale sport rządzi się swymi prawami. U Piotra nastąpił niespodziewanie kryzys. W siódmej rundzie, w partii z Ryśkiem Suderem, popełnił błąd i przegrał. Później zremisował jeszcze z Andrzejem Migalą i przyszła dziesiąta, decydująca runda – ze Stachańczykiem. Piotr miał wówczas jeszcze pół punktu przewagi nad konkurentem, który w drugiej połowie turnieju wygrywał kolejno wszystkie partie. Do zdobycia tytułu mistrza Polski wystarczał mu remis. Oczywiście przy założeniu, że w ostatniej rundzie obaj wygrają. Niestety, szansy tej Piotr nie wykorzystał. Zastanawiał się, jaki wybrać debiut. Rozważał wszystkie warianty. Zdecydował się w końcu na c4. Miał w tym otwarciu dobry wynik z Jackiem. Po długiej walce i błędach Piotr partię przegrał. Ostatnia runda już nic nie zmieniła. Piotr musiał zadowolić się drugim miejscem, a szachowym mistrzem Polski na rok 2015 został ponownie Jacek Stachańczyk. Po udanym finiszu powiodło mu się i obronił tytuł mistrzowski – jego czwarty z kolei. Poprzednio zwyciężał w latach 2011, 2012 i 2014.

Trzecie miejsce w mistrzostwach zajął Marek Maćkowiak. Bardzo dobrze grał w pierwszej połowie turnieju. Do szóstej rundy, razem z Piotrem Dukaczewskim, przewodził w rozgrywkach.

Jeśli chodzi o innych zawodników, mogła dziwić słaba gra Dawida Falkowskiego. A jest to zawodnik, który potrafi robić niespodzianki i wygrywać nawet z dużo silniejszymi zawodnikami. Tutaj grał bardzo słabo. Był zupełnie bez formy. Rozgrywki zakończył na miejscu dziesiątym. Natomiast bardzo dobrze zaprezentował się Adam Czajkowski, debiutujący w finale. Zajął czwarte miejsce i wypełnił normę kandydacką. Z każdym silnym zawodnikiem grał jak równy z równym. Do czołówki Polski dołączył więc kolejny liczący się gracz.

Obok Adama Czajkowskiego normę kandydacką w mistrzostwach wypełnili też Andrzej Migala i Bartosz Pawelec.

Dobrze rozpoczął zawody Andrzej Sargalski, uzyskując dwa i pół punktu z trzech gier. Ładną partię rozegrał z Andrzejem Migalą. Intuicyjnie poświęcił figurę i gdyby zakończył atak, poświęcając kolejne, partia mogłaby zakończyć się jego zwycięstwem i być uznana za najładniejszą w turnieju.

W sumie po wielu niespodziankach, jakie przyniosły rozgrywki w Jastrzębiej Górze, końcowa tabela wyników chyba nikogo nie zaskoczyła.

Sędzią głównym turnieju był Ryszard Królikowski, a jego asystentem – Robert Krasiewicz, obaj z Warszawy.

Tegoroczny finał mistrzostw Polski był też eliminacjami do mistrzostw Europy, które odbędą się na przełomie lipca i sierpnia we Francji. Na zawody pojadą mistrz i wicemistrz Polski oraz Marcin Tazbir, który otrzymał nominację trenera.

M. Dębowska

 

Na początek

aaa

 

warcaby

 

Zmiany na podium

Już po raz czwarty Ośrodek Sportu i Rekreacji w Tucholi gościł najlepszych warcabistów Stowarzyszenia „Cross”, którzy zjechali z całego kraju, by w finałowej rozgrywce wyłonić mistrza Polski niewidomych i słabowidzących w warcabach stupolowych na rok 2015.  

Skład 12-osobowego finału 19. edycji mistrzostw był w tym roku wyjątkowo mocny, mimo iż nie wystartował w nim tym razem as crossowskich warcabów, mistrz świata Jan Sekuła. Poza nim nie zabrakło wszak nikogo z liczących się w środowisku zawodników. Najniższy ranking wśród uczestników to 2150 punktów, a najniższa kategoria to jedynka (!).

Absencja obrońcy tytułu to z jednej strony spore ułatwienie dla pretendentów do medali, z drugiej zaś dodatkowa presja. Przed kilkoma zawodnikami otworzyła się bowiem szansa, która może się szybko nie powtórzyć.

Grono kandydatów do medali było wyjątkowo liczne. Za głównego faworyta do złota uchodził ubiegłoroczny wicemistrz Leszek Stefanek z „Hetmana” Lublin. Za jego najgroźniejszych rywali uważano Stanisława Jędrzyckiego, Józefa Tołwińskiego i Marka Maćkowiaka. O niespodziankę byli w stanie postarać się też doświadczeni byli mistrzowie Polski Andrzej Jagieła i Ryszard Biegasik, a także zastępujący w finale Sekułę Michał Czarski, pierwszy rezerwowy z krynickiego półfinału.

Lista startowa finału była tak ułożona, by w pierwszej fazie turnieju spotkali się ze sobą zawodnicy z tego samego klubu. W pierwszej wirtualnej grupie do czwórki białostockiej dokooptowano dwóch reprezentantów lubelskiego „Hetmana”, a w drugiej grupie trójkę przemyską uzupełnili zawodnicy z Kłodzka, Poznania i Olsztyna. Rozgrywki finałowe toczyły się jak zawsze systemem kołowym (każdy z każdym). Tempo gry wynosiło 2 godziny (runda czterogodzinna).

W pierwszej rundzie najdłuższy pojedynek stoczyli ze sobą lublinianie Stefanek i Czarski. Rezerwowy ani myślał odpuszczać faworytowi i doszło do ciekawej walki, zakończonej ostatecznie po blisko czterech godzinach gry zwycięstwem Stefanka, choć zanosiło się na niespodziankę. W pewnym momencie na zegarze pretendenta do tytułu pozostały zaledwie trzy minuty, podczas gdy jego przeciwnik dysponował prawie godziną, a na desce było jeszcze sporo materiału. Wynik tej partii już na początku turnieju ustawił obu zawodników „Hetmana” na przeciwległych biegunach tabeli i, jak się okazało, miało tak pozostać do końca.

Od zwycięstwa rozpoczęli zawody również Maćkowiak i Jagieła, którzy wraz ze Stefankiem zostali współliderami finału. Po raz pierwszy i zarazem ostatni...

Po drugiej rundzie Stefanek, po wygranej z Biegasikiem, został samodzielnym liderem i do końca turnieju nie dał się już dogonić, chociaż rywale naciskali.

Dość słabo wystartował dawny mistrz Stanisław Jędrzycki (nr ewid. 8!), który po trzech bezbarwnych remisach uległ w kolejnej rundzie Jagiele już w debiucie.

W początkowej fazie mistrzostw doszło do jeszcze kilku interesujących pojedynków. Ciekawy przebieg miały partie Stefanka z Wieczorek i Tołwińskim. Ewa nigdy jeszcze nie urwała choćby punktu Leszkowi, ale tym razem była zdecydowanie najbliżej celu. Szczęście sprzyjające liderowi w tej partii opuściło go w następnej, z Tołwińskim. Mimo wygranej pozycji nie tylko nie zdobył dwóch punktów, lecz jeszcze musiał się mocno natrudzić, by uratować jeden.

Po pięciu rundach (pojedynki w grupach) prowadził Stefanek (9 p.) przed Jagiełą (8), Tołwińskim (7) i Maćkowiakiem (6). Na drugim biegunie znajdowali się Suder, Sitarz (po 3 p.) i Czarski, który z zaledwie jednym punktem zamykał tabelę, mając na koncie cztery porażki.

Drugą część zawodów od mocnego uderzenia rozpoczął lider. Wygrane z Maćkowiakiem i Suderem znacznie przybliżyły go do tytułu. Przewaga nad konkurentami wzrosła do trzech punktów. Odtąd mógł już kontrolować sytuację w tabeli bez konieczności podejmowania zbędnego ryzyka.

Interesująco przebiegała partia z Suderem. Stefanek, mając wyraźną przewagę, postanowił zrobić kombinację i przyspieszyć wygraną. Jego rywal po namyśle, nie kończąc bicia, poddał partię. Późniejsza analiza pokazała, że mógł przeprowadzić kontrkombinację, po której powstawała remisowa końcówka.

W siódmej rundzie ważne zwycięstwo nad Jagiełą zanotował Tołwiński i panowie zamienili się miejscami w tabeli. Na fotelu wicelidera zasiadł białostoczanin. Wydarzeniem kolejnej rundy była partia Sitarza z Tołwińskim. Nie ze względu na poziom sportowy czy wynik, ale z uwagi na czas trwania pojedynku. Inne partie dawno się pokończyły, a oni grali i grali, mając po dwie damki i po jednym kamieniu. W ten sposób znany z szybkiej gry Zenek odnotował pierwszy przypadek w swej karierze, że partia z jego udziałem trwała najdłużej w rundzie.

Marsz w górę tabeli rozpoczęła Ewa Wieczorek. Po pokonaniu Sitarza zdobyła dwa punkty w partii z Mazurem (pierwsza i jedyna porażka Mazura w turnieju!), by zakończyć serię trzech zwycięstw z rzędu efektowną wygraną z nieobliczalnym Maćkowiakiem. Dzięki temu stała się nieoczekiwanie jedną z poważniejszych kandydatek do medalu.

Na dwie rundy przed końcem sytuacja była następująca: prowadził Stefanek (15 p.) przed Jagiełą i Tołwińskim (obaj po 12), Wieczorek (11) i Jędrzyckim (10). Tylko ta piątka pozostawała w grze o medale.

W przedostatniej rundzie Jagieła ograł Biegasika (czym uniemożliwił Stefankowi przedwczesne świętowanie), a Jędrzycki Fiedoruka (chociaż tu wynik partii mógł być dokładnie odwrotny). Pozostałe pojedynki zakończyły się pokojowo. Tołwiński zremisował z Maćkowiakiem, Wieczorek z Suderem, a Czarski z Mazurem. Zwłaszcza ta ostatnia partia pokazała, że zmęczenie zawodników wyczerpującym turniejem jest już wyraźnie zauważalne. Michał zdobył kamień przewagi i powinien bez problemu doprowadzić partię do wygranej. Pozwolił jednak odrobić rywalowi straty, a w remisowej końcówce popełnił błąd, którego przeciwnik, z sobie tylko wiadomych powodów, nie wykorzystał.

Przed ostatnią rundą czysto teoretyczne szanse na złoto zachował jeszcze Jagieła, a o brązie miały zadecydować partie Jędrzycki – Wieczorek i Suder – Tołwiński. Najbliżej medalu był ten ostatni. Wygrana zapewniała mu podium. Jeśli ktoś liczył na jakieś emocje w ostatnim dniu turnieju, srodze się zawiódł. Wszystkie partie zakończyły się pokojowo i szybko. Tabela ani drgnęła. Dziwi zwłaszcza postawa Jędrzyckiego, który mając realne szanse na medal, sam zaproponował remis swej rywalce i to już po 20. posunięciu. Sędzia oczywiście nie mógł pozwolić na takie rozwiązanie i oboje musieli grać dalej. Po pięciu minutach na obu zapisach widniało już 40 posunięć i Stanisław z nieukrywaną radością ponownie zaproponował remis, tym razem już zaakceptowany przez sędziego. Grającemu jeszcze Tołwińskiemu nie pozostało nic innego, jak zremisować z Suderem i wziąć medal podany mu na tacy przez ugodowych rywali. Medal, o który walczył bezskutecznie tyle lat, zajmując m.in. trzy razy z rzędu czwarte miejsce... Teraz wreszcie był trzeci, ale co by było, gdyby grał Sekuła?

Turniej nie przyniósł większych niespodzianek. Przyszli medaliści już przed zawodami stawiani byli w gronie faworytów. Leszek Stefanek zdobył dziesiąty medal w swoim dziesiątym starcie w finale. Po złoto sięgnął po raz drugi (poprzednio w 2009 roku w Murzasichlu). Andrzej Jagieła z kolei zdobył drugie srebro, a Józef Tołwiński drugi brąz.

Cała trójka może turniej w Tucholi uznać za udany. Jagieła i Tołwiński wypełnili normy na kandydata. Jeszcze większe powody do radości powinna mieć, mimo braku medalu, Ewa Wieczorek. Wypełniła kolejną normę arcymistrzowską i zajęła bardzo wysokie czwarte miejsce.

Zgodnie z wieloletnią tradycją jedną z imprez towarzyszących rozgrywkom finałowym jest turniej gry błyskawicznej. W tym roku odbył się on 22 kwietnia po piątej rundzie turnieju głównego. Wzięło w nim udział 10 osób. Zwyciężył Zenon Sitarz przed Stanisławem Jędrzyckim i Józefem Tołwińskim.

Tradycyjnie uczestnicy finału w Tucholi mieli możliwość korzystania z miejscowej kręgielni czy bieżni stadionu lekkoatletycznego. Ładna pogoda sprzyjała też częstym spacerom wokół urokliwego jeziora Głęboczek.

Zawody dofinansowane ze środków PFRON sędziował Leszek Łysakowski z Gniezna. Koordynatorem finału była Ewa Sargalska.

Finał XIX Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych

18-26.04.2015 r., Tuchola

1. Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) 17 p.

2. Andrzej Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl) 15 p.

3. Józef Tołwiński („Victoria” Białystok) 14 p.

4. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 13 p.

5. Stanisław Jędrzycki („Sudety” Kłodzko) 13 p.

6. Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań) 11 p.

7. Ryszard Biegasik („Victoria” Białystok) 10 p.

8. Stanisław Mazur (Podkarpacie” Przemyśl) 10 p.

9. Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl) 9 p.

10. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 7 p.

11. Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn) 7 p.

12. Michał Czarski („Hetman” Lublin) 6 p.

Leszek Stefanek

 

Na początek

aaa

 

warcaby

 

Czeska niespodzianka w Firleju 

Dużym zaskoczeniem zakończył się XII Puchar Ziemi Lubelskiej w Warcabach Stupolowych rozgrywany tradycyjnie w gościnnych salach hotelu „Imperium” w Firleju. Zdecydowane zwycięstwo odniosła zawodniczka z Republiki Czeskiej Petra Duskova.  

Warcabistka z Pragi gościła na Lubelszczyźnie po raz drugi. W roku ubiegłym zajęła wysokie, piąte miejsce, co już było sporą niespodzianką. W tym roku zaliczano ją do grona osób ubiegających się o czołowe lokaty, ale chyba nikt nie przypuszczał, że wygra cały turniej, i to w wielkim stylu. Tym samym Petra powtórzyła sukces swego rodaka Jiri Sysela, który triumfował w Firleju w 2009 roku. Czeszka nie tylko dobrze gra w warcaby, lecz jest także świetną organizatorką. To właśnie głównie za jej przyczyną ekipa czeska przyjechała do Firleja aż w 12-osobowym składzie. Dzięki temu mogliśmy odnotować kolejny rekord frekwencji. W XII Pucharze zagrały aż 84 osoby!

Oprócz gości z Czech w zawodach wystąpili także przedstawiciele wszystkich niemalże regionów Polski. Reprezentowane były 23 kluby Stowarzyszenia „Cross”. Zagrało też kilku zawodników pełnosprawnych z innych klubów, jako że impreza w Firleju od lat ma charakter integracyjny.

Turniej po raz trzeci zaliczany był do rankingu światowego. Głównym faworytem wydawał się być Czech Jiri Marek, numer 1 na liście startowej, który jednakże ostatnio miał dłuższą przerwę w grze. Zagrozić mu mogli przede wszystkim polscy pełnosprawni zawodnicy: Ryszard Romaszewski, Roman Lickiewicz i Józef Bajdak. Gospodarze liczyli też na świeżo upieczonego mistrza Polski niewidomych i słabowidzących Leszka Stefanka. Oprócz niego wystartowało też pięcioro innych finalistów z Tucholi. Wprost z Łajsa dotarło do Firleja osiem uczestniczek zakończonego właśnie półfinału mistrzostw Polski kobiet.

1 maja przystąpiono do rywalizacji sportowej. Zaplanowano 9 rund systemem szwajcarskim. Tempo gry wynosiło 90 minut. W pierwszym dniu program był bardzo intensywny. Odbyły się aż trzy rundy.

Pierwsze niespodzianki zanotowano już w drugiej rundzie. Wacław Morgiewicz urwał punkt Józefowi Bajdakowi, a Emilia Bober była o krok od pokonania Zenona Sitarza (skończyło się remisem). W rundzie wieczornej doszło do nieoczekiwanego rozstrzygnięcia w partii Jiri Marka z Bernardem Olejnikiem. Czech dwukrotnie po biciu nie zdjął pobitego kamienia i przełączył zegar. Za pierwszym razem Benek pozwolił poprawić nieprawidłowość. Za drugim – już nie. Obrażony Czech odszedł od stolika i nie dokończył partii. Nasz zawodnik zainkasował dwa punkty, ale niesmak pozostał... Bardzo szczęśliwie uniknął porażki Leszek Stefanek w partii z Ryszardem Romaszewskim. Przez większość pojedynku grał ze stratą kamienia, ale jego doświadczony przeciwnik nie potrafił wykorzystać przewagi.

Po pierwszym dniu rywalizacji komplet (6 p.) mieli: Roman Lickiewicz, Bernard Olejnik, Michał Czarski i Petra Duskova.

Kolejnego dnia okazało się, że wysoka lokata Czeszki to nie przypadek. Najpierw w pojedynku z nią poległ Roman Lickiewicz (trzy lata temu był w Firleju drugi), a po południu nie sprostał jej Leszek Stefanek. Najpierw wpadł na niezłożoną kombinację (większość!), a potem, gdy po niedokładnym zagraniu rywalki zdołał doprowadzić do remisowej pozycji (6x6), nie potrafił jej utrzymać do szczęśliwego dla siebie finału.

Po trzy punkty stracili dotychczasowi liderzy – Czarski i Olejnik, którzy spadli na dalsze miejsca. W czołówce zameldował się natomiast duet „Victorii” Białystok: Józef Tołwiński i Mikołaj Fiedoruk. Obaj tylko o punkt ustępowali Duskovej.

Turniej przekroczył półmetek i zawodnikom należał się odpoczynek. Następne pojedynki zaplanowano dopiero nazajutrz po południu. Tymczasem wieczorem miał miejsce długo oczekiwany przez większość, słynny już w całej Polsce bankiet. Jak zawsze w Firleju, przy suto zastawionych stołach bawiono się do wczesnych godzin porannych. Do tańca przygrywał zespół muzyczny TomyBand.

Wszystko co dobre, szybko się kończy i w dniu Święta Konstytucji 3 Maja warcabiści zeszli z obłoków na ziemię, powracając do sportowej rywalizacji. Petra nie chciała uczcić naszego święta i dalej ogrywała polskich zawodników. Ofiarą czeskiej warcabistki padł tym razem depczący jej po piętach duet białostocki. Duskova chyba zaczarowała obu Podlasian, bo decydujące o porażce błędy popełnili w remisowych końcówkach. Najpierw stracił dwa punkty Fiedoruk, a w rundzie wieczornej w jego ślady poszedł Tołwiński. W tej sytuacji Czeszka z kompletem 14 punktów (!) mogła już mrozić szampana. Jej przewaga nad najgroźniejszymi rywalami urosła do trzech punktów. Pozostała im praktycznie tylko walka o drugie miejsce...

Dzień przyniósł jeszcze kilka innych ciekawych rozstrzygnięć. Ważne zwycięstwo nad Lickiewiczem odniósł Bajdak, by potem szczęśliwie uratować remis z Mateuszem Skibickim. Drugą z rzędu porażkę poniósł Fiedoruk, który uległ Markowi. Stefanek wygrał z Sitarzem, a Romaszewski z Czarskim. W prestiżowym pojedynku Ewa Wieczorek zremisowała z rzadko ostatnio grywającą, po raz pierwszy goszczącą w Firleju Jadwigą Mróz. Kolejnej szansy na efektowne zwycięstwo nie wykorzystała Emilia Bober. W partii z Ryszardem Pawłowskim mogła przeprowadzić wygrywającą kombinację. Wcześniej wypuściła wygrane z Sitarzem i Ignatowskim. Zamiast sześciu punktów zdobyła w tych partiach tylko dwa.

Przed decydującym dniem, w którym zaplanowano dwie rundy, za plecami Duskovej z 11 punktami plasowali się: Romaszewski, Marek, Bajdak, Skibicki i Stefanek. Najpierw doszło do dwóch pojedynków derbowych. Duskova, zgodnie z oczekiwaniami, zremisowała z Markiem, a Bajdak okazał się lepszy od swego klubowego kolegi z „Hetmana”, Stefanka, i znacznie przybliżył się do podium. Wygrał też Romaszewski (ze Skibickim) i wraz z Bajdakiem tracili do Duskovej dwa punkty. O punkt mniej od nich mieli Marek i Tołwiński.

W ostatniej rundzie Bajdak (13) trafił na Duskovą (15). Romaszewski (13) zmierzył się z Tołwińskim (12), a Marek (12) ze Stefankiem (11). We wszystkich tych partiach zanotowano remisy. Tylko druga z nich zakończyła się szybko. W pozostałych walka trwała do końca. Ostatnia runda była szczególnie udana dla gospodarzy, czyli zawodników „Hetmana” Lublin. Pozwoliło im to na zajęcie miejsc w czołowej piętnastce turnieju (tyle właśnie lokat premiowanych było nagrodami pieniężnymi).

Dwunasta edycja Pucharu Ziemi Lubelskiej dobiegła końca. Niespodziewane, aczkolwiek zasłużone zwycięstwo odniosła Petra Duskova. Jest pierwszą kobietą, której udała się ta sztuka. Wcześniej drugie miejsca w lubelskiej imprezie zajmowały Magdalena Szczybyło (2008) i Ewa Wieczorek (2013). Drugi stopień podium zajął Ryszard Romaszewski z Jezioran, a trzeci  – zawodnik „Hetmana” Lublin Józef Bajdak.

XII Puchar Ziemi Lubelskiej w Warcabach Stupolowych

1-3.05.2015 r., Firlej

1. Petra Duskova (Czechy) 16 p.

2. Ryszard Romaszewski (Jeziorany) 14 p.

3. Józef Bajdak („Hetman” Lublin) 14 p.

4. Mateusz Skibicki (Unia Horyniec-Zdrój) 13 p.

5. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 13 p.

6. Jiri Marek (Czechy) 13 p.

7. Józef Tołwiński  („Victoria” Białystok) 13 p.

8. Michał Czarski („Hetman” Lublin) 13 p.

9. Roman Lickiewicz (Białystok) 13 p.

10.Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) 12 p.

Najlepszą kobietą turnieju została oczywiście Petra Duskova. Najlepszym juniorem (do lat 19) okazał się Mateusz Skibicki, a najlepszą juniorką Veronika Vinska (Czechy). Najmłodszą uczestniczką zawodów była niespełna sześcioletnia Jana Schmidowa (Czechy), a najstarszym zawodnikiem Jan Samolej z Zalesia na Lubelszczyźnie (85 lat).

Turniej w Firleju już po raz szósty z rzędu sędziował arbiter klasy państwowej Konrad Bieżyca. Głównym organizatorem imprezy był, jak zawsze, niezmordowany prezes klubu „Hetman” Lublin Michał Czarski, a donatorem Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Leszek Stefanek

 

Na początek

aaa

 

biegi

 

Mistrzowskie zmagania w półmaratonie 

W sobotnie popołudnie 23 maja niewidomi i słabowidzący biegacze przyjechali do Ostrołęki, by następnego dnia, w trakcie XXI Międzynarodowego Półmaratonu Kurpiowskiego, rywalizować o mistrzostwo Stowarzyszenia „Cross” na dystansie 21 kilometrów.

Zawodnicy nocowali w studenckiej bursie, jedli zaś w obiekcie MOSiR. Skromne warunki to skutek zmniejszonych środków finansowych, jakie zostały przyznane przez PFRON na dofinansowanie tego startu w projekcie „Tylko dla mistrzów”. Maratończycy dzielnie sobie jednak radzili pomimo tych trudniejszych warunków.

W tegorocznym biegu słabowidzący mieli okazję, żeby powalczyć o zwycięstwo z faworytem Tomkiem Chmurzyńskim, który dopiero powoli wraca do biegania po kontuzji. Szanse części zawodników znacząco wzrosły dzięki obozowi przygotowawczemu w górach. W grupie niewidomych lider Zbyszek Świerczyński, pomimo kłopotów żołądkowych, próbował obronić ubiegłoroczny tytuł.

Rano pogoda zapowiadała się idealna, jednak z każdą chwilą robiło się coraz cieplej. Na starcie stanęło ponad dwustu zawodników. Wśród nich Kenijczyk i kilku Ukraińców, którzy chcieli walczyć o zwycięstwo. Nieosłonięta przed słońcem płaska trasa z kilkoma nawrotami została zaplanowana jakby specjalnie dla kibiców, bo pozwalała nieustannie obserwować przebieg wyścigu.

Zawodnicy z dysfunkcją wzroku wystartowali o 11. Po kilku kilometrach prowadził Tomek Chmurzyński, niewiele tracił do niego Jacek Ziółkowski. Nieoczekiwanie jako trzeci gonił ich Krzysztof Badowski, a za nim plasował się Sławek Jeżowski. Dalej biegł Mariusz Gołąbek prowadzący w tym biegu Świerczyńskiego. Przewodnik Zbyszka nie mógł pobiec i zawodnicy z Polski północnej, reprezentowanej przez połączone siły klubów olsztyńskiego i gdańskiego, razem spróbowali powalczyć o zwycięstwo w grupie niewidomych. Blisko nich trzymał się Grzegorz Powałka z asystentką Danką Koson jadącą na rowerze. Za nimi podążało jeszcze kilku zawodników z większą już stratą do czołówki: Wiesław Miech prowadzący niewidomego kolegę Mariusza Zacheję, Piotr Jankowski i Maciek Dąbrowski.

Na dziesiątym kilometrze biegu w czołówce nie było zmian. Świerczyński z Gołąbkiem wyprzedzili Jeżowskiego i w trójkę deptali Badowskiemu po piętach. Niestety, Zbyszek Świerczyński źle się poczuł i musiał zwolnić. Na jedenastym kilometrze Jeżowski, zebrawszy siły, minął Badowskiego, co dało warszawiakowi energetycznego kopa. Po kolejnym kilometrze ruszył za nim w pościg duet z północy, który również wyprzedził Badowskiego. Strata pozostałych zawodników zaczynała rosnąć. Najtrudniejsze miało dopiero nastąpić.

Temperatura rosła, a rywalizacja się zaostrzała. Na szesnastym kilometrze biegacze wykonali kolejny nawrót. W tym czasie Ziółkowski tracił coraz więcej do Chmurzyńskiego, a duet z północy zbliżył się do Jeżowskiego – dzieliło ich zaledwie 30 sekund. Dalej bez zmian – Badowski i pozostali z coraz większą stratą do liderów. Niezagrożony Tomasz Chmurzyński (czas 1:28:09) odebrał tytuł Ziółkowskiemu, który stracił jeszcze do zwycięzcy i był drugi w T12 (1:34:16). Po kilku minutach dobiegł Sławek Jeżowski (1:37:38). Z powodu niedyspozycji Mariusz Gołąbek z duetu północnego ląduje poza podium, ale prowadzi Zbyszka Świerczyńskiego, ktory jest pierwszy w T11 (1:39:26) i drugi w kategorii mężczyzn powyżej 60. roku życia! Krzysztof Badowski z „Łuczniczki” Bydgoszcz dobiega piąty (1:45:01). Za nim z dużymi stratami czasowymi trzech biegaczy z „Syrenki” Warszawa: Miech, Jankowski i Dąbrowski. W grupie niewidomych drugi kończy wyścig Powałka (1:58:56), a trzeci Zacheja (2:05:33).

Po krótkim odpoczynku przyszła pora na dekorację zwycięzców. W open zwyciężył Josef Kosgei z Kenii (1:05:24), a najszybszą kobietą w tym półmaratonie była Anna Peczko z Ukrainy (1:27:43). W takich momentach słońce już nie przeszkadza, a wręczane puchary pięknie błyszczą w jego promieniach.

Mistrzostwa Stowarzuszenia „Cross” w półmaratonie

24.05.2015 r., Ostrołęka

T11

1. Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn)

2. Grzegorz Powałka („Syrenka” Warszawa)

3. Mariusz Zacheja („Syrenka” Warszawa)

T12

1. Tomasz Chmurzyński („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa)

3. Sławomir Jeżowski („Syrenka” Warszawa)

Gratulacje dla zwycięzców, a podziękowania dla przewodników: Danuty Koson, Wiesława Miecha, Mariusza Gołąbka i Oli Karaś za pomoc zawodnikom. Niebawem kolejne zawody w Klimontowie i Bydgoszczy. Ale o nich w kolejnym numerze.

Mariusz Gołąbek

 

Na początek

aaa

 

triathlon

 

Ludzie z żelaza 

Czasy, kiedy modne było przede wszystkim to, co łatwe i przyjemne, odeszły już do lamusa. Dzisiaj ceni się, podziwia oraz naśladuje także oryginalne i trudne dokonania. Taką wymagającą dyscypliną jest triathlon.  

Innym dobrym przykładem dyscypliny, która potwierdza tę tendencję, jest bieganie. W ciągu ostatnich lat jego popularność znacząco wzrosła. Jogging stał się codziennym rytuałem dla milionów ludzi na całym świecie, a w licznych maratonach rozgrywanych w różnych miejscach globu startują tysiące fanów „męczarni” na dystansie 42 km 195 m. Dla niektórych to jednak za mało.

W ostatnim czasie coraz większą popularność, zarówno na świecie, jak również w Polsce, zyskuje triathlon – wszechstronna dyscyplina sportowa, będąca trójbojem składającym się z pływania, kolarstwa i biegania. Konkurencje te rozgrywane są po kolei bez przerw, a czas końcowy obejmuje również zmianę stroju i sprzętu sportowego.

Najważniejsze daty w niezbyt długiej historii triathlonu to rok 1974, kiedy odbyły się pierwsze oficjalne zawody w San Diego (USA) oraz rok 2000, w którym dyscyplina ta zadebiutowała na olimpiadzie w Sydney. Nie wolno zapominać również o roku 1978, w którym zapoczątkowano zawody cykliczne Hawaii Ironman, gdzie uczestnicy musieli przepłynąć 3,8 km, przejechać rowerem 180 km i przebiec 42,195 km. Do chwili obecnej zawody na Hawajach mają status najtrudniejszych i najbardziej prestiżowych, a ich ukończenie jest prawdziwą nobilitacją w środowisku triathlonistów. Fenomenem dzisiejszych czasów jest fakt, że wyczyny „ludzi z żelaza” są inspiracją zarówno dla zawodowców, jak i amatorów, dzięki którym chętnych do udziału w coraz liczniejszych zawodach jest więcej niż wolnych miejsc, a triathlon może pretendować do grona sportów masowych. Wprawdzie dystanse podczas większości imprez są krótsze niż w cyklu Ironman (np. dystans olimpijski to 1,5 km pływania, 40 km roweru i 10 km biegu), lecz każdy taki start jest trudną próbą charakteru i wielkim wyzwaniem dla uczestników.

Przełamywanie barier niemożności to domena sportowców z niepełnosprawnością. Nic więc dziwnego, że i oni pokochali triathlon. Dyscyplina ta szybko znalazła się w strukturze sportów IPC (International Paraolympic Committee). Wyodrębniono pięć klas niepełnosprawności (PT 1-5) w kategorii kobiet i mężczyzn, określono dystans: 750 m pływania, 20 km roweru, 5 km biegu i opracowano szczegółowe zasady rozgrywania tych konkurencji. Błyskawiczny rozwój paratriathlonu zaowocował umieszczeniem go w programie igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. W Polsce prekursorami w tej dyscyplinie są osoby z dysfunkcją wzroku, a jako pierwszy zaczął startować w zawodach integracyjnych Marcin Suwart z przewodnikiem Jarosławem Skibą.

W 2014 roku do grona polskich paratriathlonistów dołączyli Łukasz Wietecki i jego przewodnik Tomasz Domagała. Łukasz jest znanym słabowidzącym lekkoatletą, mającym w swoim sportowym dorobku medale zdobyte na mistrzostwach świata i Europy w biegach na 800 i 1500 m. Po igrzyskach paraolimpijskich w Londynie w 2012 roku, gdzie zajął 4. miejsce na dystansie 800 m, postanowił poszukać swojej szansy na medal paraolimpijski w nowej dyscyplinie sportu. Triathlon zaczął trenować we wrześniu 2013 roku w poznańskim klubie Cityzen. Pół roku później namówił do współpracy Tomka, który najpierw był obiecującym pływakiem, potem w okresie juniorskim odnosił sukcesy w kolarstwie, a po kilkuletniej przerwie wrócił do sportu i zaczął osiągać obiecujące wyniki w triathlonie. Perspektywa uprawiania trudnej i kosztownej dyscypliny nie przeraziła dwójki zapaleńców, tym bardziej że szybko udało im się znaleźć pomocnych ludzi gotowych wesprzeć ich sportową pasję. Firma Enea S.A. pokryła koszty specjalistycznych ubiorów i udziału w zawodach, klub „Razem” Poznań wyposażył ich w kolarski tandem, a grono sponsorów uzupełnił poznański sklep Endushop.

W 2014 roku duet Domagała – Wietecki wystartował gościnnie w kilku krajowych imprezach dla osób pełnosprawnych oraz udanie zadebiutował na arenie międzynarodowej w paratriathlonie, zajmując 2. miejsce w Pucharze Świata rozegranym w Kanadzie. Tak dobry wynik wskazuje na duży potencjał poznaniaków i w przyszłości sytuuje ich w gronie faworytów najpoważniejszych imprez międzynarodowych. Najważniejsze starty Tomka i Łukasza w 2015 roku to dwie serie Pucharu Świata (Madryt i Londyn), mistrzostwa Europy w Szwajcarii oraz mistrzostwa świata w USA. Zamiarem ambitnej dwójki jest wywalczenie w tych imprezach medali oraz zdobycie i ugruntowanie wysokiej pozycji w światowym rankingu. Najważniejszy cel Tomka i Łukasza, jakim jest medal igrzysk paraolimpijskich, będzie musiał niestety poczekać na realizację co najmniej pięć lat. W Rio de Janeiro w klasie PT5 (niewidomi i słabowidzący) wystartują tylko kobiety, natomiast mężczyźni dostaną taką szansę prawdopodobnie dopiero na kolejnej paraolimpiadzie w Tokio 2020.

Ta odległa perspektywa nie przeraża ani nie zniechęca naszych bohaterów. Tomasz Domagała i Łukasz Wietecki są członkami kadry narodowej nie tylko w paratriathlonie, lecz także w parakolarstwie. W tej drugiej dyscyplinie ich ambicją jest zakwalifikowanie się do reprezentacji na mistrzostwa świata, ale niekoniecznie w bieżącym roku. Zdają sobie bowiem sprawę, że nie będzie to zadaniem łatwym ze względu na liczną konkurencję i wysoki poziom sportowy w krajowej rywalizacji kolarzy. Ponadto Łukasz nie rezygnuje jeszcze z biegania i także w swojej koronnej dyscyplinie zamierza powalczyć o miejsce w reprezentacji na tegoroczne mistrzostwa świata w lekkiej atletyce. Wydawać by się mogło, że taka mnogość celów i różnorodność dyscyplin sportowych jest nie do pogodzenia. Jednak patrząc na optymizm zawodników, ich determinację, ogrom wykonywanej pracy treningowej i profesjonalizm w działaniu, można uwierzyć w powodzenie tych planów.

W polskim paratriathlonie, który zaczyna się dopiero rozwijać, na pewno przydadzą się tak ambitni liderzy. Dyscyplina ta już obecnie budzi duże zainteresowanie wśród osób z dysfunkcją wzroku i z tego powodu została włączona do oferty programowej Związku Kultury Fizycznej „Olimp”. W 2015 roku planowane są zarówno działania organizacyjne, jak też sportowe. Pilnym zadaniem jest wypracowanie zasad współpracy z Polskim Związkiem Triathlonu, a tematem ustaleń będzie zapewne sposób rozegrania mistrzostw Polski oraz funkcjonowanie kadry narodowej. W sferze sportu ZKF „Olimp” planuje organizację zgrupowań treningowych i nabór nowych kandydatów do sekcji klubowych.

Paratriathlon to ekscytująca propozycja dla osób charakteryzujących się odwagą i fantazją oraz niebojących się wysiłku fizycznego. Nikt nie rodzi się twardzielem, ale prawie każdy może nim zostać, jeśli tylko odpowiednio nad sobą popracuje. Mam nadzieję, że kandydaci na „ludzi z żelaza” są wśród czytelników „Crossa” i wkrótce o nich usłyszymy. 

Mirosław Jurek

 

Na początek

aaa

 

wiadomości

 

Warcaby

Barbara Wentowska wygrywa w Łajsie

W Łajsie koło Olsztyna między 24 a 30 kwietnia 2015 roku rozegrany został turniej półfinałowy XIX Mistrzostw Polski Kobiet Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. O dziewięć przepustek do majowego finału w Tucholi walczyło tylko 26 zawodniczek z czternastu klubów Stowarzyszenia „Cross”. Co prawda każdego roku brakuje na półfinałach przynajmniej kilku czołowych warcabistek, tym razem jednak lista nieobecnych była zbyt długa, by wszystkie je wymieniać. Wystarczy wspomnieć, że tak silne ośrodki kobiecych warcabów, jak Przemyśl czy Opole, nie wystawiły żadnej zawodniczki, a Nysę reprezentowała tylko jedna, do niedawna jeszcze członkini „Crossu Opole”. W tej sytuacji trudno było liczyć na większe emocje. Te panie, które miały awansować, zrobiły to bez większych problemów – dwa plusy na starcie i później mogły już spokojnie kontrolować przebieg turnieju. Z faworytek tylko Petronela Dapkiewicz miała na początku pewne kłopoty (m.in. porażka z Barbarą Kacprzak), ale i ona zdołała na finiszu dobić do czołówki.

Największą niespodzianką turnieju był awans Haliny Wójcik, która będzie debiutantką w finale. Zadebiutuje w nim również zwyciężczyni półfinału Barbara Wentowska. Tym razem nie zdołały wywalczyć awansu m.in. Maria Górzna, Anna Pilipczuk i Maria Paduszyńska, które nie raz już posmakowały udziału w 12-osobowym finale. Bez porażki turniej w Łajsie zakończyły: Barbara Wójcik, Joanna Malcer i Barbara Gołębiowska-Fryga.

Cztery zawodniczki wystawiła w półfinale „Tęcza” Poznań i choć żadna z nich nie wywalczyła awansu, uzbierały sporo punktów do klasyfikacji decydującej o miejscu klubu w przyszłorocznych drużynowych mistrzostwach Polski. Podobnie rzecz ma się z „Syrenką” Warszawa (trzy warcabistki w półfinale). Obaj ubiegłoroczni spadkowicze są na dobrej drodze, by za rok powrócić do elity.

Zawodniczki awansujące do finału

1. Barbara Wentowska („Jantar” Gdańsk) 13 p.

2. Joanna Malcer  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 12 p.

3. Barbara Wójcik („Hetman” Lublin) 12 p.

4. Teresa Bonik („Jaćwing” Suwałki) 12 p.

5. Barbara Gołębiowska-Fryga („Atut” Nysa) 11 p.

6. Halina Wójcik („Pionek” Bielsko-Biała) 11 p.

7. Petronela Dapkiewicz („Jaćwing” Suwałki) 11 p.

8. Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa) 10 p.

9. Irena Wnuk („Sudety” Kłodzko) 10 p.

Stawkę finalistek uzupełnią medalistki z roku ubiegłego: Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok), Władysława Jakubaszek („Cross Opole”) i Ewa Grabska („Łuczniczka” Bydgoszcz). Zawodniczkami rezerwowymi są w kolejności: Maria Górzna („Sudety” Kłodzko) – 10 p., Anna Pilipczuk („Tęcza” Poznań) – 10 p. i Hanna Maćkowiak („Pionek” Włocławek) – 10 p.

Grano 9 rund systemem szwajcarskim. Tempo gry wynosiło 90 minut. Zawody dofinansowane ze środków PFRON sędziował arbiter międzynarodowy Jan Kotek z Lublińca. Koordynatorem imprezy był Piotr Łożyński. 

Leszek Stefanek

 

Szachy

Pierwszy kobiecy półfinał

W pierwszej połowie maja 2015 roku odbył się po raz pierwszy szachowy półfinał mistrzostw Polski kobiet. Turniej rozegrano w ośrodku „Wielspin” w Wągrowcu. Sędzią głównym zawodów finansowanych przez PFRON była Małgorzata Napierała z Poznania.

Zgodnie z regulaminem, do gry w finale uprawnione są trzy pierwsze zawodniczki z ubiegłorocznych mistrzostw, jedna zawodniczka z najwyższym rankingiem ELO oraz sześć szachistek z półfinału. Zawodniczki, które mają już zagwarantowany start w finale, mogą także zagrać w półfinale, ale wówczas tracą nabyte uprawnienia.

W 2014 roku medalistkami mistrzostw Polski były: Anna Stolarczyk („Tęcza” Poznań), Joanna Malcer („Warmia i Mazury” Olsztyn) oraz Krystyna Perszewska z „Jantaru” Gdańsk. Anna Stolarczyk i Krystyna Perszewska skorzystały z możliwości i zagrały w półfinale. Ania turniej wygrała, a Krysia była trzecia. Drugie miejsce zajęła Józefa Spychała z „Tęczy” Poznań. Ponadto z półfinału do lipcowego finału awansowały: Barbara Gołębiowska-Fryga i Halina Kasperczyk z „Atutu” Nysa, Leonarda Liszewska i Jadwiga Marynowicz z „Crossu Opole” oraz Alicja Mueller z „Łuczniczki” Bydgoszcz. Zawodniczką z najwyższym rankingiem ELO jest Teresa Dębowska. 

M. Dębowska

 

Kręgle

Sezon czas zacząć

Na bardzo wymagającej sześciotorowej kręgielni w Gostyniu w dniach 21-24 maja 2015 r. odbył się turniej inaugurujący nowy sezon rywalizacji w kręglach klasycznych. Poprzedni turniej na tak dużym obiekcie zawodnicy klubów Stowarzyszenia „Cross” rozegrali przeszło trzy lata temu. 

Większości uczestników kręgielnia była dobrze znana jako arena zmagań eliminacyjnych o prawo do gry w finałach mistrzostw Polski, które do 2012 roku organizowało Stowarzyszenie. Tegoroczny turniej obejmował dwie części. Z racji tego, że jednocześnie mogło grać sześć osób, koordynator zawodów Joanna Staliś zaproponowała nowy, dodatkowy element rywalizacji. Po grach eliminacyjnych trzech najlepszych zawodników i trzy najlepsze zawodniczki z każdej kategorii rozgrywali grę finałową na 120 rzutów (4x30 rzutów). Pomysł ten bardzo spodobał się wszystkim obecnym na odprawie technicznej. Przewodniczący komisji kręglarskiej Jacek Nowacki dodał, że stosowne zapisy zakładające dodatkowe rzuty finałowe znajdą się w regulaminie rozgrywek w kręglach klasycznych.

To nowe rozwiązanie mobilizowało zawodników, chcieli dać z siebie jak najwięcej. Wiedzieli, że bardzo wymagająca gostyńska kręgielnia nie wybacza błędów i każdy rzut jest na wagę finału. Przekonał się o tym Paweł Stefański z „Tęczy” Poznań, który w eliminacjach uzyskał identyczny wynik jak reprezentant klubu „Atut” Nysa Wojciech Puchacz (578 kręgli), ale przegrał awans do finału liczbą dziewiątek. Na kręgielni i w hotelu słychać było nieustanne analizy wyników i spekulacje co do ostatecznego składu finalistów. Sporym zaskoczeniem był rewelacyjny wynik Daniela Jarząba z „Tęczy” Poznań. Daniel w kategorii B3 uzyskał w eliminacjach wynik 718, a w finale 708 p. i w opinii wielu osób obserwujących zawody byłby idealnym wzmocnieniem kadry Polski, która w tym samym czasie na zgrupowaniu w Tomaszowie Mazowieckim przygotowywała się do mistrzostw świata na Słowacji.

Właśnie brak owej kadry na gostyńskim turnieju dla wielu był szansą, by powalczyć o najwyższe laury. Chyba każdy grający w kręgle miał w swojej karierze taki moment, kiedy zaraz po zakończonej grze chciał ją powtórzyć i poprawić błędy. I oto na tej imprezie, zorganizowanej w ramach upowszechniania sportu kręglarskiego wśród osób niewidomych i słabowidzących, pojawiła się taka szansa dla osiemnastu najlepszych. Można było poprawić technikę rzutów i jednocześnie popracować nad odpornością psychiczną.

Trzy godziny zmagań finałowych do ostatnich rzutów trzymały w napięciu całą publiczność. Analizom wyników gier wyświetlanych na dużym monitorze nie było końca, co dobitnie pokazało, że tego typu dodatkowy element rozgrywek wpływa pozytywnie na rywalizację i wzmacnia doping.

Gry finałowe w większości potwierdziły, że lokaty zajęte w eliminacjach nie były kwestią przypadku. Jedynie w kat. B2 z miejsca trzeciego na drugie awansowali Aleksandra Jarząb z „Tęczy” Poznań oraz Wojciech Puchacz z „Atutu” Nysa.

Na zakończenie turnieju, dzięki dofinansowaniu z Urzędu Gminy w Gostyniu, zdobywcy trzech pierwszych miejsc otrzymali nagrody rzeczowe. Okazałe puchary, medale, dyplomy zapewnił organizator – Stowarzyszenie „Cross”. W turnieju nie było przegranych, ponieważ każdy z uczestników otrzymał także coś słodkiego na poprawę humoru i podniesienie poziomu endorfin.

W Gostyniu rozpoczął się nowy rozdział rozgrywek w kręglach klasycznych. Niewątpliwie jest to zasługa wieloletniego doświadczenia Joanny Staliś w organizowaniu imprez kręglarskich. Być może już niedługo pojawi się szansa na kolejne emocjonujące widowiska na podobnych sześciotorowych obiektach w Tucholi i Tomaszowie Mazowieckim.

Imprezę dofinansowało Ministerstwo Sportu i Turystyki.

Ogólnopolski turniej

niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych

21-24.05.2015 r., Gostyń

Kobiety

B1

1. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 745 p. (394 p. eliminacje, 351 p. finał)

2. Irena Henisz („Morena” Iława)  549 p. (268 p., 281 p.)

3. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 460 p. (216 p., 244 p.)

B2

1. Maria Kieloch („Morena” Iława) 1153 p. (569 p., 584 p.)

2. Aleksandra Jarząb („Tęcza” Poznań) 1093 p. (540 p., 553 p.)

3. Jolanta Lewandowska („Pionek” Włocławek) 1076 p. (565 p., 511 p.)

B3

1. Monika Grzybczyńska („Omega” Łódź) 1137 p. (563 p., 574 p.)

2. Agnieszka Pokojska („Morena” Iława) 1077 p. (543 p., 534 p.)

3. Bożena Rudko („Tęcza” Poznań) 1039 p. (519 p., 520 p.)

Mężczyźni

B1

1. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 849 p. (431 p., 418 p.)

2. Sylwester Dołasiński  („Łuczniczka” Bydgoszcz) 716 p. (367 p., 349 p.)

3. Tadeusz Kolbusz („Cross Opole”) 658 p. (336 p., 322 p.)

B2

1. Piotr Dynda („Podkarpacie” Przemyśl) 1165 p. (594 p., 571 p.)

2. Wojciech Puchacz („Atut” Nysa) 1156 p. (578 p., 578 p.)

3. Marek Betka („Pionek” Bielsko-Biała) 1147 p. (592 p., 555 p.)

B3

1. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań) 1426 p. (718 p., 708 p.)

2. Mieczysław Klimczak  („Tęcza” Poznań) 1350 p. (675 p., 675 p.)

3. Marian Jankowski („Cross Opole”) 1135 p. (592 p., 543 p.)

Wojciech Puchacz, Joanna Staliś

 

Na początek

aaa

 

zdrowie

 

Źródło życia 

W dawnych wiejskich chałupach na ścianie w kuchni wisiały makatki z wyszywanymi sentencjami w rodzaju: „Świeża woda zdrowia doda” lub „Kto wodę pije, ten długo żyje”. Ludowa mądrość zawsze doceniała wartość wody. Szczególnie cenna jest dziś, kiedy na świecie dramatycznie jej brakuje.

Zwłaszcza w krajach afrykańskich i arabskich jest ona darem na miarę życia. Stałe ocieplanie się klimatu, długotrwałe susze, ale także nieracjonalne gospodarowanie wodą (tylko przez stare i dziurawe rury wodociągowe tracimy w skali globu jedną czwartą pobranej wcześniej wody) sprawiają, że wkrótce jej deficyt może dotknąć także inne rejony świata. Żeby temu zapobiec, wdrażane są różne metody pozyskiwania życionośnego daru. Siatki do łapania wody z mgły zamontowane są między innymi na pustyni Atacama w Chile, a także w Peru, Ekwadorze, Omanie i Maroku. Wszędzie – od Kalifornii przez Brazylię, Bliski Wschód, Indie, po Australię – trwa pospieszne wiercenie tysięcy studni głębinowych. Skoro brakuje wody powierzchniowej, sięga się po tę ukrytą w skałach. Ale taka jej nadmierna eksploatacja może naruszyć statykę kuli ziemskiej. Nie bez powodu więc różni eksperci mówią, że najtrudniejszą łamigłówką do rozwiązania w XXI wieku będzie dostarczenie co najmniej 10 miliardom ludzi tyle wody, by nie ucierpiała nasza planeta.

Jest wiosna, wkrótce będzie lato. To czas, kiedy dbanie o właściwe nawodnienie naszego organizmu jest szczególnie ważne. Teoretycznie wszyscy się z tym zgadzamy. Gorzej jest z praktyką. W maju ubiegłego roku TNS Polska przeprowadził badania, z których wynika, że aż 58 proc. kobiet i 78 proc. mężczyzn w naszym kraju każdego dnia zapomina o wypiciu odpowiedniej ilości płynów. W dodatku duża część spożywanej wody pochodzi z kolorowych słodzonych napojów sprzyjających otyłości i cukrzycy. Dziennie ze wszystkich źródeł pokarmowych powinniśmy dostarczać organizmowi od 2 do 2,5 litra wody. Nie jest to żelazna norma i zależy od wieku, płci, stanu zdrowia, poziomu aktywności fizycznej czy aktualnej temperatury otoczenia.

Europejscy specjaliści opracowali w tej mierze zalecenia dla osób zdrowych, mieszkających w klimacie umiarkowanym. Dziewczynki i chłopcy w wieku 2-3 lat powinni dziennie nawadniać swój organizm 1,3 litra płynów, w wieku 4-8 lat już 1,6 litra. Dla 9-13-latków norma wynosi: dla dziewcząt 1,9 litra, a dla chłopców – 2,1 l. Chłopcom w wieku 14 lat i więcej zaleca się 2,6 l wody, a dziewczętom – 1,4 l. Norma dla pań w ciąży jest wyższa – 2,3, a dla karmiących piersią – 2,7 l/dobę. W pokarmach jest przeciętnie od 40 do 80 proc. wody. Najwięcej ma jej herbata, kawa, napoje izotoniczne i orzeźwiające, soki warzywne, zupy, truskawki, pomarańcze, jabłka, pomidory, ogórki, marchew, sałaty. Nieco mniej wody jest w bananach, ziemniakach, kukurydzy, jogurcie, makaronie, rybach, owocach morza. Gotowany ryż, jaja, omlety, lody mają ok. 70 proc. wody. Sery dojrzewające, drób, gotowana wołowina i wieprzowina to 60 proc. Na szarym końcu tej tabeli są biszkopty, czekolada, herbatniki, orzechy (10 proc.).

Woda, choć może to brzmi dziwnie, jest głównym budulcem naszego ciała. W organizmie dorosłego człowieka jej średnia zawartość wynosi 60 procent. Przeciętny mężczyzna ważący 70 kg „zawiera” jej 42 litry. Woda jest obecna we wszystkich komórkach, tkankach i narządach naszego ciała. We krwi mamy jej 92 proc., w mózgu i mięśniach – 75 proc., a w kościach – 21 proc. Transportuje m.in. substancje odżywcze, hormony i enzymy. Bez niej nie moglibyśmy usuwać zbędnych produktów przemiany materii. Schładza i oczyszcza. Reguluje temperaturę naszego ciała. Tworzy śluz pokrywający przewód pokarmowy i drogi oddechowe.

W procesie termoregulacji, oddychania i trawienia tracimy wodę. Ważną rolę odgrywają nerki. By usunąć z naszego organizmu toksyczne produkty przemiany materii, każdego dnia filtrują przeciętnie ponad sto litrów płynów. Nerki produkują też substancje regulujące np. wytwarzanie czerwonych krwinek przez szpik, równowagę kwasowo-zasadową, ciśnienie krwi. Odwodnienie zakłóca te procesy. Może też prowadzić do kamicy nerkowej. W drogach moczowych tworzą się złogi ze składników zawartych w moczu: szczawianów i fosforanów wapnia oraz kwasu moczowego. Kiedy kamień z nerki przesuwa się do moczowodu, tworzy się blokada. Odczuwamy wtedy silny ból, zwany kolką. Domowe sposoby na kamicę to zanurzenie ciała w gorącej wodzie w wannie i picie bardzo dużej ilości płynów.

Oprócz tak spektakularnych objawów odwodnienia, jak kolka nerkowa czy omdlenia w podróży (te zdarzają się najczęściej osobom starszym, które obawiając się konieczności częstego korzystania z toalety, rezygnują z picia wody poza domem), jest jeszcze wiele innych, dotkliwie dających się nam we znaki w codziennym życiu. Przebywanie w klimatyzowanym pomieszczeniu, długie godziny przed ekranem komputera skutkują suchością oczu, zaczerwienieniem spojówek i mniej wydajną produkcją łez. To też efekt odwodnienia. Woda nawilża, smaruje i tłumi wstrząsy w stawach, będąc także głównym składnikiem płynu stawowego. W sytuacji odwodnienia chrząstka słabnie, jest bardziej narażona na urazy i gorzej się goi, co powoduje dyskomfort i ból stawów. Wiele tak powszechnych dziś bólów kręgosłupa ma swoje źródło w niewystarczająco nawodnionych tkankach układu ruchu.

W starszym wieku zawartość wody w naszym organizmie spada coraz szybciej. Sprzyja to powstawaniu zmarszczek i przyspiesza starzenie się skóry. Bardzo wrażliwy na zbyt małą ilość dostarczonej wody jest mózg. Objawami jego odwodnienia mogą być omdlenia, zmęczenie, senność, bóle głowy, zaburzenia koncentracji i pamięci krótkotrwałej. Również – skurcz dróg oddechowych. Niedostatek wody jest także główną przyczyną bolesnych zaparć.

Odwodnienie jest jedną z najczęstszych przyczyn pogorszenia się wyników treningu, zarówno w sporcie zawodowym, jak i amatorskim. Stąd ważne jest, by sportowcy pamiętali o piciu wody przed wysiłkiem, podczas i po wysiłku fizycznym. W trakcie uzupełniania płynów po treningu konieczny jest rozsądek. Eksperci twierdzą, że jeżeli trening – nawet intensywny – trwa 90 minut lub krócej, to nie ma żadnych fizjologicznych podstaw do nawadniania się przy pomocy specjalnych płynów. Wystarczy zwykła woda.

Picie wody dopiero w momencie, gdy zaczynamy odczuwać pragnienie, nie jest najlepszą metodą – mówią lekarze. Początkowe objawy odwodnienia to: suchość w ustach, senność i zmęczenie, pragnienie, zmniejszenie ilości wydalanego moczu, suchość oczu, osłabienie mięśniowe, ból i lekkie zawroty głowy. Zaawansowane objawy odwodnienia dają o sobie znać bardzo silnym pragnieniem, kłopotami z orientacją, brakiem potu, całkowitym wstrzymaniem wytwarzania moczu. Zapadnięte gałki oczu, niskie ciśnienie tętnicze, przyspieszenie pracy serca, a w skrajnych przypadkach utrata przytomności – to już alarm ze strony organizmu, który woła głośno o wodę. Nie należy jej wtedy pić, wlewając do gardła hektolitry płynów (bo prawie natychmiast je wysiusiamy), lecz stopniowo, małymi łykami, by organizm mógł efektywnie ją wykorzystać.

Z wodą nie wolno przesadzać, bo można się nią także zatruć. Może się zdarzyć, że jeśli ktoś po dużym wysiłku fizycznym wypije ogromne ilości wody w bardzo krótkim czasie, będzie go to drogo kosztować. W organizmie dochodzi wtedy do szybkiego zmniejszenia poziomu sodu połączonego z obrzękiem mózgu. Im mniej pijemy, tym bardziej organizm kumuluje wodę, chroniąc się przed odwodnieniem. Przysadka mózgowa wydziela tzw. wazopresynę – hormon stojący na straży gospodarki wodnej organizmu. W wyniku jej działania zmniejsza się ilość wydalanego wraz z moczem sodu. Płyn (bogaty w sód) wędruje zamiast do pęcherza moczowego z powrotem do naczyń krwionośnych, co prowadzi do zatrzymywania wody i puchnięcia. Mamy wtedy uczucie ciężkich nóg, obrzęki, a waga wskazuje nawet o 2 kg więcej.

Dorosła osoba żyjąca w naszej strefie klimatycznej i prowadząca zazwyczaj siedzący tryb życia przeciętnie traci w ciągu doby od dwóch do trzech litrów wody. Główne „kanały”, przez które woda nas opuszcza, to nerki (1,5 litra z moczem), skóra (0,45 l), układ oddechowy (0,3 l) i pokarmowy (0,2 l z kałem).

Jak sprawdzić, czy właściwie uzupełniamy te ubytki? – – mówią lekarze –   

Jest to szczególnie ważne w czasie ciepłych wiosennych dni, a już na pewno podczas letnich upałów. Pogoda zachęca wtedy do spacerów, wycieczek rowerowych i aktywności na świeżym powietrzu. Nasz organizm potrzebuje wówczas więcej wody, ponieważ znacznie więcej jej zużywa. Najlepiej mieć przy sobie butelkę z płynem i co jakiś czas wypić z niej łyk lub dwa. Powinny o tym pamiętać zwłaszcza osoby starsze i opiekunowie małych dzieci. Obie grupy są bowiem najbardziej narażone na skutki odwodnienia. Dzieci często tracą wodę wskutek wymiotów czy biegunki, a starsi – z powodu zażywanych leków, obawy przed nietrzymaniem moczu czy po prostu dlatego, że ich najbliżsi nie zadbali o ich bezpieczeństwo.

Wakacje to czas podróżowania do odległych nieraz krajów, zazwyczaj samolotem, najczęściej – tanimi liniami. Gdy podczas długiego lotu tkwimy w bezruchu w wąskich rzędach klasy ekonomicznej, niewystarczająca podaż płynów zwiększa ryzyko rozwoju zakrzepicy w nogach i wynikających z tego powikłań. Alkohol wtedy nam nie pomoże, podobnie jak kawa czy herbata, bo działają moczopędnie. Najlepszym źródłem niezbędnych płynów – podkreślają lekarze – jest zwykła woda. Ten lek bez recepty przydaje się zresztą nie tylko w podróży.

(BWO)

 

Na początek

aaa

 

ruszajmy się

 

Crossfit 

Program ogólnorozwojowych ćwiczeń dający doskonałe i szybkie efekty? Świetny trening typu fitness w męskim wydaniu? Odpowiedź jest jedna – dostępny dla wszystkich crossfit.

Jego początki sięgają lat 90. XX wieku. Opisywany był wówczas jako samodzielny trening garażowy przy wykorzystaniu własnej masy ciała i dostępnych obciążeń, np. opon. Oficjalnie jego narodziny jako dyscypliny datuje się na 2001 rok, kiedy metoda treningowa została zastosowana przez Amerykanina Grega Glassmana w treningu kalifornijskiej policji.

Program okazał się bardzo skuteczny i w Stanach zaczęli stosować go również żołnierze i strażacy. Następnie rozpowszechnił się na świecie jako program ćwiczeń dla każdego i jako propozycja treningu typu fitness dla mężczyzn. Ostatnio staje się również coraz popularniejszy w Polsce. To zupełnie nowe podejście do treningu pozwala uzyskać zaskakujące efekty. Twórca crossfitu definiuje fitness jako zwiększoną zdolność do pracy we wszystkich aspektach zadań ruchowych i w wielu dziedzinach życia. I na takim podejściu opiera się również crossfit. Dziś trening prowadzony jest w terenie i w klubach fitness. W dużym uproszczeniu jest to program ogólnorozwojowy, ukierunkowany na podnoszenie sprawności fizycznej na wszystkich płaszczyznach za pomocą różnorodnych metod i środków.

Celem crossfitu jest jak najlepsze przygotowanie do różnorodnych zadań ruchowych, które mogą nas spotkać w życiu. Poszczególne sporty wyczynowe skupione są na specjalizacji, tak by osiągnąć jak najlepszy rezultat. Pomija się te sprawności, które nie są istotne dla danej dyscypliny. Aktywność typu crossfit to podejście całościowe, gdzie sprawność sama w sobie jest celem, a nie – jak w sporcie – drogą do osiągnięcia mistrzostwa w danej dyscyplinie.

Głównym zadaniem było wyodrębnienie z różnych sportów tych umiejętności, które najbardziej i w najszerszym spektrum zwiększają wydajność fizyczną w codziennym życiu. Najważniejsze są bezpieczeństwo, skuteczność prowadzonego treningu i efektywność. Istotą ćwiczeń jest skupienie się na ruchach funkcjonalnych, które w największym stopniu przypominają te naturalnie wykonywane w życiu. Nie ma tu miejsca na wyizolowane ruchy, jak to się robi podczas treningu izotonicznego w siłowni. Wszystkie natomiast mają za zadanie zaangażować wiele partii mięśniowych, tworząc w ten sposób jedną spójną całość. Ruchy takie wymagają ogromnych pokładów energii, dlatego trening ten jest bardzo intensywny, a co za tym idzie – szybko przynosi oczekiwane rezultaty. Bardzo ciekawie prowadzone są zawody i igrzyska crossfit. Mimo że istotą crossfitu jest pokonywanie samego siebie, to współzawodnictwo z innymi jest w tym pomocne.

Pierwszy etap jest prowadzony on-line, co umożliwia udział nawet 100 tys. zawodników. Prowadzone są treningi, których uczestnicy osiągają określone rezultaty przeliczane na wyniki. Dzięki temu można wyłonić najlepsze osoby awansujące do finałów regionalnych, w których walczą o 100 miejsc w finale światowym, rozgrywanym w stolicy crossfitu – Los Angeles. Uczestnicy nie znają konkurencji, a jak będą wyglądać zmagania, dowiadują się na godzinę przed startem. Celem zawodów jest wyłonienie zawodnika najwszechstronniej przygotowanego, by sprostać wielu zaskakującym zadaniom.

Zmienność stosowanych środków jest bardzo ważna w treningu, szczególnie uwypukla to crossfit. Wielokierunkowe oddziaływanie na organizm nie pozwala doprowadzić do jednostronnych przeciążeń, unika się też monotonii. Trenując zamiennie różne grupy mięśniowe, nie stosuje się przerw wypoczynkowych, dzięki czemu trening jest bardziej intensywny, krótszy i rozwija również wydolność krążeniowo-oddechową.

Założeniem crossfitu jest ćwiczenie w grupie. Grupa spotyka się i omawia rezultaty treningu, wzajemnie się motywuje i dopinguje ćwiczących. Istotą systemu jest okazywanie wsparcia każdemu, bez względu na prezentowany poziom. Ważne jest budowanie wspólnoty ćwiczących, dzięki czemu dłużej wytrwają oni w postanowieniach treningowych. Często wprowadza się element rywalizacji – mierzony jest czas wykonania zadania, zdobywa się punkty. Ma to służyć wyzwoleniu jak największej motywacji do bardzo ciężkich ćwiczeń. Bardzo ważne jest również przygotowanie psychiczne, bo mocna głowa jest w stanie zmusić organizm do jeszcze większej pracy.

Zasady treningu opracowane są dla każdego bez względu na wiek, stan zdrowia czy poziom wytrenowania i doświadczenie. Ważne jest zaangażowanie. Dostosowuje się obciążenie i intensywność poszczególnych ćwiczeń, ale nie zmienia się samego programu. 

Zasady treningu

Podstawą treningu crossfit jest zasada mówiąca, że zdrowa osoba powinna osiągnąć wysoką sprawność fizyczną poprzez rozwój i zwiększoną wydajność w dziesięciu najważniejszych obszarach fizycznych. Do najistotniejszych sprawności należą: siła, wytrzymałość, wydolność krążeniowo-oddechowa, gibkość, moc, szybkość, zwinność, równowaga, koordynacja i dokładność ruchów. Aby osiągnąć ten cel i rozwijać się we wszystkich tych obszarach, należy podejmować różnorodne wyzwania fizyczne, takie jak: bieganie, pływanie, jazda na rowerze, podnoszenie ciężarów, ćwiczenia gimnastyczne, rzuty piłką lekarską, skakanie na skakance, ćwiczenia ogólnorozwojowe i rozciągające, ćwiczenia akrobatyczne, wspinaczka, podciąganie się na linie itp. Jak już wspomnieliśmy, podstawą crossfitu jest różnorodność i poszukiwanie nowych wyzwań, bo im więcej form, tym szersze oddziaływanie na organizm.

Program ćwiczeń bazuje na nieustannej zmianie metod i przyrządów treningowych. Mimo krótkiego czasu ćwiczeń (do 30 min), dzięki maksymalnej intensywności, ciągłej zmianie przyrządów i ćwiczeń, crossfit staje się bardzo wymagający fizycznie i dlatego przynosi szybkie, widoczne rezultaty. Podczas zajęć wykorzystuje się różnorodny sprzęt, taki jak: piłki lekarskie, sztangi, odważniki typu kettleball, rowerki stacjonarne, liny do wspinaczki, drążki do podciągania, podesty, schody oraz – w większości ćwiczeń – ciężar własnego ciała. Stosuje się ćwiczenia typowo ogólnorozwojowe, takie jak: przysiady, pompki, podciągnięcia, brzuszki, grzbiety. Najważniejsza jest maksymalna praca nad wszystkimi podstawowymi składowymi sprawności fizycznej. 

Harmonijny rozwój całego ciała

Aby uzyskać efekty na wszystkich polach, ciało powinno być harmonijnie rozwinięte i wzmocnione. Dlatego należy pracować nad rozwojem wszystkich partii mięśniowych. Ważne jest, by rozwijać siłę w różnorodny sposób. Istotne są ćwiczenia koncentryczne (siła mięśnia go kurczy, np. podczas wyskoku), ekscentryczne (siła mięśnia przeciwdziała postępującemu rozciąganiu mięśnia – np. hamowanie ciała podczas lądowania po wyskoku) oraz statyczne (mięsień napina się, by zatrzymać ciało w stabilnej pozycji). 

Najlepszy efekt uzyskać można jedynie, wkładając maksymalny
wysiłek

W każdy trening należy włożyć maksimum swoich możliwości. Innymi słowy: dajemy z siebie wszystko. Tylko tak jesteśmy w stanie poszerzyć fizyczny potencjał trenowanego ciała. Najczęściej po 20 min treningu słaniamy się na nogach. Dzięki temu wzmacniamy również naszą psychikę i następnym razem jesteśmy gotowi podjąć równie ekstremalny wysiłek. 

Nigdy nie wolno się poddawać

Ciało człowieka współdziała z psychiką i układem nerwowym. Jeżeli będziemy dobrze zmotywowani, uzyskamy lepsze rezultaty. Bardzo ważne jest zadowolenie z siebie i satysfakcja z pokonywania własnych słabości. Ukończenie kolejnego treningu to najważniejsze wyzwanie. Do kolejnych zajęć należy podchodzić z coraz większymi chęciami i zaangażowaniem. Nieustanna walka i dawanie z siebie wszystkiego są źródłem ogromnej radości. 

Należy starać się rozwijać cechy woli i psychiki

Dzięki treningowi, pokonywaniu przeszkód i własnych ograniczeń trenujący staje się coraz bardziej pewny siebie i pokornie, z cierpliwością podchodzi do nowych wyzwań. Ciężki trening fizyczny zahartuje nie tylko ciało, lecz może nawet w pierwszej kolejności charakter człowieka. 

Najważniejsze są technika i precyzja wykonywanych ruchów

Podczas ćwiczeń należy być skoncentrowanym i przygotowanym do dokładnego wykonania danej sekwencji ruchowej. Przy ćwiczeniach na maksa, często z dużym obciążeniem, rośnie ryzyko odniesienia kontuzji, szczególnie jeśli ruchy są gwałtowne, wykonywane nie tak, jak należy. Na zajęciach najpierw uczy się prawidłowej techniki pod okiem instruktora i dopiero, kiedy ma się pewność i precyzję ruchów, można przejść do konkretnych ćwiczeń. 

Ćwiczyć należy w grupie

O walorach treningu w grupie i tworzenia wspólnoty treningowej już wspominaliśmy. Zaletą jest opieka doświadczonego instruktora, który podczas zajęć podzieli się wiedzą, zaplanuje trening i będzie czuwać nad jakością wykonywanych ćwiczeń. Ryzyko, że pójdzie coś nie tak, znacznie spada, a nasze bezpieczeństwo i jakość treningu wzrastają. 

Pracuj nad układem nerwowym

To układ nerwowy kieruje pracą mięśni i to on je blokuje, by nie przeciążyć układu ruchowego. Ćwiczenia koordynacyjne pozwalają zsynchronizować pracę poszczególnych włókienek mięśniowych. Dzięki temu napinane są odpowiednie grupy mięśni, co w konsekwencji pozwoli ćwiczącemu podnieść większy ciężar niż osobie o podobnych parametrach siłowych i somatycznych, która gorzej kontroluje swoje mięśnie.

 Wszystkie zasady współgrają ze sobą i pozwalają lepiej rozumieć i stosować założenia crossfitu. W następnym numerze opisane zostaną ćwiczenia wykorzystywane w tym systemie treningowym.

Krzysztof Koc

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Partie z Jastrzębiej Góry (cz. I)

Finał szachowych mistrzostw Polski obfitował w wiele dramatycznych momentów.

Rozgrywki były eliminacją do tegorocznych mistrzostw Europy i prawdopodobnie to spowodowało dużą nerwowość zawodników. Dłuższe partie miały przeważnie bardzo zmienny przebieg, na porządku dziennym były miniatury będące efektem grubych przeoczeń. Krótkie, rezultatywne partie były wyjątkowo liczne w pierwszej połowie rozgrywek. Poniższe pojedynki i ich fragmenty podaję w chronologicznym porządku:

Przyjęty gambit hetmański

P. Dukaczewski (2297) – B. Pawelec (2097)

1.Sf3 d5 2.d4 Sf6 3.c4 dc4 4.e3 a6 5.G:c4 b5 Częściej grywa się 5...e6 6.0–0 c5, zostawiając ruch b7-b5 na później 6.Gb3 e6 7.a4!? b4 8.0–0 Ge7 9.He2 Gb7 10.Sbd2 Sbd7 11.e4 c5 Powstała jedna z typowych pozycji debiutu. Ciekawostką jest fakt, że Dukaczewski z powodzeniem grywał podobne pozycje, ale... czarnymi 12.e5 Sd5 13.Sc4 cd4 Alternatywą była roszada 14.S:d4 Sc5 15.Gc2 Wc8 (15...0–0!?) 16.Hg4 Kf8 Wymuszone: 16...0–0? 17.Gh6; 16...g6 17.Gh6 17.Ge3 h5!? 18.Hh3? Błąd, który mógł kosztować partię. Prawidłowe było 18.He2 z symboliczną przewagą białych
18...Sf4!? Ten ruch prowadzi do przewagi czarnych, ale znacznie silniejsze było 18...g5! z groźbą 19...g4 20.Hg3 Gh4. Białe przegrywały wówczas forsownie: 19.Hg3 (Po 19.Hf3 S:e3 20.H:e3 Hd5 ginął skoczek c4) 19…g4 20.h3 gh3 21.H:h3 (21.gh3 Gh4) 21…Sf4! itd. 19.Hg3 Po 19.G:f4 H:d4 pod biciem były dwie białe figury 19...S:g2 20.Wad1 Hc7 (20...Gd5!?) 21.Sd6 h4 Lepsze 21...S:e3 22.fe3 G:d6 23.ed6 Hd7 22.Hg4 G:d6 23.ed6 Ha5? Czarne wytraciły już lwią część przewagi, a po tym ruchu wpadają w przegraną. Prawidłowe było 23...S:e3 24.fe3 Hd7 lub odważne 24…H:d6 24.Gg5 Kontratak białych szybko rozstrzyga 24...Gd5 Lub 24...f6 25.d7 Wd8 26.G:f6 gf6 27.Hg6 W:d7 28.S:e6+ 25.Ge7+ Ke8 Jeśli 25...Kg8, to 26.Gf6 g6 27.G:g6 26.H:g7 Sf4 27.f3 Czujność trzeba zachować do końca. Groziło 27…Sh3x 27...Kd7 28.H:f7 Wcg8+ 29.Kh1 e5 30.Gf5+ Sce6 31.S:e6 i czarne poddały się (31...G:e6 32.Gf6+ Kc6 33.Wc1+ itd.)

A. Czajkowski (2077) – A. Migala (2055)

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Ge3, Gg2, Sc3, Se2, a4, b3, c2, e4, f2, g3, h3

Czarne: Kg8, Hd8, Wc8, Wf8, Ge6, Ge7, Sd7, Se8, a6, b7, d6, e5, f7, g7, h4

15.f4! ef4 16.gf4 Gf6? Należało zrobić miejsce do odwrotu białopolaka: 16…Sdf6 17.e5! Ponieważ na natychmiastowe 17.f5? jest 17...G:c3, białe na moment przesłaniają przekątną 17...de5 18.f5! W:c3?! Przyspiesza przegraną, ale i po 18...G:f5 19.W:f5 wynik był ten sam 19.S:c3 Ha5 20.Se4 Gd5 21.b4! 1–0

R. Suder (2100) – D. Falkowski (2073)

Białe: Kg1, Hb2, Wd2, Wf1, Gc3, Gd5, a2, b3, c4, e2, f4, g3, h2

Czarne: Kh8, Hd7, Wd8, Wf8, Gg7, Sc6, a5, b7, c7, d6, f5, g6, h7

20.c5 dc5? Po 20...G:c3 21.H:c3+ Hg7 przewaga pozycyjna białych była niewielka, teraz natomiast ginie figura 21.G:c6 Gońca nie ma czym odbić, a na 21...H:d2 nastąpi 22.G:g7+ Kg8 23.H:d2 W:d2 24.G:f8. Czarne poddały się.

J. Stachańczyk (2303) – A. Czajkowski (2077)

Białe: Kh1, Hd2, Wd1, Wd6, Gc4, Sa4, a3, b3, e4, f3, g2, h3

Czarne: Kg8, Hb8, Wc6, Wc8, Gb7, Sf6, a6, d7, e5, f7, g7, h6 

W drugiej rundzie straszny lapsus przytrafił się obrońcy tytułu. W pozycji na diagramie po „normalnym” posunięciu (27.W:c6, 27.Sb6!?) białe miały wyraźną przewagę. Zamiast tego nastąpiło podstawienie wieży 27.Ha5?? W:d6 i białe skapitulowały. Porażka ta odrzuciła Stachańczyka na dalsze miejsce. Pościg za czołówką zakończył się sukcesem dopiero na finiszu rozgrywek.

Obrona sycylijska

M. Maćkowiak (2131) – P. Dukaczewski (2297)

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.0–0–0 Gd7 9.f4 b5 10.a3 Rzadko grywane posunięcie. Z reguły białe wykorzystują okazję do zepsucia czarnych pionków: 10.Gf6 gf6 wykorzystując fakt, że niedobre jest 10...H:f6?! bo 11.e5! de5 12.Sd:b5! 10...Hb6 11.Ge2 b4 Zasługiwało na uwagę przejście do
końcówki po 11…H:d4 12.H:d4 S:sd4 13.W:d4 Gc6 12.ab4 S:b4 13.Gc4 h6 14.Gh4 Gra nabrała dynamicznego charakteru i struktura pionków przestała już być taka ważna, np. 14.G:f6 gf6 15.f5 Wb8 16.b3 h5 z groźbą Gh6 14...Wc8 15.Gb3 Ha5 (15...a5!?) 16.Kb1

16...W:c3? Niepoprawna ofiara, która nieoczekiwanie przyniosła sukces 17.bc3? Błędna decyzja – teraz atak czarnych staje się bardzo silny. Po prawidłowym 17.H:c3 S:e4 18.Hf3 czarne nie miały rekompensaty za jakość, a w dodatku to białe stwarzały groźby, np. 18...d5 19.S:e6! G:e6 (19...fe6? 20.Hh5+) 20.f5 Gd7 21.G:d5 17...S:e4 18.He3? A to już prowadzi do przegranej. Po 18.He1 Sd5 19.G:d5 S:c3+ 20.Kc1 Ha3+ 21.Kd2 S:d5 22.Wb1 pozycja była gorsza, ale jeszcze nie beznadziejna 18...Sd5 19.G:d5 S:c3+ 20.Kb2 Po 20.Kc1 S:d5 w porównaniu z wariantem podanym wyżej czarne zyskiwały bardzo ważne tempo, np. 21.He4 Ha3+ 22.Kd2 Hb4+ 23.Kc1 Ge7 24.G:e7 Sc3! z groźbą 25...Sa2x 20...S:d1+ 21.W:d1 H:d5 Pozycja się uspokoiła, czarne zostały z przewagą materialną i atakiem. Podjęte przez białe próby skomplikowania sytuacji nie przyniosły efektu 22.Wd3 g5 23.Ge1 gf4 24.H:f4 Gg7 25.Gc3 e5 26.He3 0–0 27.Sb3 H:g2 28.W:d6 Gf5 29.Wd2 Hh3 30.Hc5 Wc8 31.Ha5 He3 32.h4 Ge6 33.Wg2 He4 34.Wg3 Kh7 35.h5 He2 36.W:g7+ K:g7 37.G:e5+ Kh7 38.Sd4 H:h5 39.He1 Hg6 40.Hb4 He4 41.Gf6 Hf4 42.He7 Kg6 0–1

Gambit hetmański

Z. Wojcieszyn (1979) – A. Migala (2055)

1.d4 d5 2.c4 e6 3.Sc3 Sf6 4.cd5 ed5 5.Gg5 Sbd7 6.S:d5?? S:d5 7.G:d8 Gb4+ i białe poddały się, gdyż zostają bez figury.

Zdzisław Wojcieszyn i Jacek Ruszczycki byli zdecydowanie najstarszymi uczestnikami finału. Przypuszczam, że tego feralnego dnia grający białymi miał zdrowotne problemy, które spowodowały roztargnienie i wpadnięcie w tę powszechnie znaną pułapkę debiutową. Na pocieszenie dodam, że w komputerowej bazie znalazłem kilkaset (!) partii na ten temat. „Ofiarami” byli nawet szachiści z dość wysokimi rankingami: D. Medrano (2261) – A. Borda (2227), La Paz 2002, I. Bobrow (2186) – E. Awdiejew, Woroneż 2007 czy J. Pinzon (2173) – L. Martinez Arroyo (1711), Santa Rosa 2011. Sam mam również takie smutne trenerskie wspomnienie. W 2001 roku na mistrzostwach świata kobiet w hiszpańskiej Tarragonie młodziutka 13-letnia Ania Stolarczyk grała na finiszu bardzo ważną partię z Belgijką Micki Maeckelbergh. Przygotowywałem Anię do tej gry, analizowaliśmy długo różne kluczowe pozycje z gambitu hetmańskiego powstające po kilkunastu posunięciach. Gra potoczyła się jednak według podanego wyżej wzoru i nasza reprezentantka też zabiła pionka d5… Byłem na siebie strasznie zły, że nie pokazałem podopiecznej tej pułapki, chociaż do głowy mi nie przyszło, że można, grając przez kilka lat wyłącznie 1.d2-d4, nie znać tego szkolnego motywu. Ania przegrała partię i zdobyła „tylko” brązowy medal. Gdyby partia z Belgijką potoczyła się „normalnie”, była szansa i na srebro…

Niedyspozycja Wojcieszyna nie minęła szybko, gdyż następnego dnia, grając czarnymi z Piotrem Kulpińskim, znów w 6. posunięciu „podstawił” prosty motyw taktyczny:

Obrona słowiańska

P. Kulpiński (1917) – Z. Wojcieszyn (1979)

1.d4 d5 2.c4 c6 3.Sf3 Sf6 4.Sc3 dc4 5.e4 (5.a4) 5…Gg4?! (5...b5!) 6.G:c4

6...b5? Prawidłowe było 6…e6 lub 6...G:f3 7.G:f7+! K:f7 8.Se5+ Ke8 9.S:g4 S:g4 10.H:g4 H:d4 11.0–0 Tym razem obyło się bez strat materialnych, ale pozycja czarnych jest krytyczna i partia nie trwała długo 11...Hd7 12.Hf3 e6 13.Wd1 Hb7 14.e5 Ge7 15.Se4 Sd7 16.Sd6+ G:d6 17.W:d6 Sf8 18.W:c6 Wb8 19.Ge3 i czarne poddały się.

Partia hiszpańska

A. Czajkowski (2077) – M. Maćkowiak (2131)

1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 a6 4.Ga4 d6 5.0–0 Sf6 6.We1 Ge7 7.c3 0–0 8.d4 b5 9.Gb3 Gb7 10.Sbd2 Sa5 11.de5 (11.Gc2!?) 11...de5 12.S:e5 (12.Gc2) 12...S:b3 13.H:b3 Gc5 Inicjatywa czarnych warta jest poświęconego pionka, którego zresztą utrzymać jest bardzo trudno 14.h3 Hd6 15.Sdf3 Białe oddają pionka, aby wyrwać się z nacisków. Po 15.Sef3 Wfe8 16.e5 Hb6 17.We2 Sh5 kłopoty białych się powiększały 15...S:e4 16.Ge3 G:e3 17.W:e3 Wad8 18.Wd3 He7 19.Wad1 W:d3 20.W:d3 Sc5 21.Ha3! We8 22.We3 Se6 23.Ha5 Po wymianie hetmanów końcówka była równa, ale bohater półfinału szuka w pozycji czegoś więcej 23...h6 24.a4 ba4 25.H:a4 Wd8 26.Hg4 Wd1+ 27.Kh2 c5?! Lepsze 27...Wf1 lub 27...Wd8

28.Sg5? Białe chciały wykorzystać niebronioną pozycję wieży d1, ale ruch w partii jest podstawieniem figury. Przewagę dawało 28.S:f7! H:f7 (28...K:f7? 29.Se5+) 29.H:e6 (26.W:e6!?) 29…H:e6 30.W:e6 G:f3 31.gf3 Wd2 32.W:a6 W:f2+ 33.Kg3 W:b2 34.Wa5 i białe zostają z pionkiem więcej, choć końcówka jest prawdopodobnie remisowa 28...H:g5! Okazuje się, że nie ma zaplanowanego 29.H:d1 z uwagi na mata na g2. Białe poddały się.

Ryszard Bernard

 

Na początek

aaa

 

Gramy w warcaby

W dniach 18-26.04.2015 r. w Tucholi rozegrano finał tegorocznych indywidualnych mistrzostw Polski w warcabach stupolowych. Zdecydowanym faworytem turnieju był Leszek Stefanek, który już w pierwszej rundzie odniósł zwycięstwo, a później tylko systematycznie zwiększał przewagę.

Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) – Michał Czarski („Hetman” Lublin)

1. 33-29 20-25 2. 39-33 14-20 3. 44-39 20-24 4. 29x20 25x14 5. 50-44 14-20

Lepsze było 5... 19-23

6. 32-28 10-14 7. 37-32 18-23

Czarne, mając ujemne tempo, zmierzają do pozycji klasycznej.

8. 34-30

To zagranie wymusza przejście do klasyki, ponieważ czarne są zmuszone do zagrania na 24. Innym planem dla białych mogło być 8. 34-29 23x34 9. 39-30 i postawienie na pozycję otwartą z dodatnim tempem.

8... 20-24 9. 41-37 12-18 10. 40-34 7-12

Lepsze było 10... 14-20 i na ewentualne 11. 30-25 czarne miałyby odpowiedź 24-29.

11. 30-25 14-20

Z tym zagraniem należało poczekać.
W pozycji klasycznej czarne powinny dążyć do zajęcia symetrycznie tych samych pól,
a więc po 11... 11-17 zająć następnie pole 26.

12. 25x14 9x20 13. 44-40 1-7 14. 31-27!

Teraz już czarne nie zdążą przejść na pole 26, ponieważ białe mogą rozbić klasykę 15. 34-29 23x34 16. 40x29 i przejść do pozycji otwartej z silnym centrum.

14... 17-22 15. 28x17 11x31 16. 36x27 7-11?

Teraz białe mogły przeprowadzić kombinację 17. 27-22 18x27 18. 32x21 16x27 19. 33-29 24x44 20. 43-39 44x33 21. 38x16
i pionek 27 jest do wygrania.

17. 46-41 11-17 18. 33-28

Pozycja czarnych jest trudna. Nie można grać np. 18... 5-10 z powodu kombinacji 19. 28-22 17x28 20. 34-29 24x44 21. 43-39 44x33 22. 38x29 23x34 23. 32x5. Po 18... 17-21 19. 38-33 dalej nie można grać 19... 5-10. W pozycji klasycznej czarne decydują się na wymianę zwiększającą tempo, co pogarsza ich sytuację.

18... 17-22 19. 28x17 12x21 20. 38-33 4-9 21. 33-28 21-26 22. 39-33 24-29 23. 33x24 19x39 24. 43x34 13-19 25. 42-38

Po ostatniej wymianie tempo czarnych się zmniejszyło, co w pozycji klasycznej oznacza częściowe zniwelowanie przewagi pozycyjnej białych.

25... 9-13?

Był czas, żeby wyprowadzić słabego pionka 5 na 14, a następnie zagrać 8-13, budując ważne dla tej pozycji kolumny.

26. 47-42 5-10 27. 34-30!

Białe wykorzystują brak kolumny 3-14.

27... 20-24 28. 30-25! 10-14 29. 49-43

24-29!

W trudnej pozycji najlepsze zagranie.

30. 40-34 29x40 31. 35x44 8-12 32. 44-40

Białe przygotowują się do wstawienia olimpika, co praktycznie uniemożliwia czarnym grę pionkiem 15. Wybór planu gry dla czarnych jest ograniczony i sprowadza się do próby wybicia z klasyki.

32... 2-8?

Lepsze było 32... 2-7.

33. 41-36 14-20?

Pozostało tylko 33... 6-11. Po 33... 15-20 34. 43-39 nie można grać 20-24. A po 33... 12-17 34. 27-21 16x27 35. 32x12 23x41 36. 12x23 19x28 37. 36x47 czarny pionek 28 jest do wygrania.

34. 25x14 19x10 35. 28x19 13x24

Po rozbiciu pozycja czarnych jest bardzo trudna z uwagi na słabe bandowe pionki.

36. 32-28! 10-14 37. 43-39 14-19 38. 39-34 8-13 39. 38-32 15-20

Lepsze było 39... 18-23 z dużymi szansami na remis.

40. 42-38 20-25 41. 48-43 3-8 42. 43-39

24-30

W celu pozostawienia na bandach słabych pionków w pozycji czarnych białe przygotowały sie do wybicia na 23. W tym przypadku jest to tym bardziej korzystne, że czarne nie mają już możliwości okrążenia pionka 23.

43. 28-23 19x28 44. 32x23 18x29 45. 34x23 6-11 46. 27-22!

Białe przygotowują drogę, aby wyprowadzić pionek 36.

46... 11-17 47. 22x11 16x7 48. 36-31 7-11 49. 31-27 11-16 50. 27-22 12-17 51. 22x11 16x7 52. 38-32 7-11 53. 40-34 11-16 54. 32-28 8-12 55. 34-29! 30-35 56. 39-33 12-17 57. 29-24 16-21 58. 23-19 21-27 59. 19x8 27-32 60. 37-31 26x37 61. 8-3 32x23 62. 3x42 25-30 63. 24-19 23x14 64. 42-48

I czarne poddały się. Interesującą kombinację białe przygotowały po 59... 27-31 60. 28-22 17x39 61. 8-3 31x42 62. 24-20 25x14 63. 3x37.

W 7. rundzie spotkali się główni pretendenci do pozostałych medali. Tak się jednak złożyło, że zwycięzca tego pojedynku nie utrzymał przewagi do końca i zajął trzecie miejsce.

Andrzej Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl) – Józef Tołwiński („Victoria” Białystok)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32

10-14 4. 41-37 5-10 5. 33-28

Zwykle w tym miejscu gra się 5. 46-41 lub 5. 35-30. Ostatnie zagranie białych umożliwia czarnym zwiększenie tempa.

5... 17-21 6. 28x19 14x23 7. 31-26

Lepsze było 7. 47-41.

7. 10-14! 8. 26x17 12x21

Przewaga temp u czarnych wynosi już +6.

9. 39-33 14-19

Czarne dominują w centrum i nie pozwalają na 10. 33-28.

10. 44-39 7-12 11. 50-44 1-7 12. 34-29 23x34 13. 39x30 20-25?

Czarne niepotrzebnie oddają zdobyte wcześniej tempa. Lepsze było 13. 18-23.

14. 44-39 25x34 15. 39x30 15-20

Ostatnim zagraniem czarne przygotowują się do kolejnego ataku z pola 25, co jest błędnym planem, który może być wykorzystany przez białe do postawienia klina. W tym celu należało zagrać 16. 46-41 i po 20-25 17. 30-24 19x30 18. 35x24 18-23 19. 32-28 23x32 20. 37x28.

16. 49-44? 20-25 17. 44-39 25x34 18. 39x30 21-26 19. 30-24

Teraz, kiedy nie ma już pionka na 25, postawienie klina nie daje białym przewagi.

19... 19x30 20. 35-24 11-17 21. 45-40 9-14 22. 35-30 17-22 23. 30-25 13-19 24. 24x13 18x9?

W otwartej pozycji ważne jest, by zwiększać tempo 24... 8x19 i po ewentualnym 25. 32-28 2-8 26. 28x17 12x21 czarne w sumie mogły zdobyć 6 temp.

25. 33-28

Lepsze było 25. 32-27 z planem odcięcia bandowych pionków na krótkim skrzydle.

25... 22x33 26. 38x29 8-13 27. 45-40 12-18 28. 40-35 7-11 29. 43-38 18-23? 30. 29x18 13x22

Po tej błędnej wymianie białe miały kolejny raz możliwość zagrać na odcięcie bandowych pionków na krótkim skrzydle. 31. 32-27!!

31. 32-28? 22x33 32. 38x29 2-8 33. 35-30 8-13 34. 42-38 11-17 35. 30-24 6-11 36. 38-33 17-22 37. 33-28 ??

Błąd, który bardzo mocno osłabia pozycję białych w centrum. Należało grać 37. 47-41 z planem 37-31 lub 37. 37-32 z planem wyprowadzenia słabego pionka 46.

37... 22x33 38. 29x38 11-17 39. 38-33 17-22 40. 33-29?

Ostatnim zagraniem białe jeszcze mocniej osłabiły się w centrum. Zadaniem czarnych jest przystąpienie do ataku na praktycznie pozbawione obrony krótkie skrzydło białych.

40... 13-19 41. 24x13 9x18 42. 47-42 3-8 43. 37-31?

Białe powinny skupić się na obronie, grając np. 43. 42-38, 44. 46-41, 45. 37-32

43... 26x37 44. 42x31 22-28!

Czarne przystąpiły do realizacji bardzo dużej przewagi pozycyjnej i wynik partii jest już przesądzony.  

45. 31-27

Białe nie mają czasu na próby konstruowania obrony, gdyż groziło 45... 16-21 

45... 14-19 46. 36-31 19-23 47. 29-24 28-33 48. 48-43 23-29 49. 46-41 29x20 50. 25x14 8-12 51. 41-37

Do szybkiej przegranej prowadzi wariant 51. 41-36 12-17 52. 31-26 18-23 53. 26-21 17x26 54. 27-22 16-21  

51... 18-23 52. 31-26 23-29 53. 27-22 12-17 54. 22x11 16x7 55. 26-21 29-34 56. 37-32

Ostatnia próba złapania przeciwnika na pułapkę. 56... 33-38?? 57. 14-10 38x16 58. 10-5 34-40 59. 5-23 z remisem. 

56... 33-39 57. 43-38 39-44 58. 32-28 44-49

I białe poddały się.

Jan Sekuła

 

Na początek

aaa 

 

kultura

 

Urodzeni, aby biegać

Wyobrażają sobie Państwo morderczy bieg w 50-stopniowym upale przez kilkadziesiąt godzin, na 217-kilometrowej trasie? Bieg, w którym oprócz szybkości i wytrzymałości liczy się też to, gdzie się stawia stopę, bo podłoże może mieć nawet 90 stopni C?

Takie ultramaratony, jak opisany wyżej Badwater, odbywają się naprawdę i biorą w nich udział albo szaleńcy, albo ludzie, dla których bieganie jest naturalnym stanem człowieka. Tych drugich, a może i po trosze tych pierwszych (trudno przecież ich odróżnić), przedstawia nam Christopher McDougall w książce „Urodzeni biegacze”. Jak mówi podtytuł, jest to opowieść o tajemniczym plemieniu Tarahumara, bieganiu naturalnym i wyścigu, jakiego świat nie widział.

Tarahumara to lud zamieszkujący stan Chihuahua w Meksyku, którego przedstawiciele to właśnie urodzeni biegacze. Zadziwiają innych tym, że potrafią pędzić bez odpoczynku wiele godzin i nie widać po nich zmęczenia.

Na czym polega ich sekret? Czy ta nadludzka wytrzymałość to zasługa tego, że biegają od zawsze, czy kwestia zupełnie innego – radosnego i naturalnego – podejścia do tego sportu, a może efekt działania Iskiate – napoju z nasion chia?

Christopher McDougall, autor książki, próbował polubić bieganie, ale wciąż zmagał się z kontuzjami. Gdy trafił przypadkiem na artykuł o ludziach z plemienia Tarahumara, którzy mimo braku odpowiedniego sprzętu i całego sztabu specjalistów wygrywają biegi na długie dystanse, nie odnosząc przy tym żadnych kontuzji, postanowił ich odnaleźć. Najpierw jednak znalazł człowieka łączącego świat Tarahumara z tzw. cywilizowanym, czyli Caballo Blanco – byłego zawodowego boksera, który zafascynował się ich umiejętnościami na tyle, że zamieszkał na pustyni, by tam ćwiczyć bieganie. Białemu Koniowi, bo tak z hiszpańskiego tłumaczy się jego imię, zamarzyło się, by zorganizować wyścig, w którym Tarahumara zmierzyliby się z innymi ultramaratończykami na swoim terenie. Z książki dowiemy się, czy wyścig ten dojdzie do skutku. Poznamy też różne smaczki ultramaratonów. Zmęczenie do granic możliwości ma przecież wiele skutków ubocznych: halucynacje, sensacje żołądkowe, odwodnienie, zapalenie rozcięgna podeszwowego, schodzące paznokcie i inne tego typu „niedogodności”. Sportowcy radzą sobie z nimi na różne sposoby. Od chłodzenia ciała w wypełnionej lodowatą wodą trumnie, którą taszczy ze sobą ekipa jednego z biegaczy, po profilaktyczne usunięcie sobie paznokci stóp.

Książka jest napisana lekkim, gawędziarskim stylem, chociaż liczne dygresje bywają chwilami nużące. Polskich czytelników razić też może amerykańska skłonność do przesady, którą zdecydowanie widać w tej opowieści. Ale mimo to warto sięgnąć po tę pozycję. Z ciekawością przeczytają ją i laicy, i zapaleni biegacze. Tym, którzy o bieganiu wiedzą niewiele, trudno będzie uwierzyć, że to wszystko prawda, i pewnie co i raz pukną się w czoło. A ci, którzy zdarli już niejedną parę specjalnie wyprofilowanych adidasów, odkryją być może, że lepsze byłyby jednak sandały ze starych opon. 

Barbara Zarzecka

Książka Christophera McDougalla „Urodzeni biegacze. Tajemnicze plemię Tarahumara, bieganie naturalne i wyścig, jakiego świat nie widział” dostępna jest w księgarniach również w wersji audio (czyta Bartosz Głogowski). Wersja e-book znajduje się w Skanowisku biblioteki przy ul. Konwiktorskiej 7 w Warszawie.

Na początek