stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 6 (111) Czerwiec 2014

CROSS 6 (111) CZERWIEC 2014

 

 

ISSN 1427-728X

ROK XII

Nr 6/2014 (111)

Czerwiec 2014 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych 

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa 

 

Spis treści: 

 

Wspaniały sukces Jacka Stachańczyka

Teresa Dębowska

Spełnione marzenie  

Teresa Dębowska

Siła majowej tradycji 

Mirosław Jurek

Historyczne mistrzostwa w Bierutowie

Konrad Andrzejuk

W Suwałkach górą faworycI

Leszek Stefanek

Wiktor Czyż zdobywcą Pucharu 

Leszek Stefanek

Wiadomości 

Piętnastolecie suwalskiego „Jaćwinga” 

Andrzej Szymański

Historia bestii

Barbara Zarzecka

Roztocze – pagóry, lasy, wąwozy, szumy

Andrzej Szymański

Rehabilitacja ziemniaka

BWO

Sporty wodne

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Ogłoszenie o obozie kolarskim

 

 

aaa

szachy

 

Wspaniały sukces Jacka Stachańczyka

W pierwszej połowie maja 2014 roku, w greckiej miejscowości Paralia Katerini, rozegrane zostały XIII Mistrzostwa Świata Niewidomych i Słabowidzących w Szachach, zakończone triumfem reprezentanta Stowarzyszenia „Cross” Jacka Stachańczyka, który w znakomitym stylu zdobył tytuł mistrza świata.

Jest to pierwszy mistrzowski tytuł Polaka. Dwukrotnie blisko szczytu był Piotr Dukaczewski – w latach 1986 i 2010 zdobył srebro. W roku 1995 miejsce na trzecim stopniu podium wywalczył Ryszard Suder. W minionych 12 edycjach mistrzostw świata po złoto sięgnęło ośmiu szachistów. Pierwszym – w roku 1966 – był Milenko Cabarkapa z Jugosławii. Cztery lata później Milenko powtórzył ten sukces. Dwukrotnymi mistrzami byli też: Sergiej Kryłow (ZSRR) – w latach 1976 i 1982, Władimir Berlinski – w roku 1986 (ZSRR) i w 2006 (Rosja) oraz Mouret Jounousov (Kazachstan) – w latach 1995 i 2002. Zwycięzcami pozostałych czterech edycji byli: Nikolai Rudenski (ZSRR) – 1975, Suhrob Chamdamow (ZSRR) – 1990, Sergiej Smirnow (Rosja) – 1998 i Juri Mieszkow (Rosja) – 2010. W Grecji Jacek Stachańczyk przełamał wreszcie dominację Rosjan.

Trzynaste mistrzostwa świata odbyły się w dniach od 5 do 14 maja 2014 roku. Miejscem rozgrywek był hotel „Mediterranean Village” w Paralii Katerini na Riwierze Olimpijskiej.

Riwiera to 70-kilometrowy pas plaż na wschodnim wybrzeżu Grecji, ciągnący się od miejscowości Methoni na północy do Nei Pori na południu. Od zachodu ogranicza ją pasmo gór Pieria i masyw Olimpu. Słynie z łagodnego klimatu, pięknych, szerokich piaszczystych plaż oraz krystalicznych wód Morza Egejskiego. Wzdłuż wybrzeża rozrzuconych jest wiele kurortów wypoczynkowych. Najsłynniejszym z nich jest właśnie Paralia. To dawna przystań rybacka odległego o siedem kilometrów miasta Katerini, stolicy regionu Pieria. W latach 70. ubiegłego wieku z cichej wioski rybackiej przekształciła się w popularny i tętniący życiem kurort, z niezliczoną ilością hoteli, barów, restauracji i sklepów.

Dwa kilometry od centrum miasta, w bezpośredniej bliskości plaży, usytuowany jest kompleks pięciogwiazdkowego hotelu „Mediterranean Village”. Jest to nowoczesny i komfortowy obiekt, oddany do użytku w 2009 roku. Składa się z budynku głównego z restauracjami i sklepikami, otoczonego basenami, oraz z kilku jednopiętrowych bungalowów rozciągniętych wzdłuż plaży na znacznej przestrzeni. To w nich zakwaterowani byli uczestnicy mistrzostw. Sala gry, zapewniająca doskonałe warunki do rozgrywek, znajdowała się w budynku głównym.

Hotel leży w spokojnej okolicy. Najbliższe sklepy i restauracje znajdują się w Paralii lub Olympic Beach. Dojść można tam piękną nadmorską promenadą, która służyła szachistom za miejsce odpoczynku i relaksu po grze. Tu codzienny wieczorny spacer odbywali Piotr Dukaczewski i Jacek Stachańczyk, dzieląc się wrażeniami z rozegranych partii.

Część szachistów zakwaterowana była w hotelu w samej Paralii. Tam mieszkała również Józefa Spychała. Pozostali nasi reprezentanci rozmieszczeni byli w innych częściach nadmorskiego kompleksu.

Mistrzostwa rozegrano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund, tempem 40 posunięć na 2 godziny i godziną na dokończenie partii. Po piątej rundzie był dzień wolny.

W turnieju wzięło udział 92 zawodników z 29 krajów. W licznym i silnym składzie przyjechała do Paralii reprezentacja Rosji. Polskę reprezentowało sześciu zawodników: Jacek Stachańczyk, Piotr Dukaczewski, Ryszard Suder, Marek Maćkowiak, Tadeusz Żółtek i Józefa Spychała. Towarzyszył im trener Artur Jakubiec. Faworytem mistrzostw był najwyżej notowany Stanisław Babarykin z Rosji, aktualny mistrz świata niewidomych i słabowidzących juniorów. W październiku ubiegłego roku zdobył też złoty medal na I Mistrzostwach Świata Osób Niepełnosprawnych w Szachach, rozgrywanych w Dreźnie. Wśród polskich zawodników najlepszy start w rozgrywkach miał Piotr Dukaczewski. Po czterech rundach, wraz z Aleksiejem Pachomowem z Rosji, zebrał komplet punktów i prowadził w turnieju. Zawodnicy ci spotkali się w kolejnej rundzie, po której był dzień wolny. Pachomow, po debiucie, zaproponował Piotrowi remis. Optymistycznie i bojowo nastawiony do gry polski zawodnik propozycję odrzucił. I niestety pojedynek przegrał. W szóstej rundzie trafił na Jacka Stachańczyka – i też mu się nie powiodło. Powtórna przegrana odrzuciła go na dalsze miejsce, ale zachowywał jeszcze szanse walki o wysoką lokatę. W rundzie siódmej Piotr wygrał z Dacianem Pribeanu z Rumunii i przesunął się na piąte miejsce. Był już w strefie medalowej. Przed nim jednak były jeszcze dwa pojedynki i potrzebna była mu chociaż odrobina szczęścia, którego niestety zabrakło. W rundzie przedostatniej trafił na Rustama Kasimowa z Rosji, słabszego rankingowo przeciwnika. Piotr był faworytem w tym starciu, ale niestety, musiał uznać wyższość przeciwnika i pożegnać się z myślą o medalu. Ostatniego dnia rozgrywek wygrał z Tadeuszem Żółtkiem i w końcowej klasyfikacji, z 6 punktami, zajął dziewiąte miejsce. Nie były to jego mistrzostwa marzeń…

Jacek Stachańczyk pierwszej połowy turnieju nie zalicza do udanych, chociaż stracił tylko jeden punkt. Nie był zadowolony ze swej gry. Prawdziwy wiatr w żagle chwycił dopiero po wygranej w szóstej rundzie z Dukaczewskim. Od tego momentu powróciła mu wiara we własne możliwości, którą umocnił wygraną w kolejnej rundzie z Pachomowem. Po siódmym dniu rozgrywek objął samodzielne prowadzenie w mistrzostwach. Najtrudniejsza była dla niego partia przedostatnia – z Babarykinem. Jej się najbardziej obawiał, ale jak sam mówi, wątpliwości znikły już po kilku ruchach. Pojedynek wygrał w pięknym stylu i pozostał samodzielnym liderem. Do szczęścia brakowało mu już tylko remisu w ostatniej rundzie. Jego rywalem był w niej Oliver Mueller z Niemiec. Pojedynek zakończył się pokojowo, chociaż przeciwnik odrzucił propozycję remisu i próbował walczyć do końca. Jednak w nieskomplikowanej pozycji, jaka powstała, Jacek nie dał mu żadnych szans na uzyskanie choćby minimalnej przewagi. Złoty medal i tytuł mistrza świata były jego. Panowanie Rosjan zostało przełamane. To wielki triumf i fantastyczny sukces naszego zawodnika.

Stachańczyk w rozgrywkach uzyskał 7,5 p. z dziewięciu partii. Ciekawostką stało się to, że w turnieju punkty stracił tylko z Muellerami – w rundzie trzeciej przegrał z Thorstenem Muellerem z Grecji, a w ostatniej zremisował z Oliverem Muellerem z Niemiec. Za tytuł mistrza świata otrzyma tytuł mistrza międzynarodowego. Powołany też został do reprezentacji IBCA na olimpiadę szachową FIDE, która odbędzie się w pierwszej połowie sierpnia w Norwegii w miejscowości Tromso.

Jacek Stachańczyk w mistrzostwach świata uczestniczył po raz drugi. W Belgradzie, w 2010 roku, był siódmy. Dwukrotnie – w latach 2010 i 2013 – wraz z reprezentacją Stowarzyszenia „Cross” wywalczył srebro w międzynarodowych rozgrywkach drużynowych. W ubiegłym roku, na mistrzostwach niepełnosprawnych w Dreźnie, zajął trzecie miejsce w kategorii open i drugie wśród zawodników niewidomych i słabowidzących. Jacek jest też aktualnym mistrzem Polski niewidomych i słabowidzących. Tytuł ten zdobył już trzykrotnie – w latach 2011, 2012 i 2014.

Nowy mistrz świata urodził się w 1970 roku w Jaworznie. Tam też obecnie mieszka. Studiuje w Górnośląskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej w Mysłowicach. Jest członkiem klubu szachowego JKSZ MCKiS Jaworzno i crossowskiego klubu „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza.

Srebrny medal w greckich mistrzostwach wywalczył Oliver Mueller. Uzyskał 7 punktów. Tę samą liczbę punktów zdobył Rustam Kasimow, który był trzeci. Końcowa klasyfikacja mistrzostw była dla wszystkich wielkim zaskoczeniem. Takiego scenariusza rozgrywek nikt by nie przewidział. Z miejscem poza podium z pewnością trudno było się pogodzić silnym Rosjanom – obrońcy tytułu Mieszkowowi, Babarykinowi czy Pachomowowi.

Pozostali nasi zawodnicy grali na swoim poziomie i uzyskali następujące lokaty: Marek Maćkowiak – 16. miejsce, Ryszard Suder – 25. miejsce, Tadeusz Żółtek – 32. miejsce i Józefa Spychała – 84. miejsce.

Zakończenie mistrzostw, które bardzo sprawnie poprowadził ich organizator Nikos Kalesis, było dla naszych zawodników wielkim przeżyciem. Po raz pierwszy w długoletniej historii tej imprezy popłynęły dźwięki Mazurka Dąbrowskiego. Gratulacjom dla nowego mistrza nie było końca.

W dniu wolnym od gry organizatorzy zaproponowali wycieczkę do podnóża Olimpu, do starożytnej miejscowości Dion, założonej przez króla macedońskiego Archelaosa. Było to święte miasto Macedonii. Znajdowały się tu najważniejsze sanktuaria królestwa – przede wszystkim to ku czci Zeusa (po grecku Dias), od którego miasto wzięło swą nazwę. Były też miejsca kultu poświęcone Demeter, Artemidzie i Asklepiosowi. Dion służył również za obóz wojskowy królowi Filipowi II, ojcu Aleksandra Wielkiego. Miasto otoczone było murami, posiadało dobrze zorganizowaną kanalizację i rozpoznawalną sieć ulic, wzdłuż których położone były sklepy, warsztaty, budynki państwowe i mieszkalne oraz kompleks łaźni miejskiej. Ruiny antycznego miasta znajdują się dziś pomiędzy granicami obecnej miejscowości. Wiele ciekawych eksponatów można obejrzeć w Muzeum Archeologicznym znajdującym się w centrum miejscowości.

 

XIII Mistrzostwa Świata Niewidomych i Słabowidzących w Szachach

5-15.05.2014 r., Paralia Katerini (Grecja)

1. Jacek Stachańczyk (Polska) 7,5 p.

2. Oliver Mueller (Niemcy) 7 p.

3. Rustam Kasimow (Rosja) 7 p.

4. Hinko Cajzler (Chorwacja) 7 p.

5. Juri Mieszkow (Rosja) 6,5 p.

6. Stanisław BabarykiN (Rosja) 6,5 p.

7. Aleksiej Pachomow (Rosja) 6 p.

8. Sergiej Kryłow (Rosja) 6 p.

9. Piotr Dukaczewski (Polska) 6 p.

10. Manuel Palacios (Hiszpania) 6 p.

11. Lubow Żilcowa (Ukraina) 6 p.

12. Pavle Dimic (Serbia) 6 p.

13. Sergiej Wassin (Ukraina) 6 p.

14. Milenko Cabarkapa (Serbia) 6 p.

15. Gangolli Kirshan (Indie) 6 p.

16. Marek Maćkowiak (Polska) 6 p.

17. Rusłan Draganow (Rosja) 5,5 p.

18. Manrique Fernandez (Hiszpania) 5,5 p.

19. Dieter Riegler (Grecja) 5,5 p.

20. Thorsten Mueller (Grecja) 5,5 p.

25. Ryszard Suder (Polska) 5,5 p.

32. Tadeusz Żółtek (Polska) 5 p.

84. Józefa Spychała (Polska) 3 p.

Startowało 92 zawodników.

 

Teresa Dębowska

 

aaa

 

szachy

 

Spełnione marzenie

Z Jackiem Stachańczykiem, nowym mistrzem świata niewidomych i słabowidzących w szachach, rozmawia Teresa Dębowska

− Czy przed mistrzostwami świata w Grecji brałeś pod uwagę taki scenariusz, że zdobywasz najwyższe trofeum i grają Ci Mazurka Dąbrowskiego? Zwycięstwa nie są Ci przecież obce – jesteś już kilkakrotnym i aktualnym mistrzem Polski oraz drużynowym medalistą w imprezach międzynarodowych.

− Przed turniejem w Grecji myślałem jedynie o nawiązaniu walki o miejsca medalowe. O złocie nawet nie marzyłem, zwłaszcza po moich ostatnich złych występach na turniejach w Krakowie i Pradze.

− Czy przygotowania do mistrzostw zajęły Ci wiele czasu? Czy włączałeś w nie także przygotowania kondycyjne? Na jakich elementach gry skupiałeś się najbardziej?

− Wprowadzony ostatnio przeze mnie system przygotowań sprawuje się bardzo dobrze. Na miesiąc przed imprezą poświęcam szachom bardzo dużo czasu, ale na dwa tygodnie przed turniejem rozstaję się z nimi. Tym razem nie było inaczej. Po kwietniowym zgrupowaniu z trenerem Arturem Jakubcem analizowałem otwarcia pozycyjne. Porzuciłem natomiast rozwiązywanie kombinacji, co było dużym błędem, gdyż dostrzeżenie podczas partii prostych motywów taktycznych zajmowało mi wiele czasu. W prowadzeniu treningu kondycyjnego największym moim problemem jest brak systematyczności.

− Jak wyglądała na turnieju Twoja droga do tytułu mistrza świata? Co czułeś, gdy złoto miałeś już pewne?

− Już po pierwszej partii myślałem, że mistrzostwa zaliczę do mych nieudanych imprez. I w pewnym sensie tak jest. Dotyczy to gry w całym turnieju. W kilku kolejnych partiach dopisywało mi niesamowite szczęście, dopiero po dniu wolnym zacząłem grać poprawnie. Po pokonaniu w szóstej rundzie Piotra Dukaczewskiego uwierzyłem, że jestem w stanie powalczyć o złoto. Należało jedynie wygrać kolejną rundę z Rosjaninem Aleksiejem Pachomowem. Najtrudniejsza partia − z punktu widzenia przygotowań − to partia z najwyżej notowanym Stanisławem Babarykinem, którego obawiałem się najbardziej. Jednak już po kilku pierwszych posunięciach wiedziałem, że runda ósma będzie należała do mnie. Wygrana ta, niestety, nie zapewniała mi jeszcze złota. W dziewiątej musiałem co najmniej zremisować, aby stanąć na najwyższym stopniu podium. A wiemy, że ostatnia runda rządzi się swoimi prawami. Zremisowałem z Oliverem Muellerem z Niemiec. Tytuł mistrza świata był mój. I wówczas przyszło uczucie niedowierzania i ogromnej radości. Po powrocie do kraju wiele osób gratulowało mi zwycięstwa. Niektórzy cieszyli się bardziej ode mnie, gdyż ja wciąż nie wierzę, że zostałem mistrzem. Na łamach czasopisma „Mat” podziękowałem już byłemu trenerowi kadry Ryszardowi Bernardowi, który wskazał mi drogę do podniesienia umiejętności gry i sprawił, że moje szachy są teraz bardziej logiczne. Choć aktualny trener Artur Jakubiec współpracuje z nami od niedawna, to on również przyczynił się do mojego sukcesu. Przygotowania do partii są zawsze bardzo ciekawe i różnorodne. Podziękowania należą się także moim przyjaciołom Grześkowi i Dawidowi z klubu „Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza, z którymi systematycznie trenuję i analizuję. Wspomnieć pragnę również o mojej siostrze Agacie, która opiekuje się moim psem podczas każdego wyjazdu na szachowe imprezy.

− Tytuł mistrzowski jest też Twoją przepustką do reprezentacji IBCA, być może na kolejne dwie olimpiady szachowe FIDE. W sierpniu jedziesz po raz pierwszy na olimpiadę do Norwegii. Czy to dla Ciebie ważna impreza?

− Olimpiada szachowa FIDE zawsze była poza moim zasięgiem. W 2009 roku, kiedy zostałem członkiem Stowarzyszenia „Cross”, dowiedziałem się, że istnieje możliwość wywalczenia udziału w tej wspaniałej imprezie. Od tego czasu było to moim małym marzeniem, które jednak pozostawało trudne do spełnienia. Teraz, kiedy stało się to faktem, jestem bardzo szczęśliwy. Na mistrzostwach w Grecji dowiedziałem się, że będę reprezentował drużynę IBCA na olimpiadzie w norweskim Tromso. Cieszę się, że mogę tam być i zobaczyć z bliska najlepszych szachistów świata.

− Od kiedy grasz w szachy? Czy zamierzasz im się poświęcić, czy też myślisz o pracy w innym zawodzie? Studiujesz w Górnośląskiej Wyższej Szkole Pedagogicznej.

− W szachy nauczył mnie grać ojciec, ale dopiero w ósmej klasie szkoły podstawowej zostałem wytypowany do udziału w miejskich mistrzostwach. I choć zająłem w tych zawodach dopiero przedostatnie miejsce, to poświęciłem się tej dyscyplinie całkowicie. Swoją przyszłość również wiążę z szachami. Studia na GWSP w Mysłowicach to jedynie droga do osiągnięcia tytułu magistra…

− Czy poza szachami znajdujesz czas na inne zainteresowania?

− Aktualnie większość czasu zajmują mi studia, brak mi go nawet na szachy. Jeśli znajdę wolną chwilę, spędzam ją przed komputerem. Nie jestem z tego zadowolony, ale na szczęście od czterech lat mam czworonożną przyjaciółkę, która zmusza mnie chociaż do niewielkiego wysiłku fizycznego.

− Dziękuję za rozmowę i gratuluję sukcesu.

 

Teresa Dębowska

 

aaa

 

kolarstwo

 

Siła majowej tradycji

W maju sezon kolarski rozkręcił się na dobre. W pierwszy weekend miesiąca odbył się Hetman Tandem Cup 2014 – wyścig o Puchar Marszałka Lubelszczyzny, potem nastąpiła seria zagranicznych startów kadrowiczów, obejmująca Puchar Świata we Włoszech oraz wyścigi etapowe w Holandii i Belgii. I chociaż zawodnicy startowali w nich ze zmiennym szczęściem, to potwierdzili swoją mocną pozycję w międzynarodowym peletonie.

Obchodzimy właśnie jubileusz 25-lecia wolności i demokracji w Polsce, warto jednak odnieść się do jeszcze odleglejszej historii. W sportowej tradycji PRL-u maj zawsze kojarzył się z kolarstwem. W pamięci starszych kibiców wciąż żywa jest legenda majowego Wyścigu Pokoju i nieprzemijająca sława polskich zwycięzców tej imprezy – Stanisława Królaka, Ryszarda Szurkowskiego, Stanisława Szozdy i Lecha Piaseckiego. Wyścig, rozgrywany przez wiele lat na trasie Warszawa – Berlin – Praga (co roku startował z innego miasta), to znakomity przykład piękna i siły sportu. Impreza, wymyślona przez komunistycznych propagandzistów jako wizytówka nowego ustroju w naszej części Europy, szybko wymknęła się z przypisanych jej ram, aby stać się areną porywającej sportowej rywalizacji zawodników oraz źródłem wielkich emocji i wzruszeń kibiców. Wyścig Pokoju sprawiał, że miliony Polaków, niezależnie od poglądów, wieku, płci, wykształcenia czy profesji, jednoczyły się w sportowej ekstazie, co z dzisiejszej perspektywy da się porównać jedynie z fenomenem Adama Małysza. Obecnie dla sympatyków kolarstwa najważniejszą majową imprezą jest organizowany od 1909 roku Giro d’Italia (wyścig dookoła Włoch) – drugi z największych kolarskich wyścigów świata (za Tour de France i przed Vuelta a España).

W środowisku kolarzy z dysfunkcją wzroku do miana kultowej imprezy maja pretendują dwa wyścigi – w Polsce jest to Hetman Tandem Cup, czyli wyścig o Puchar Marszałka Lubelszczyzny, a za granicą Belgian Tandemrace B&VI. Oba wydarzenia, choć ostatnio nieco zmodyfikowały swoje nazwy, mają długą historię i duże zasługi dla rozwoju kolarstwa tandemowego. W tym roku odbyła się siedemnasta edycja wyścigu lubelskiego, organizowanego niezmiennie przez Andrzeja Góździa. Impreza trwała cztery dni, w ciągu których rozegrano cztery etapy (Julków, Grabanów, Leśna Podlaska, Lublin), i była dobrą okazją do przeglądu naszej krajowej czołówki. Tegoroczne przygotowania do sezonu startowego były skromne: kadrowicze byli na jednym tylko zgrupowaniu, na Cyprze, a zawodnicy zaplecza kadry na jedynym obozie treningowym – w Radkowie. W innej sytuacji znalazł się jedynie tandem Marcin Polak – Michał Ładosz (KKT „Hetman” Lublin), który w kwietniu startował w torowych mistrzostwach świata w Aguascalientes. Torowe przygotowania okazały się skuteczne także na szosach Lubelszczyzny. Kolarze „Hetmana” zdecydowanie górowali nad rywalami formą, dzięki czemu wygrali wszystkie etapy i cały wyścig. Drugie miejsce zajęli zawodnicy warszawskiej „Syrenki” – Adrian Juszczyk z pilotem Ernestem Kurowskim – którzy jechali bardzo czujnie, pilnując się liderów, w czym okazali się skuteczniejsi od pozostałych rywali. Trzecią pozycję wywalczyli debiutanci Łukasz Wietecki i Tomasz Domagała, reprezentujący klub „Razem” Poznań. Zawodnicy ci byli największą sensacją imprezy, zaskoczyli wszystkich obserwatorów doskonałą jazdą i imponowali ogromnymi możliwościami.

Łukasz Wietecki to znana postać w polskim sporcie paraolimpijskim – doskonały biegacz startujący w kategorii słabowidzących, medalista MŚ i ME na dystansach 800 i 1500 m oraz czwarty zawodnik igrzysk paraolimpijskich w Londynie na 800 m. Obecnie wraz z przewodnikiem Tomaszem Domagałą planują spróbować swoich sił w triathlonie, a wyścig lubelski był elementem tych przygotowań. Życząc obu zawodnikom sukcesów w nowej dyscyplinie, mamy nadzieję na ich kolejne starty kolarskie – upatrujemy w nich kandydatów na doskonałych cyklistów.

Z analogiczną sytuacją mieliśmy do czynienia na lubelskim wyścigu w kategorii kobiet. Udziałem w Hetman Tandem Cup zadebiutowała w kolarstwie Anna Duzikowska, szósta zawodniczka IP w Londynie w biegu na dystansie 400 m i medalistka wielu międzynarodowych imprez lekkoatletycznych. Podczas startu z pilotką Aleksandrą Stańczak w barwach klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn zaprezentowała na lubelskich szosach dobrą formę i duży potencjał kolarski i zajęła drugie miejsce w klasyfikacji generalnej. Wyścig wygrały Iwona Podkościelna z pilotką Aleksandrą Wnuczek („Hetman” Lublin), które były najlepsze na wszystkich etapach. Trzecie miejsce zajęła para Marta Stramek – Magdalena Kiewluk („Warmia i Mazury” Olsztyn), czwartą lokatę zdobył tandem Anna Gramatyka – Magdalena Przeworska („Hetman” Lublin), a piątą duet Izabela Hillar – Malwina Skrzypczak. Tak liczny udział pań zwiastuje ciekawą rywalizację na kolejnych wyścigach i napawa optymizmem w kontekście rozwoju kobiecego kolarstwa.

W dniach 9-11 maja polska reprezentacja rywalizowała w Pucharze Świata w Castiglione della Pescaia (Włochy), który zgromadził na starcie imponującą liczbę 340 kolarzy z 35 krajów. Najlepsze wyniki wśród zawodników ZKF „Olimp” osiągnęła Anna Harkowska (klasa WC5), która zwyciężyła w obu rozgrywanych konkurencjach – w wyścigu na czas (15 km) i w wyścigu ze startu wspólnego (65,1 km). Spośród naszych tandemów najlepiej zaprezentował się duet Marcin Polak – Michał Ładosz, zajmując 4. miejsce w czasówce (30 km) i 3. lokatę w wyścigu ze startu wspólnego (113,7 km). Były to bardzo pechowe zawody dla dwóch pozostałych tandemów męskich: zarówno Piotr Kołodziejczuk z Arturem Korcem, jak i Przemysław Wegner z Robertem Płotkowiakiem w wyścigu na czas mieli defekty koła, które uniemożliwiły im osiągnięcie dobrych wyników. W wyścigu ze startu wspólnego Piotr i Artur powetowali sobie to niepowodzenie przyzwoitym 6. miejscem, natomiast Przemek i Robert ustanowili trudny do pobicia „rekord”: złapali dwie kolejne gumy. Damski tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek nie dał rady zdobyć miejsca na podium i zajął 4. lokatę na czas (30 km) i 6. pozycję w wyścigu masowym (89,4 km). Nasze zawodniczki oraz ich koledzy Marcin Polak i Michał Ładosz mają w tym sezonie miły obowiązek startowania w białych koszulkach z poprzecznym pasem w kolorze tęczy, co jest przywilejem aktualnych mistrzów świata. Inną formą wyróżnienia mistrzów było zaproszenie ich do Holandii na 4-etapowy wyścig Dutch Tandem Trophy na koszt organizatorów. Panie zajęły w tej imprezie 3. miejsce, ulegając dwóm tandemom brytyjskim, a panowie, pomimo zwycięstwa na etapie jazdy na czas, uplasowali się na 4. pozycji, przegrywając z reprezentantami Wielkiej Brytanii (1 m) i Holandii (2 i 3 m).

Kolejny start zawodników ZKF „Olimp” to 28. wyścig kolarski Belgian Tandemrace B&VI, który odbywał się od 29 maja do 1 czerwca. Od tego roku zawody są memoriałem Johna Deraet – zmarłego w 2013 roku twórcy i wieloletniego organizatora tej imprezy. Polska reprezentacja podtrzymała dobrą passę z ubiegłych lat i kolejny raz odniosła sukcesy w tym prestiżowym wyścigu. W klasyfikacji generalnej, po 6 etapach, w kategorii kobiet tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek zajął 2. miejsce, w kategorii mężczyzn zwyciężyła załoga Piotr Kołodziejczuk – Artur Korc, a polska reprezentacja wygrała rywalizację drużyn. Ponadto nasi zawodnicy odnieśli sukcesy na poszczególnych etapach: Iwona Podkościelna i Aleksandra Wnuczek pięć razy stawały na podium po tym, jak dwa razy zajęły 2. miejsce i trzykrotnie 3. pozycję. Tandem Marcin Polak – Michał Ładosz wygrał dwa etapy, po jednym razie zajął 2. i 3. miejsce. Piotr Kołodziejczuk i Artur Korc wygrali jeden etap i dwukrotnie zajęli 3. lokatę, a duet Adrian Juszczyk – Ernest Kurowski jeden raz finiszował na 3. pozycji. Członkami reprezentacji byli również Przemysław Wegner i Piotr Czopek, którzy wnieśli duży wkład w zwycięstwo drużyny i pomoc liderom. Wyścig w kategorii mężczyzn był bardzo emocjonujący, a najgroźniejsi rywale – Brytyjczycy i Holendrzy – choć nie zdołali odebrać nam zwycięstwa, to zmusili naszych zawodników do dużego wysiłku. Martwić może nierówna forma tandemu Marcin Polak – Michał Ładosz, który obok zwycięstw podczas etapów na czas miał też słabsze momenty i ostatecznie ukończył wyścig na 5. pozycji, która, miejmy nadzieję, nie odzwierciedla ani możliwości, ani ambicji mistrzów świata.

 

Mirosław Jurek

 

aaa

 

goalball

 

Historyczne mistrzostwa w Bierutowie

Tegoroczne rozgrywki o mistrzostwo Polski w goalballu przejdą do historii z wielu powodów. Po raz pierwszy gościł je Bierutów, po raz pierwszy tytuł mistrza został przyznany już wiosną i po raz pierwszy wywalczyli go zawodnicy z Białegostoku.

Najlepsi polscy goalballiści ostatni raz w pełnym składzie spotkali się na zeszłorocznych mistrzostwach Polski w Lublinie. Wyrównana rywalizacja drużyn z Katowic, Bierutowa, Lublina i Białegostoku trwa od kilku lat. Scenariusz jest zazwyczaj podobny: wygrywa Lublin, pozostałe trzy drużyny biją się o srebro i brąz, a zespoły z kolejnych miejsc pozostają daleko w tyle i nawet nie próbują włączać się do walki o medale. Tym razem jednak było inaczej.

Już od ponad 20 lat w Bierutowie, małym miasteczku na Dolnym Śląsku, istnieje drużyna goalballu. Jej początki, jak to w sporcie, były trudne, jednak wytrwała praca zawodników przyniosła efekty i bierutowianie dosyć szybko dołączyli do walki z najlepszymi. Duża w tym zasługa Dariusza Wilczyńskiego – legendarnego środkowego, który przez wiele lat reprezentował nie tylko drużynę swego miasta, lecz był także zawodnikiem reprezentacji Polski. Dziś Darek pełni funkcję asystenta trenera bierutowskiej drużyny, a na boisku pozostawił swych godnych następców. Należy tu wymienić przede wszystkim Daniela Henke, Damiana Horteckiego czy Piotra Kazimierskiego. W dużej mierze, dzięki determinacji i ciężkiej pracy tego ostatniego, Bierutów doczekał się roli gospodarza mistrzostw Polski 2014.

Do rywalizacji, która zaczęła się w piątkowy poranek 9 maja, przystąpiło 7 męskich drużyn: Białystok, Katowice I i II, Lublin, Wrocław I i II oraz gospodarze. Na uroczystym rozpoczęciu zawodów pojawili się licznie przedstawiciele władz lokalnych, organizatorów oraz sponsorów. Po wciągnięciu na maszt flagi Polski i odegraniu Mazurka Dąbrowskiego zawodnicy przystąpili do rywalizacji. Już trzeci mecz turnieju przyniósł niemałą niespodziankę. W pojedynku tym zmierzyli się gospodarze z Bierutowa i drużyna Wrocławia I. Po pasjonującej rozgrywce młoda drużyna, złożona z uczniów ośrodka szkolno-wychowawczego we Wrocławiu, zdołała pokonać swoich doświadczonych kolegów z Bierutowa wynikiem 7:5. Duża w tym zasługa Marcina Lubczyka – bardzo obiecującego zawodnika, który już teraz jest ważnym ogniwem reprezentacji Polski. Wydaje się, że temu 19-latkowi brakuje jedynie nieco boiskowej ogłady i doświadczenia, aby stać się naprawdę dobrym zawodnikiem i postrachem rywali. Bardzo budujące jest to, że również koledzy Marcina z drużyny robią niesamowite postępy. Pomaga im w tym nowy trener Wacław Falkowski, który nie tylko podjął się prowadzenia chłopaków, lecz w dodatku robi to z dużym zaangażowaniem i widać, że ma do tego talent. Biorąc pod uwagę fakt, że również debiutująca w rozgrywkach o mistrzostwo kraju druga drużyna Wrocławia radzi sobie bardzo przyzwoicie, można śmiało stwierdzić, że Wrocław wyrasta na poważny ośrodek na goalballowej mapie Polski.

Zaraz po derbach Dolnego Śląska przyszła kolej na najbardziej oczekiwane spotkanie przedpołudniowego bloku pierwszego dnia zawodów. Naprzeciwko siebie stanęli ubiegłoroczni mistrzowie z Lublina oraz ich starzy rywale i wieloletni pretendenci do tytułu mistrzowskiego z Białegostoku. Pierwsze minuty spotkania przebiegły spokojnie, zawodnicy obu zespołów sprawiali wrażenie, że badają przeciwników, że boją się przeprowadzać ryzykowne zagrania. Jako pierwsi ten stan przełamali białostoczanie, zaliczając celne trafienie do bramki rywali. Od tamtej pory aż do końca mecz toczył się pod dyktando zawodników z Podlasia. Lublinianie musieli wyciągać piłkę  z siatki aż 13 razy, podczas gdy sami zdobyli zaledwie 4 gole. Wynik spotkania przybliżył białostoczan do upragnionego mistrzostwa, jednak droga po nie okazała się dość kręta.

Dalszy ciąg wielkich emocji to niesamowicie zacięta rozgrywka między Lublinem i Katowicami I. Żadna z drużyn nie dawała za wygraną i było jasne, że na rozstrzygnięcie przyjdzie poczekać do ostatnich sekund meczu. Na niespełna dwie minuty przed zakończeniem spotkania, po silnym strzale Marka Mościckiego, piłka minęła obronę katowiczan. Zawodnicy ze Śląska rzucili się w kierunku bramki, aby ratować sytuację. Po długiej konsultacji sędziowie przyznali ostatecznie, że piłka całym swym obwodem przeszła poza linię bramkową i uznali lublinianom gola dającego im remis. Wyglądało na to, że obie drużyny podzielą się punktami, jednak na kilka sekund przed końcem meczu katowiczanie popełnili błąd w ataku, którego konsekwencją był rzut karny. Najskuteczniejszy snajper Lublina – Marek Mościcki – bezlitośnie wykorzystał okazję, zapewniając swojej drużynie zwycięstwo.

Wisienką na torcie wieńczącą pierwszy dzień rozgrywek był pokazowy pojedynek drużyn kobiecych, w którym zmierzyły się nowo powstałe zespoły z Wrocławia i Bierutowa. Po zaciętej walce spotkanie zakończyło się remisem 2:2. O wyniku rywalizacji pań miały zdecydować mecze w dwóch kolejnych dniach mistrzostw. Sobotnie rozgrywki rozpoczął mecz Katowic I z Białymstokiem. Niepokonani dotąd białostoczanie mogli podejść do spotkania spokojnie, podczas gdy dla zawodników ze Śląska kolejna porażka oznaczała konieczność zadowolenia się co najwyżej brązowym medalem. Dlatego było jasne, że łatwo skóry nie sprzedadzą. Pierwsze bramki zostały zaliczone na konto Białegostoku, jednak katowiczanie ruszyli z odwetem i znalazłszy słaby punkt rywali, konsekwentnym atakiem wyszli na prowadzenie. Po pierwszej połowie Białystok musiał uznać wyższość przeciwnika. W drugiej części spotkania białostoczanie próbowali odwrócić jego losy, wyszli nawet na prowadzenie, jednak Ślązacy szybko wyrównali,
a w ostatnich sekundach zdobyli decydującą bramkę. Mecz zakończył się wynikiem 8:7 dla Katowic. Po nim stało się jasne, że o mistrzostwie zadecyduje bilans bramkowy.

W kolejnych meczach Bierutów zaliczył dwie porażki: z Lublinem i Białymstokiem. Tym samym gospodarze stracili szanse na podium tegorocznych mistrzostw. Mimo to bierutowianie odnieśli jednak wielki sukces, jakim jest organizacja tak udanej imprezy. Po Piotrku Kazimierskim – reprezentancie Bierutowa, który był zarazem motorem napędowym całej imprezy, było widać zmęczenie. – Nie dosypiam od dwóch miesięcy – mówił. – Jednak jestem zadowolony. Wszystko wygląda tak, jak sobie zaplanowałem. Dzięki wsparciu lokalnych władz i prywatnych sponsorów udało nam się dopiąć budżet – oceniał już po imprezie.

Piotrek jest zresztą doświadczonym działaczem. Był jednym z inicjatorów rozgrywanego od dwóch lat Pucharu Śląska w Goalballu. Jego kreatywność i determinacja są godne podziwu. Tacy ludzie jak Piotrek to prawdziwe remedium na trudną sytuację finansową w sporcie. Miejmy nadzieję, że dzięki jego staraniom będziemy mieli okazję uczestniczyć jeszcze w wielu fantastycznych imprezach.

Powróćmy jednak na parkiet, na którym emocje nie ustawały. W rewanżowym meczu pań bierutowianki zwyciężyły z Wrocławiem 3:2, zaś ich koledzy z drużyny, kontynuując złą passę, ulegli Białemustokowi 7:10. W pojedynku na dole tabeli debiutant zawodów Wrocław II pokonał w pięknym stylu drugi zespół Katowic 13:3. Wydawało się, że sobotnie rozgrywki dały już odpowiedź na wszystkie pytania, niedzielne mecze będą zaś tylko formalnością. Niewiele jednak brakowało, by stało się inaczej.

W pierwszym spotkaniu ostatniego dnia rozgrywek stanęły naprzeciwko siebie ekipy Katowic I i Wrocławia I. Nikt nie dawał szans młodej drużynie ze stolicy Dolnego Śląska, a tymczasem zespół pod wodzą trenera Falkowskiego pokazał kawał dobrego goalballu i na kilka minut przed zakończeniem meczu prowadził. Duży stres i presja nie pozwoliły jednak wrocławianom na zwycięstwo, które oznaczałoby historyczny brąz dla tej drużyny. Doświadczeni gracze z Katowic w ostatnich chwilach meczu przechylili szalę zwycięstwa na swoją stronę i zwyciężyli 8:7.

W dwóch ostatnich starciach panów Lublin i Białystok gładko poradziły sobie z niewymagającymi rywalami. Na zakończenie publiczność obejrzała decydujący pojedynek pań, w którym swoją wyższość potwierdziły gospodynie. Po podliczeniu statystyk stało się jasne, że mistrzem Polski 2014 zostali białostoczanie. Wszyscy zgodnie orzekli, że złote medale należały się im za determinację, z którą przez ostatnie lata ocierali się o najwyższy stopień podium. Srebro powędrowało do Lublina, zaś brąz do Katowic. Na bardzo dobrym czwartym miejscu uplasowali się reprezentanci Wrocławia, którzy tym samym dołączyli do najsilniejszych drużyn w kraju. Bierutowianie okazali się gościnni i zadowolili się 5. miejscem, pozwalając wygrać gościom.

Zamknięcia mistrzostw dokonali przedstawiciele lokalnych organizacji, wrocławskiego „Startu” oraz burmistrz Bierutowa Władysław Kobiałka, który o imprezie mówił z ogromnym entuzjazmem i zapraszał goalballistów do ponownego odwiedzenia miasta.

Bierutów pożegnał zawodników i gości słoneczną pogodą. Mistrzostwa Polski bez wątpienia należy zaliczyć do udanych. Szkoda tylko, że w tym roku nie udało się powrócić do wieloletniej tradycji rozgrywania trzech turniejów mistrzowskich. Na szczęście aktywność środowiska goalballowego pozwala na organizację innych, równie atrakcyjnych imprez. Teraz jednak uwaga zawodników i kibiców jest zwrócona na kadrę Polski, która we wrześniu będzie walczyć na Węgrzech o mistrzostwo Europy grupy „B”. Życzę im powodzenia i obiecuję rychły powrót na łamy „Crossa” z kolejnymi nowinkami z goalballowego parkietu.

 

Klasyfikacja mistrzostw Polski w goalballu

Białystok 15 p.

Lublin 15 p.

Katowice 15 p.

Wrocław I 9 p.

Bierutów 6 p.

Wrocław II 3 p.

Katowice II  0 p.

 

Rozgrywki Pań

Bierutów 7 p.

Wrocław 1 p. 

 

Konrad Andrzejuk

 

aaa

 

warcaby

 

W Suwałkach górą faworyci

XVIII Indywidualne Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych już za nami. Między 10 a 18 maja 2014 roku w hotelu Hańcza w Suwałkach rozegrany został tegoroczny turniej finałowy.

Do gry stanęło dwunastu najlepszych zawodników rywalizujących o krajowy prymat – tak jak jest przyjęte – systemem kołowym. Powrócono do dwugodzinnego tempa gry, które okazało się wystarczające, bo tylko nieliczne partie trwały blisko cztery godziny.

W finale nie mogli zagrać Marek Maćkowiak i Tomasz Kuziel. Zamiast nich wystąpili rezerwowi Jerzy Czech i Edward Kozłowski. W tym roku w rozgrywkach wzięło udział aż trzech debiutantów: Tadeusz Lach, Marian Jędrzycki i Edward Twardy. Ostatni dwaj – warcabiści „Sudetów” Kłodzko – liczyli na wysokie miejsca. Jędrzycki to były wicemistrz Polski (wśród pełnosprawnych), a Twardy w ostatnim czasie poczynił i nadal czyni spore postępy. Przed nim dobre perspektywy, tym bardziej że był najmłodszy w stawce finalistów. W tym roku skończy 50 lat.

Już sam początek mistrzostw przyniósł niespodziewane rozstrzygnięcie w postaci porażki Leszka Stefanka z Edwardem Kozłowskim. Zawodnik „Victorii” Białystok w swoich dwóch dotychczasowych finałach uzbierał łącznie zaledwie 3 p. Popularny „Kozioł” nie poprzestał na jednym zwycięstwie i stał się się prawdziwym czarnym koniem (a właściwie „kozłem”) turnieju. Po dwóch rundach, z kompletem punktów, był nawet liderem ex aequo z Janem Sekułą. W pierwszej rundzie w derbowym pojedynku cenny punkt stracił również Jędrzycki, który zremisował z Twardym.

W kolejnych rundach straty zaczął odrabiać Stefanek, pokonując w komplecie klubowych kolegów swego pogromcy: Józefa Tołwińskiego, Mikołaja Fiedoruka i Ryszarda Biegasika. Prestiżowe zwycięstwo nad Jędrzyckim odniósł Sekuła. W piątej rundzie, po remisie z Fiedorukiem, pierwszy punkt zdobył nieoczekiwany finalista Lach.

Po pierwszej części mistrzostw (pojedynki rozgrywano w dwóch sześcioosobowych grupach) na czele stawki znajdował się Sekuła (9 p.) przed Stefankiem (8 p.) i Jędrzyckim (7 p.). Faworyt mistrzostw jedyne oczko stracił z Twardym – pozwolił mu przeprowadzić kombinację, której konsekwencje źle obliczył. Sekuła może mówić o dużym szczęściu, że tej partii nie przegrał.

W drugiej części turnieju grupa białostocka (plus Stefanek i Lach) miała rywalizować z grupą przemysko-opolsko-kłodzką. Od razu w szóstej rundzie doszło do kilku ciekawych pojedynków. Trzecią z rzędu porażkę (tym razem z liderem) poniósł Biegasik. Towarzyszem jego niedoli okazał się Tołwiński, który po prostym błędzie uległ Jagiele. W partii pretendentów do medali Stefanek zremisował z Jędrzyckim. Na trzy rundy przed końcem turnieju prowadził wciąż Sekuła (15 p.), powiększając systematycznie przewagę nad konkurentami.

W dziewiątej rundzie Twardy grał ze Stefankiem i w przypadku zwycięstwa mógł (nadal) włączyć się do walki o podium. Doświadczenie jeszcze tym razem wzięło górę i warcabista lubelskiego „Hetmana” dzięki wygranej zapewnił sobie co najmniej brązowy medal. Po dwa punkty zainkasowali też Sekuła i Jędrzycki.

W przedostatniej rundzie doszło do pojedynku na szczycie. Sekuła (17 p.) zremisował ze Stefankiem (14 p.) i mógł już świętować zdobycie siódmego tytułu w karierze. Jędrzycki tymczasem wygrał, zgodnie z planem, z Lachem i zrównał się punktami z zawodnikiem „Hetmana”.

W ostatniej rundzie miały się rozstrzygnąć losy wicemistrzostwa kraju. Stefanek grał z Czechem, a Jędrzycki z Tołwińskim. W korzystniejszej sytuacji znajdował się Stefanek, któremu wygrana zapewniała srebrny medal, bez względu na wynik drugiego pojedynku. Obyło się bez niespodzianki i lubelski zawodnik po rocznej przerwie powrócił na drugi stopień podium.    

Mimo zwycięstwa faworytów mistrzostwa miały bardzo interesujący przebieg. Nie brakowało zaskakujących rozstrzygnięć, a nawet sensacji. Warto odnotować wysoką rezultatywność. Tylko jedna trzecia partii zakończyła się remisami (22 z 66).

W piątek wieczorem (16 maja) odbył się, jako impreza towarzysząca, turniej gry błyskawicznej. Zgłosiło się do niego 12 osób. Z finalistów nie wystąpili Lach i Biegasik. W ich miejsce spróbowali swych sił Petronela Dapkiewicz i Wacław Morgiewicz. Wygrał Jan Sekuła (19 p.), który wyprzedził nieznacznie Zenona Sitarza i Mariana Jędrzyckiego (obaj po 18 p.). Czwarty był Tołwiński (16 p.), piąty Stefanek (14 p.), a szósty Jagieła (13 p.).

Zawody w Suwałkach sędziował Leszek Łysakowski z Gniezna, a ich koordynatorem był Wacław Morgiewicz. Zawodnicy mieli bardzo dobre warunki do gry i wypoczynku. Sprzyjała nawet pogoda, inaczej niż w zalanej deszczem pozostałej części kraju.

 

XVIII Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach

Stupolowych

10-18.05.2014 r., Suwałki

1.Jan Sekuła („Cross Opole”) 20 p.

2. Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) 17 p.

3. Marian Jędrzycki („Sudety” Kłodzko) 16 p.

4. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 12 p.

5. Ryszard Biegasik („Victoria” Białystok)    11 p.

6. Józef Tołwiński („Victoria” Białystok) 10 p.

7. Andrzej Jagieła  („Podkarpacie” Przemyśl) 10 p.

8. Edward Kozłowski („Victoria” Białystok) 8 p.

9. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 8 p.

10. Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl) 8 p.

11. Jerzy Czech („Cross Opole”) 8 p.

12. Tadeusz Lach  („Atut” Nysa) 4 p.

 

Leszek Stefanek

 

aaa

 

warcaby

 

Wiktor Czyż zdobywcą Pucharu

Aktualny mistrz Białorusi niewidomych i słabowidzących został triumfatorem 11. edycji Pucharu Ziemi Lubelskiej w warcabach stupolowych, który jak co roku w długi majowy weekend rozegrany został w gościnnych progach hotelu „Imperium” w Firleju. 

Turniej od lat ma charakter integracyjny – startują w nim również osoby pełnosprawne. W tym roku gościliśmy na ziemi lubelskiej 80 zawodniczek i zawodników, reprezentujących 25 klubów z Polski (w tym 21 ze Stowarzyszenia „Cross”) oraz dwie zagraniczne federacje – z Czech i Białorusi.

Rekord frekwencji ustanowiony przed dwoma laty (82 osoby) nie został zatem pobity, ale obsada tegorocznego turnieju była chyba silniejsza niż wówczas. Zagrało aż 10 osób sklasyfikowanych w rankingu światowym, w tym świeżo upieczeni mistrzowie Polski – Józef Bajdak (w kategorii seniorów starszych) i Martin Banaszek (w kategorii do lat 13). Oprócz nich do faworytów zaliczani byli zawodnicy horynieckiej Unii – Wojciech Wołczak, były mistrz Europy do lat 10, i Jakub Gazda, który reprezentował w tym roku Polskę w Cannes w meczu z Francją (wśród dorosłych reprezentacji). Byli też inni znani z występów w Polsce Białorusini – Wiktor Czyż i Aleksander Kuryan. Pewną niewiadomą stanowili Czesi. Petra Duskova i Lumir Gatnar odbiegają wprawdzie nieco poziomem gry od zwycięzcy edycji z 2009 roku Jiri Sysela, ale oboje zaliczają się do ścisłej czołówki swojego kraju i w Firleju można było spodziewać się z ich strony udanego występu. Nie należało też wykluczać szans na czołowe lokaty Anny Grodeckiej i Marcina Wociala (Mińsk Mazowiecki), którzy mimo młodego wieku są już graczami bardzo doświadczonymi. Gospodarze, poza wspomnianym już Bajdakiem, najbardziej liczyli na lidera listy startowej Leszka Stefanka.

Turniej, jak co roku, rozgrywany był systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund, z tempem 90 minut. Dodatkowym smaczkiem było wprowadzenie – po raz pierwszy w Firleju – konkurencji drużynowej, co jeszcze bardziej uatrakcyjniło rywalizację. W tych rozgrywkach liczyła się suma punktów trzech najlepszych zawodników drużyny. Impreza rozpoczęła się tradycyjnie kolacją grillową w dniu przyjazdu zawodników (30 kwietnia), ale już 1 maja przyjemności się skończyły. Trzeba było zasiąść do warcabowych stołów. Mimo świątecznego nastroju dzień zapowiadał się wyjątkowo pracowicie. Grano aż trzy rundy.

Runda poranna nie przyniosła większych niespodzianek. Faworyci zgodnie powygrywali swoje pojedynki. Podobnie było po południu, z jednym wyjątkiem. Cenny punkt stracił Bajdak po remisie ze Stanisławem Sroką. Wieczorem, w trzeciej rundzie, doszło już do pojedynków pomiędzy faworytami turnieju. Niespodziankę sprawiła Natalia Zaborniak, która pokonała Stefanka. Warto odnotować też wygrane Czyża z Gazdą, Bernarda Olejnika z Banaszkiem oraz Mikołaja Fiedoruka z Gatnarem. Bliska pokonania Wołczaka była Ewa Wieczorek, która w końcówce przeoczyła prostą wygrywającą kombinację i musiała zadowolić się remisem, podobnie jak Michał Czarski w pojedynku z Duskovą.

Po pierwszym dniu kompletem punktów (po 6) mogli pochwalić się: Czyż, Zaborniak, Kuryan, Olejnik, Fiedoruk i Wocial. 2 maja rano rozegrano rundę czwartą. Po niej pozostało już tylko dwóch liderów: Wocial (pokonał Kuryana) i Czyż (wygrał z Fiedorukiem).

Po trudach sportowych zmagań uczestnicy turnieju mieli po południu chwilę oddechu i udali się na wycieczkę do pałacu Zamoyskich w pobliskiej Kozłówce. Wieczorem zaś odbyła się runda piąta. Walka była bezpardonowa. Na pierwszych dziewięciu stołach nie zanotowano żadnego remisu! W pojedynku na szczycie lepszy okazał się Czyż, który pokonał Wociala i został samodzielnym liderem. Cenne zwycięstwa odnieśli też m.in.: Duskova z Zaborniak, Wołczak z Olejnikiem, Stefanek z Wieczorek i Gazda z Fiedorukiem. Po dwóch dniach zmagań prowadził Czyż (10 p.) przed Duskovą i Wołczakiem (po 9).

3 maja przed południem, w 6. rundzie, Czyż wygrał z Duskovą i powiększył przewagę nad grupą pościgową do 2 punktów. O dużym pechu może mówić Stefanek, który nie potrafił przekuć na zwycięstwo przewagi kamienia z Bajdakiem. Wydarzeniem dnia było historyczne, bo pierwsze w karierze, zwycięstwo Michała Czarskiego z... Tadeuszem Gryglewiczem.

W 7. rundzie doszło do niespodzianki na pierwszym stole. Gdy wydawało się, że nikt nie powstrzyma już Czyża w marszu po turniejowe zwycięstwo, sztuki tej dokonał Martin Banaszek i w dodatku nie zajęło mu to zbyt dużo czasu. Bukmacherzy musieli błyskawicznie zmieniać kursy. Na dwie rundy przed końcem mieliśmy trzech liderów. Po 12 p. uzbierali: Czyż, Wołczak i Banaszek. Tuż za nimi (po 11 p.) plasowali się Grodecka, Bajdak i Gazda. Ostatni dzień rywalizacji zapowiadał się pasjonująco. Jednak 4 maja Banaszek nie zdołał pokonać Grodeckiej, co wykorzystał Czyż, który zainkasował dwa punkty w partii z Wołczakiem. Dziecko szczęścia – Józef Bajdak – wygrał remisową końcówkę z Gazdą i obok Czyża i Banaszka ustawił się w kolejce po główną nagrodę turnieju.

Bardzo ciekawie było też w rywalizacji drużynowej. Trzy teamy – Unia Horyniec-Zdrój, „Hetman” Lublin i Białoruś miały przed decydującymi pojedynkami jednakową liczbę punktów – po 34. W ostatniej rundzie grali: Bajdak (13 p.) z Czyżem (14) i Banaszek (13) z Wołczakiem (12). Te partie miały wyłonić zdobywcę Pucharu Ziemi Lubelskiej. Bajdak wyczerpał już chyba limit szczęścia w tym turnieju i nie zdołał stawić czoła Czyżowi. Tym samym gość z Białorusi został szóstym w historii – a drugim z zagranicy – zdobywcą Pucharu Ziemi Lubelskiej. Zawodnik „Hetmana” Lublin został więc zepchnięty z podium, znaleźli się na nim natomiast Banaszek i Wołczak, którzy zremisowali ze sobą w ostatniej rundzie. Klasyfikację drużynową wygrała ekipa „Unii” Horyniec-Zdrój (Wołczak, Gazda, Zaborniak – 39 p.) przed „Hetmanem” Lublin (Bajdak, Stefanek, Czarski – 38 p.) i Białorusią (Czyż, Kuryan, Guk – 38 p.).

Nagrodę dla najlepszej kobiety odebrała Czeszka Petra Duskova. Najlepszym juniorem (do lat 19) okazał się Martin Banaszek, a najlepszą juniorką Natalia Zaborniak. Wręczono też puchary dla najmłodszego i najstarszego zawodnika turnieju. Otrzymali je: Czech Nicholas Novelle (11 lat) i Jan Samolej z Zalesia na Lubelszczyżnie (84 lata). Każdy z 80 zawodników zabrał do domu dyplom oraz upominki i gadżety, a czołowa piętnastka dodatkowo zapracowała na nagrody pieniężne.

Nagrody wręczane były uroczyście, przy suto zastawionych stołach, podczas bankietu zamykającego imprezę w Firleju. Przygrywający do tańca zespół muzyczny honorował fanfarami nagradzanych kolejno warcabistów. Sama część oficjalna trwała ponad godzinę, a potem bawiono się już bez przeszkód niemal do białego rana.

Do wspaniałej atmosfery zawodów dostroiła się nawet aura, mimo że prognozy pogody nie były optymistyczne. W chwilach wolnych od gry uczestnicy mogli korzystać z majowego słońca, zwiedzać piękne okolice, spacerować wśród sosnowych lasów i wokół ładnie zagospodarowanego jeziora Firlej.

Zawody sędziował, radząc sobie doskonale z rzeszą zawodników, arbiter klasy państwowej Konrad Bieżyca. Głównym koordynatorem turnieju, duszą całego przedsięwzięcia, doskonale godzącym obowiązki organizatora i gracza, jest od lat niezmordowany prezes klubu „Hetman” Lublin Michał Czarski, który i tym razem wywiązał się ze swych zadań bez zarzutu.

Następny Puchar Ziemi Lubelskiej już za rok. Firlej czeka na miłośników polskiej gry!

 

XI Puchar Ziemi Lubelskiej 

1. Wiktor Czyż (Białoruś) 16 p.

2.   Martin Banaszek („Struga” Marki) 14 p.

3.   Wojciech Wołczak („Unia” Horyniec-Zdrój) 13 p.

4.   Józef Bajdak („Hetman” Lublin) 13 p.

5.   Petra Duskova (Czechy) 13 p.

6.   Leszek Stefanek („Hetman” Lublin) 13 p.

7.   Jakub Gazda („Unia” Horyniec-Zdrój) 13 p.

8.   Natalia Zaborniak („Unia” Horyniec-Zdrój)  13 p.

9.   Anna Grodecka (Mińsk Mazowiecki) 12 p.

10. Wiktor Nesterak („Unia” Horyniec-Zdrój) 12 p.

11. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 12 p.

12. Michał Czarski („Hetman” Lublin) 12 p.

13. Aliaksandr Kuryan (Białoruś) 12 p.

14. Antoni Ignatowski („Jaćwing” Suwałki) 12 p.

15. Bernard Olejnik („Warmia i Mazury” Olsztyn) 11 p.

 

Leszek Stefanek

 

aaa

 

wiadomości

 

Pływanie 

Koniec marca i kwiecień to dla niepełnosprawnych pływaków okres bardzo wytężonej pracy. W tym czasie ogłaszany jest skład kadry narodowej oraz zdobywało się kwalifikacje na najważniejszą w 2014 roku imprezę: mistrzostwa Europy IPC, które odbędą się w początku sierpnia w Eindhoven w Holandii.

W składzie kadry narodowej, wśród reprezentantów klas startowych osób z wadami wzroku, znaleźli się: Dawid Głowacki i Krystian Kisiel (Laski), Wojciech Makowski (AWF Warszawa), Joanna Mendak („Olimpijczyk” Suwałki) i Marcin Ryszka („Nie Widzę Przeszkód” Kraków). Powołanie do kadry jest owocem pracy poprzedniego sezonu. Jednak na imprezę główną mieli szanse zakwalifikować się jedynie pływacy najszybsi po okresie zimowym, dobrze przygotowani do końcówki sezonu. W gronie powołanych na ME znaleźli się jedynie Joanna Mendak, Wojciech Makowski i Marcin Ryszka.

Dawid, choć miał szansę i możliwości wyjazdu do Holandii, nie będzie brał udziału w tych startach ze względu na bardzo trudną sytuację rodzinną. Krystian okazał się wspaniałym przyjacielem, wspierającym swego klubowego kolegę w tym smutnym czasie: zrezygnował ze startów na mistrzostwach Niemiec w Berlinie, gdzie obaj pływacy mieli potwierdzić kwalifikacje na ME. Jego wspaniała postawa budzi szacunek i uznanie.

Wojtek Makowski, kielczanin trenujący w Warszawie pod okiem trenera Waldemara Madeja, to postać, która szturmem weszła do elity. Niezbyt udanie zadebiutował na mistrzostwach Hiszpanii w Madrycie, ale jego wyniki należy usprawiedliwić potężną tremą. Wojtek na dystansie nie mógł złapać prawidłowego toru płynięcia, odbijał się od skrajnych lin torowych i to znacząco wpłynęło na jego wynik, który i tak był wspaniały. Warto zwrócić uwagę na czas wyścigu na 200 m stylem dowolnym: 2:33,95 (529 p.) oraz 100 m dowolnym – 1:07,42 (593 p.). Nasza jaśniejąca gwiazda – Joasia Mendak – wraca do sił. Starty w Berlinie wywołują szeroki uśmiech na twarzach kibiców: 1:08,58 (771 p.) na dystansie 100 m stylem motylkowym dało jej pierwsze miejsce w klasie S13 kobiet. Doskonały rezultat, dobrze rokujący na najbliższą przyszłość, co prawda odstający od rekordu życiowego, ale uzyskany rok po operacji!

Chociaż Marcin Ryszka przywiózł z Berlina medale za walkę w klasie S11 na 200 m dowolnym (02:41,10 – 422 p.), 200 zmiennym (02:52,54 – 559 p.), 100 m żabką (01:25,34 – 553 p.) i uzyskał kwalifikacje na ME, to jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że woda w tym roku stawia mu większy opór.

Wyznacznikiem obecnie słabej formy polskiego pływania osób niepełnosprawnych jest start jedynie siedmiu (!) zawodników (w klasach osób z dysfunkcją wzroku – S11 i S12 łącznie) na mistrzostwach Polski juniorów i juniorów młodszych w Tychach. Chwała organizatorom, że po latach przerwy udało się zorganizować tę tak ważną dla podtrzymania zaplecza sportowego imprezę. Jednak stracony czas będzie bardzo trudno nadrobić – talenty znacznie łatwiej jest „wyhodować” podczas regularnych treningów, niż znaleźć. Jeśli szybko nie będziemy działać, organizując szkolenia, może okazać się, że na kolejne igrzyska nie będzie kogo wysłać. Pływanie jest dyscypliną promującą wytrwałość i systematyczność, o czym świadczą wyniki uzyskiwane przez najlepszych. Satysfakcja zaś udziela się nie tylko zawodnikowi, trenerowi i działaczom, lecz także światkowi kibiców.

 

Tadeusz Rodziewicz

 

aaa

 

kluby

 

Piętnastolecie suwalskiego „Jaćwinga”

Jak ten czas leci! „Jaćwingowi” stuknęło już piętnaście lat. W 1999 roku Andrzej Dąbrowski wraz z 15-osobową grupą inicjatywną powołali crossowski klub niewidomych i słabowidzących w Suwałkach. Pan Andrzej krótko był  jego prezesem, bo w 2004 roku zmarł po ciężkiej chorobie. Obowiązki po nim przejął Roman Wrześniewski i pełni je do dzisiaj.

Aby godnie uczcić jubileusz, 14 maja na kręgielni w Centrum Handlowym „Plaza” zorganizowano otwarty turniej bowlingowy. Wystartowało 48 zawodników, a oprócz reprezentacji „Jaćwinga” uczestniczyli w nim goście z „Victorii” Białystok, „Moreny” Iława i „Karolinki” Chorzów. Rzucali też zawodnicy pełnosprawni, jako że impreza była dla wszystkich. Rozgrywkom patronował prezydent Suwałk Czesław Renkiewicz.

 

Trochę historii

Prezydent nie przybył jednak na otwarcie imprezy, zastąpił go szef OSiR Waldemar Borysewicz. Pojawił się także poseł Jarosław Zieliński. Poseł pogratulował klubowi sukcesów – nie raz był ich świadkiem, często zapraszany na imprezy przez wiceprezesa klubu Andrzeja Świtaja. Pan Borysewicz chwalił środowisko niewidomych sportowców, przypomniał nazwiska: pływaczki i medalistki paraolimpijskiej Joanny Mendak, bowlingowców – Stanisława Poświatowskiego i Dariusza Chaleckiego. On sam gra w bowling, więc zagrał i teraz. Na zawodach osiągnął przyzwoity wynik – 498 p., choć do czołówki mu daleko.

Lokalna telewizja w przerwie zawodów przeprowadziła krótkie rozmowy z mistrzem Poświatowskim i prezesem Wrześniewskim. Ten ostatni przypomniał, że „Jaćwing” powołało 15 osób, a dziś jest ich około 70 w kilku sekcjach: bowlingowej, szachowej, warcabowej, strzeleckiej. Jeżdżą na krajowe rozgrywki klubowe. Po pięknej ziemi augustowskiej i suwalskiej chodzą na rajdy piesze dwa, trzy razy w ciągu roku. We wrześniu będą wędrować po okolicach Szurpił i Jeleniewa. Zaczynają też organizować imprezy integracyjne. W grudniu po raz pierwszy taka mikołajkowa impreza odbyła się właśnie na kręgielni. Brały w niej udział dzieci z ośrodków szkolno-wychowawczych, ze szkół masowych oraz dorośli. Prezenty skromne, ale zabawa przednia. Prezes narzeka jednak na zbyt wysoką średnią wieku członków klubu. Brakuje dopływu osób młodych. Trudno niektórych namówić na wyrwanie się z domu, na pójście na kręgielnię, na wycieczkę, zagranie w szachy czy warcaby.

 

Jubileusz na sportowo

W rywalizacji niewidomych i słabo- widzących pierwsze miejsce zajął Dariusz Chalecki, drugie Stanisław Poświatowski, trzecie Zbigniew Strzelecki, a czwarte – Wojciech Sudoł.

W turnieju open wygrał Przemysław Antuszewicz, drugie miejsce wywalczył Dariusz Chalecki, trzecie Hubert Firkowski, czwarte – Krzysztof Grzymkowski. Wśród kobiet rewelacyjnie wypadła Lilla Frydrych z Sejn. Po zakończeniu turnieju wszystkim zawodnikom wręczono dyplomy i upominki, a najlepszym na dodatek piękne puchary. Imprezę finansowały władze miasta, klub „Jaćwing” Suwałki, Ośrodek Sportu i Rekreacji oraz firmy: Oil Transfer Development, „Malow”, „Sabo” Bogdan Sadowski, „Cymes” – Adam Ołów, Zdzisław Przełomiec, „Drewtarg”, Wiesław i Lilla Frydrych, PUH Gabriela Poświatowska, Józef Fimowicz.

Na uroczystym bankiecie w hotelu „Wigry” zasłużonym wręczono jubileuszowe medale. Przedtem jednak miły koncert muzyczny dały dzieci i młodzież ze szkoły muzycznej I i II stopnia w Suwałkach. Medale za współpracę i wspieranie rozwoju kultury fizycznej otrzymały: Urząd Miasta, OSiR, ZKF „Olimp”, Stowarzyszenie „Cross” oraz przewodniczący komisji finansów Rady Miasta – Zdzisław Przełomiec. Za zasługi sportowe uhonorowano m.in. Dariusza Chaleckiego, Stanisława Poświatowskiego i bardzo dobrą warcabistkę Petronelę Dapkiewicz.

Nie zapomniano też o pierwszym prezesie Andrzeju Dąbrowskim. W jego imieniu medal odebrała żona Dorota. Ładny gest. Jeśli pamięć nie wygasa, to dobrze świadczy o następcach pana Andrzeja, którzy działają w klubie „Jaćwing”.

 

Andrzej Szymański

 

aaa

 

kultura

 

Historia bestii

Mawia, że największy fart, jaki mu się w życiu przytrafił, to fakt, że nadal żyje. Nic dziwnego, że tak powtarza. Wiele razy już był pod kreską, miał wszystko i wszystko tracił, błądził i odnajdował się, po omacku szukał swego miejsca na ziemi. Mike Tyson, amerykański bokser, były mistrz świata wagi ciężkiej to legenda. Jego barwne życie zawodowe i prywatne poznamy, gdy sięgniemy po książkę Przemysława Słowińskiego „Bestia. Historia Mike’a Tysona”.

To ciekawa opowieść, nieprawdopodobna i wciągająca. Również dla tych czytelników, którzy nie przepadają za boksem. Bo tak naprawdę jest to historia o zagubionym, samotnym człowieku. I o jego najważniejszej walce – walce z samym sobą.

Mike Tyson wychowywał się na Brooklynie, najgorszej dzielnicy Nowego Jorku. W wieku 13 lat, po jednym z rozbojów, został skazany przez sąd, a następnie zamknięty w poprawczaku. Prawdopodobnie gdyby wówczas nie trafił pod skrzydła Cusa D’Amato, skończyłby jak inni koledzy z jego podwórka. 

Boks dał mu szansę na wyrwanie się ze środowiska. Czy z niej skorzystał? W pierwszej swojej życiowej rundzie był bardzo narwany i w rezultacie wygrał każdą z początkowych dziewiętnastu zawodowych walk przez nokaut. Rozkładał przeciwników po kilku uderzeniach. Szybko zdobył sławę i pieniądze. Kolejne jego rundy potoczyły się już gorzej…

Na pewno co nieco Państwo słyszeli, znają historię o odgryzionym uchu czy pobycie w więzieniu, ale warto sięgnąć po książkę, bo jak okazuje się przy lekturze – to, co do nas dotarło, to tylko strzępki informacji. Trzeba sobie to wszystko poukładać i oswoić bestię, bo jakkolwiek by było, ten „potwór” to przecież jeden z największych sportowców świata.

Audiobook dostępny jest w bibliotece przy ul. Konwiktorskiej 7 (czyta Mirosław Utta).

 

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

turystyka

 

Roztocze – pagóry, lasy, wąwozy, szumy

W 1799 roku Stanisław Staszic tak opisywał Roztocze w „Dzienniku podróży”: „(...) pasmo gór poczynające się za Lwowem ciągnie się na Krasnystaw, Zwierzyniec, Frampol, Goraj, Kraśnik. Jest wszędzie w gruncie wapienne. Po wierzchołkach gór ziemia gliniasta, urodzajna i znajdują się różnego gatunku granity, piaskowe kamienie, małe i wielkie”.

Nie dodał jeszcze, że miejscowy klimat sprzyja turystyce (bo wtedy jej nie było). Lato trwa tu ponad sto dni i najwięcej słońca przypada na miesiące wakacyjne. No i bogactwo leśne: Lasy Janowskie, Puszcza Solska. 

 

Regionalne unikaty

Na tym terenie utworzono w 1974 roku Roztoczański Park Narodowy. Na jego zróżnicowany krajobraz składają się zalesione wzgórza, porozcinane szerokimi piaszczystymi dolinami Wieprza i Świerszcza. Deniwelacje dochodzą do 100 m, a we wschodniej części występują głębokie wąwozy lessowe. Turystycznym centrum i miejscem wypadowym do rezerwatu jest miasto Zwierzyniec, którego nazwa nawiązuje do ogrodzonego zwierzyńca w Ordynacji Zamojskiej, funkcjonującego od XVI do początku XX wieku. Park jest znany z hodowli koników polskich, potomków dawnych tarpanów. Podobno tarpany to powtórnie zdziczałe konie, które wieki temu można było spotkać na stepach południowo-wschodniej Europy i w lasach polskich. Sprowadzono je do Zwierzyńca na przełomie XVI i XVII wieku. Po 1806 roku zaprzestano hodowli i przekazano je miejscowym chłopom. Efektem krzyżowania tarpanów z miejscowymi końmi były tzw. koniki biłgorajskie.

Aby je zobaczyć, udaję się z moim przewodnikiem Andrzejem Wediukiem, szefem Ośrodka Edukacji Leśnej w Janowie Lubelskim, do wioski Szklarnia, leżącej w środku olbrzymiego rezerwatu Lasów Janowskich (2700 ha). Tabun liczy 20 koników i opiekuje się nimi Zbigniew Butrym. Można je oglądać pasące się na wielkiej śródleśnej polanie. W zimie są dokarmiane i przebywają w ogrodzeniu. Konie biłgorajskie cechuje wysoka wytrzymałość na trudne warunki bytowania, odporność na choroby, małe wymagania paszowe, duża płodność. Przyrodnicy podkreślają, że ta rasa uznawana jest za unikalny relikt przyrodniczo-hodowlany.

Kiedy tak gawędzimy z panem Butrymem, dowiaduję się o jeszcze jednej osobliwości tego regionu – archaicznym instrumencie smyczkowym zwanym biłgorajską suką. Za Ordynacji Zamojskiej był powszechnie używany przez kapele wiejskie. Potem został zapomniany, a na nowo odkrył go i zainteresował nim badaczy, etnografów i muzyków właśnie Zbigniew Butrym. Sam gra na tym instrumencie i występuje z ludową kapelą na festiwalu w Kazimierzu Dolnym, gdzie zdobywa liczne nagrody. 

 

Perełki Roztocza

Kilka kilometrów na południe od Szklarni leży wieś Momoty. Warto ją odwiedzić, bo znajduje się tu drewniana świątynia, cacko architektury sakralnej. Mimo że liczy niewiele ponad 40 lat, została wpisana do rejestru zabytków. Kościółek postawiony został cichaczem, w ciągu dwóch nocy, na miejscu dawnej kapliczki. Władze komunistyczne zabraniały budowy nowych kościołów, więc proboszcz Kazimierz Pińciurek z pomocą miejscowych gospodarzy, z ich budulca, w 1972 roku postawił prymitywny kościółek. Był rozbudowywany do 1992 roku, już z przyzwoleniem władz. Szczególne wrażenie robi wnętrze świątyni. Ołtarz główny jest wyrzeźbiony na podobieństwo Golgoty. Sklepienie w kolorze niebieskim imituje gwiaździste niebo. W nawie głównej jest płaskorzeźba Ostatniej Wieczerzy. Ksiądz Pińciurek wykorzystał do jej stworzenia wizerunki swoich parafian. Na suficie piękne kasetony, na ścianach kolorowe witraże, wnętrza dopełniają solidne ławy, konfesjonał, chrzcielnica. Można powiedzieć, że ksiądz Kazimierz był we wsi osią życia społecznego, kultury agrarnej. Wyjątkowy kapłan. Jadąc do Łążka Garncarskiego (najlepiej rowerem), mijamy rozległe kompleksy stawów rybnych powstałe 150-170 lat temu. Znakomitą okazją do zapoznania się ze smakiem hodowanych w nich ryb jest Dzień Karpia Królewskiego, który świętuje się od kilku lat w sierpniu w miejscowości Maliniec. A samych stawów w tej części Roztocza Janowskiego jest około 150.

No i jesteśmy w Łążku leżącym nieopodal rzeki Bukowej, wpadającej do Sanu. Spływy kajakowe są jedną z atrakcji tego terenu. Symbolem wsi są gliniane garnki, a szczyt ich produkcji wypadł w połowie XIX wieku. Surowiec, czyli glinę (pokłady do 70 metrów głębokości), wydobywano nad pobliską Bukową. W 1911 r. zaczęto wyrabiać kafle, na które był coraz większy popyt. Praktycznie cała wieś zajmowała się „glinianym” rzemiosłem. Dziś pozostała tradycja i tylko trzy pracownie: Henryka Kurzyny oraz braci Mieczysława i Adama Żelazków. Od kilku lat organizowane są we wsi, w czerwcu, Ogólnopolskie Spotkania Garncarskie cieszące się dużą popularnością. Odbywają się w pracowni Adama Żelazki. Mistrz garncarstwa chętnie prezentuje technikę lepienia garnków, a także zachęca do kupowania za nieduże pieniądze swych wyrobów, pomalowanych przez żonę.

W Janowie Lubelskim koniecznie trzeba odwiedzić skansen kolejki wąskotorowej. Wystawione w nim lokomotywy i wagony były eksploatowane przez kolejkę w latach 1941-1983. Powstała ona z inicjatywy niemieckiej i miała ułatwić eksploatację drewna na potrzeby III Rzeszy. Po wojnie wydłużono linię. Tory miały szerokość 600 mm i prowadziły z Lipy do Biłgoraja – 57 km. Do dziś mieszkańcy śródleśnych wsi z sentymentem wspominają dymiącą ciuchcię. 

 

Miejsca zadumy, refleksji, ukojenia

Ta ziemia ma też swoją jakże tragiczną historię. W czasie II wojny okupant okrutnie rozprawiał się z mieszkańcami. Przy większości wsi stoją mogiły – pomniki pomordowanych i rozstrzelanych Polaków. Na Portowym Wzgórzu w czerwcu 1944 roku miała miejsce jedna z największych bitew partyzanckich w Polsce. Z niemieckim Wehrmachtem starły się sowieckie oddziały dywersyjne oraz żołnierze BCH i AK. Po dwudniowych walkach partyzantom udało się przedrzeć i wyjść z okrążenia. Miejscowi mówią, że jeszcze 20 lat po wojnie z drzew zwisały ludzkie kości. Tę walkę upamiętnia Pomnik Czynu Partyzanckiego, zaprojektowany w 1974 roku przez artystę Bolesława Chromego. Monument robi wrażenie.

W okolicach Krasnobrodu (piękna miejscowość położona nad zalewem) na terenie parku krajobrazowego założono w 1983 roku rezerwat Święty Roch. Na skraju lasu wznosi się kaplica św. Rocha – znane w regionie miejsce kultu religijnego. Dociera się do niej typowymi roztoczańskimi wapiennymi wzgórzami, pociętymi kilkoma wąwozami, które porasta starodrzew jodłowo-bukowy. To miejsce ciche, pełne zadumy.

Posuwając się na wschód, docieramy do kamieniołomu w Józefowie. Pierwsze wzmianki o eksploatacji kamienia pochodzą z 1644 roku i dotyczą „góry na Niepryszu”, w pobliżu której w 1725 roku lokowano miasto Józefów. Wydobywany w kamieniołomie surowiec przez prawie 300 lat wykorzystywano do produkcji kamieni młyńskich i browarnych, a także posadzek, fundamentów, pomników nagrobkowych i rzeźb. Zresztą podobnych kamieniołomów było kilkanaście na Roztoczu. Wkrótce planuje się uruchomienie geoparku „Kamienny Las na Roztoczu”, połączonego trasami turystycznymi i licznymi tablicami informacyjnymi.

Dwukilometrowa ścieżka dydaktyczna w okolicach Górecka Starego i Kościelnego prowadzi przez rezerwat Szum – jeden z najciekawszych zakątków przyrodniczych południowej Lubelszczyzny. Obejmuje on przełomowy odcinek rzeki Szum, przecinającej w tym miejscu krawędź Roztocza, i na jej progach skalnych tworzy liczne wodospady, otoczone lasem łęgowym i olszowym, a jej strome zbocza porastają jodła, świerk i sosna. Szczególnie malownicza jest wędrówka na wiosnę – w kwietniu i maju – oraz kolorową jesienią.

A wszystkie te miejsca znajdują się niedaleko Zamościa, perły polskiego renesansu. Ale o nim, o Ordynacji Zamojskiej, w następnej opowieści.

 

Andrzej Szymański

 

aaa

 

zdrowie

 

Rehabilitacja ziemniaka

Lato to czas, kiedy chcemy zaimponować nie tylko najbliższym, ale i szerszemu ogółowi swoim wyglądem: smukłą sylwetką, piękną opalenizną, fikuśnym strojem, podkreślającym naszą urodę i tuszującym jej braki. I nie chodzi tu tylko o kobiety, bo i panowie coraz powszechniej chcą być „trendy” i „sexi”. Zaczynamy o tym myśleć już z końcem zimy, wertując poradniki „Jak się odchudzić”. Wiosną wybieramy którąś z „cudownych” diet, katując nią duszę i ciało. Tymczasem nie zawsze osiągamy efekt, o jakim marzymy…

Dzieje się tak, między innymi, dlatego, że dietetycy co rusz ostrzegają nas przed coraz to innymi produktami, których powinniśmy unikać lub spożywać je w śladowych ilościach, bo właśnie one dodają nam zbędnych kilogramów. Wrogiem numer jeden są, ich zdaniem, ziemniaki, uznawane za symbol niewłaściwego odżywiania. Jeśli w Polsce ktoś chce się odchudzić i idzie po radę do specjalisty, to przeważnie słyszy: proszę natychmiast odstawić kartofle!

Z tym większym zainteresowaniem przeczytałam opublikowaną niedawno w „Gazecie Wyborczej” rozmowę z prof. Adamem Drewnowskim, jednym z najbardziej znanych na świecie ekspertów zajmujących się profilaktyką otyłości, badaniem zmysłu smaku, składników odżywczych i ich wpływu na zdrowie. Urodził się w Polsce, we wczesnej młodości wyjechał do USA. Ukończył biochemię na Oksfordzie i psychologię na University of Michigan, kieruje Centrum Zdrowia Publicznego i Odżywiania na Uniwersytecie Waszyngtońskim, wykłada również na Uniwersytecie Paryskim. Taka wizytówka upoważnia, by traktować jego wywody na serio.

Profesorowi nie chce się wierzyć, że w Polsce ktoś uważa, że ziemniaki są niezdrowe. – Z moich badań – mówi – wynika coś wręcz przeciwnego. Są one świetnym i tanim źródłem składników odżywczych, głównie potasu. Większość z nas zapytana dziś, jaki owoc ma najwięcej tego pierwiastka, odpowie: banan, bo wpajali nam to przekonanie przez lata dietetycy. Tymczasem średniej wielkości kartofel zawiera 620 mg potasu, a banan – tylko 450. Ziemniak zapewnia nam też prawie połowę dziennego zapotrzebowania na witaminę C, a także dostarcza duże ilości magnezu i błonnika. Ma przy tym zaledwie 110 kalorii i to prawie bez tłuszczu, cholesterolu i podwyższającego ciśnienie krwi – sodu. Istotny jest oczywiście sposób przyrządzania ziemniaków. Należy je spożywać gotowane, a nie smażone, pieczone czy w postaci frytek.

Pomysł wzięcia ziemniaka pod naukową lupę zrodził się w Stanach w związku z problemem żywienia dzieci w amerykańskich szkołach. Większość z nich ma nadwagę lub cierpi na otyłość. Najmłodsi nie przepadają za sałatkami i owocami, ponadto dla wielu szkół ich przyrządzenie i dostawa są za drogie. Serwują więc dzieciom tanie i szybkie tzw. śmieciowe jedzenie (fast food). – Szukając optymalnego produktu będącego źródłem składników odżywczych niezbędnych do prawidłowego rozwoju dziecka, który jest zarazem zdrowy i tani, odkryliśmy ziemniaki – mówi Profesor. – Podajemy je przeważnie z jakimiś warzywami. To ich dodatkowa zaleta, bo mogą się stać niejako „furgonetką”, która dowiezie dziecku niezbędny sałatkowy „mix”.

Kolejne zakazywane przez dietetyków produkty to cukier i sól. Proponują, by pierwszy zastępować słodzikiem, a o drugim – w ogóle zapomnieć. Czy słusznie? Podczas ostatniego Międzynarodowego Kongresu Żywieniowego w Grenadzie wybuchła na ten temat kolejna kłótnia. Wielu ekspertów poleca obecnie słodziki osobom z otyłością lub cierpiącym na cukrzycę, bo nie zawierają one, w przeciwieństwie do cukru, ani jednej kalorii. Ale z kolei zawarta w cukrze glukoza jest niezbędna do właściwego funkcjonowania naszego organizmu: dodaje nam energii, korzystnie wpływa na pracę mózgu i całego systemu neurologicznego.

– Można używać słodzików – tłumaczy Profesor, ale z zastrzeżeniem, że ich konsumenci będą przez cały czas przestrzegać zasad zdrowego stylu życia, wliczając w to odpowiednią, zbilansowaną dietę i regularną aktywność fizyczną. Spożywanie niskokalorycznych słodzików absolutnie nie daje zielonego światła dla objadania się. Co z tego, że zamiast cukru do kawy czy herbaty dodamy słodzik, skoro za chwilę zjemy kanapkę z żółtym serem i podwójną szynką. Pewnie dlatego niektóre badania pokazują, że wśród amatorów słodzików jest więcej otyłych niż wśród używających cukru (rzecz jasna, w rozsądnych ilościach). To jeden z najczęstszych argumentów przytaczanych przez przeciwników „sztucznego cukru”.

– Mamy tu do czynienia – mówi Profesor – z klasyczną sytuacją, w której skutek jest mylony z przyczyną. Nie chodzi raczej o to, że słodziki narażają ludzi na otyłość. Najpewniej otyli lub mający nadwagę częściej sięgają po słodziki właśnie w ramach walki ze swoją tuszą. W ten sposób można połączyć ze sobą niemal wszystko. Jest na przykład wiele badań pokazujących, że bogaci ludzie jedzą więcej sałatek. Ale czy to oznacza, że to sałatki uczyniły ich bogatymi? Oczywisty absurd. Wyniki badań trzeba właściwie interpretować – konkluduje rozmówca „Gazety”.

Dlaczego przedkładamy słodki smak nad gorzki? Umiłowanie słodyczy – wyjaśnia prof. Drewnowski – jest uniwersalną cechą ludzkiego gatunku. Przez połączenie słodkiego smaku z odczuwaniem przyjemności natura wyposażyła nas w niezwykle silny „napędzacz” naszych zachowań związanych z jedzeniem, który pozwolił naszym przodkom przetrwać. To, co słodkie, było jadalne, a przy tym dostarczało ogromnej dawki „paliwa” niezbędnego do życia. Dla odróżnienia – gorzki smak, związany przeważnie z jakimiś toksycznymi pokarmami – był sygnałem od natury, mającym nas ostrzec przed potencjalnym zagrożeniem zatrucia.

Odchudzający się utyskują, że mimo wszystko łatwiej im ograniczyć lub odstawić cukier, niż sól. – Nie ma w tym nic dziwnego – mówi Profesor – bo ona jest najmocniejszym wzmacniaczem smaku. Otwiera nas na całą gamę doznań, wydobywa inne smaki. Lekko słony chleb smakuje lepiej, posolone warzywa również. Tak naprawdę z solą wszystko smakuje lepiej. Czy jest jakaś rada, by się od niej wyzwolić, nie tracąc przy tym przyjemnych doznań w czasie jedzenia?

Naukowcy badający zmysł smaku odkryli niedawno, że oprócz znanych dotąd czterech jego rodzajów (słodki, słony, kwaśny, gorzki) mamy jeszcze piąty – umami (zwany smakiem rosołowym lub mięsnym). Wiele osób uważa, że to właśnie on, obok ziół i przypraw, może być skutecznym zamiennikiem solniczki. Nauka zaskakuje nas coraz to nowymi odkryciami. Do ostatnich należą receptory smaku znalezione w… jelitach. – Teoretycznie wcale ich tam nie potrzebujemy, ale z pewnością natura miała dla nich jakiś plan – nie wątpi Profesor.

Póki się to nie wyjaśni, nie bójmy się jeść ziemniaków. Nie demonizujmy też zbytnio roli, jaką cukier i sól odgrywają w naszej diecie.

 

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Sporty wodne 

Większość z nas, planując letni urlop, ceni wysoko bliski dostęp do wody. Stwarza on bowiem duże szanse na atrakcyjny wypoczynek. Klasyczne plażowanie i kąpiele powoli przestają jednak wystarczać, a wzrastająca popularność sportów wodnych wymusza ich szeroką dostępność. Może pora na zaaplikowanie większej dawki adrenaliny?

Niekoniecznie tylko rejony turystyczne stwarzają do tego warunki, gdyż pasja i zaangażowanie ludzi sprawiły, że mamy możliwość zakosztowania czegoś nowego także w dużych miastach. Przykładem może być windsurfing na... Stadionie Narodowym w Warszawie. Na potrzeby tego sportu zostanie specjalnie przygotowany sztuczny akwen.

 

Windsurfing

To wymagający sport, a jego nauka nie jest łatwa. Bez dobrej równowagi i siły ciała trudno będzie nam się utrzymać na desce. Do deski przymocowany jest elastyczny żagiel, połączony z masztem zwanym pędnikiem. Do niego przytwierdzony jest bom, który trzyma się w rękach. Wielkość żagla i deski zależy od postury człowieka, jego umiejętności oraz siły wiatru.

Windsurfing ma wiele odmian: począwszy od freeride (tym stylem pływa większość amatorów, polega on na robieniu zwrotów i szybkim płynięciu), poprzez freestyle (wykonywanie różnego rodzaju ewolucji – układów, trików i zwrotów), formułę (regaty rozgrywane na płaskiej wodzie), speed (pływanie przy mocnym wietrze w celu osiągania zawrotnych prędkości), slalom oraz wave (pływanie i manewrowanie na fali). Trudy nauki zrekompensuje nam przyjemność pływania i dawka adrenaliny. 

Kitesurfing (kiteboarding)

Najmłodsza dyscyplina, w której deska jest napędzana przez wiatr za pomocą specjalnego latawca trzymanego przez zawodnika. Pływa się na krawędzi deski, tnąc fale (podobnie jak podczas jazdy na snowboardzie). 

 

Surfing

To ślizg na fali przy użyciu specjalnej deski, do którego jest wykorzystywana siła czoła fali morskiej. Najlepszy efekt uzyskuje się na przybrzeżnych falach oceanicznych w momencie ich załamania. Wyróżnia się odmiany sportowe (zawodnicze) i rekreacyjne (dla zabawy). Można dodatkowo wyróżnić: surfing – pływanie na desce w pozycji stojącej; bodyboard – „łapanie” fali w leżeniu na desce. W celu ochrony przed wiatrem, słońcem i chłodną wodą (do której czasem się wpada) zawodnicy i amatorzy często zakładają elastyczne kombinezony ze specjalnej pianki.

 

Wioślarstwo

To dyscyplina olimpijska. Zawodnik, wiosłując, sprawia, że jego łódź płynie. Wioślarz siedzi tyłem do kierunku płynięcia i przyciągając wiosła do siebie, tworzy dźwignię prostą, za pomocą której napędza łódź. Najpopularniejsze konkurencje to jedynka, dwójka, czwórka i ósemka – w zależności od liczby osób i par, które dają jej napęd. Praca mięśni całego ciała (ramion, grzbietu i nóg) oraz siłowo-wytrzymałościowy charakter wioślarstwa sprawiają, że jest ono jednym ze sportów najbardziej rozwijających fizycznie i wydolnościowo. Specyfikę tego ruchu można uzyskać na ergometrze wioślarskim, który zrobił się bardzo popularny jako przyrząd do ćwiczeń w formie rekreacyjnej. Amatorsko pływa się turystycznymi łodziami wiosłowymi, w których nie ma zamontowanego specjalnego wózka zwiększającego zakres ruchów.

 

Kajakarstwo

Kajak to pierwotnie łódź wykorzystywana do transportu drogą wodą. Dzisiejszy kajak wzorowany był na łodziach eskimoskich. Dzisiaj to dyscyplina sportowa, która cieszy się dużą popularnością wśród turystów (spływy rzeczne) oraz amatorów (pływanie rekreacyjne). W wydaniu sportowym wyodrębniło się kilka dyscyplin, m.in: kajakarstwo klasyczne (dystanse od 200 do 10000 m), regaty nizinne (kajaki i kanadyjki jedno- lub wieloosobowe), kajakarstwo górskie (zjazd i slalom – kajaki lub kanadyjki), kajak polo – zespołowa gra sportowa, w której 5-osobowe drużyny w specjalnych kajakach starają się wrzucić piłkę do bramki zawieszonej 2 m nad wodą. Podczas pływania kajakiem pracują głównie mięśnie ramion i tułowia. W kajaku siedzimy przodem do kierunku płynięcia.  

 

Żeglarstwo

To dyscyplina, której genezy możemy poszukiwać w środkach transportu. Żeglarstwo jest odmianą turystyki i formą rekreacji. Polega na przemieszczaniu się jednostkami pływającymi napędzanymi siłą wiatru. Rodzaje łodzi rozróżnia się przede wszystkim w zależności od żagli (ich liczby, rodzajów i sposobu obsługi). Najczęściej pływa się na żaglówkach, jachtach lub nawet żaglowcach. Rekreacyjne pływanie to przede wszystkim wędrówki żeglarskie. W Polsce najpopularniejszym szlakiem śródlądowym jest szlak Wielkich Jezior Mazurskich z Pisza (przez Giżycko) do Węgorzewa.

W żeglarstwie wyróżnia się również inne pojazdy napędzane siłą wiatru: bojery (zimowa alternatywa – specjalne sanie z ożaglowaniem, ślizgające się po lodzie) oraz żaglowozy (do poruszania się po lądzie). 

Sporty motorowodne

W wydaniu sportowym często przypominają rajdy samochodowe lub wyścigi motocyklowe, ale odbywające się na wodzie. Motorówki i skutery napędzane są silnikiem mechanicznym. Sprawność fizyczna potrzebna jest do zachowania równowagi, odpowiedniej pozycji i kierowania jednostką. Po odbyciu specjalistycznego kursu można pływać motorówkami o określonej mocy. 

 

Atrakcje z adrenaliną

W kurortach wypoczynkowych na turystów czekają różnego rodzaju atrakcje wodne, które najczęściej przypominają wesołe miasteczko. Przede wszystkim to pływanie na pompowanych oponach czy „bananach” przyczepionych do motorówek lub wycieczki skuterami. Zabawa polega na utrzymaniu się śmiałków na danym sprzęcie. Tym, którzy potrzebują więcej adrenaliny, proponuje się spływy łodziami pontonowymi po rwących rzekach (tzw. rafting), loty na lotni ciągniętej przez motorówkę, zjazdy wymyślnymi zjeżdżalniami i wiele, wiele innych... 

 

Sportowe ratownictwo wodne

To współzawodnictwo ratowników wodnych, mające na celu doskonalenie umiejętności przydatnych podczas akcji ratunkowych. Konkurencje zmieniają się tu dynamicznie, wykorzystuje się w nich różnego rodzaju sprzęt ratowniczy: łodzie, płetwy, liny, manekiny do wyławiania i holowania itp. 

 

Pływanie w wodach otwartych

To atrakcyjna forma dla wprawionych sportowców. Rozgrywane są różnego rodzaju maratony pływackie w słodkich i słonych wodach oraz długodystansowe pływanie jako element coraz bardziej popularnego triathlonu (pływanie, jazda na rowerze, bieg). Na dłuższych dystansach pływa się w specjalnych kombinezonach (są elastyczne, poślizgowe i trzymają ciepło). Bezpieczeństwo zapewnia asekuracja z lądu przez inną osobę lub z łodzi płynącej blisko pływaka.

Warto spróbować nowych form aktywnego wypoczynku nad wodą. W przedstawionym wyborze sportów wodnych każdy znajdzie coś dla siebie. Tego rodzaju aktywności często stają się życiową pasją wielu ludzi. Pozwalają przeżyć niezapomniane przygody, poznać ciekawych ludzi, a przede wszystkim zdrowo spędzić czas.

 

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Jacek Stachańczyk mistrzem świata!

Tego tytułu brakowało w naszej kolekcji! Polska w seniorskich szachach była już mistrzem olimpijskim (Tarragona 2004) i dwukrotnym drużynowym mistrzem świata (Gelsenkirchen 2001 i Eretria 2005). Mieliśmy mistrzynię świata (Teresa Dębowska – Bad Liebenzell 1986) i dwóch mistrzów Europy (Tadeusz Żółtek – Krynica Górska 1999 i Piotr Dukaczewski – Rodos 2011), ale tytuł mistrza świata wciąż pozostawał poza naszym zasięgiem. Kilka razy otarł się o niego Piotr Dukaczewski, ale zawsze przy dzieleniu miejsc dodatkowa punktacja była dla niego niekorzystna. I wreszcie w pięknym stylu kolekcję „korony IBCA” dopełnił Jacek Stachańczyk. W greckiej miejscowości Katerini Polak zajął samodzielnie (!) pierwsze miejsce z wynikiem 7,5 p. z 9 gier i pozostawił w pobitym polu 91 rywali. A oto wybór partii nowego mistrza świata:

 

J. Stachańczyk (2252) – G. Kishan (Indie – 2045)

2. runda

Białe: Kg1, Hb1, Wa1, Wf1, Gg2, Gh4, Se3, a3, c3, d4, e5, f4, g4, h2

Czarne: Kb7, Ha4, Wc8, Wf8, Gd7, Sc6, Sg8, a7, b6, c4, d5, e6, f7, g6, h6

Białe systematycznie powiększały swoją przewagę pozycyjną 22.f5! g5 23.Gg3 Sge7 24.Wf2 Ha5 25.Hb2 Wg8?! Pozwala to białemu hetmanowi przeniknąć do nieprzyjacielskiego obozu po przekątnej a3-f8. W przypadku 25...Ha4 26.Waf1 Wcd8 27.h4 białe figury przebijały się przez skrzydło królewskie. 26.a4! Sd8 27.Ha3 Sdc6? Teraz pozycja czarnych rozsypuje się szybko, ale i po stosunkowo lepszym 27...Sec6 28.Hd6 Ge8 29.Wa3 rozstrzygała wymiana na e6 i poświęcenie skoczka na c4 lub d5 28.fe6 fe6 Po 28…G:e6
też rozstrzygało 29.S:c4! 29.S:c4! dc4 30.H:e7 Wc7 31.Ha3 Lepiej wyglądało 31.Wa3!? Przypuszczam, że białe były
w małym niedoczasie i chciały „dowieźć” przewagę do kontroli w 40. posunięciu 31...Kb8 32.Wf6 Sd8 33.Wd1 (33.W:h6!?) 33...H:a4 34.Hb2 Hb5 35.H:b5 G:b5 Czarne odzyskały równowagę materialną, ale tylko na chwilę 36.d5! We7 (36...ed5? 37.e6) 37.W:h6 Ga4 38.Wd4 b5 39.Wd2 a5 40.Gf2 Sb7 41.d6 Po kontroli czasu realizacja przewagi przebiegała już bez zakłóceń 41...Wf7 42.W:e6 Wgf8 43.We7 Sd8 44.Ga7+ Kc8 45.e6 S:e6 46.Gb7+ i czarne poddały się (46...Kd8 47.Gb6+)

J. Stachańczyk (2252) – K. Johansen (Norwegia – 2015)

4. runda

Białe: Kg1, We1, Ge3, Sc7, g4, h3

Czarne: Kg8, Wf8, Gc6, Sd6, f6, g7, h4

42.Gc5 Sf7? Czarne nie znalazły sposobu na uniknięcie strat: 42...Wd8 43.We6 Wd7! 44.G:d6 (Ciekawy wariant mógł powstać po 44.Sa6 Gb5 45.Sb8 Sb7! 46.S:d7 G:d7 i trzeba szukać remisu, grając 47.Wd6!) 44…Kf7! 45.Gf4 W:c7 46.W:f6+ K:f6 47.G:c7 z wyrównaniem 43.G:f8 K:f8 44.Se6+ Kg8 45.Sd4 Gd7 46.Sf3 f5? Dłuższy opór można było stawiać po 46...g5 47.We7 Gc6 48.Sd4 Gd5 47.g5 g6 (47…Gc6 48.g6!) 48.We7 Gc6 49.W:f7! G:f3 (49...K:f7? 50.Se5+) 50.Wa7 Ge4 51.Kf2 Kh8 52.Ke3 Gg2 53.Wa4 Ge4 54.W:e4! Najprostsza droga – pionkówka jest łatwo wygrana 54...fe4 55.K:e4 Kg7 56.Ke5 Kf7 57.Kd6 1–0 

Pionem hetmańskim

B. Rositsan (Litwa – 2086) – J. Stachańczyk (2252)

5. runda

Ta dramatyczna partia, o bardzo zmiennym przebiegu, okazała się przełomowa dla naszego reprezentanta. Odnoszę wrażenie, że po tej rundzie Jacek Stachańczyk uwierzył w siebie i dalsze decydujące pojedynki grał już bardzo pewnie i z ogromną siłą. 1.d4 Sf6 2.Sf3 g6 3.Gg5 Gg7 4.e3 0–0 5.Gd3 d6 6.c3 c5 7.Sbd2 b6 8.Hc2 Gb7 9.h4 h6?! pozwala białym rozwinąć silny atak. Spokojne 9...Sbd7 podtrzymywało równowagę na szachownicy 10.h5! hg5 Po 10...S:h5 11.G:h6! G:h6?! 12.G:g6! atak białych rozwijał się błyskawicznie 11.hg6 Hd7 lub 11...fg6 12.S:g5 z dalszym 13.G:g6 12.gf7+ W:f7 13.S:g5 Hg4? mogło doprowadzić do porażki. Na ucieczkę wieży nie było już czasu 13...Wf8? 14.Gh7+. Po stosunkowo najlepszym 13...e6! 14.S:f7 H:f7 sytuacja czarnych była trudna, ale możliwości obrony – duże 14.S:f7?

Do wygranej pozycji prowadził forsowny wariant 14.Gh7+ S:h7 (Jeśli 14...Kf8, to 15.Hg6 Gd5 16.c4) 15.H:h7+ Kf8 16.S:f7 K:f7 17.Wh4 H:g2 (17…Hg5 18.Se4) 18.Wf4+ Ke8 19.Hh5+ i 20.Wg4 14...K:f7 15.Gf5 Lepiej wyglądało 15.Wh2, np. 15…G:g2? 16.Ge2 Hg5 17.0–0–0. Przypuszczam, że już w tym momencie obaj grający byli w dużym niedoczasie. 15...Hg5 Nieustraszony komputer zaleca 15...H:g2 16.0–0–0 cd4 17.ed4 Hd5, ale otwarcie linii „g” wygląda na samobójstwo 16.0–0–0 e6 17.Gh3 cd4 18.ed4 (18.f4!?) 18...Ge4 19.Hb3 Gd5 20.c4 Ge4 21.Whe1 Sc6? Przeoczenie, na szczęście bez konsekwencji. Prawidłowe było 21...Sbd7 22.He3? Przełomowy moment. Do zdobyczy materialnych prowadziło 22.W:e4! S:e4 23.Hf3+. Po wymianie hetmanów do głosu dochodzą silne czarne gońce 22...H:e3 23.fe3 Gg6 Teraz już białe są w defensywie 24.G:e6+? „Kombinacja”, po której białe tracą pionka i dostają przegraną pozycję. Po 24.Sf3 można było stawiać jeszcze długi opór 24...K:e6 25.d5+ S:d5 26.cd5+ K:d5 27.e4+ Ke6 28.Sc4 Sd4 Dalsza realizacja przewagi przez czarne może służyć za wzór 29.Kd2 b5 30.Se3 G:e4 31.Sg4 d5 32.Wc1 Kd6 33.Wf1 Sf5 34.Wce1 We8 35.Sf2 Gh6+ 36.Kc3 Wc8+ 37.Kb3 Sd4+ 38.Kb4 Gd2+ 39.Ka3 G:e1 Grę można było zakończyć efektownym matem 39...Gb4+! 40.K:b4 Wc4+ i 41…Wa4x, ale i ruch w partii okazał się wystarczający – białe skapitulowały.

Partia hiszpańska

J. Stachańczyk (2252) – P. Dukaczewski (2301)

6. runda

Po 5. rundzie w tabeli prowadził Aleksiej Pachomow z kompletem punktów. Nasi zawodnicy mieli punkt mniej i dzielili 2-10 miejsce. W odróżnieniu od Rosjan, których pojedynki „na górze” kończyły się przeważnie szybkim remisem, Polacy tradycyjnie walczyli bezkompromisowo 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 Sf6 4.0–0 S:e4 5.d4 Sd6 6.de5 Główną, bardzo rozbudowaną ścieżką wariantu nazywanego berlińskim jest 6.G:c6 dc6 7.de5 Sf5 8.H:d8+ K:d8. Białe wybierają boczną odnogę, która sprowadza partię na mniej znane tory 6...S:b5 7.a4 Sbd4 Najlepsze. Pionka można zachować po 7...d6, ale wówczas 8.e6!? daje białym bogate możliwości ataku: 8...fe6 9.ab5 Se7 10.Sc3 Sg6 11.Hd4! Hf6?! 12.Hc4! lub 8…G:e6 9.ab5 Se5 10.Sd4 z dalszym f2-f4. Wątpliwe wydaje się także 7…Sd6 8.Gg5 f6 9.We1! S:e5 10.S:e5 8.S:d4 S:d4 9.H:d4 b6?! Ten i następny ruch czarnych prowadzi do trudnej pozycji. Wyrównanie gwarantuje 9...d5 10.ed6 (10.Sc3 c6) 10...H:d6 10.Sc3 Ga6?! 11.We1 Ge7 12.Hg4 Kf8 Przykra konieczność. Po 12...0–0? 13.Gh6 ginie jakość, a na 12...g6 nastąpi 13.Gh6 13.Gf4 h5 14.Hh3 (14.Hf3!?) 14...Gb7 Lepiej wyglądało 14...Gc4!? z dalszym Ge6, co przerzucało gońca do obrony króla 15.Wad1 Gc6 16.Sb5 Groźby białych narastają i obrona staje się coraz trudniejsza 16...g5 17.Sd4 Gd5 W przypadku 17...G:a4 mogło nastąpić 18.e6!? gf4 19.ef7 K:f7 20.b3 i białe odbierają figurę, zachowując silny atak 18.Gc1 a6 19.Hf5 Kg7 20.Hd3 c6 (20…Kg8!?)

21.c4! Ge6 22.S:e6+ de6 (22...fe6 23.H:d7) 23.Hg3 h4 24.Hg4 Hc7 25.G:g5 Kf8 26.Gf6 Białe mają przewagę materialną i silny atak. Wynik gry został przesądzony 26...Wh7 27.He4 Wh5 28.Hg4 Wh7 29.G:e7+ H:e7 (29...K:e7 30.Wd6) 30.He4 Wg7 31.H:c6 Wb8 32.Wd7 Hc5 33.He4 h3 34.g3 Hb4 35.Wed1 Wg6 36.Hf4 1–0

Obrona francuska

J. Stachańczyk (2252) – A. Pachomow (Rosja – 2364)

7. runda

Ta partia wyłoniła nowego lidera mistrzostw. Po 6. rundzie Pachomow był jeszcze na czele tabeli, Stachańczyk – o pół punktu za nim 1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sc3 Gb4 4.e5 c5 5.a3 G:c3+ 6.bc3 Hc7 7.Hg4 f5 8.Hg3 Se7 Częściej grywa się tu 8...cd4 i dopiero po 9.cd4 Se7. Wówczas bić na g7 nie wolno 9.H:g7? Wg8 i 10…Hc3+. Białe grają więc z reguły 10.Gd2 i po 10…0–0 11.Gd3 b6 z dalszym Ga6 powstaje złożona pozycja, w której białe szturmują na skrzydle królewskim, a czarne – na hetmańskim 9.H:g7 Wg8 10.H:h7 cd4 11.Se2 Alternatywą jest 11.Kd1 Gd7 12.Sf3 lub 12.Hh5+ 11...dc3 (11...Sbc6!?) 12.h4! Pozycja po 11. ruchu czarnych powstała już w partii Stachańczyk – Renkowski (Puchar Grunwaldu 2010). Dalej grano 12.Hh5+ Sg6 13.Gg5 Hf7 14.S:c3 S:e5. Pojedynek, nie z winy debiutu, zakończył się niepomyślnie dla białych. Ruch w partii jest poważnym wzmocnieniem i przygotowuje wprowadzenie do gry wieży przez trzecią linię 12...Sbc6 13.Gg5 H:e5 14.f4 He4?! Przyczyna późniejszych kłopotów – tu hetman nie czuje się pewnie. Z tych samych powodów wątpliwe było 14...He3 15.Wd1 z dalszym Wh3. Należało wybrać 14...Hd6 15.S:c3 a6 lub próbować wymienić hetmany po 14...Hh8!? 15.Wh3 e5?! Bezpieczniejsze było 15...Gd7 albo 15...Ha4 16.W:c3 Ha5 16.W:c3 Ge6

17.0–0–0! Zaskakujący ruch, dający białym silną inicjatywę 17...d4 18.Wc5? Znacznie silniejsze było 18.Sg3 Hd5 19.Gc4 (Ciekawie wygląda i 19.W:c6 S:c6 20.Sh5) 19...Hd7 20.Sh5 0–0–0 21.G:e6 H:e6 22.H:e7 H:e7 23.W:c6+ bc6 24.G:e7 Wd7 25.Sf6 z wygraną 18...Gf7? Po prawidłowym 18...W:g5! 19.hg5 He3+ 20.Kb2 d3 powstawała bardzo skomplikowana i trudna do oceny pozycja 19.fe5 b6?! Przegrywa błyskawicznie, ale i po stosunkowo najlepszym 19...W:g5 20.hg5 He3+ 21.Kb2 d3 białe też powinny zwyciężyć: 22.e6! G:e6 23.Wc3 de2 24.Hh8+ Kf7 25.Hh5+ Sg6 26.W:e3 itd. 20.Sg3 Hg4 21.W:c6 W:g5 W przypadku 21...S:c6 kończyło grę 22.e6! G:e6 23.We1 22.Gb5 S:c6 23.G:c6+ Kf8 24.hg5 H:g3 25.Hh8+ Ke7 26.Hf6+ Kf8 27.Hd6+ Kg8 28.G:a8 1–0 

Obrona sycylijska

S. Babarykin (Rosja – 2384) – J. Stachańczyk (2252)

8. runda

To była ostatnia rosyjska szansa na dogonienie lidera. Stachańczyk okazał się jednak w tej partii bardzo mocny i szachowo, i psychicznie 1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.0–0–0 Gd7 9.f4 h6 Najczęściej grywa się tu 9…b5. Czarne postanowiły jednak zaskoczyć przeciwnika mniej znanym wariantem 10.Gh4 S:e4!? 11.He1 Sf6 12.Sf5 Ha5 13.S:d6+ G:d6 14.W:d6 0–0–0 15.Ge2 Najdokładniejsze jest 15.Wd1!, aby utrudnić przegrupowanie lekkich figur czarnych Se7, Gc6, Sed5. Dalej może nastąpić 15…Kb8 (Ale nie 15...Se7? 16.Sd5!) 16.Ge2 Se7 17.Gf3 Gc6 ze złożoną pozycją 15...Hc5?! Lepiej wyglądało typowe 15...Se7 i 16...Gc6 16.Wd2 Sd4 17.Gd3 Szanse na niewielką przewagę dawało 17.G:f6 gf6 18.Se4 S:e2+ 19.H:e2 Ha5 20.Sd6+ Kb8 21.a3 17...Gc6 18.Wf1 Wd7 19.Kb1 Sd5 20.S:d5 G:d5 21.He3?! Lepiej wyglądało 21.Gf2 Ha5 22.a3 21...Wc7 Po 21...Sb3 22.H:c5+ S:c5 czarne mogły przejść do równej końcówki. Babarykin był jednak w dużym niedoczasie i czarne postanowiły zaryzykować grę na wygraną 22.Gf2 Ha5 23.a3 Sb5 24.Wc1 Wd8 25.Gh4 (25.f5!?)

25...Wc3? Niepoprawne, ale skuteczne… Obiektywnie najlepsze było 25...Wdd7, np. 26.Gf2 Sc3+ (Można grać 26…Wd8 z propozycją remisu, natomiast przy wieży na d7 nie przechodzi 26...Wc3 z uwagi na 27.G:b5 W:e3 28.G:d7+) 27.Ka1 Sb5 28.G:b5 H:b5= 26.bc3? Pozycja w sam raz do artykułu o niedoczasie. Do wygranej pozycji prowadziło 26.Ge7!, np. 26…Wd7 27.Gb4 lub 26...S:a3+ 27.ba3 W:a3 28.G:a3 H:a3 29.c3 czy też 26…Wd6 27.G:d6 S:d6 28.He5. Znaleźć ruch 26.Ge7! w dużym niedoczasie jest jednak praktycznie niemożliwe 26...Ga2+! Mat następuje z szachami – białe poddały się.

Gratuluję pięknego sukcesu Jackowi Stachańczykowi i trenerowi am. Arturowi Jakubcowi. Mam nadzieję, że doczekam  ostatniego złota – w mistrzostwach świata juniorów. Te słowa dedykuję Adamowi Czajkowskiemu…

 

Ryszard Bernard

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w warcaby 

Od 30 kwietnia do 5 maja 2014 r. odbywał się w Firleju XI Turniej o Puchar Ziemi Lubelskiej w Warcabach Stupolowych. Turniej miał charakter integracyjny. Udział w imprezie wzięli liczni zawodnicy z różnych środowisk, a także silne reprezentacje Białorusi i Czech. Po czterech rundach prowadzenie objął Marcin Wocial, który pokonał wysoko notowanego reprezentanta Białorusi.

Marcin Wocial (Mińsk Maz.) – Aleksander Kuryan (Białoruś)

1. 34-30 20-25 2. 32-28 25x34 3. 39x30
15-20 4. 37-32 20-24

Zagranie czarnych podyktowane jest przewagą temp u białych, dlatego czarne przygotowują się do klasyki.

5. 41-37 18-23 6. 44-39 12-18 7. 50-44 7-12 8. 40-34 1-7?

Lepsze było 8... 17-21

9. 31-27 10-15

W dalszym ciągu lepsze było 9... 17-21

10. 44-40 4-10 11. 46-41

Niedokładnymi zagraniami czarne pozwoliły białym przejąć kontrolę na obu skrzydłach. Klasyka dla czarnych jest niekorzystna i najlepszym rozwiązaniem było wycofanie się z tej pozycji: 11... 17-22 12. 28x17 11x31 13. 36x27 24-29 14. 33x24 23-28 15. 32x23 18x20. Nie można grać 13... 7-11 z powodu kombinacji 14. 27-22 18x27 15. 32x21 16x27 16. 33-29 24x44 17. 43-39 44x33 18. 38x16 i osłabiony pionek 27 zginie. Nie można też grać 13... 12-17 14. 34-29 23x25 15. 27-22 W partii czarne kontynuowały niekorzystny dla nich plan.

11... 17-21? 12. 36-31 21-26 13. 41-36
11-17 14. 27-22! 18x27 15. 31x11 6x17

Czarne zostały pozbawione możliwości ustawienia olimpika, co w klasyce jest sporą słabością.

16. 36-31 17-22 17. 28x17 12x21

Czarne dopiero teraz próbują uciec od klasyki.

18. 31-27 15-20 19. 30-25 10-15 20. 34-30

Lepsze było 20. 33-28

20... 24-29 21. 33x24 20x29 22. 39-33
29-34 23. 40x18 13x31

Z gorsza pozycją czarnym w końcu udało się uciec od klasyki.

24. 33-29

Lepsze było uruchomienie pionka 45.

24... 9-13 25. 29-24 31-36 26. 43-39 7-12 27. 39-33 12-18 28. 33-29 19-23! 29. 49-44 23x34 30. 30x39

Czarne doprowadziły do uproszczeń, poprzez które udało im się częściowo zniwelować przewagę białych. Konieczna była następna wymiana 30... 21x27 31. 32x21 26x17. W tym momencie czarne nieoczekiwanie popełniły błąd, który przesądził o wyniku partii.

30... 18-23?? 31. 24-20 15x24 32. 35-30 24x35 33. 44-40 35x33 34. 38x20 21-27

Po 34... 5-10 35. 20-15 10-14 36. 25-20 14x25 37. 15-10 wygrana białych jest oczywista.

35. 32x21 26x17 36. 20-14 8-13 37. 25-20 2-8 38. 45-40

Ten pionek musi zająć pole 29.

38... 8-12 39. 40-34 12-18 40. 34-29 16-21 41. 20-15 17-22 42. 29-24

Można było od razu grać 42. 15-10

42... 22-28 43. 42-38 18-22 44. 15-10 13-19 45. 14x32 5x14 46. 48-42 3-8 47.
32-28 22x33 48. 38x29 8-12 49. 29-23 12-17 50. 23-18 21-27 51. 42-38 17-22 52. 37-32 22x13 53. 32x21 14-19 54. 24-20 19-23 55. 38-33 13-19 56. 21-16 23-28 57. 33x22 19-23 58. 22-18!

Na koniec piękne poświęcenie białych, które przyspiesza ich wygraną.

58... 23x12 59. 20-14 12-18 60. 14-10 18-23 61. 10-5

I czarne poddały się.

Poziom gry w naszym środowisku z roku na rok systematycznie wzrasta i poszerza się grono zawodników, którzy nawiązują walkę z najlepszymi. O krok od sprawienia dużej niespodzianki był zawodnik „Kormorana” Giżycko, który w walce ze zdecydowanym liderem crossowskich zawodników – Leszkiem Stefankiem z „Hetmana” Lublin – mógł osiągnąć remis.

Stanisław Sroka („Kormoran” Giżycko) – Leszek Stefanek („Hetman” Lublin)

1. 32-28 18-22 2. 37-32 12-18 3. 34-30 7-12 4. 30-25 1-7 5. 40-34 19-23!

Dzięki wymianom czarne zdobywają +6 temp, co w otwartej pozycji daje im korzystniejszą sytuację.

6. 28x19 14x23 7. 25x14 10x19 8. 41-37 5-10 9. 34-30

Niedokładne zagranie. Lepsze było 9.
46-41 z planem walki o centrum 10. 32-28

9... 10-14 10. 30-25 15-20 11. 33-29?

W dalszym ciągu należało przygotować się do walki o centrum 11. 46-41

11... 23x34 12. 39x30 19-23!

Czarne znów kontrolują centrum.

13. 46-41 13-19 14. 32-28 22x33 15. 38x29 23x34 16. 30x39 20-24 17. 39-34

Lepsze było uruchomienie pionka 45.

17... 16-21 18. 31-26 8-13 19. 34-30 21-27 20. 37-32 27x38 21. 43x32

Zdecydowanie lepsze było 21. 42x33 bez straty nieaktywnych pionków na długim skrzydle.

21... 2-8 22. 41-37 4-10

Lepsze było 22. 18-23

23. 49-43 18-23 24. 47-41 11-16 25. 37-31

Czarne mają dużą przewagę pozycyjną
z uwagi na to, że większość białych pionków rozmieszczona jest na bandach. Realizacja tej przewagi była możliwa poprzez plan dalszej koncentracji sił w centrum, np. 25... 13-18, 26... 9-13 itd. Czarne niepotrzebnie zdecydowały się na zajęcie pola 28.

25... 23-28 26. 32x23 19x28 27. 30x19 14x23

Zajęcie pola 28 najczęściej stosuje się wtedy, gdy powoduje to choćby przejściowe ograniczenie w wyborze posunięć przeciwnika i gdy wymiana tego pionka jest utrudniona. W tym przypadku czarne otworzyły drogę do serii dowolnych wymian, dzięki którym białe będą stopniowo niwelować przewagę czarnych.

28. 44-39 7-11 29. 39-33

Lepszym planem było 29. 42-38, 30. 41-37 i 31. 37-32

29... 28x39 30. 43x34 9-14?

Po 30... 10-14 czarne zachowywały możliwość wymiany 14-20, co pozwalało na realizację planu neutralizacji pionków krótkiego skrzydła poprzez zajęcie pola 24 w dalszej perspektywie.

31. 50-44 13-19 32. 34-30

I czarne nie są w stanie uniknąć dalszych wymian.

32... 23-29 33. 42-38 19-23 34. 44-40 8-13 35. 40-34 29x40 36. 45x34!

Białe w otwartej pozycji zdobyły przewagę +6 temp, co w znacznym stopniu ułatwia im obronę.

36... 13-19 37. 38-33 12-18 38. 33-29 3-9 39. 29-24!

Czarne groziły kombinacją 39... 19-24 40. 30x28 17-21 41. 26x17 11x24, po której trzy białe pionki na krótkim skrzydle zostałyby pozbawione aktywności.

39... 9-13 40. 41-37 23-28 41. 37-32 28x37 42. 31x42 10-15 43. 42-38 17-21 44. 26x17 11x22 45. 48-42 16-21 46. 38-33 21-27 47. 42-37 6-11 48. 34-29 11-17

Jedyne posunięcie. Nie można było grać 48... 19-23 49. 24-19! i czarne byłyby przegrane.

49. 33-28 22x33 50. 29x38 17-22 51. 39-33!

Pozycja czarnych wygląda lepiej, ale wygranej nie ma. Na 51... 18-23 białe mają odpowiedź 52. 25-20 14x34 53. 33-29 19x30 54. 29x9. Czarne wymyśliły piękne poświęcenie, ponieważ liczyły na ewentualny błąd przeciwnika.

51... 27-31 52. 37x26 22-28 53. 33x22 18x27 54. 36-31?

Na to właśnie zagranie liczyły czarne. Remis był po 54. 26-21 27x16 55. 36-31 16-21 56. 25-20 14x34 57. 31-26 19x30 58. 26x17

54... 27x36 55. 26-21 36-41 56. 21-17
41-46 57. 17-12 46-23 58. 12-8 13x2 59. 24x13 14-19 60. 13x24 23-37 61. 25-20 37-41 62. 30-25 41-37

I białe poddały się.

 

Jan Sekuła

 

aaa

 

Obóz kolarski dla początkujących

Związek Kultury Fizycznej „Olimp” zaprasza miłośników wyścigów na dwóch kółkach do udziału w obozie tandemowym dla początkujących kolarzy. W programie przewidziany jest również start uczestników w XIV Ogólnopolskim Wyścigu w Kolarstwie Tandemowym Niewidomych i Słabowidzących o Puchar Starosty Kłodzkiego (9-10 sierpnia br.).

Obóz odbędzie się w Radkowie w dniach 3-10 sierpnia br. Zakwaterowanie i wyżywienie uczestników przewidziano w Domu Gościnnym „Radków”, Rynek 18. Przyjazd w dniu 3 sierpnia w godzinach popołudniowych. Zapewnione jest wyżywienie od kolacji 3 sierpnia do obiadu 10 sierpnia.

Koszt uczestnictwa od jednego tandemu wynosi 150 zł. Płatności należy dokonać przelewem na konto ZKF „Olimp” (42 1090 1030 0000 0001 0794 6672) lub po przyjeździe u koordynatora.

Zgłoszenia imienne zawodników można przesyłać do dnia 15.07 br. na adres e-mail jozefplichta58@gazeta.pl, rejestrować telefonicznie pod numerem 721 019 087 lub bezpośrednio w ZKF „Olimp”.

Warunkiem niezbędnym jest posiadanie aktualnego zaświadczenia lekarskiego o braku przeciwwskazań do uczestnictwa w obozie kolarskim oraz orzeczenia o niepełnosprawności w stopniu znacznym lub umiarkowanym z tytułu utraty wzroku (należy przywieźć jego kserokopię).

Uczestnicy na czas trwania obozu będą ubezpieczeni przez organizatora. W pierwszej kolejności będą kwalifikowane osoby w wieku od 18 do 35 lat (warunek ten nie dotyczy pilotów).

Zawodnicy przyjeżdżają na obóz z własnymi rowerami tandemami. W wyjątkowych sytuacjach istnieje możliwość wypożyczenia roweru po wcześniejszym uzgodnieniu tego z organizatorem. Należy też mieć ze sobą strój kolarski.

Uwaga! Organizator nie zapewnia części zamiennych do rowerów, np. dętek, klocków hamulcowych i opon. Na obozie będzie obecny mechanik.