stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 5 (134) Maj 2016

CROSS 5/2016

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 5 (134)

Maj 2016 r.

miesięcznik INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Bardzo mocni na ergometrach

(KAZ)

Młodzi do wioseł

Michał Hetmańczyk

Półfinałowe boje w Krynicy-Zdroju

Leszek Stefanek

Goalball raczkuje w Korei Północnej

Andrzejuk

Wiadomości

Bieganie to całe moje życie     

Andrzej Szymański

Dwa tygodnie w Korei Północnej

Andrzejuk

Pyłek w nosie

BWO

Wioślarstwo stacjonarne

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby 

Damian Jakubik

Żeglowanie w głąb duszy

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

wioślarstwo

 

Bardzo mocni na ergometrach

Wiosłowanie na sucho, czyli na ergometrach, z każdym rokiem staje się coraz bardziej popularne wśród osób niewidomych i słabowidzących. Cieszą rosnąca liczba osób startujących w zawodach oraz znaczące sukcesy na arenie międzynarodowej.

Stacjonarne wiosłowanie to doskonały sposób na aktywizację ludzi ze schorzeniem narządu wzroku. Na ergometr chętnie siadają też osoby z dysfunkcją narządu ruchu. Treningi w klubach (np. LOTTO-Bydgostia, „Start” Szczecin, NPS „Salwator” Kraków, WTW Warszawa, PTW Płock), ośrodkach szkolno-wychowawczych w Bydgoszczy, Krakowie, Warszawie i Dąbrowie Górniczej czy możliwość rywalizacji w zawodach organizowanych w Kaliszu, Krakowie i Bydgoszczy sprawiają, że z każdym rokiem podnosi się poziom sportowy niepełnosprawnych wioślarzy.  

Zaczęli w Kaliszu

Sezon na ergometrach rozpoczął się od listopadowego Pucharu Polski w Kaliszu. Zjechali tam reprezentanci LOTTO-Bydgostii, „Salwatora Kraków”, WTW Warszawa. Była też liczna grupa miejscowych zawodniczek i zawodników. Dobre przygotowanie do sezonu, którego kulminacją miały być mistrzostwa kraju we Wrocławiu, mistrzostwa Europy w węgierskim Gyor oraz światowy czempionat w Bostonie, zaprezentowali słabowidzący Krzysztof Pikulski i rywalizujący w grupie osób ze schorzeniem narządu ruchu Daniel Bojarek z LOTTO-Bydgostii (absolwenci Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego nr 1 im. L. Braille’a
w Bydgoszczy), słabowidzący Robert Niesyczyński z „Salwatora” (absolwent ośrodka szkolno-wychowawczego w Krakowie) czy też Przemysław Gaweł z Warszawy, zawodnik z dysfunkcją narządu ruchu.

 Młodzi adepci wiosłowania na sucho spotkali się z kolei w ostatni weekend listopada w Krakowie. Tam od ośmiu lat mistrzostwa ośrodków szkolno-wychowawczych dla dzieci słabowidzących i niewidomych oraz szkół integracyjnych organizuje klan Włodków: Bronisława, Magdalena i Janusz. Tym razem w rywalizacji sztafet szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych wzięły udział reprezentacje z Warszawy (dwie ekipy), Poskwitowa, Bydgoszczy oraz gospodarze.

– To doskonała integracja środowiska, doping do treningu, możliwość wymiany doświadczeń, a przy tym okazja do poznawania nowych zakątków kraju – podkreślali uczestnicy mistrzostw. Po rywalizacji na ergometrze wszyscy wybrali się do słynnej kopalni soli w Wieliczce. Wrócili zauroczeni tym, co zobaczyli albo czego dotknęli. 

Intensywny styczeń

Bardzo intensywny dla wioślarzy niepełnosprawnych był styczeń 2016 roku. W połowie miesiąca w węgierskim Gyor odbyły się mistrzostwa Europy. W imprezie wzięła udział liczna grupa biało-czerwonych z Bydgoszczy, Krakowa i Szczecina, która wywalczyła sześć medali: trzy złote, srebrny i dwa brązowe. W kategorii LTA (ręce-tułów-nogi), gdzie razem startowali zawodnicy ze schorzeniem narządu wzroku i ruchu, bezkonkurencyjny okazał się debiutant Krzysztof Pikulski, który jako jedyny pokonał dystans 1000 m poniżej 3 minut (2:59,8) i wyprzedził swojego kolegę z reprezentacji Roberta Niesyczyńskiego („Salwator”, 3:10,0). Na 7. pozycji uplasował się Rafał Sitek („Salwator”), a na 8. Daniel Bojarek (LOTTO-Bydgostia). W tej samej kategorii wśród pań do ostatnich metrów o srebrny medal walczyła Katarzyna Soczewka z Austriaczką Marią Dorn. Ostatecznie wioślarka LOTTO-Bydgostii sięgnęła po brązowy krążek, a na 4. pozycji znalazła się Monika Kotzian („Salwator”). W kategoriach AS (same ręce) i TA (ręce-nogi) wiosłowali już tylko wioślarze z dysfunkcją ruchu, w tym piątka przedstawicieli szczecińskiego „Startu” prowadzona przez trenera kadry Tomasza Kaźmierczaka. Jolanta Majka (wcześniej Pawlak) i Michał Gadowski, którzy jako jedyni w dwójce mieszanej zakwalifikowali się na igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro, na ergometrze wystartowali oczywiście oddzielnie i sięgnęli po mistrzowskie tytuły. Brąz w TA dostał się w ręce Marka Szczepańskiego, w AS na 4. pozycji zameldował się Jarosław Kailing, a na 5. Leszek Niewiarowski. 

Problem z badaniami

W europejskim czy też światowym czempionacie mogłaby wystąpić większa grupa wioślarzy. Niestety przeszkodą, często nie do pokonania, jest wykonanie międzynarodowych badań, na podstawie których przyznaje się poszczególne kategorie, zwłaszcza zawodnikom z dysfunkcją wzroku. Muszą oni najpierw w kraju wykonać liczne specjalistyczne badania wzroku, a następnie przesłać je do międzynarodowej federacji. Po ich akceptacji wioślarz udaje się na kolejne badania (organizowane przed jedną z edycji zawodów Pucharu Świata), które przeprowadza tym razem międzynarodowa komisja. Ta procedura jest bardzo czasochłonna (długie oczekiwanie na wizytę u okulisty), a przy tym kosztowna – 700 zł to koszt badania w kraju, 1400 zł – wyjazd na badania: opłata środków transportu, zakwaterowania i wyżywienia. Nie wszystkie kluby na to stać. Warto się zastanowić, jak ten problem rozwiązać.

Wróćmy jednak do rywalizacji sportowej. W ostatnią sobotę stycznia we wrocławskiej Hali Stulecia odbyły się jubileuszowe XXV Mistrzostwa Polski na Ergometrze Wioślarskim. Wespół z wioślarzami pełnosprawnymi o medale rywalizowali również niepełnosprawni. W kategorii LTA oddzielnie startowali niewidomi i słabowidzący oraz mający dysfunkcję narządu ruchu. Ponownie swój prymat potwierdzili Pikulski – 3:02,7 i Niesyczyński – 3:08.3, a brąz przypadł Józefowi Ignaciakowi („Salwator”) – 3:16,5. Wśród pań zwyciężyła Ewelina Faustynowicz – 4:15,2 przed Patrycją Kapłon (obie „Salwator”) – 4:15,7. W rywalizacji „ruchowców” mistrzowski tytuł wywalczył Daniel Bojarek – 3:18,8, który na finiszu nieznacznie pokonał Przemysława Gawła (WTW Warszawa) – 3:20,9, wśród pań natomiast do ostatniego chwytu o zwycięstwo toczyły bój wioślarki LOTTO-Bydgostii Katarzyna Soczewka i Alicja Jarnath. Ta pierwsza wygrała z czasem 4:03,4, o 0,1 sekundy wyprzedzając klubową koleżankę. Trzecia była Monika Kotzian („Salwator”) – 4:15,3. W kategoriach TA i AS dominowali przedstawiciele „Startu” Szczecin, zwycięstwo odnieśli: Jolanta Majka, Michał Gadowski oraz Magdalena Stawiarz i Jarosław Kailing. 

Debiut marzenie

Miesiąc później czwórka biało-czerwonych pod wodzą trenera kadry udała się na mistrzostwa świata w Bostonie. W tym gronie, obok trójki ze „Startu”: Majki, Gadowskiego i Kailinga, znalazł się po raz pierwszy słabowidzący Pikulski. Podopieczny Kazimierza Fiut i Tomasza Strychalskiego spisał się znakomicie. Debiutant zachował się jak rutyniarz i po emocjonującym biegu w kategorii LTA VI pokonał triumfującego w ostatnich dwóch latach Słowaka Milana Lackovica. Wioślarz LOTTO-Bydgostii uzyskał czas 3:00,8, jego rywal był zaś o 1,9 sekundy wolniejszy. W nagrodę odebrał nie tylko medal, ale i efektowny młotek przyznawany triumfatorom. W jego ślady poszli w TA Majka i Gadowski, a w kategorii AS Kailing sięgnął po srebro. Tym samym można rzec, że Krzysiek Pikulski, Jolanta Majka i Michał Gadowski zdobyli w tym sezonie ergometrowego Wielkiego szlema.

Sezon wiosłowania na sucho niepełnosprawni zakończyli na początku marca w Bydgoszczy, gdzie podczas mistrzostw tego miasta „zawodowcy” rywalizowali o Puchar Prezydenta, a młodzież o Puchar Dyrektora SOSW nr 1. Pikulski mimo zmęczenia podróżą (dwa dni wcześniej wrócił z Bostonu) pewnie wygrał w swej kategorii przed Niesyczyńskim, a kolejne puchary odebrali: Patrycja Kapłon, Alicja Jarnath i Daniel Bojarek. Najlepsi wśród młodzieży byli gimnazjaliści Maria Filipowicz i Dawid Sadowski z Warszawy, a w gronie uczniów szkół ponadgimnazjalnych – Anna Szmelter z Bydgoszczy i Piotr Pisarski z Warszawy. 

Budujmy czwórkę na Tokio

W kwietniu wioślarze rozpoczęli już sezon na wodzie. W regatach ostatniej szansy o igrzyska paraolimpijskie w Rio walczył skiffista Jarosław Kailing, lecz zajął w finale 6. miejsce i nie dołączy do dwójki mieszanej. Czwórka mieszana ze sternikiem (dwie kobiety i dwóch mężczyzn), w której wiosłują dwie osoby słabowidzące bądź niewidome oraz dwie z dysfunkcją narządu ruchu, nie została do tych regat zgłoszona po słabym występie w ubiegłorocznych mistrzostwach świata. W tej sytuacji szkoleniowcy z „Salwatora” i LOTTO-Bydgostii postanowili wspólnie rozpocząć tworzenie nowej osady, która mogłaby powalczyć o kwalifikacje na następną paraolimpiadę, w Tokio. Do zgłaszania się do tych klubów zapraszane są zwłaszcza kobiety z dysfunkcją narządu ruchu. – Wioślarzy z dysfunkcją wzroku nam nie brakuje, z ruchową – tak. Aby myśleć o dobrym wyniku, musimy dysponować szerszą kadrą, musi być rywalizacja o miejsce w osadzie – podkreślają.

Należy zatem trzymać mocno kciuki, aby im się powiodło.  

(KAZ)

 

aaa

 

wioślarstwo

 

Młodzi do wioseł

Wioślarstwo to piękna i wszechstronnie rozwijająca fizycznie dyscyplina. To jedyny sport, w którym wygrywający ogląda plecy przeciwnika (!). Warto też wiedzieć, że najstarszym klubem sportowym w Polsce jest założone w roku 1878 Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie, funkcjonujące do dzisiaj.  

W związku z zainteresowaniem uczniów słabowidzących tą dyscypliną, od przeszło sześciu lat prowadzone są treningi wioślarstwa w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 8 w Warszawie. – Zajęcia rozpoczynam już z uczniami najmłodszych klas szkoły podstawowej – opowiada trener Michał Hetmańczyk. – Na początku pracujemy nad prawidłową techniką wiosłowania na ergometrze wioślarskim, w kolejnych latach cały czas poświęcamy jej doskonaleniu oraz kształtowaniu wytrzymałości – tłumaczy szkoleniowiec. Technika jest kluczowym elementem treningu na każdym etapie szkolenia, sposób jej wykonywana ma ogromny wpływ na dalszy rozwój młodego organizmu.

W ośrodku równie chętnie trenują chłopcy, jak i dziewczęta, które w kategorii wiekowej szkół podstawowych często osiągają podobne, a nawet lepsze rezultaty od swoich rówieśników. W starszych klasach zdecydowanie lepsze wyniki mają już chłopcy, co wynika bezpośrednio z ich budowy anatomicznej oraz większej siły mięśni.

Uczniowie, którzy w pełni opanowali technikę wiosłowania i są w stanie sprostać wymogom profesjonalnego treningu, mają możliwość ćwiczenia na wodzie – na Wiśle. Trenujący zawodniczo mogą startować w mistrzostwach świata, mistrzostwach Europy w kategorii LTAVI oraz w igrzyskach paraolimpijskich w kategorii LTAMix4+ – czwórka ze sternikiem niepełnosprawnych ruchowo lub wzrokowo. W trakcie roku szkolnego uczniowie warszawskiego ośrodka uczestniczą w licznych zawodach. Startują w wyścigach organizowanych przez Warszawskie Towarzystwo Wioślarskie we współpracy z OSiR Wola, takich jak Wioślarski Tytan Warszawy i Wolę Wiosła. Ponadto dwa razy w roku uczniowie wyjeżdżają na ogólnopolskie zawody w wiosłowaniu na ergometrze, w których święcą niemałe sukcesy. Imprezy te odbywają się od lat i warto, by jeszcze więcej ośrodków zgłaszało swój udział.

W dniach 4-6 marca 2016 r. uczniowie z Koźmińskiej brali udział w IV Ogólnopolskich Zawodach w Wiosłowaniu na Ergometrach Młodzieży Słabowidzącej i Niewidomej, zorganizowanych jako impreza towarzysząca wioślarskim mistrzostwom Bydgoszczy. Poza reprezentacjami gospodarzy uczestniczyła w nich młodzież z Krakowa i dwie ekipy z Warszawy. Rywalizacja przebiegała w dwóch grupach wiekowych: gimnazjalnej i ponadgimnazjalnej, w kategorii dziewcząt i chłopców na dystansie 500 metrów. Młodzież z dysfunkcją wzroku walczyła o Puchar Dyrektora bydgoskiego ośrodka szkolno-wychowawczego dla niewidomych. Warszawski ośrodek reprezentowali: Maria Węglewska, Daria Rycharska, Eryk Ozimek, Piotr Żyszkiewicz, Alan Stando, Dawid Sadowski, Piotr Pisarski.

Kilka miesięcy wcześniej w dniach 27-29 listopada 2015 r. w Krakowie odbyły się VIII Ogólnopolskie Mistrzostwa Sztafet Uczniów Niewidomych i Słabowidzących w Wioślarstwie Halowym. Warszawska sztafeta dziewcząt w składzie: Magdalena Gendek, Marika Łapińska, Daria Rycharska, Adrianna Chamrol i Maria Węglewska zajęła drugie miejsce z bardzo dobrym czasem. Chłopcy w składzie Piotr Pisarski, Przemysław Gaweł, Mateusz Oraczewski oraz Piotr Żyszkiewicz również zdobyli
srebrny medal, natomiast indywidualnie złoto zdobył Piotr Pisarski.

Oby sukcesy młodych zachęciły kolejnych aktywnych do trenowania wioślarstwa.

Michał Hetmańczyk

 

Tabela wyników (4-6.03.2016 r., Bydgoszcz)

Gimnazja

Dziewczęta 

1. Maria Filipowicz (Warszawa Helenów) 2:08,7

2. Magdalena Maxalon (BTW Bydgoszcz) 2:28,0

3. Jagoda Folher (SOSW Bydgoszcz) 2:36,3

Chłopcy

1. Dawid Sadowski (SOSW Warszawa Koźmińska) 1:37,0

2. Dominik Kaszuba (SOSW Bydgoszcz) 1:51,1

3. Adam Kania (Warszawa Helenów) 1:53,2

Szkoły ponadgimnazjalne

Dziewczęta 

1. Anna Szmelter (SOSW Bydgoszcz) 1:49,0

2. Daria Rycharska (Warszawa Koźmińska) 2:02,6

3. Weronika Czarniecka  (SOSW Kraków) 2:04,1

Chłopcy

1. Piotr Pisarski (Warszawa Koźmińska) 1:30,5

2. Damian Baranowski (SOSW Bydgoszcz) 1:32,0

3. Przemysław Borkowski (SOSW Bydgoszcz) 1:40,6

 

aaa

 

warcaby 

 

Półfinałowe boje w Krynicy-Zdroju  

W gościnnym pensjonacie „Gaborek” w Krynicy-Zdroju kolejny już rok z rzędu spotkali się warcabiści niewidomi i słabowidzący. Tym razem cel był szczególny – wyłonić spośród siebie dziewięciu finalistów jubileuszowych XX Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych.

Turniej półfinałowy, rozgrywany w dniach 11-19 kwietnia 2016 roku, zgromadził na sali 37 warcabistów, czyli dokładnie tylu, co w roku ubiegłym. Reprezentowali oni 17 klubów Stowarzyszenia „Cross”. Najwięcej zawodników – aż ośmiu! – wystawił „Atut” Nysa. Zabrakło kilku liczących się w środowisku graczy, m.in. wielokrotnych medalistów MP: Ryszarda Biegasika, Stanisława Mazura, Maksymiliana Karczewskiego czy Mirosława Grabskiego. Grano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund. Tempo gry wynosiło 90 minut.

 Stawka uczestników była bardzo wyrównana. Prawo gry mieli zawodnicy z co najmniej II kategorią warcabową oraz sześciu najlepszych z listopadowego ćwierćfinału. To gwarantowało spore emocje. Z udziału w tej fazie eliminacji zwolnieni byli tylko medaliści z roku ubiegłego (Stefanek, Jagieła i Tołwiński). Z takiego przywileju nie mógł skorzystać tym razem zawodnik z najwyższym rankingiem – nieobecny w ubiegłorocznym finale Jan Sekuła.

Kandydatów do awansu było co najmniej kilkunastu. Trudno byłoby wyobrazić sobie finał bez głównych faworytów krynickich zawodów – Jana Sekuły, Stanisława Jędrzyckiego i Marka Maćkowiaka. Jak można było przewidzieć, awansowali bez większych problemów i właśnie oni nadawali ton półfinałowej rywalizacji. Sekuła był klasą dla siebie i na krótkim dystansie uzyskał aż trzy punkty przewagi nad grupą pościgową, na czele której zameldowali się pokonani przez niego Jędrzycki i Maćkowiak. Jedyne punkty zwycięzca turnieju stracił w remisowych partiach z Suderem, Furtakiem i Twardym. O pozostałe miejsca premiowane awansem ostra walka trwała do końca.

Przed ostatnią rundą, poza wspomnianą trójką, w miarę pewni awansu mogli być jeszcze Edward Twardy, Krzysztof Furtak i Ewa Wieczorek (mieli po 11 p. i korzystne wartościowanie). Gwarantujące awans 12 p. byli ponadto w stanie osiągnąć grający ze sobą Wacław Morgiewicz i Mikołaj Fiedoruk, a także Tomasz Kuziel (grał z Suderem), Antoni Ignatowski (grał z Furtakiem) i Zenon Sitarz (grał z Jędrzyckim). Z tych pojedynków zwycięsko wyszli Fiedoruk, Suder i Ignatowski. Dołączyli oni do grona szczęśliwców, którzy w maju spotkają się w Wągrowcu w decydującej o medalach rozgrywce.

Wielką niespodzianką jest awans Antoniego Ignatowskiego – będzie jedynym debiutantem w finale. Zawodnik „Jaćwinga” Suwałki rozpoczął turniej mało efektownie, remisując w pierwszych dwóch partiach z niżej notowanymi rywalami. Później jednak rozkręcił się i wygrał m.in. z Sargalskim, Gorczyńskim i Furtakiem. Jedynej porażki doznał w 5. rundzie z Michałem Czarskim.

Po sześciu latach miejsce w finale wywalczył ponownie Krzysztof Furtak. Zawodnik lubelskiego „Hetmana” po raz pierwszy od dłuższego czasu zagrał na miarę swoich możliwości i gdyby pokonał w ostatniej rundzie Ignatowskiego, zająłby drugie miejsce w turnieju.

W finale zabrakło tym razem miejsca dla klubowego kolegi Furtaka – Michała Czarskiego. Mimo dobrego startu awans wymknął mu się w końcowej części turnieju, po porażkach z Twardym i Kuzielem. Duży niedosyt mogą też odczuwać Bernard Olejnik, Tomasz Kuziel i Andrzej Sargalski. O niepowodzeniu tego pierwszego zadecydował słaby start (po czterech rundach tylko 3 p.), co musiało odbić się niekorzystnie na wartościowaniu. Pozostali dwaj polegli w końcówce turnieju. Sargalski jako jedyny z czołówki w ostatnich dwóch rundach nie zdobył nawet punktu i spadł na dalekie miejsce. Bardzo dobry turniej rozegrał Wacław Morgiewicz. Cały wysiłek zaprzepaścił jednak w ostatniej rundzie, ulegając Fiedorukowi. A remis dawał mu finał...

Szczęście sprzyjało natomiast Zenonowi Sitarzowi, który długo był pod kreską, by wreszcie po skutecznym finiszu zająć pozycję pierwszego rezerwowego. Wszystko wskazuje jednak na to, że w finale zagra. W tym roku oba finały (kobiecy i open) rozegrane zostaną w tym samym czasie i miejscu – w maju w Wągrowcu. Uprawniona do udziału w obu turniejach Ewa Wieczorek wybierze zapewne finał kobiecy i tym samym zwolni miejsce dla Sitarza.

Awans do finału uzyskali:

1. Jan Sekuła („Atut” Nysa) 15 p.

2. Stanisław Jędrzycki („Sudety” Kłodzko) 12 p.

3. Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań) 12 p.

4. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) 12 p.

5. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok) 12 p.

6. Antoni Ignatowski („Jaćwing” Suwałki) 12 p.

7. Krzysztof Furtak („Hetman” Lublin) 11 p.

8. Ryszard Suder  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 11 p.

9. Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok) 11 p.

Zawodnicy rezerwowi:

10. Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl) – 11 p., 11. Bernard Olejnik („Warmia i Mazury” Olsztyn) – 11 p., 12. Wacław Morgiewicz („Victoria” Białystok) – 10 p.,
13. Michał Czarski („Hetman” Lublin) – 10 p., 14. Tomasz Kuziel („Łuczniczka” Bydgoszcz) – 10 p., 15. Krzysztof Pichlak („Jutrzenka” Częstochowa) – 10 p., 16. Wojciech Łuc („Podkarpacie” Przemyśl) – 10 p.

Spośród zawodników, którzy awansowali z turnieju ćwierćfinałowego, najwyższe miejsce zajął jego triumfator – Edward Podczasik („Atut” Nysa). Z dorobkiem 9 p. uplasował się na 17. pozycji.

Normy na I kategorię warcabową wypełnili: Furtak, Morgiewicz (obaj po raz pierwszy) oraz Kuziel (po raz drugi). Największe zyski rankingowe zanotowali: Twardy (+32 p.), Furtak (+32) i Morgiewicz (+29). Jedynym niepokonanym zawodnikiem turnieju okazał się Sekuła.

Turniej sędziował Leszek Łysakowski. Koordynatorem imprezy był Jerzy Hanus.

Leszek Stefanek

 

aaa

 

goalball

 

Goalball raczkuje w Korei Północnej

Osoby niepełnosprawne uprawiają sport już niemal w każdym zakątku świata. W igrzyskach paraolimpijskich w Londynie wystąpiły reprezentacje aż 164 krajów. Nie każdy wie, że wśród wszystkich dyscyplin drużynowych uprawianych przez niepełnosprawnych sportowców najbardziej rozpowszechniony jest goalball. Dotarł on już dawno do Nowej Zelandii, Republiki Południowej Afryki czy do Hondurasu. Niedawno na goalballowej mapie świata pojawił się nowy kraj.

Polskie Stowarzyszenie Gier Piłkami Dźwiękowymi, choć zmaga się z przeciwnościami, wytrwale upowszechnia goalball w Polsce. Postanowiło także wyjść poza granice naszego kraju i wspomóc rozwój dyscypliny w którymś z tych miejsc na świecie, gdzie jeszcze nie połknięto bakcyla goalballu. Wybór padł na kraj tyle daleki, co egzotyczny – na Koreę Północną.

O państwie zajmującym północną część Półwyspu Koreańskiego wiemy bardzo mało, choć często się o nim słyszy w przekazach medialnych. Panuje powszechna opinia, że to kraj, do którego się nie jeździ – po prostu. Znalazł się jednak ochotnik, który postanowił przełamać stereotypy. Konrad Andrzejuk, były reprezentant Polski w goalballu, zawiózł dyscyplinę tamtejszym niewidomym.

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna ma powierzchnię niemal trzykrotnie mniejszą niż Polska, zamieszkuje ją około 25 milionów osób. Krainę otoczoną z dwóch stron morzami pokrywają w dużej części malownicze góry, które jednak znacząco utrudniają eksploatację ziemi, co nie sprzyja rozwojowi gospodarczemu. Od naszego kraju dzieli Koreę ponad 7 tysięcy kilometrów. Polskie media pokazują państwo rządzone przez Kim Dzong Una najczęściej jako wielki poligon będący zagrożeniem dla światowego pokoju. Tymczasem codzienne życie w Korei toczy się swoim utartym rytmem, a jego ważną częścią jest aktywność fizyczna. Niepełnosprawni sportowcy z tego kraju pojawiają się na międzynarodowych arenach dopiero od kilku lat. Do tej pory nie próbowali jednak swych sił w paraolimpijskich grach drużynowych. Nadeszła pora, aby to zmienić.

Po nawiązaniu kontaktu z Koreańską Federacją Ochrony Osób Niepełnosprawnych Konrad Andrzejuk otrzymał oficjalne zaproszenie do przeprowadzenia pierwszego w historii Korei Północnej treningowego obozu goalballu. Zapakował duże pudło z piłkami i akcesoriami do gry, po czym wyruszył w daleką podróż w nieznane.

Przyjęto go ciepło i po kilku dniach poznawania Korei, wypełnionych oficjalnym programem turystycznym i kulturalnym, nasz przedstawiciel mógł się w końcu spotkać z przyszłymi goalballistami. Do kompleksu szkoły sportowej w koreańskiej stolicy – Pjongjangu – zabrała go wysłużona, ale elegancka limuzyna. W dużej hali sportowej czekało już sześciu śmiałków gotowych rozpocząć przygodę z goalballem. Wraz z nimi stawili się trenerzy i wolontariuszki. Rolę tłumaczki (porozumiewano się w języku angielskim) pełniła pracownica federacji ochrony niepełnosprawnych.

Przygotowano boisko i rozpoczął się inauguracyjny trening. Koreańczycy po raz pierwszy wzięli w ręce piłkę do goalballu. Dźwięk dzwonków wydobywający się z wnętrza gumowej kuli wzbudził w nich duży entuzjazm. Nawet pierwsze niezbyt udane próby oddawania rzutów nie zmniejszyły zapału do nauki nowego sportu. Trzech uczestników treningu było całkowicie niewidomych, pozostała trójka widziała bardzo słabo. Łatwo było zauważyć, że wszyscy mieli wcześniej do czynienia ze sportem. Osoby, które spróbowały kiedykolwiek gry w goalball, wiedzą jednak, że nawet najbardziej sprawni fizycznie w pierwszym kontakcie z dzwoniącą piłką stają się bezradni. Podobnie było i tym razem, jednak świeżo upieczeni goalballiści szybko opanowywali kolejne elementy i tuż przed końcem wyczerpującego treningu udało się rozegrać pierwszy w historii Korei Północnej mecz goalballu.

W Korei działają trzy szkoły z internatami dla osób niewidomych i słabowidzących. Po uzyskaniu wykształcenia osoby niepełnosprawne otrzymują pracę, głównie w zakładach produkcyjnych. Mimo że kraj zmaga się z licznymi problemami ekonomicznymi, na miarę możliwości dba o swoich obywateli z deficytami wzroku. Zajęcia rekreacyjno-sportowe to obowiązkowy punkt dnia każdego koreańskiego ucznia, gimnastyka jest obowiązkowa również w zakładach pracy. Osobę odwiedzającą Koreę Północną może pozytywnie zaskoczyć widok emerytów
wykonujących w parkach poranne ćwiczenia i tańczących w rytm wesołej muzyki. Do niedawna jednak aktywność sportowa osób niepełnosprawnych miała charakter niezorganizowany. Zaczęło się to zmieniać wraz z debiutem reprezentacji Korei Północnej na igrzyskach paraolimpijskich w Londynie. Chociaż w stolicy Wielkiej Brytanii zaprezentował się tylko jeden koreański sportowiec, wydarzenie to stało się impulsem do dalszego rozwoju. W Pjongjangu utworzono centrum przygotowań paraolimpijskich i podczas paraigrzysk azjatyckich rozegranych w Incheon w 2014 roku koreańscy sportowcy wystartowali już w kilku dyscyplinach i zgarnęli pierwsze medale. Niewidomi sportowcy w Korei Północnej uprawiają już lekką atletykę i kolarstwo tandemowe. Teraz doszedł również goalball.

Drugiego dnia treningów pierwsza koreańska drużyna goalballistów powitała instruktora z Polski z uśmiechem na twarzy. Gra ich zafascynowała i deklarowali gotowość do dalszych ćwiczeń. Przed rozpoczęciem treningu sportowcy samodzielnie przeprowadzali rozgrzewkę. Prowadził ją najstarszy z grupy. Mimo że był całkowicie niewidomy, z dużą wprawą zapowiadał kolejne ćwiczenia. Widać było, że robił to od lat.

Konrad prezentował koreańskim kolegom nowe, bardziej skomplikowane ćwiczenia. Uczestnicy obozu starali się wszystko powtarzać i korygować swe błędy. Trenerzy rejestrowali przebieg treningów kamerami wideo, aby mieć punkt odniesienia i wykorzystać materiał w przyszłości, podczas samodzielnych ćwiczeń. Mimo narastającego zmęczenia adepci goalballu chcieli wykorzystać każdą chwilę, aby poznać kolejne tajniki nowego sportu. Koreańczycy to ludzie bardzo sympatyczni. Wbrew temu, co słyszy się nieraz w mediach, często się uśmiechają, prowadzą między sobą wesołe dyskusje, lubią śpiewać. Mimo wyczuwalnego dystansu do obcokrajowców są przyjaźnie nastawieni do przedstawicieli innych nacji.

Obóz odbywał się w dużej szkole sportowej, niedaleko centrum koreańskiej stolicy. Korytarze wypełniały dzieci radośnie biegnące na lekcje lub trening. Uczniów przy wejściu wita duże malowidło ścienne przedstawiające towarzysza Kim Dzong Ila pośród sportowców i trenerów, zagrzewającego ich do dalszej pracy i walki z przeciwnikami oraz z samym sobą. Na pierwszym piętrze budynku jest siłownia oraz kilka sal gimnastycznych. W jednej z nich młodzież z zapałem ćwiczy... baseball. Mimo że ta dyscyplina sportu kojarzy nam się głównie ze Stanami Zjednoczonymi, zdobywa coraz większą popularność również w Azji.

Goalballistom oddano na treningi połowę głównej sali kompleksu sportowego. W drugiej jej części odbywały się zajęcia sekcji siatkówki i badmintona, co utrudniało nieco pracę. Wszak do uprawiania goalballu, oprócz boiska, dzwoniących piłek i opasek na oczy, niezbędna jest cisza. Jednak nie zważając na trudności, koreańscy goalballiści poznawali zawiłości przepisów i rozgrywali kolejne gry kontrolne, podczas których mieli szansę przećwiczyć świeżo nabyte umiejętności. W ostatnim meczu zagrał również Konrad Andrzejuk. Koreańczycy poprosili, aby nie dawał im taryfy ulgowej i posyłał piłkę z całą siłą. Rzuty jednego z najlepszych polskich strzelców pokonywały wprawdzie dość często niedoświadczoną jeszcze obronę świeżo sformowanej drużyny, jednak wcale nie zniechęcały jej do dalszej walki. Niektórzy zawodnicy szybko zaczęli wprowadzać nawet skomplikowane elementy gry. Próbowali trudnych technicznie rzutów z obrotu i ciężkich w obronie skaczących piłek. Rezultaty krótkiego szkolenia były naprawdę obiecujące.

Dyrektor Koreańskiej Federacji Ochrony Osób Niepełnosprawnych, który osobiście oglądał kilka treningów, wyraził nadzieję na dalszą współpracę z polskimi organizacjami. Spodobał mu się pomysł zorganizowania w przyszłości szkolenia z zakresu goalballu dla nauczycieli z koreańskich ośrodków szkolnych dla osób niewidomych. Nienagannym angielskim opowiadał o rosnącej roli sportu w życiu niepełnosprawnych mieszkańców Korei i obiecywał, że dołoży wszelkich starań, by zasiane ziarenko przyniosło obfity plon.

Po kilku dniach ciężkich treningów przyszedł czas rozstania. Pamiątkowe wspólne zdjęcie, serdeczne pożegnanie – i Konrad powrócił do Polski. W Korei zostawił zapas piłek, ochraniaczy i nieprzezroczystych gogli. Miejmy nadzieję, że zaszczepił również zapał do rozwijania dyscypliny i wykorzystania sportowego potencjału. Koreańczycy są uparci, systematyczni i przyzwyczajeni do wytrwałej pracy. Jeśli lokalne organizacje pomogą w rozwoju goalballu w tym dalekim kraju, to za kilka lat być może usłyszymy o pierwszych sukcesach reprezentacji Korei Północnej.

Niedługi pobyt w najbardziej tajemniczym kraju świata pozwolił nie tylko nawiązać polskiemu środowisku sportowemu ciekawe kontakty, lecz także przyczynił się do odczarowania wizerunku państwa, które zwykle kojarzymy z prowokacjami militarnymi, okrutnym traktowaniem więźniów politycznych i luksusowymi rozrywkami elit władzy. Rzadko mówi się jednak o samych Koreańczykach. Korea to przede wszystkim dom wielu milionów zwykłych obywateli, którzy mają swoje troski i radości. Są wśród nich też osoby niepełnosprawne, które chcą żyć normalnie, uczyć się, pracować czy uprawiać sport. Mimo dzielących nas różnic ustrojowych, odległości i koloru skóry polscy goalballiści zyskali nowych przyjaciół. Być może kiedyś będziemy mieli okazję spotkać się gdzieś w sportowym świecie i wspomnieć, że goalball do tego dalekiego kraju dotarł dzięki naszym rodakom. 

Andrzejuk

 

aaa

 

wiadomości

 

Kręgle

A może by tak do Tomaszowa?

Eliminacje do mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących, rozegrane w połowie marca w Tomaszowie Mazowieckim, to pierwsze zmagania kręglarskie w 2016 roku. Organizatora – Polski Związek Kręglarski – reprezentowała przewodnicząca Sekcji Niepełnosprawnych PZKręgl Czesława Konieczna. Współorganizatorem rozgrywek koordynowanych przez Jolantę Strusz był klub „Karolinka” Chorzów.

Sześciotorowa kręgielnia klasyczna położona w sąsiedztwie Pilicy, w otoczeniu przepięknych Niebieskich Źródeł, służy zawodnikom z całej Polski. Wyniki tutaj osiągane są zwykle zadowalające, a tym razem wręcz przekroczyły oczekiwania trenerów. Na pierwszych i jakże ważnych zawodach w nowym sezonie kluby zadbały o obecność swoich zawodników. Do udziału w eliminacjach zgłosiło się aż 113 uczestników ze wszystkich kategorii startowych. Zmagania służyły wyłonieniu z każdej z nich 10 najlepszych, którzy będą później rywalizować o tytuły mistrzowskie. Już podczas pierwszego bloku rzutów wola walki zawodników i chęć osiągnięcia jak najlepszych rezultatów przekładały się na cieszące oko widowisko. W rywalizacji kobiet w kat. B1 równych sobie nie miała Mieczysława Stępniewska z „Omegi” Łódź, która w pięknym stylu wykulała 498 kręgli. O drugą lokatę w bardzo wyrównanym pojedynku walczyły Jolanta Nowacka i Karolina Rzepa. Niestety, młoda zawodniczka „Łuczniczki” Bydgoszcz musiała ulec bardziej doświadczonej reprezentantce klubu „Cross Opole” i 3 kręgle różnicy na korzyść Nowackiej zdecydowały o drugiej lokacie. W kategorii B1 mężczyzn toczyła się wyrównana walka o pozycję lidera aż do chwili, kiedy w jednym z ostatnich bloków wystartował Zdzisław Koziej z „Hetmana” Lublin, który imponującym wynikiem 585 kręgli zdeklasował swoich przeciwników. Ogromnym, ale jakże pozytywnym zaskoczeniem był występ zawodnika „Karolinki” Chorzów Marka Zwolenkiewicza, który uzyskał wynik 508 kręgli. Niestety, wszystkich zasmucił występ Jana Zięby („Ikar” Lublin), jednego z czołowych zawodników kat. B1. Zagrał poniżej swoich możliwości, ale mimo to zakwalifikował się do dziesiątki najlepszych i będzie mógł pokazać w finale mistrzostw Polski, na co go stać. W kat. B2 kobiet zdecydowanie wygrała zawodniczka „Pionka” Włocławek Jadwiga Dudek, uzyskując wynik 652 kręgle. Wyrównaną walkę prowadziły Maria Harazim („Karolinka” Chorzów) – 637 i Anna Barwińska („Omega” Łódź) – 634 kręgle. Mężczyźni z tej kategorii prowadzili wyrównane batalie. Pretendentem do objęcia pozycji lidera był zeszłoroczny mistrz Polski Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn). Grający jednak przed nim Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) zbił 686 kręgli, czym bardzo wysoko ustawił poprzeczkę, której tym razem pan Mieczysław nie mógł przeskoczyć. Po dłuższej przerwie do gry w kat. B3 wróciła Irena Curyło („Pogórze” Tarnów). Come back okazał się bardzo udany. Zawodniczka uzyskała wynik 669 kręgli i był to najlepszy rezultat w tej kategorii. Startująca później Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) po bardzo dobrej grze uzyskała wynik 653 kręgle i niewiele jej zabrakło do pierwszej pozycji. W eliminacjach mężczyzn w kat. B3 konkurenci musieli uznać wyższość Alberta Sordyla („Pogórze” Tarnów) górującego nie tylko wzrostem, lecz również bardzo dobrą grą – 718 strąconych kręgli. Drugie miejsce zajął zawodnik „Moreny” Iława Tomasz Ćwikła, który dzięki bardzo dobrej dyspozycji uzyskał 706 punktów.

Rywalizacja w otoczeniu tomaszowskich źródeł odbywała się w duchu zasad fair play. Już wkrótce odbędą się mistrzostwa Polski, niebawem relacja z tej imprezy.

 

Szachy

Dawid Falkowski zwycięzcą szachowego półfinału

Po raz kolejny w pensjonacie „Gaborek” w Krynicy rozegrano szachowy półfinał mistrzostw Polski. Turniej odbył się w dniach od 19 do 27 kwietnia. Grano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund. Tempo gry wynosiło 2 godziny na partię dla zawodnika. Zawody sędziował Marek Maćkowiak, a koordynatorem imprezy był Jerzy Hanus.

Stawką w grze był awans do finału mistrzostw Polski. W tym roku zmieniono nieco regulaminy obu imprez. Bez eliminacji w finale zagra pierwszych pięciu uczestników ubiegłorocznych mistrzostw. Są to: Jacek Stachańczyk („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza), Piotr Dukaczewski („Syrenka” Warszawa), Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań), Adam Czajkowski („Syrenka” Warszawa) i Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn). W latach ubiegłych grało czterech czołowych zawodników i dwóch z najwyższym rankingiem FIDE na 1 stycznia danego roku. Od tegorocznych zawodów w Krynicy z półfinału do rozgrywek finałowych awansuje siedmiu graczy – wcześniej awansowało sześciu.

W krynickim turnieju stawce przewodzili dwaj zawodnicy – Dawid Falkowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza) i Bartosz Pawelec („Ikar” Lublin). Obaj wygrali ostatnią rundę i podzielili się pierwszymi dwoma miejscami. Zwycięzcą został Dawid Falkowski (7,5 p.). Należy podkreślić niezwykle sportową walkę w końcowej rozgrywce. Dawno nie zdarzyło się, aby grano tak twardo, do końca turnieju, bez żadnych układów. Obok Falkowskiego i Pawelca pozostałymi pięcioma awansującymi do finału są: Tadeusz Żółtek („Warmia i Mazury” Olsztyn), Sylwester Barnowski („Atut” Nysa), Piotr Kulpiński („Atut” Nysa), Teresa Dębowska („Syrenka” Warszawa) i Zdzisław Żarow („Lajkonik” Kraków).

         Podczas półfinału wybrano też nową komisję szachową na kolejną czteroletnią kadencję. W jej skład weszli: Jacek Stachańczyk (przewodniczący), Bartosz Pawelec (zastępca przewodniczącego), Michał Wolański (sekretarz) oraz Piotr Kulpiński i Andrzej Sargalski (członkowie).

Półfinał mistrzostw Polski w szachach

19-27.04.2016 r., Krynica

1. Dawid Falkowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza) 7,5 p.

2. Bartosz Pawelec („Ikar” Lublin) 7 p.

3. Tadeusz Żółtek („Warmia i Mazury” Olsztyn) 6 p.

4. Sylwester Barnowski („Atut” Nysa) 5,5 p.

5. Piotr Kulpiński („Atut” Nysa) 5,5 p.

6. Teresa Dębowska („Syrenka” Warszawa) 5,5 p.

7. Zdzisław Żarow („Lajkonik” Kraków) 5,5 p.

8. Andrzej Sargalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 5 p.

9. Jacek Ruszczycki („Lajkonik” Kraków) 5 p.

10. Emil Przewoźnik („Łuczniczka” Bydgoszcz) 5 p.

11. Marcin Chojnowski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 4,5 p.

12. Michał Wolański („Syrenka” Warszawa) 4,5 p.

13. Paweł Hagner („Syrenka” Warszawa) 4,5 p.

14. Józef Żełajtys („Jantar” Gdańsk) 4,5 p.

15. Jan Biskupski („Zryw” Słupsk) 4,5 p.

Teresa Dębowska

 

Warcaby

Joanna Malcer najlepsza w półfinale

W Olsztynie w dniach 2-8 kwietnia 2016 roku odbył się półfinałowy turniej mistrzostw Polski kobiet niewidomych i słabowidzących w warcabach stupolowych. W imprezie startowało 35 zawodniczek z 15 klubów Stowarzyszenia „Cross”. Najliczniej reprezentowanymi klubami były: „Jaćwing” Suwałki, „Syrenka” Warszawa oraz Kielce (po 4 osoby). Walczono o dziewięć przepustek do finału. Obyło się bez niespodzianek – awansowały faworytki.

Grano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund. Tempo gry wynosiło 90 minut. Na półmetku rozgrywek wydawało się, że zawody wygra Teresa Bonik, która po pięciu rundach miała komplet punktów (!) i dwa oczka przewagi nad grupą pościgową. Porażka z Marią Górzną sprawiła jednak, że liderka została doścignięta, a następnie wyprzedzona przez Joannę Malcer, która jako jedyna nie poniosła żadnej porażki, wygrywając 6 pojedynków i 3 remisując.

Przed ostatnią rundą tylko Malcer i Bonik były pewne awansu: obie miały po 13 punktów. W miarę bezpiecznie mogły się też czuć mające dobre wartościowanie Wnuk, Górzna i Pilipczuk (wszystkie z 11 punktami). O losach pozostałych miejsc premiowanych awansem zadecydowały partie: Górzna (11) – Dapkiewicz (10), Kacprzak (10) – Cis (10), Szela (9) – Kasperczyk (10) oraz Gołębiowska-Fryga (9) – Lauferska (9). W pojedynkach tych triumfowały Petronela Dapkiewicz, Barbara Kacprzak, Halina Kasperczyk i Barbara Gołębiowska-Fryga, zapewniając sobie tym samym udział w finale.

Każda z awansujących zawodniczek ma już za sobą przynajmniej jeden start w turnieju finałowym. Stawkę finalistek uzupełnią medalistki z roku ubiegłego: Ewa Wieczorek („Victoria” Białystok), Barbara Wójcik („Hetman” Lublin) i Ewa Grabska („Łuczniczka” Bydgoszcz). Listę rezerwowych tworzy pięć zawodniczek, są to w kolejności: Krystyna Pękała („Zryw” Słupsk), Halina Jasińska („Hetman” Lublin), Grażyna Skonieczna („Syrenka” Warszawa), Maria Paduszyńska (Kielce) i Elżbieta Cis (Kielce). Normy na wyższe kategorie warcabowe wypełniły: Teresa Bonik (I), Bogusława Głębowska (IV) i Anna Bisińska (V). Największe zyski rankingowe odnotowały: Bonik (+38), Malcer (+31), Wnuk (+30), Jasińska (+21).

W olsztyńskim półfinale, podobnie jak w latach ubiegłych, zabrakło wielu liczących się w środowisku zawodniczek. Z nieobecnych można by spokojnie zestawić całkiem mocny skład finału, np.: I. Flak, J. Pich, B. Kasperczyk, E. Spiczak-Brzezińska, J. Mróz, I. Ostrowska, H. Poliniewicz, M. Gawaluch-Mazur, W. Jakubaszek, E. Bober, B. Wentowska, B. Dalecka.

Sędzią półfinałów w Olsztynie był arbiter międzynarodowy Jan Kotek, imprezę koordynował Piotr Łożyński. Zawody dofinansował PFRON.

Do finału awansowały:

1. Joanna Malcer („Warmia i Mazury” Olsztyn) 15 p.

2. Teresa Bonik („Jaćwing”” Suwałki) 14 p.

3. Irena Wnuk („Sudety” Kłodzko) 12 p.

4. Halina Kasperczyk („Atut” Nysa) 12 p.

5. Petronela Dapkiewicz („Jaćwing” Suwałki) 12 p.

6. Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa) 12 p.

7. Maria Górzna („Sudety” Kłodzko) 11 p.

8. Anna Pilipczuk („Tęcza” Poznań) 11 p.

9. Barbara Gołębiowska-Fryga („Atut” Nysa) 11 p.

Leszek Stefanek

 

Biegi

Biegiem przez stolicę

Pierwsze starty zawodników sekcji biegowej Stowarzyszenia „Cross” w tym roku miały miejsce w Warszawie. Ministerstwo Sportu i Turystyki przyznało środki na działania w ramach tzw. upowszechniania sportu, a dofinansowaniem objęto imprezy organizowane również w stolicy: Półmaraton Warszawski i Orlen Warsaw Marathon.

Na warszawski półmaraton, który odbył się 03.04.2016 r., przyjechali tylko niektórzy crossowscy biegacze, część miała już inne plany startowe i trudno było je zmieniać w ostatniej chwili.

Pogoda dopisywała i do mety dobiegło blisko 13 tysięcy osób. Najlepszym zawodnikiem półmaratonu był Kenijczyk Daniel Muimbi Muteti, jego czas: 1:02:14. Najszybszym Polakiem okazał się Szymon Kulka, który dobiegł na ósmej pozycji z dwuminutową stratą do zwycięzcy.

Wśród naszych zawodników znakomicie zaprezentował się słabowidzący Patryk Łukaszewski. Z czasem 1:12:54 zajął 28. miejsce! Drugi był Andrzej Gipsiak, który uzyskał czas 1:23:04 (215. miejsce), trzeci Jacek Ziółkowski z czasem 1:31:11 (948. miejsce). Cała trójka to zawodnicy klubu „Syrenka” Warszawa. Pozostali biegacze z „Syrenki” pokonali dystans już wolniej. Byli to: Wiesław Miech (2:03:18), Grzegorz Powałka (2:04:20), Danuta Kosson (2:22:16), Piotr Jankowski (2:49:18).

Orlen Warsaw Marathon

Trzy tygodnie później znacznie już liczniejsza reprezentacja Stowarzyszenia „Cross” uczestniczyła w maratonie Orlenu. Tegoroczna impreza miała formę festiwalu biegowego. 24.04.2016 r. poza wyścigiem na królewskim dystansie można było wybrać charytatywny marszobieg na 5 kilometrów lub bieg na 10 kilometrów. Organizator zadbał też o oddzielne zawody dla przedszkolaków, uczniów szkół podstawowych i gimnazjalnych. Każdy chętny i całe aktywne rodziny mogły znaleźć coś dla siebie.

W przeddzień niedzielnych biegów odbył się marszobieg Dar Serca. W rekreacyjnych zawodach w Parku Skaryszewskim nikomu nie mierzono czasu ani nie liczyło sie miejsce – ważny był udział. Za każdego uczestnika sponsor – Orlen – przekazywał 10 złotych na rodzinne domy dziecka. W marszu uczestniczyli również nasi zawodnicy, było ich kilkunastu. W radosnej atmosferze przeszli lub przetruchtali wyznaczoną trasę.

W koronnym biegu maratońskim wystartowali najlepsi, zarówno w grupie niewidomych (T11), jak i słabowidzących (T12). W kategorii T12 faworytem był Patryk Łukaszewski. Jego celem było poprawienie swojego ubiegłorocznego wyniku 2:28. Zawodnik ten jest poza zasięgiem pozostałych, dla których 3 godziny to bariera trudna do przełamania. Kilkuletnia współpraca młodego, ambitnego zawodnika z trenerem Przemysławem Giżyńskim przyniosła znakomite wyniki. Patryk ulokował się na 23. miejscu w klasyfikacji ogólnej i zdobył 1. miejsce w grupie T12 z czasem 2:32. Swojej życiówki w tym biegu nie poprawił. Drugie miejsce w tej grupie (według wyników podanych przez organizatora) zajął Rafał Sroczyński z Krasnegostawu, z czasem 2:55:06. Trzeci metę przekroczył Andrzej Gipsiak z „Syrenki” Warszawa z czasem 2:56:31. Powyżej 3 godzin i 10 minut pobiegli: Paweł Petelski („Jantar” Gdańsk), Jacek Ziółkowski i Grzegorz Małowiecki (obaj „Syrenka” Warszawa).

Podobnie jak w roku ubiegłym w grupie T11 pierwsze miejsce zdobył Marcin Grabiński (czas 2:58:02) z chorzowskiej „Karolinki”. Na drugim stopniu podium stanął Adam Rajczyba z Wrocławia (3:26:34). Najniższy stopień podium należał do Łukasza Jankowskiego ze Stowarzyszenia „Nie Widzę Przeszkód” (3:51:18).

Na mecie maratonu sklasyfikowano ponad 6,5 tys. zawodników. Niespodziewanym zwycięzcą został Artur Kozłowski z Sieradza (2:11:54). Wywalczył tytuł mistrza Polski w maratonie i wypełnił wymagane przez PZLA minimum olimpijskie na igrzyska w Rio de Janeiro.

Na mecie biegu na 10 kilometrów sklasyfikowano 9 tysięcy 352 osoby. Stowarzyszenie „Cross” reprezentowali: Aleksandra Karaś, Sławomir Jeżowski, Wiesław Miech, Piotr Jankowski, Maciej Dąbrowski, Mariusz Zacheja, Henryk Groszkowski, Ryszard Sawa, Grzegorz Powałka, Stanisław Spólnik, Michał Majchrzak, Zbigniew Świerczyński, Krzysztof Badowski, Mariusz Gołąbek, Maria Dobies. Zwyciężył Kenijczyk Dawid Muteti (28:53). Najlepszy wśród Polaków Szymon Kulka zajął trzecie miejsce z czasem 29:47.

Naszym zawodnikom gratuluję wyników i sportowej postawy!

Mariusz Gołąbek  

 

Kolarstwo

Kolarska wiosna

Torowe mistrzostwa świata rozegrane w marcu we włoskim mieście Montichiari, z których polska reprezentacja przywiozła złoty i brązowy medal, zakończyły pierwszą część sezonu kolarskiego 2016. Od tego momentu zaczęły się przygotowania do startów szosowych. Zawodnicy ZKF „Olimp” realizowali je w dwóch grupach – 16 tandemów uczestniczyło w zgrupowaniu w Polanicy-Zdroju (29 marca do 8 kwietnia), a kadrowicze w sile 5 tandemów trenowali na Cyprze (3-17 kwietnia). Pierwsza grupa, ćwicząca pod okiem trenera Grzegorza Krejnera, hartowała kolarskie charaktery w zmiennych warunkach atmosferycznych, przemierzając piękne tereny Kotliny Kłodzkiej. Trasy były zróżnicowane, od prawie płaskich, poprzez pagórkowate do najtrudniejszych, górskich, wiodących przez Czarną Górę i Zieleniec. Po zgrupowaniu, w dniu 9 kwietnia, odbył się wyścig: sześciokilometrowa jazda na czas pod górę na trasie Chocieszów – Batorówek. W kategorii kobiet zwyciężył tandem Marta Stramek – Klaudia Kmiołek, a wśród mężczyzn najlepsi byli Edward Sartanowicz i Michał Wyżlic. Inauguracyjny wyścig sezonu szosowego 2016 ominął kadrowiczów, którzy w tym czasie trenowali na Cyprze. Tegoroczną bazą naszej ekipy był przyjemny hotel Park Beach w Limassol, usytuowany tuż przy plaży, co w połączeniu z piękną, słoneczną pogodą tworzyło klimat jakby żywcem wyjęty z reklamy biura podróży. Nasz pobyt nie miał jednak charakteru wakacyjnego wypoczynku, wręcz przeciwnie – był okresem bardzo ciężkiej pracy. Wielogodzinne treningi w trudnym, górskim terenie miały kształtować siłę i wytrzymałość, tak by te cechy motoryczne były solidną podstawą dobrej formy w sezonie wyścigowym. Celem nadrzędnym w tym roku są oczywiście igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro. Polscy kolarze w kwalifikacjach do paraolimpiady wywalczyli cztery miejsca dla kobiet i cztery dla mężczyzn, lecz nie są to nominacje imienne. Reprezentację narodową powoła Polski Komitet Paraolimpijski, kierując się kryteriami, które niestety nie zostały jeszcze ogłoszone. Niemal pewnymi kandydatami są ci, którzy w kwalifikacjach zdobyli najwięcej punktów i zapracowali
na najlepszy wynik naszego kraju w dotychczasowej historii udziału parakolarzy w igrzyskach. W Atenach mieliśmy jednego przedstawiciela, w Pekinie troje, a w Londynie czworo. Liderzy polskiej reprezentacji – medaliści mistrzostw świata z 2015 roku – mogą przygotowywać się do Rio w spokoju ducha, natomiast pozostali kandydaci muszą wykazać się dobrymi wynikami już od początku sezonu, żeby mocnymi argumentami przekonać decydentów o swojej wartości.  

Mirosław Jurek

Zwycięzcy eliminacji IMP w kręglach klasycznych 2016

Kobiety

B1

1. Mieczysława Stępniewska („Omega” Łódź) 498 p.

2. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 473 p.

3. Karolina Rzepa  („Łuczniczka” Bydgoszcz) 470 p.

4. Regina Szczypiorska  („Morena” Iława) 430 p.

5. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 428 p.

6. Alicja Bury („Syrenka” Warszawa) 423 p.

7. Grażyna Krysiak („Karolinka” Chorzów)   381 p.

8. Magdalena Rataj („Łuczniczka” Bydgoszcz) 376 p.

9. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 372 p.

10. Irena Henisz („Morena” Iława) 359 p.

B2

1. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 652 p.

2. Maria Harazim („Karolinka” Chorzów) 637 p.

3. Anna Barwińska („Omega” Łódź) 634 p.

4. Maria Kieloch („Morena” Iława) 623 p.

5. Aleksandra Jarząb („Tęcza” Poznań) 614 p.

6. Jolanta Lewandowska („Pionek” Włocławek) 612 p.

7. Irena Zięba („Ikar” Lublin) 603 p.

8. Janina Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 571 p.

9. Jadwiga Szamal („Omega” Łódź) 547 p.

10. Anna Nowak („Podkarpacie” Przemyśl) 543 p.

B3

1. Irena Curyło („Pogórze” Tarnów) 689 p.

2. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 653 p.

3. Zofia Sarnacka  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 640 p.

4. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 616 p.

5. Elżbieta Koryciorz („KoMar” Piekary Śląskie) 605 p.

6. Bożena Rudko   („Tęcza” Poznań) 581 p.

7. Agnieszka Pokojska („Morena” Iława) 574 p.

8. Monika Grzybczyńska („Omega” Łódź) 569 p.

9. Jolanta Fijał („Pogórze” Tarnów) 555 p.

10. Małgorzata Kasprzycka („Morena” Iława) 546 p.

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 585 p.

2. Marek Zwolenkiewicz („Karolinka” Chorzów” 508 p.

3. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 481 p.

4. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 455 p.

5. Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl) 429 p.

6. Jan Zięba („Ikar” Lublin) 424 p.

7. Piotr Dudek („Pionek” Włocławek) 421 p.

8. Sylwester Dolasiński („Łuczniczka” Bydgoszcz)  419 p.

9. Wiesław Nastarowicz („Omega” Łódź) 399 p.

10. Jan Kawecki („Pogórze” Tarnów) 361 p.

B2

1. Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 686 p.

2. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 669 p.

3. Stanisław Fortkowski („Pogórze” Tarnów) 645 p.

4. Mieczysław Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 643 p.

5. Paweł Stefański („Tęcza” Poznań) 641 p.

6. Teodor Radzimierski („Karolinka” Chorzów) 629 p.

7. Jan Smoła („Morena” Iława) 610 p.

8. Grzegorz Nowak („Omega” Łódź)   594 p.

9. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 583 p.

10. Mirosław Tarkowski („Pogórze” Tarnów) 574 p.

B3

1. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 718 p.

2. Tomasz Ćwikła („Morena” Iława) 706 p.

3. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 699 p.

4. Daniel Jarząb („Tęcza” Poznań)  679 p.

5. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 675 p.

6. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 670 p.

7. Mieczysław Klimczak („Tęcza” Poznań) 651 p.

8. Ireneusz Stankiewicz („Jaćwing” Suwałki) 640 p.

9. Ryszard Lewandowski („Pionek” Włocławek)  625 p.

10. Zbigniew Walczak („Omega” Łódź) 586 p.

Bożena Polak

 

aaa

 

sylwetki

 

Bieganie to całe moje życie

Jacek Ziółkowski nie wygląda na faceta, który skończył pięćdziesiątkę. Ja mu odejmuję piętnaście lat. Jak on to robi, że tak się trzyma?

Rozmawiamy w portierni „umierającej” Spółdzielni Pracowników Niewidomych „Warsen” przy ulicy Sapieżyńskiej 10 w Warszawie. Trzydzieścioro ludzi produkuje tu jeszcze szczotki i pędzle, a poza tym firma wynajmuje większą część budynku i z tego ma przychód. Ziółkowski od czterech lat pracuje w spółdzielni na pół etatu jako portier, dorabia sobie do renty.

Ale nie o pieniądzach rozmawiamy, a o bieganiu. Jacek jako 16-letni młokos zaczął karierę sportową w Polonii Warszawa. Przekonał go do tego brat cioteczny, który specjalizował się w chodzie na 50 km.

– Nie marzyłem o chodzie sportowym, a o bieganiu. Trafiłem na trenera Jobta, obecnie trenera kadry młodzieżowej, który mnie namówił na krótkie dystanse – od 1 do 5 km. Nie miałem specjalnie wyśrubowanych wyników: 1 km – 2:44, 5 km – 17:40. W wieku 18 lat wystartowałem w swym pierwszym maratonie. Przebiegłem go w ponad 4 godziny. W następnym startowałem w reprezentacji Wojska Polskiego, jako żołnierz z jednostki na warszawskim Bemowie. Specjalizacja: radary – opowiada mi Jacek. 

Powaliła mnie cukrzyca

W wieku 27 lat Jacek zachorował na grypę. Była paskudna, długo się kurował, całe trzy miesiące. Wyszedł z grypy z unicestwioną przez cukrzycę trzustką. Do końca życia będzie musiał brać insulinę i odpowiednio się odżywiać. Cukrzyca jest wredna, kiedy zaatakuje młody organizm. Przez ponad dwa lata był zdołowany swoją chorobą. Musiał pożegnać się z pracą mechanika (skończył technikum samochodowe). Nieźle zarabiał w Polmozbycie na Malowniczej, ale robota była ciężka, przy regulacji silników i gaźników. Nawdychał się przez kilka lat tych oparów ze skrzyni korbowej, oj, nawdychał! Mimo psychicznego odrętwienia cały czas nurtowała go myśl, czy będzie mógł jeszcze startować w biegach ulicznych. Powiedział wtedy sobie: jeżeli ukończę maraton, to zwyciężę wszystkie słabości – i cukrzycę!

– Po dwóch latach od stwierdzenia u mnie cukrzycy zacząłem delikatnie trenować. I zamarzyłem o trzecim maratonie. Miałem przykazane przez lekarzy diabetyków, by wykluczyć ekstremalne wysiłki. Nie byłem posłuszny i w 1996 roku przebiegłem maraton w czasie 4 godz. 42 min. Na mecie rozpierało mnie szczęście, choć byłem na granicy utraty przytomności. Bardzo spadł mi cukier, przed oczami zrobiło się biało, byłem ekstremalnie osłabiony – wspomina maratończyk Ziółkowski.

Podczas następnych startów zaczął się bardzo mocno pilnować. Przed długodystansowymi biegami stosuje dietę: węglowodany, makarony, dużo warzyw, drób i ryby. Odrzuca produkty zakwaszające organizm, a więc inne mięso i wędliny. W trakcie zawodów zjada żele, daktyle, rodzynki, banany. Do tej pory zaliczył pięćdziesiąt maratonów. Były lata, że startował nawet w pięciu biegach. Teraz maksimum to dwa, trzy.  

Do klubu „Syrenka” Warszawa...

...zapisał się jako 37-latek. W ciągu dziesięciu lat choroba poczyniła takie spustoszenie, że zaatakowała wzrok. Retinopatia cukrzycowa spowodowała pogorszenie ostrości wzroku i z roku na rok degeneracja nieubłaganie postępuje. Jacek, chwała Bogu, porusza się bez białej laski. Startuje w grupie T12. Doświadczenie podpowiada mu, że 42 km trzeba przebiec rozsądnie. Żadne zrywy, przyspieszenia, bo to się kończy słabym wynikiem. W klubie poznał fajnych chłopaków, z którymi jeździ na zawody po Polsce i Europie. – Wiele zawdzięczam szefowi sekcji biegowej „Syrenki” Wieśkowi Miechowi, zresztą nie tylko ja, moi koledzy także. Startowaliśmy wspólnie w Atenach, Rzymie (trzy razy), Szwajcarii, Czechach. Co roku całą grupą jeździmy na obozy kondycyjne do Szklarskiej Poręby i Muszyny. Ścisła crossowska kadra, czyli trzech zawodników, dostała od PKPar w związku z olimpiadą jednorazowe dofinansowanie na buty, odzież, odżywki. Jestem w niej razem z Pawłem Petelskim z Gdańska i Patrykiem Łukaszewskim z Gniezna – opowiada Ziółkowski. 

Najlepszy z tej trójki jest Patryk, którego życiówka na 42 km 195 m wynosi 2 godz. 28 min. Jacek swój najlepszy wynik osiągnął sześć lat temu na mistrzostwach Polski w Poznaniu – 2 godz. 57 min. 4 sek. Tyle że Łukaszewski ma 27 lat i słaby wzrok, a Ziółkowski, kiedy osiągał swój rekord, miał 44 lata i do tego cukrzycę. 10 km Jacek pobiegł najlepiej w 36 min. 44 sek., półmaraton w 1 godz. 24 min. 20 sek.

Pytam go, czy zna jakiegoś biegacza diabetyka, który bierze udział w biegach długodystansowych. – Znalazłem w internecie faceta z pierwszym typem cukrzycy, czyli insulinozależnym. Gość mieszka w Stanach i podobnie jak ja w maratonie zszedł poniżej 3 godzin.

Nie każdy start przebiega bez fizycznego cierpienia. Zwykle jest solidnie przygotowany, zdarzył mu się jednak taki, kiedy prawie doczołgał się do mety. To był bieg wokół jeziora Narie na Mazurach, temperatura 35°C w cieniu. Innym razem, podczas górskiego ultramaratonu w Krynicy (100 km), wycieńczony zszedł z trasy na 33. kilometrze.

Jacek trenuje pięć razy w tygodniu. Mieszka z żoną i córką w pobliżu Lasu Kabackiego, a tam są fajne trasy biegowe, zresztą bardzo popularne wśród warszawiaków. Jakie ma marzenia?

– Jeśli chodzi o bieganie, to chciałbym choć jeszcze raz w życiu przełamać granicę trzech godzin, chociaż już czterokrotnie pokonałem magiczną barierę, na co stać zaledwie 2 procent polskich maratończyków. Nie będzie to łatwe, ale próbować trzeba. Tegoroczny warszawski maraton Orlenu (24 kwietnia 2016) pobiegłem w czasie 3:11:10 i zająłem 5. miejsce w klasyfikacji zawodników z niepełnosprawnością wzroku. W maju wystartuję w maratonie krakowskim. Mam nadzieję na miejsce na podium.

Jacek Ziółkowski nie ogranicza się tylko do biegania. Chodzi do siłowni, na pływalnię, jeździ rowerem. Ale latem tego roku czeka go nie lada wyzwanie: remont jednorodzinnego domku koło Lasu Kabackiego. Podobno chce dokonać tego sam. Życzymy powodzenia.

Andrzej Szymański

 

aaa

 

turystyka

 

Dwa tygodnie w Korei Północnej

„Jedziesz do Korei Północnej? Czyli do tej złej, tak? Tam się przecież nie da wjechać!” – tak jeden z kolegów zareagował na wieść o tym, że powierzono mi kierowanie projektem rozwoju goalballu w Koreańskiej Republice Ludowo-
-Demokratycznej.

Mówi się, że Korea Północna to najbardziej izolowane państwo świata, chociaż każdy z nas niejednokrotnie słyszał medialne doniesienia z tego dalekiego kraju. Najczęściej dotyczą one manewrów wojskowych, militarnych prowokacji i gróźb czy obozów pracy, których więźniowie poddawani są okrutnym torturom. Przez całą Azję biegnie do nas obraz Korei przypominającej ogromny poligon wojskowy, sterowany przez jednego bezwzględnego i nieprzewidywalnego wodza. Nic dziwnego, że większość znajomych z dużym niedowierzaniem przyjęła moje plany podróży na północną część Półwyspu Koreańskiego. Sam zresztą jeszcze na kilka miesięcy przed wyjazdem nie spodziewałem się, że odwiedzę ten zakątek świata, przynajmniej nie tak szybko. Stało się jednak inaczej.  

Intrygujące wyzwanie

W goalballowym światku słyszy się często o problemach z zaopatrzeniem w sprzęt sportowy. Nie jest on ani tani, ani łatwo dostępny. Dlatego zarząd Polskiego Stowarzyszenia Gier Piłkami Dźwiękowymi postanowił zakupić duży pakiet piłek, gogli i ochraniaczy, aby wspomóc nimi którąś z potrzebujących wsparcia drużyn. Kwestiami organizacyjnymi miałem się zająć ja. Pomyślałem, że warto by spróbować zaszczepić goalball w którymś z niewielu już krajów, do których nie dotarły jeszcze piłki dźwiękowe. Przeglądając mapę świata, zatrzymałem się na Korei Północnej. Do tej pory nie słyszałem, aby grano tam w goalball, wiedziałem natomiast, że w ostatnich latach Koreańczycy przywiązują dużą wagę do rozwoju sportu niepełnosprawnych.

Mimo niewielkiej wiary w powodzenie mojego pomysłu zarząd stowarzyszenia dał mi zielone światło. Niezwłocznie przystąpiłem do pracy. Wiedziałem, że aby skutecznie nawiązać kontakt z Koreańczykami, powinienem uruchomić ścieżkę dyplomatyczną. Na szczęście Polska należy do niewielkiego grona krajów europejskich, w których znajduje się ambasada Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej. Podczas osobistej wizyty przedstawiłem radcy ambasady swoją propozycję przeprowadzenia w Korei szkolenia z zakresu goalballu.

Już po kilku dniach otrzymałem informację, że Koreańska Organizacja na Rzecz Ochrony Niepełnosprawnych przyjmuje zaproszenie do udziału w projekcie. Oznaczało to, że mogę zacząć planować podróż. Zaproponowano mi, że zostanę dokooptowany do czteroosobowej polskiej delegacji, zaproszonej przez Koreańskie Towarzystwo Nauk Społecznych na seminarium z okazji przypadającej 10 października 70. rocznicy utworzenia Partii Pracy Korei. Ważna rocznica i związane z nią uroczystości to zazwyczaj okazja do sprowadzenia dużych grup obcokrajowców.

Do stolicy Korei Północnej, Pjongjangu, można się dostać samolotem tylko z dwóch miast: Pekinu i Władywostoku. Ja wybrałem podróż przez Chiny. Wizę koreańską otrzymałem bez problemu. Zapakowałem piłki i ochraniacze do goalballu w wielkie kartonowe pudło i ruszyłem w daleką drogę. Po wielogodzinnym locie dotarłem przez Moskwę do Pekinu, gdzie spotkałem czworo innych Polaków, zmierzających do tego samego celu co ja. W podróż do stolicy Korei zabraliśmy się Air Koryo – według doniesień medialnych najgorszą linią lotniczą na świecie. W rzeczywistości koreański przewoźnik zdaje się nie odbiegać standardami od linii europejskich. Przy wejściu na pokład dość wysłużonego, ale dobrze utrzymanego tupolewa można otrzymać gazety, które oczywiście wychwalają osiągnięcia socjalistycznego raju. Podczas lotu obsługa serwuje napoje i przekąskę w postaci koreańskiej wersji hamburgera, a na ekranach zawieszonych nad fotelami pasażerowie mogą oglądać koncerty pieśni patriotycznych. Z góry Korea robi dobre wrażenie. Szachownica zielonych pól poprzecinanych żółtymi uprawami ryżu kontrastuje z szarością chińskiego krajobrazu. Po około dwóch godzinach spokojnego lotu samolot wylądował na lotnisku w Pjongjangu. „A więc jestem w Korei Północnej” – pomyślałem i przeszył mnie dreszczyk emocji. Po wyjściu z samolotu ujrzałem nowoczesny, niedawno otwarty terminal. Aby oficjalnie dostać się na terytorium kraju, trzeba oczywiście przejść przez kontrolę paszportową. Jeszcze w samolocie każdy z obcokrajowców otrzymał do wypełnienia aż trzy dokumenty, jednym z nich była deklaracja stanu zdrowia. Następnie sprawdzany jest paszport i zabierana jest karta migracyjna. Wreszcie, już po odebraniu bagażu, ostatnia kontrola. Walizki wkłada się do skanera, a żołnierzom należy oddać deklarację z wyszczególnieniem posiadanych środków pieniężnych, telefonów komórkowych, aparatów fotograficznych czy książek. Odebrano mi na chwilę sprzęt elektroniczny, żołnierz zapytał też o tematykę książek, które miałem ze sobą, i po zwróceniu mi całego dobytku pożegnał mnie skromnym uśmiechem. 

Pod troskliwą opieką

W hali przylotów na naszą grupę czekał przewodnik – Kim Ryong Nam (ponoć około 20 proc. Koreańczyków nosi takie samo nazwisko jak ich przywódca). Był 23-letnim studentem filologii chińskiej oraz angielskiej, w roli przewodnika obcokrajowców miał pracować po raz pierwszy. Zagranicznym gościom zawsze musi towarzyszyć miejscowy opiekun. Z racji tego, że na obchody przybyło względnie wielu obcokrajowców, do opieki nad gośćmi oprócz zawodowych przewodników zatrudniono również studentów Uniwersytetu Języków Obcych w Pjongjangu. Nasz Ryong Nam miał miłe usposobienie i wielkie chęci, ale słabo jeszcze radził sobie z językiem angielskim. Szybko zorientowaliśmy się jednak, że dobrze mu idzie formułowanie coraz to nowych zakazów i reguł zachowania. Na wstępie dowiedzieliśmy się, że bez przewodnika nie możemy opuszczać hotelu. Wraz z innymi obcokrajowcami zostaliśmy zakwaterowani w imponującym Koryo Hotel. Na położony w centrum Pjongjangu obiekt składają się dwie ponad 40-piętrowe wieże. Każda z nich jest zwieńczona obrotową restauracją, z której można podziwiać panoramę miasta.

Po krótkim odpoczynku i obfitej kolacji postanowiłem rozejrzeć się po hotelu. Oprócz niezliczonych restauracji i basenu obiekt oferuje też takie rozrywki jak bilard, a nawet minigolf. Na parterze znajduje się dobrze zaopatrzony sklep, oferujący artykuły spożywcze, kosmetyki, a także odzież i drobną elektronikę. Ze sklepu wyszedłem przed hotel. Stało przed nim kilku Koreańczyków. Pod pozorem zrobienia zdjęcia odszedłem kilka kroków, po czym wróciłem i oddaliłem się nieco w przeciwnym kierunku, starając się zobaczyć, czy nikt mnie nie śledzi. Wydało mi się, że jeden z Koreańczyków stojących przed hotelem stara się podążać za mną wzrokiem. Postanowiłem dłużej nie ryzykować i wróciłem do środka. W korytarzu poznałem Rosjanina, który, jak się okazało, w Korei bywał już wielokrotnie, a kilka dni wcześniej obronił tu nawet doktorat z nauk społecznych. Mój nowy znajomy zmierzał do pokoju przewodników, bo musiał ustalić coś ze swoją opiekunką. Była nią żona wysoko postawionego urzędnika, pani Li. Ta elegancka kobieta w średnim wieku doskonale mówiła po rosyjsku, jako studentka zwyciężyła ponoć w ogólnokrajowym konkursie języka rosyjskiego i w nagrodę została wysłana na studia do Moskwy. Pani Li wzbudzała dużą sympatię i zaufanie. Korzystając z okazji, że naszego Ryong Nama już nie było, postanowiłem przedstawić jego starszej koleżance prośbę, która właśnie przyszła mi do głowy. Wyjaśniłem, że jestem sportowcem i mam w zwyczaju codziennie biegać. Zapytałem, gdzie mógłbym to robić. Pani Li wydała się być nieco zakłopotana pytaniem, ale po chwili zastanowienia odrzekła, że mogę biegać w pobliżu hotelu.  

Okiem biegacza

Następnego ranka skoro świt włożyłem dres reprezentacji Polski i wybiegłem na ulice Pjongjangu. Kilkakrotnie obejrzałem się za siebie, by sprawdzić, czy nikt mnie nie śledzi. Okazało się, że nie było powodów do obaw. Mijający mnie Koreańczycy wydawali się zupełnie nie zwracać uwagi na białego dryblasa biegnącego ulicami ich budzącego się do życia miasta. Przebiegłem obok dworca kolejowego, z którego wieży właśnie rozbrzmiewały dźwięki pieśni o umiłowanym przywódcy. Następnie minąłem przystanek autobusowy, przy którym stały liczne kioski – tutaj zmierzające do szkoły dzieci kupowały słodkie bułeczki. Już wtedy zauważyłem, że ceny w przydrożnych sklepikach są dużo wyższe niż w hotelowym markecie, co wzbudziło moje niemałe zdziwienie.

Biegnąc dalej, zwolniłem przy budce z filmami DVD. Sprzedawano tam głównie rodzime produkcje, ale wpadła mi w oko również okładka, z której uśmiechali się bohaterowie amerykańskiej kreskówki „Tom i Jerry”. Zaraz za budką minąłem wyjście z metra. Liczbą linii podziemnej kolejki Polacy dorównali Koreańczykom z północy dopiero w 2015 roku. Dwie nitki metra działają w Pjongjangu już od 40 lat. Obcokrajowcy nie mogą jednak w Korei samodzielnie korzystać ze środków transportu publicznego, więc pozostało mi biec dalej. Po chwili zauważyłem trzy dziewczynki wychodzące z przejścia podziemnego. Były ubrane w granatowe mundurki i czerwone chustki, będące symbolem przynależności do formacji pionierów. Dziewczynki nieśmiało krzyknęły w moją stronę „hello”. Uśmiechnąłem się szeroko i przystanąłem na chwilę, ale zawstydzone dzieci szybko się oddaliły. Ten gest koreańskich uczennic zrobił na mnie duże wrażenie. Zrozumiałem, że po pierwsze dzieci uczą się w szkołach języków obcych, a po drugie, że to nieprawda, że bezwzględnie nie wolno im rozmawiać z obcokrajowcami.

Nieco dalej minąłem potężną marmurową ścianę pokrytą wizerunkami uśmiechniętych przywódców – Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila. Takie „ołtarze” można spotkać na każdym stołecznym osiedlu, a nawet w prowincjonalnych miasteczkach. Z okazji świąt przy wizerunkach wodzów składane są kwiaty, młodzież pełni zaś wartę honorową. Dalej na tej ulicy ujrzałem starszą kobietę, która nożyczkami przystrzygała niewielki trawnik wokół drzewa. Wcześniej wielokrotnie widziałem podobne obrazki w internecie. Podpisy pod nimi głosiły, że oto wygłodniali Koreańczycy zbierają z trawników chwasty, które później włożą do garnka. W rzeczywistości przystrzyganie trawników jest wyrazem dbałości o wygląd miasta, które rzeczywiście zadziwia czystością i porządkiem. Nigdzie wcześniej nie widziałem tak schludnych ulic i tak równiutko przystrzyżonych trawników. Pozytywnie zaskoczył mnie też widok starszych ludzi, którzy na ulicach pod swymi blokami uprawiali poranną gimnastykę.

Dopóki biegłem wzdłuż ulic, nie wzbudzałem specjalnego zainteresowania, gdy jednak próbowałem skręcić w jakieś podwórko, zaraz słyszałem za sobą niezrozumiałe okrzyki przechodniów albo dźwięk policyjnego gwizdka. Postanowiłem nie narażać się na nieprzyjemności i posłusznie wracałem na swoją trasę. Po jakimś czasie minąłem wjazd na zamknięte osiedle, pilnowane przez policjantkę. Później widziałem jeszcze wiele podobnych miejsc ogrodzonych wysokim murem. Bez wątpienia są to specjalne osiedla, na których mieszkają wysocy funkcjonariusze partyjni, a osoby postronne nie mają tam wstępu.  

Zagadki społeczno-ekonomiczne

W końcu pełen wrażeń wróciłem do hotelu. Wziąłem szybki prysznic i jak gdyby nigdy nic zszedłem na śniadanie. Postanowiłem na wszelki wypadek nie wspominać naszemu sympatycznemu przewodnikowi o swoich porannych przygodach. Przedpołudniowy program wypełniało spotkanie z koreańskim profesorem nauk społecznych, który opowiadał gościom z Polski i Rosji o prawach człowieka w Korei Północnej. Według uczonego Koreańczycy cieszą się szerokimi swobodami, nie ma mowy o odpowiedzialności zbiorowej czy więźniach politycznych. Każda rodzina otrzymuje bezpłatnie wyposażone mieszkanie o powierzchni nie mniejszej niż 70 metrów kwadratowych. Problem mieszkaniowy ponoć nie istnieje i lokale przyznawane są na bieżąco. Opieka zdrowotna jest w pełni bezpłatna, lekarze rodzinni sami odwiedzają regularnie wszystkich swoich pacjentów, by kontrolować ich stan zdrowia, osoby starsze są zaś otaczane szczególną opieką państwa. Czy jest tak w rzeczywistości? Obcokrajowcom bardzo trudno to stwierdzić, gdyż są dość starannie izolowani od Koreańczyków. Zagraniczni goście nie mają nawet prawa korzystać z taksówek, których w Pjongjangu jest dość sporo. Nawet po wykupieniu drogiego dostępu do sieci komórkowej obcokrajowcy i tak nie mogą się dodzwonić na numery należące do lokalnej ludności.

Mówi się, że Polacy uwielbiają rozmawiać o pieniądzach, dlatego zapewne ten temat szczególnie mnie interesował. Tym bardziej że zauważyłem, iż ceny na mieście znacznie odbiegają od hotelowych. Okazało się, że znalezienie odpowiedzi na pytania dotyczące finansów Koreańczyków wymaga wiele dociekliwości i odrobiny sprytu.

Od razu jasne są jednak dwie sprawy: obcokrajowcy mogą robić zakupy tylko w sklepach dewizowych i nie mają prawa używać lokalnej waluty, czyli wonów.

Okazuje się, że ceny w sklepach dewizowych są podawane w abstrakcyjnej jednostce przeliczeniowej, która fizycznie nie istnieje. 1 dolar amerykański odpowiada mniej więcej 100 „wonom przeliczeniowym”. Za zakupy można płacić w kilku podstawowych walutach. Często zdarza się, że reszta jest wydawana w innej walucie niż ta, którą płaciliśmy, czy też w kilku walutach jednocześnie. Czasami zamiast reszty uprzejme sprzedawczynie proponują np. butelkę wody mineralnej albo inny produkt. Taka sytuacja spotkała mnie, gdy podczas samotnego spaceru robiłem zakupy w niewielkim sklepie nieco oddalonym od centrum. Kasjerka, nie mogąc w pliku zagranicznych banknotów odnaleźć nominału odpowiadającego należnej mi reszcie, podała mi z uśmiechem paczkę pestek słonecznika. Wznosząc się na wyżyny mojej znajomości języka koreańskiego, która ogranicza się do kilku podstawowych słów, grzecznie odmówiłem i poprosiłem o wydanie reszty w lokalnej walucie. Pani nieśmiało wyciągnęła z kasy banknot o nominale 5000 wonów i podała mi go. Ucieszyłem się jak dziecko – udało mi się zdobyć „zakazany owoc”. Postanowiłem nie próbować robić zakupów w sklepie dla miejscowych i łup przywiozłem do Polski w nienaruszonym stanie. Według nieoficjalnego kursu banknot jest wart około 3 złotych.

W kolejnej części relacji z podróży do Korei Północnej opowiem o tym, na jakie atrakcje może liczyć turysta odwiedzający ten daleki kraj, oraz o tym, z jakim rozmachem Koreańczycy obchodzą ważne święta państwowe.

Andrzejuk

 

aaa

 

zdrowie

 

Pyłek w nosie

 Kiedyś mówiło się, że katar nieleczony trwa tydzień, a leczony – siedem dni. Samą przypadłość łączono z przeziębieniem lub grypą. Zresztą do tej pory wiele osób tak sądzi, choć kiedy katar męczy nas tygodniami, miesiącami, a bywa, że i cały rok, trudno go tłumaczyć infekcjami wirusowymi lub bakteryjnymi. Winowajcą są alergie. Właśnie z ich powodu już 25 procent ogółu Polaków ma zatkany nos przez większą część roku.

Ten odsetek stale rośnie. „Kwitną kłosy – ciekną nosy” – kwitują to zjawisko ci, którzy przeżyli już wiele wiosen. Bo właśnie ta pora roku, skądinąd piękna, prowokuje nasz organizm do dziwnych zachowań – walki z wyimaginowanym wrogiem, jakim są pyłki nie tylko traw i zbóż, lecz większości drzew, jakie rosną w naszym klimacie, m.in.: leszczyny, olchy, brzozy, topoli, dębu.

Katar sienny, dziś nazywany alergicznym nieżytem nosa, jest uznawany za najczęstszą alergiczną chorobę świata. Jego objawy to: obfita wydzielina z nosa (wodnista lub wodnisto-śluzowa), wielokrotne kichnięcia, swędzenie w nosie, jego zatkanie, zapalenie spojówek (zaczerwienienie, łzawienie, światłowstręt, świąd oczu), ból głowy, zaburzenia snu, problemy z koncentracją, ogólne przemęczenie. Niekiedy towarzyszą temu napady astmatyczne. Toczący się ciągle w śluzówce nosa proces zapalny zaburza naszą obronę przed zarazkami. Przewlekły nieżyt nosa zwiększa także ryzyko wystąpienia zespołu obturacyjnego bezdechu sennego.

Lekarze mówią o katarze alergicznym okresowym i przewlekłym. Ten pierwszy trwa przez mniej niż cztery dni w tygodniu lub krócej niż cztery tygodnie. Pojawia się sezonowo, w okresie pylenia drzew i traw. Kiedy objawy męczą nas dłużej niż cztery dni w tygodniu i utrzymują się ponad miesiąc, a nawet przez cały rok, mówimy o nieżycie przewlekłym. Największe „zasługi” na tym polu ma brzoza, która zaczyna pylenie już wczesną wiosną. Dzieci najczęściej dotyka nieżyt nosa sezonowy (mają go głównie chłopcy), dorosłych – przewlekły (tu prym wiodą kobiety).

Alergolodzy tak tłumaczą mechanizm powstawania tego nietypowego kataru:
– Pyłek drzewa pylącego na wiosnę – leszczyny, olchy, brzozy, dębu, który wpada na błonę śluzową nosa, jest interpretowany przez nasz układ odpornościowy jako potencjalnie niebezpieczny. Dzieje się tak, ponieważ wytworzyliśmy wcześniej przeciwko temu pyłkowi odpowiedź immunologiczną. Mogło to być poprzedniej wiosny albo jeszcze dwie, trzy wiosny wcześniej. Zanim pojawiły się u nas objawy kataru alergicznego, nasz organizm pracowicie tworzył przeciwciała wrogie temu pyłkowi. W końcu ruszył do ataku, wysyłając substancję zwaną histaminą, która rozszerza naczynia krwionośne. To powoduje obrzęk i zaczerwienienie. Rozszerzone naczynia zaczynają „przeciekać” – stąd wodnisty katar i opuchnięty nos. Mamy uczucie piasku pod powiekami, bo obrzękły nam one od środka. Rozszerzone naczynia na błonie śluzowej oka powodują, że robi się ono czerwone i swędzi. To wszystko „funduje” nam nasze własne ciało w postaci dziwnie reagującego układu odpornościowego na, wydawałoby się, niewinny pyłek. Mamy też alergiczny nieżyt nosa z towarzyszącą astmą, bo przecież ten pyłek nie jest tylko wychwytywany na poziomie nosa. Przez nos dostaje się do dolnych dróg oddechowych i wtedy możemy przy okazji kataru którejś wiosny zacząć kasłać czy mieć skurcz oskrzeli i odczuwać duszności. Wtedy można już mówić o tzw. marszu alergicznym.

Zaczyna się on wcześnie, zazwyczaj już w dzieciństwie. Jeśli nasi rodzice lub dziadkowie mieli alergię lub astmę, to i my jesteśmy obciążeni ryzykiem podobnych dolegliwości. Z czasem do „tylko” alergicznego kataru mogą dojść objawy astmy sezonowej wywołanej tym samym pyłkiem. Czyli reagujemy z sezonu na sezon w coraz bardziej intensywny sposób.

Jeśli zlekceważymy te sygnały (o co nietrudno, bo bywają sezony łagodne, kiedy nasza alergia się nie odzywa), przychodzi w końcu taki rok, w którym daje nam porządnego łupnia: nie możemy chodzić do szkoły, uczyć się, wyjść do pracy. Leje się z nosa, łzawią oczy, boli głowa, jesteśmy zmęczeni i rozdrażnieni. Może się okazać, że przez maleńki roślinny pyłek nabawiliśmy się nawet zapalenia zatok. Dlatego,
jeśli podejrzewamy u siebie alergiczny nieżyt nosa (dla przykładu: kichamy na potęgę na przełomie lutego i marca, gdy pylą leszczyna i olcha, albo w kwietniu i maju – okresie aktywności pyłkowej brzozy, topoli,
dębu, trawy), idziemy do lekarza pierwszego kontaktu. Jeśli jest to dobry moment w roku (jesień), lekarz kieruje nas do alergologa, ale gdy zjawiamy się w okresie pylenia, powinien od razu dać nam leki przeciwhistaminowe hamujące symptomy alergii. W cięższych przypadkach stosowane są także sterydy.

Nie wszystkim jednak taka kuracja pomaga. Ci, którym to nie wystarcza, po sezonie pylenia koniecznie muszą być odczulani. Nazywa się to immunoterapią. Chodzi o wytworzenie tolerancji na alergen. Najważniejsze jest ustalenie przyczyny alergii i zabezpieczenie się na kolejny sezon. Testy skórne są najczęstszą metodą potwierdzającą, czy i na co jesteśmy uczuleni. Pielęgniarka nakłuwa lekko skórę na naszych przedramionach lub plecach i nanosi na nią punktowo kilkanaście kropli alergenów. Po 20 minutach sprawdza reakcję skóry. Czerwony naciek zazwyczaj oznacza dodatni wynik testu. Alergię można także wyczytać z badań krwi. Najczęściej oznacza się wtedy poziom przeciwciał IgE. Zarówno testy skórne, jak i z krwi są refundowane przez NFZ, jeśli mamy skierowanie od alergologa.

Najważniejszym zaleceniem ogólnym dla alergików jest unikanie kontaktu z alergenem. Jest to praktycznie niemożliwe, bo pylenie roślin trwa w Polsce ponad trzy czwarte roku i obejmuje w poszczególnych okresach różne obszary kraju. Osoby skłonne do uczuleń musiałyby wieść koczowniczy tryb życia, przemieszczając się z miejsc zagrożonych do bezpiecznych. Zamiast tego staramy się ograniczać kontakt z już rozpoznanym alergenem. Należy wietrzyć mieszkanie albo wczesnym rankiem, albo późnym wieczorem. Pomóc może nieco klimatyzacja, czy to w samochodzie, czy w domu. Ważne jest też zdjęcie ubrania, w którym chodziliśmy na zewnątrz i przebranie się w domu. Na takim ubraniu jest cała masa alergenu, który nas uczula, np. pyłków. Ważne jest też umycie twarzy, wypłukanie nosa, gardła, uszu. A najlepiej – mówią lekarze – po pracy wziąć prysznic.

Kiedyś uważano, że alergia związana jest z wiekiem: pojawia się w dzieciństwie i młodości, a potem przechodzi. Nic bardziej błędnego – mówią specjaliści. Alergicznego nieżytu nosa można też dorobić się później. Moment, kiedy zaczynamy reagować objawami alergicznymi, jest określany nie tylko przez ilość alergenu, lecz także przez to, jaki jest stan naszego układu immunologicznego. Czasami mamy predyspozycję, która może latami pozostawać ukryta. Do czasu, aż pojawi się jakiś czynnik spustowy, który tę alergię wywoła, np. ciąża.

Różnorodna manifestacja kliniczna oraz niezwiązane z wiekiem pojawianie się choroby często utrudniają rozpoznanie – stąd nie każdy alergik jest świadomy przyczyny swoich dolegliwości. Mylą się też nieraz lekarze i próbują długotrwały katar leczyć antybiotykiem lub preparatami antywirusowymi. Dlatego konieczna jest wizyta u specjalisty alergologa, który zleci stosowne badania i przepisze właściwą kurację.

Odczulanie na pyłki roślin jest skuteczne w 90 procentach. Może trwać od trzech do pięciu lat. Na początku przychodzimy do gabinetu zabiegowego raz na tydzień siedem – osiem razy. A potem raz na cztery – sześć tygodni. Przy naszym trybie życia, nacechowanym wiecznym pośpiechem i stresem, taka kuracja może się wydawać niemożliwa, a w najlepszym razie bardzo kłopotliwa. Ale warto ją podjąć, chociażby z tego powodu, by za jakiś czas nie wypaść w ogóle z gry z pozornie błahego powodu: nietolerancji pyłków roślinnych przez nasz nos.

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Wioślarstwo stacjonarne  

Wioślarstwo ma wiele zalet, kształtuje siłę, wytrzymałość i charakter. Jednak do uprawiania jego tradycyjnej odmiany – na wodzie – potrzebne są odpowiednie łódki, dostępne akweny i dobra pogoda. Stworzenie ergometru wioślarskiego, tzw. wioślarza, pozwoliło przenieść trening imitujący wiosłowanie pod dach, na suchy ląd.

Początkowo trenażer ten wykorzystywany był przez profesjonalnych sportowców, dziś jest dostępny w siłowniach, klubach fitness, łatwo go znaleźć w sklepach ze sprzętem sportowym i każdy może go nabyć do domu. Zajmuje stosunkowo niewiele miejsca, ćwiczenia na nim są bardzo korzystne i dają szybsze rezultaty niż ćwiczenia na innych urządzeniach cardio, takich jak rowerki stacjonarne, orbitreki, a nawet bieżnia mechaniczna.

Najkorzystniejszy jest sam ruch wiosłowania, który dzieli się na trzy fazy: odepchnięcie nogami (wyprost nóg), odchylenie (praca tułowiem w tył) i przyciągnięcie dłoni do ciała (ugięcie ramion z przyciągnięciem trzymanego drążka do brzucha). Po pracy następuje trójfazowe przejście do pozycji wyjściowej. Dzięki takiej sekwencji ruchów trening na ergometrze wioślarskim angażuje około 90 procent mięśni szkieletowych człowieka. Podstawowym efektem takich ćwiczeń będzie wyrzeźbienie mięśni i ogólna poprawa sylwetki. Najbardziej pracują mięśnie nóg, pośladków, pleców i ramion. Kolejną zaletą wiosłowania jest bardzo wyraźny wzrost wydolności tlenowej. Wioślarstwo to sport wytrzymałościowo-siłowy, a te rodzaje wysiłku najbardziej obciążają nasze ciało. Dlatego płuca i serce muszą szybko dostarczyć dużej ilości tlenu do pracujących mięśni, w tym przypadku praktycznie prawie wszystkich. Ćwiczenia na ergometrze bardzo dobrze rozwijają wydolność krążeniowo-oddechową, co ma niebagatelne znaczenie dla naszego zdrowia. Do takiego wysiłku nasze mięśnie potrzebują mnóstwa energii, czyli spalanych kilokalorii (kcal.) Ćwicząc na wioślarzu, spalimy ich o wiele więcej niż na innym urządzeniu, 30-minutowy trening jest bowiem w stanie spalić nawet 350-400 kilokalorii. Co więcej, jeśli jest bardzo intensywny, przyspiesza przemianę materii i będziemy spalać zapasy tłuszczu jeszcze przez wiele godzin po treningu.

Na wioślarzu mogą ćwiczyć wszyscy, bez względu na wiek i poziom sprawności fizycznej. Zacząć można praktycznie zawsze. W wielu przypadkach stosowany jest jako sprzęt rehabilitacyjny, dzięki któremu ludzie wracają do sprawności po urazach i wypadkach. Poziomy rozkład sił jest mało inwazyjny i kontuzjogenny, przy tym bezpieczny dla naszych stawów. Pokonujemy opór zewnętrzny, a nie siłę grawitacji. Ruch ten, kiedy zachowana jest prawidłowa technika, jest całkowicie bezpieczny dla naszego ciała. Jedyne przeciwwskazania to bóle i schorzenia kręgosłupa, dyskopatie oraz problemy z biodrami.

Typowy ergometr zbudowany jest z drążka przymocowanego linką lub łańcuchem do koła (bębna), w którym znajduje się system hamowania tworzący opór, wyświetlacza komputera, na którym można śledzić efekty treningu, oraz ruchomego siedziska, umieszczonego na specjalnej prowadnicy.

Budowa ergometru powoduje, że przyciągając drążek, w największym wymiarze angażujemy dolne partie ciała. Technika ruchu jest bardzo zbliżona do tego, co robią zawodnicy wioślarstwa tradycyjnego. Podczas każdego kolejnego cyklu pracują: mięśnie brzucha, mięśnie pleców i kręgosłupa: prostownik grzbietu, najszerszy grzbietu, obły większy, mięśnie obręczy barkowej i ramion: naramienny przedni i tylny, piersiowy większy, mięsień dwugłowy ramienia, ramienny, ramienno-promieniowy, trójgłowy ramienia, zginacze dłoniowe i grzbietowe nadgarstka. Spośród mięśni nóg: przednia partia uda, w tym mięsień prosty uda, mięsień napinający powięź szeroką, krawiecki, półbłoniasty, półścięgnisty, czworogłowy uda, trójgłowy łydki i piszczelowy przedni, biodrowo-lędźwiowy oraz mięśnie pośladków.

Na początku należy przyjąć odpowiednią pozycję na ergometrze. Siadamy na siedzisku, dostosowujemy wielkość podnóżka do rozmiaru swoich stóp, a następnie przypinamy je do podnóżka. Całe stopy powinny być dociśnięte. Następnie chwytamy drążek nachwytem. Pozycja wyjściowa to: siedzisko przysunięte, nogi zgięte w kolanach pod kątem 90 stopni i w biodrach pod kątem ostrym. Tułów wyprostowany, łopatki ściągnięte, ważne, aby się nie garbić i aby ruch tułowia odbywał się tylko w biodrach. Ramiona proste, stawy łokciowe i nadgarstkowe w pełni wyprostowane. Cały ruch można podzielić na dwie fazy: przyciągnięcia, w którym ciągniemy drążek w tył, wyciągając łańcuch (lub cięciwę) z bębna, oraz podjazdu, w którym drążek wraca jak najbliżej bębna, a nasze ciało do pozycji wyjściowej. Fazę ciągnięcia rozpoczynamy od wyprostu nóg i odjechania siedziskiem na odległość w pełni wyprostowanych nóg (podczas tego ruchu tułów i ramiona są nieruchome), następnie odchylamy lekko cały tułów w tył (ruch w stawie biodrowym, wykorzystywany jest również ciężar ciała) i dopiero wtedy – pod koniec fazy przyciągnięcia – zaczynamy ciągnąć drążek ramionami. Ruch powinien być płynny, a drążek dzięki temu przyciągany coraz szybciej i z większą mocą. Należy dbać, by ruch był skierowany idealnie w tył, bez zbędnego ciągnięcia drążka w górę czy w dół. Wynika z tego, że w końcowej fazie powinniśmy mieć drążek w okolicy brzucha, nie należy zbytnio kłaść się w tył lub ciągnąć drążka pod brodę. Następnie, po wykończeniu ruchu przyciągania, następuje faza podjazdu i zaczynamy w odwrotnej kolejności: prostujemy ramiona, przenosimy tułów do pozycji pionowej i zaczynamy uginać kolana i biodra, podjeżdżając siedziskiem tak, aby drążek z powrotem znalazł się blisko bębna, po czym przygotowujemy się do rozpoczęcia kolejnego cyklu. Kolejne sekwencje ruchów i cykle ruchowe powinny być płynne, bez przestojów i stanowić w zasadzie jeden harmonijny ruch całego ciała.

Jeśli rozpatrywać sposób tworzenia oporu (hamowania), istnieje kilka rodzajów ergometrów. Wyróżniamy wioślarze: powietrzne i magnetyczno-powietrzne,
w których napęd przenoszony jest łańcuchem do koła zamachowego; hydrauliczne, gdzie opór przenoszony jest przez siłowniki (tłoki hydrauliczne); elektromagnetyczne, w których znajduje się koło z magnetycznym systemem oporu; wodne, w których to ciecz daje opór i bardzo dobrze imituje siły, które tworzone są przez prawdziwe wiosła na łodzi; ergometry z gumowymi linkami, które rozciągając się, tworzą opór (opór można zwiększać przez doczepianie kolejnych linek).

Jak w każdej aktywności fizycznej, najważniejsza jest systematyczność. Na początku nie trzeba wiele wysiłku. Zapoznanie z urządzeniem powinno odbywać się pod okiem instruktora, który nauczy nas prawidłowej techniki. Na pierwszy raz wystarczy, jeśli będziemy ćwiczyć około 5 minut. Po każdym tygodniu systematycznych ćwiczeń należy zwiększać czas treningu o kolejne 5 minut, aż do 20 minut ciągłej pracy. Intensywność zależy od indywidualnych preferencji, opór jest regulowany, a tempo „płynięcia” zależy od naszych możliwości i zaangażowania. Jeżeli nie uprawialiśmy innych sportów i nie mieliśmy praktycznie żadnej aktywności fizycznej, należy trenować 2-3 razy w tygodniu. Kiedy już będziemy czuli się mocniejsi, stopniowo można zwiększać liczbę treningów na wioślarzu do 4-6 w tygodniu. Efekty gwarantowane. Pierwsze zauważalne zmiany w naszym ciele i naszej sylwetce zaobserwujemy już po miesiącu aktywności.

Intensywność pracy na wioślarzu możemy regulować na kilka sposobów. Pierwszy to czas ćwiczeń, o którym była już mowa: im dłuższy trening, tym bardziej wymagający dla naszego organizmu. Kolejne, co możemy modyfikować, to odległość, mierzona przez odpowiednie czujniki komputera (w zależności od rodzaju wioślarza), który przelicza siłę naszych pociągnięć na odległość, tak jakbyśmy pokonywali rzeczywistą trasę na wodzie. Zwiększając rytm i tempo naszych cykli, sprawiamy, że rośnie spalanie kilokalorii i zwiększa się obciążenie organizmu (uwaga: szybkie szarpane ruchy nie zawsze idą w parze z tempem płynięcia, liczy się odpowiedni rytm i siła pociągnięć). Kolejny parametr, którym możemy regulować obciążenie, to ustawienie wielkości oporu, jaki musimy pokonać za każdym pociągnięciem. Im wyższy jego poziom (skala zależy od modelu urządzenia), tym więcej siły muszą generować nasze mięśnie. Możemy więc odpowiednio zaplanować nasz trening: na określonym dystansie lub w określonym czasie i z odpowiednio dawkowanym oporem.

Wioślarz pozwala nam dobrze rozgrzać całe ciało, bardzo dobrze sprawdza się w treningu wytrzymałości tlenowej (aerobowej) i beztlenowej (anaerobowej), kształtowaniu siły przy dużym oporze oraz w treningu interwałowym, kształtującym wydolność tlenowo-beztlenową.

Długie płynięcie jednostajnym tempem to świetny trening aerobowy, czyli zwiększający nasze możliwości tlenowe (wydolność układu sercowo-naczyniowego i oddechowego). Trening interwałowy przez swój siłowy charakter może przygotować organizm do większej intensywności wysiłku, trzeba bowiem zaciągnąć dług tlenowy i użyć zapasów energii zgromadzonych w mięśniach, przy wykorzystaniu przemian energetycznych beztlenowych. Płyniemy wtedy na maksa i przy dużym oporze zewnętrznym. Taki trening znacznie poprawia wytrzymałość organizmu. W najprostszym rozumieniu trening interwałowy to taki, w którym każde kolejne powtórzenie wysiłku rozpoczynamy bez pełnej przerwy wypoczynkowej, zmęczenie się nawarstwia. Najszybsze efekty przynoszą treningi interwałowe o wysokiej intensywności, w których wyróżniamy czas pracy na maksa (czyli sto procent zaangażowania szybkościowo-siłowego) oraz odpoczynku, który powinien być aktywny – wiosłujemy w równym, spokojnym tempie, wyrównując oddech po fazie pracy. Istnieje wiele sposobów wymuszania coraz większego zmęczenia, np.:

 - trening pół na pół – 30 sek. pracy na 30 sek. odpoczynku razy 10-20 powtórzeń;

- trening skróconego odpoczynku – pięć razy 200 m na maksa, a pomiędzy odcinkami odpoczynek kolejno 60, 50, 40 i 30 sek.;

- trening tabata – 20 sekund pracy, 10 sekund odpoczynku razy 8-12 powtórzeń;

- trening piramidy czasu – stały czas odpoczynku 1 minuta, przy fazach pracy 20, 30, 40, 50, 60, 50, 40, 30 i 20 sek;

- trening piramidy dystansu, w którym po przepłynięciu 100 m zmieniamy fazę odpoczynku na pracę, odpowiednio na dystansie 400, 300, 200 i 100 m, i wiele innych propozycji.

Ćwiczenia na wioślarzu to również świetny sposób na rozgrzewkę przed treningiem siłowym lub innym, urozmaicenie treningu obwodowego lub zakończenie sesji treningowej akcentem aerobowym.

Dzięki takim zaletom, jak stacjonarność, dość prosta technika ruchu i cykliczny, wytrzymałościowy charakter ćwiczeń wioślarz szczególnie polecany jest osobom niewidomym. Co więcej, to nie musi być nudny trening bez celu, bo komputer ergometru mierzy poszczególne parametry pracy, co pozwala rywalizować na określonym dystansie (poprawiać swoje czasy i sprawdzać je z innymi) lub w określonym czasie (np. kto pokona największy dystans w czasie 5 minut). Mając odpowiednią liczbę ergometrów, można zorganizować zawody, których uczestnicy rywalizują w tym samym czasie, siedząc obok siebie i na bieżąco weryfikując pokonywany dystans. Czyli jak na profesjonalnych zawodach.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Sycylijskie struktury pionkowe (I)

Obrona sycylijska jest bardzo popularnym debiutem. Prowadzi do obosiecznych i ciekawych pozycji. W niektórych głównych wariantach powstają układy pionków, które można uważać za typowe. Oto jedna z takich struktur:

Białe: Kg1, a2, b2, c2, d5, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, a7, b7, d6, e5, f7, g7, h7

Ten układ pionkowy (z niewielkimi odchyleniami) powstaje w wielu odgałęzieniach obrony sycylijskiej. Oto kilka z nich:

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 e5 6.Sdb5 d6 7.Sd5 S:d5 8.ed5 Sb8

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.Ge2 e5 7.Sf3 h6 8.0–0 Ge7 9.h3 Ge6 10.We1 0–0 11.Gf1 Sb8 12.Sd5 S:d5 13.ed5 Gf5

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 a6 6.Ge2 e5 7.Sb3 Ge7 8.Ge3 Ge6 9.Sd5 S:d5 10.ed5 Gf5

W takich sytuacjach plan białych polega na aktywnych działaniach na skrzydle hetmańskim: b2-b4, c4-c5, aby otworzyć linie i wyrobić wolnego pionka. Kontrgrę czarnych na drugim skrzydle starają się utrudnić ruchami f2-f3 lub nawet f2-f4!?

Plan czarnych to wykorzystanie przewagi pionkowej na skrzydle królewskim poprzez marsz piechoty (pionek e5, wspomagany często pionkiem „f”, a czasami także i „g”) lub przerzut skoczka przez g7 na f5. Częstym efektem takiego planu jest skuteczny atak na króla. Czarne starają się przy tym utrudnić plany białych poprzez ustawienie pionków b7-b6 i a7-a5 na drugim skrzydle.

Dla białych korzystne jest, aby pozycja na diagramie powstała po ruchu czarnych G:Sd5, gdyż przeciwnik traci wtedy parę gońców. Grę czarnych w każdym układzie figur ułatwia wymiana czarnopolowych gońców (najczęściej na polu g5 lub h4).

Aby łatwiej zrozumieć pozycję, analizę rozpoczniemy od pełnej niedokładności partii dwóch młodych szachistów z rankingiem 1600-1800:

J. Chyży – J. Wojdak

Jastrzębia Góra 2016

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.f3 e5 7.Sb3 Ge7 8.Ge3 Ge6 9.Hd2 0–0 10.Sd5 Po 10.0-0-0?! a5! czarne pierwsze rozpoczynają atak na króla. Wkraczając skoczkiem na d5 w tym właśnie momencie, białe wymuszają zabicie na d5 gońcem 10…G:d5 11.ed5 Sb8 12.Sa5 Hc7 13.Ge2 Wc8?! Niezrozumiałe posunięcie. Ta wieża powinna wspomagać aktywną grę czarnych na drugim skrzydle 14.c4 b6 15.Sb3 Sbd7 16.0-0 Se8 17.Sc1 Z prawidłową ideą b2-b4, Sb3, Wac1, c4-c5.

17...g6?! Po 17...a5 białe musiałyby stracić kilka temp, nim pionek b2 znajdzie się na b4: 18.b3 (18.a3 a4!?) 18...g6 19.Sd3 f5 20.a3 Sef6 21.b4 ab4 22.ab4. Akurat w tym wariancie pasywna czarna wieża na a8 zyskuje na sile 18.b4 f5?! Jeszcze teraz zasługiwał na uwagę ruch 18...a5!? wykorzystujący fakt, że nie ma odpowiedzi a2-a3 19.Sb3 Sg7 20.f4!? Inaczej czarne same mogłyby zagrać f5-f4 i ustawić skoczka na f5 20...Gf6 21.Wac1 Ge7? Czarne nie mogą znaleźć planu i tracą ważne tempa. Konieczne było ustawienie na e5 lekkiej figury: 21...ef4 22.G:f4 Ge5, chociaż po 23.Sd4 pozycja była korzystna dla białych 22.fe5 de5? A to już jest ruch przegrywający. Teraz lawina białych pionków nieuchronnie rusza naprzód. Po 22...S:e5 23.c5! czarne miały kłopoty, ale wciąż jeszcze były szanse na obronę 23.c5! bc5 24.bc5 f4 25.Gf2 Hd8 26.d6 Gg5 27.Gf3 Sf6 28.G:a8 W:a8 29.Hc3 e4 30.Gd4 f3 31.G:f6 G:f6 32.Hc4+ Kh8 33.H:e4 1–0

W następnej partii czarne radziły sobie lepiej i zdołały uzyskać atak na króla:

F. Jenni (2461) – V. Milov (2614)

Biel 2001

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 d6 6.f3 e5 7.Sb3 Ge7 8.Ge3 0–0 9.Hd2 Ge6 10.Sd5 G:d5 11.ed5 Sb8 12.Ge2 a5!? Podstawowe posunięcie profilaktyczne 13.0-0 Sbd7 14.c4 Sh5 15.Sc1 g6 Czarne chcą ustawić skoczka na f5. Bardziej w duchu pozycji było 15…f5!? lub 15...Sf4!? 16.Sd3 S:e2+ 17.H:e2 Gg5 18.Gf2 b6! 16.Wb1 Z planem b2-b3, a2-a3 i Sa2-c3 16...We8?! Strata tempa. Lepsze natychmiastowe 16...Sg7 i jeśli 17.Gd3, to f5. Am. Milov podaje takie warianty: 18.Se2 f4 19.Gf2 Gh4 (Wymiana tych gońców jest korzystna dla czarnych!) 20.Sc3 G:f2+ 21.W:f2 Sf5 22.G:f5 gf5 lub 18.f4 Gf6 19.Se2 ef4! 20.S:f4 Se5 21.h3 (21.b3 Sg4) 21...g5 22.Se2 f4 z obosieczną pozycją 17.b3 Gf8 18.a3 Sg7 Po 18...e4?! 19.f4! pozycja stawała się zamknięta i atak czarnych tracił impet 19.Gd3 Sf6 20.Se2 Hd7 21.Sc3 Sf5 22.G:f5 gf5 Otwarta linia „g” daje czarnym dodatkowe możliwości ataku 23.Kh1 f4 24.Gf2?! Dokładniejsze było 24.Gb6 Wa6 25.Sa4 z dalszym c4-c5 24...Kh8 25.Wfd1 Sh5 26.c5 dc5 27.Sa4?! Zgodnie z komentarzem am. Milova należało grać 27.d6! We6 28.G:c5 b6 29.G:b6 W:d6 30.He2 He6 z ostrą pozycją 27...Wa6! Prawdopodobnie z uwagi na tę możliwość czarne nie grały programowego b7-b6. Nieoczekiwanie „hetmańska” wieża włącza się błyskawicznie do ataku na króla 28.G:c5 Wh6 Po efektownym 28...H:a4!? białe nie grałyby 29.ba4? Sg3+ 30.hg3 G:c5 31.d6 We6!, ale 29.G:f8! 29.d6 Sg3+ 30.Kg1 Sf5
Pozycja jest trudna do oceny. Obie strony uzyskały sukces na „swoich” skrzydłach 31.H:a5 G:d6 32.G:d6 W:d6 33.W:d6 H:d6 34.Hb6 He7 Sytuacja się trochę uspokoiła. Szanse czarnych na atak wydają się realniejsze od ewentualnej lepszej końcówki dla białych 35.Sc3 Se3 36.Se4 Wg8 37.g4? Prowadzi do utraty pionka. Po prawidłowym 37.g3 f5 38.Hf6+ Hg7 39.H:g7+ W:g7 40.Sd6 fg3 41.hg3 W:g3+ 42.Kf2 f4 43.Wg1 partia powinna zakończyć się pokojowo 37...f5! 38.Hf6+ Hg7 39.H:g7+ W:g7 40.Sf6 fg4 i czarne zrealizowały przewagę materialną.

A tak ten typ pozycji rozgrywa światowa czołówka:

M. Carlsen (2853) – A. Griszczuk (2771)

Saint Louis 2015

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 a6 6.Ge2 e5 7.Sb3 Ge7 8.Ge3 Ge6 9.Hd3 Białe czekają na ruch Sb8-d7, aby po Sd5 wymusić zabicie gońcem 9...Sbd7 10.Sd5 0-0 11.0-0 Dobrą grę dawało czarnym 11.S:e7+ H:e7 12.0-0-0 d5 11...G:d5 Możliwe było 11...S:d5 12.ed5 e4 13.H:e4 Sf6 14.Hd3 G:d5, ale słaby pionek d6 gwarantował białym niewielką przewagę 12.ed5 Wc8 13.c4 Se8!? Wielofunkcyjne posunięcie: grozi Gg5, można też grać w przyszłości f7-f5 lub g7-g6 z dalszym Sg7-f5 14.Hd2 b6 Jeśli 14...f5, to 15.f4 15.Wac1 a5! 16.Sa1 g6 17.b4!? Białe rezygnują z powolnego planu b2-b3, a2-a3, b3-b4 na rzecz figurowych nacisków na skrzydle hetmańskim. Minusem decyzji jest silny punkt oporu na c5 u czarnych 17...Sg7!? Czarne chcą kontrolować pole b4. W przypadku 17...ab4 18.Sc2 Sg7 19.S:b4 biały skoczek wkraczał na c6 18.ba5 Jeśli 18.a3, to 18...Sf5 z korzystną dla czarnych wymianą gońca e3 18...ba5 19.Gd3 Sc5 20.Gc2 a4 21.Wb1 Białe chcą walczyć o punkt c5 poprzez Wb5. Niedobre było 21.G:c5 W:c5 22.G:a4? Gg5 21...e4!? Prowadzi do uproszczeń 22.G:c5 Po ewentualnym 22.Wb5 Sf5! 23.G:c5 dc5 z dalszym Sd6 czarne nie miały problemów 22...W:c5 23.G:a4 W:c4 24.Gc6 Sf5 25.He2 Wc3 26.H:e4 Wa3 Utracony pionek wkrótce zostanie odzyskany. Szanse stron są wyrównane 27.He2 Gf6 28.Sb3 He7 29.H:e7 S:e7 30.Sd2 Po 30.Sc1 S:c6 31.dc6 Wc8 białe traciły pionka c6 30...W:a2 31.Sc4 Wd8 W tej pozycji spodziewano się szybkiego remisu. Nieoczekiwanie jednak mistrz świata podstawił (zaofiarował?!) pionka 32.g4?! (32.Wfd1=) 32...Gd4! 33.Wbd1 Gc5 U białych pojawiły się kłopoty 34.Wd2 (34.Wa1?! G:f2+!) 34...W:d2 35.S:d2 S:c6 36.dc6 Wc8 37.Se4 W:c6 38.Wd1 h6 39.h4 Kf8 40.Kg2 Ke7 Powstała końcówka, w której szanse białych na wygraną i czarnych na remis są mniej więcej jednakowe. Mistrz świata bronił się jednak niedokładnie i skapitulował w 66. posunięciu.

W przedstawionych partiach czarne zmuszone były do pozbycia się pary gońców. Jeżeli możliwe jest Sf6:d5, to gra ma trochę inny przebieg. Białym łatwiej jest dojść do c4-c5, czarne natomiast skuteczniej nacierają na króla:

I. Glek (2520) – M. Chandler (2575)

Bundesliga 1992

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 Sc6 6.Ge2 e5 7.Sf3 h6 8.0–0 Ge7 9.We1 0–0 10.h3 Ge6 11.Gf1 Sb8!? Czarne poprawiają pozycję skoczka, aby móc zagrać Sf6:d5 12.a4 Sbd7 13.a5 a6 14.Sd5 S:d5 15.ed5 Gf5 Czarne nie zdążyły ustawić pionków na polach a5 i b6, ale zostały za to z dalekosiężnym gońcem f5, który pracuje na obu skrzydłach 16.Sd2!? Utrudnia ruch e5-e4. Jeśli 16.b4, to Gh7 17.c4 e4 18.Sd4 Se5 16...Gh7 17.b4 f5 18.c4 Kh8 19.Sb3 Wc8 20.Ga3 f4 21.c5 Sf6! Gorzej wyglądało 21...f3 22.g3 dc5 23.bc5 S:c5 24.W:e5 22.cd6 W przypadku 22.c6 bc6 23.G:a6 S:d5! 24.G:c8 H:c8 czarne miały rekompensatę za jakość 22...G:d6 23.Sc5 He7 24.Wc1 Po zabraniu pionka 24.Se6 Wfe8 25.S:f4 czarne miały inicjatywę: 25...Hf7 26.Sd3 e4 27.Sc5 e3 28.fe3 Se4 24...Gg8 25.Gc4 Wfd8 26.Hb3 e4 Gra przeniosła się do centrum, ale czarne nie zapominają o białym królu 27.Gb2?! Lepsze 27.Se6 G:e6 28.de6 f3 z obustronnymi szansami. 27...e3?! Wygląda obiecująco, ale silniejsze było 27...G:c5! 28.bc5 S:d5 28.fe3 f3 29.gf3 (29.e4!?) 29...S:d5 Ten etap gry toczył się w niedoczasie i obie strony popełniły sporo niedokładności 30.Se4 Do dużych komplikacji prowadziło 30.We2 S:b4! 31.Wg2 Ge5 30...Ge5?! Po 30...G:b4! 31.Wed1 G:a5 32.G:d5 W:c1 33.G:c1 W:d5 34.W:d5 Hf7! czarne uzyskiwały przewagę 31.b5 G:b2 Należało spróbować 31...Sc3! 32.G:g8? S:e4 32.H:b2 ab5 33.G:b5 W:c1 34.H:c1 Hb4 35.Gf1 H:a5 36.Wd1 Wf8 37.Gg2 b6 38.f4 Ha7 39.Sf2 Sf6 40.Sd3 Sd7 41.Kh2 b5 42.Hc6 Gc4 i partia zakończyła się remisem.

N. Short (2701) – Ni Hua (2533)

Pekin 2003

1.e4 c5 2.Sf3 Sc6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 e5 6.Sdb5 d6 7.Sd5 S:d5 8.ed5 Sb8 W tym odgałęzieniu wariantu czelabińskiego trudno o przewagę debiutową dla białych. Omawiana struktura powstaje w korzystnej dla czarnych redakcji, co umożliwia szybką realizację niektórych strategicznych celów 9.c4 Ge7 10.Gd3 a6 11.Sc3 0-0
12.0-0 f5 13.f3 Sd7 14.Kh1 Wymiany czarnopolowych gońców można było uniknąć, ale czarne i tak miały pełnoprawną grę: 14.Ge3 Gg5 15.Gf2 Gh4 16.g3 Gg5 14...Gg5! 15.b4 b6! 16.a3 Kh8 17.Hc2 Hf6 18.g4? Bardzo ważny moment w partii. Białe nie stoją gorzej, co widać w wariancie 18.G:g5 H:g5 19.a4 (z ideą a4-a5) 19...a5?! 20.Sb5. Wykonane w partii posunięcie, zamiast ożywić gońca d3, przynosi jego całkowite wyłączenie z gry 18...G:c1 19.Wa:c1 e4! Typowa pozycyjna ofiara pionka za silną pozycję skoczka w centrum 20.fe4 f4! 21.Se2 f3! 22.Hd2 Se5?! Wygraną pozycję dawało wtrącenie 22...f2! 23.He3 Se5 24.g5 Hf3+ 25.H:f3 W:f3 26.Gb1 Gh3 23.g5 Hg6 24.Sg1 Gg4 Zasługiwało na uwagę 24...h6!? 25.gh6? S:d3 25.Gb1 W przypadku 25.Wf2 możliwe było 25…a5!? z próbą włączenia drugiej wieży do gry poprzez skrzydło hetmańskie 25...Wf7 26.c5 bc5 27.bc5 dc5 28.h3 Lub 28.W:c5 Waf8 29.Wf2 Hb6 30.Wc1 Gd7 z dużą przewagą czarnych 28...Waf8!? 29.Wf2 Jeśli 29.hg4, to S:g4 z matowym atakiem 29...Hh5 30.Hc3 G:h3 31.S:h3 Sg4! To jest skuteczniejsze od 31...H:h3+ 32.Wh2 Hg3 33.Wg1 32.Wh2 S:h2 33.K:h2 f2 34.Gd3 Wf3! 35.Gf1 W:c3 36.W:c3 Hd1 37.Kg2 Hg4+ 38.Kh2 H:e4 39.W:c5 Hd4 0–1

Do pełni obrazu o strukturze konieczne jest jeszcze omówienie pozycji powstającej po f2-f4xe5, jak grały białe w pierwszej przytoczonej partii. Ale to już problem na osobny, obszerny artykuł.

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

Nazywam się Damian Jakubik i będę miał przyjemność zamieszczać na łamach magazynu „Cross” przygotowane dla Czytelników analizy partii warcabowych. Zacznę trochę nietypowo, od analizy... porażki – i to własnej – poniesionej na tegorocznych mistrzostwach Polski seniorów. Chcę w ten sposób pokazać, że niepowodzenia są nieodłącznym elementem sportowej walki i tylko wyciąganie wniosków z przegranych pozwala osiągnąć sukces w przyszłości. Na szczęście była to moja jedyna porażka na tym turnieju, który ostatecznie zakończył się dla mnie bardzo szczęśliwie.

Damian Jakubik – Przemysław Oderkiewicz

40. IMP, 06.03.2016 r., Lutów

1. 32-28 17-22 2. 28x17 11x22 3. 37-32 6-11 4. 41-37 12-17 5. 46-41 8-12

Atak Czyżowa.

 6. 35-30 20-25 7. 32-28 1-6

Jeszcze lepiej wygląda ten wariant, gdy białe zostają tymczasowo ze związanym krótkim skrzydłem: 7... 18-23 8. 40-35 23x32
9. 38x18 13x22.

8.30-24 19x30 9. 28-23 18x29 10. 33x35 14-19 11. 38-32 10-14 12. 43-38 5-10
13. 49-43 13-18

Bardziej harmonijnie wygląda ten wariant: 13... 12-18 14. 39-33 7-12 15. 44-39 2-8
16. 31-27 22x31 17. 36x27=

14. 39-33 9-13 15. 44-39 3-8

Czarne szybko ruszyły ważnego piona.

16. 50-44 4-9

Koniec wyczekiwania, w końcu trzeba coś zaproponować:

17. 31-27

17. 34-29 14-20 18. 32-28 19-23

19. 28x19 13x24. Białe są nieco ograniczone.
17. 32-28 16-21 18. 31-26 21-27. Z powodu braku piona na 49 pozycja czarnych jest lepsza.

17... 22x31 18. 36x27 17-22 19. 37-31

Obrona niczego nie daje, a wręcz osłabia skrzydło: 19. 41-36 22x31 20. 36x27 11-17 21. 47-41 17-22 22. 41-36 22x31 23. 36x27 7-11.

19... 22-28!

Czarne zaostrzają pozycję – na warcabnicy zaczyna się walka.

20. 32x23 19x28 21. 33x22 16-21

22. 27x16 18x36 23. 34-30 25x34

24. 40x29

Białe zamierzają atakować długie skrzydło czarnych.

24... 13-19 25. 35-30 19-24 26. 30x19 14x34 27. 39x30 10-14 28. 38-33 11-17

29. 45-40 17-22 30. 40-34 6-11 31. 41-37 11-17 32. 43-39 8-13 33. 44-40?

Ten ruch można uznać za błąd. Mimo że z powodu gróźb kombinacyjnych utrudnia czarnym rozwój w centrum, to łamie ważną kolumnę białych 44/39/33, potrzebną do walki w środku warcabnicy.

33... 13-19

Oczywiście nie: 33... 12-18?? 34. 47-41 36x29 35. 34x1.

34. 30-24

34. 34-29?? 17-21 35. 16x18 12x45.

34... 19x30 35. 34x25 2-8

Odpowiedzialny ruch, czarne niszczą podporę do wybicia piona 16, kierując się do centrum.

36. 39-34?

Ponowna próba ograniczenia czarnych, jednak białe kierują się w stronę band.

36. 40-34 12-18 37. 37-32 18-23 38. 48-43= Wszystko przed nami.

36... 8-13 37. 42-38 13-18

Ta sama groźba: 37... 12-18?? 38. 37-31 36x27 39. 38-32 27x29 40. 34x1.

38. 48-42 18-23 39. 40-35 9-13!

Bardzo dobry ruch, który pozwala włączyć taktykę w grę pozycyjną.

40. 33-29 12-18 41. 38-33??

Na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale ten ruch prowadzi do porażki z powodu motywów kombinacyjnych ze strony czarnych.

41. 29-24 7-12 42. 34-30 13-19 43. 24x13 18x9 44. 38-33-/+

41. 37-32 7-12 42. 34-30 23x34 43. 30x39=

41... 7-12!! 42. 37-32

Białe planowały zrobić wymianę do tyłu, jednak okazało się, że przeciwnik przygotował kombinację nazywaną mostek. 42. 34-30?? 23x34 43. 30x39

17-21 44. 16x27 22x31 45. 37x26 36-41

46. 47x36 14-20 47. 25x14 13-19 48. 14x23 18x47.

42...13-19! 43. 35-30

Wciąż nie można wybić z powodu tej samej groźby: 43. 34-30 23x34 44. 30x39 36-41 45. 47x36 14-20 46. 25x23 18x47.

43... 15-20

Czarne wykalkulowały, że zamykając swoje długie skrzydło, doprowadzą białe do

zamrożenia (białe będą bez ruchu).

44. 42-38 17-21 45. 16x27 22x31 46. 47-42

Idea tego ruchu czasami pozwala białym na wyjście z niekomfortowej sytuacji, ale nie tym razem.

46... 12-17 47.33-28

Nie pomagało też oddanie piona: 47. 29-24 20x40 48. 30-24 19x30 49. 25x45 23-29.

50. 33x24 36-41.

47. 42-37 31x42 48. 38x47 17-22. Koniec.

47... 31-37! 48. 42x31

48. 32x41 23x43 49. 29-24 20x40 50. 30-24 36x38 51. 24x11. Białe będą stawiały dłuższy opór, ale wygrana czarnych nie podlega wątpliwości.

48... 36x27 49. 32x12 23x43 50. 12x23 19x28 51. 30-24 28-33 52. 29x49 20x40

I białe poległy.

0-2 (0.03/0.28)

Michał Czarski – Edward Twardy

Półfinał MP „Cross”, 16.04.2016 

W następnej partii z tegorocznego półfinału mistrzostw Polski osób niewidomych i słabowidzących przewaga na warcabnicy była raz po jednej, raz po drugiej stronie. Ostatecznie zwyciężyły czarne, mimo że dały złapać się w rogatkę przez agresywne wtargnięcie na pole przeciwnika.

1. 32-28 17-22 2. 28x17 11x22 3. 37-32
12-17 4. 41-37

Można też próbować sprowadzić partię na inne tory: 4. 31-26 6-11 5. 36-31 8-12 6. 32-27!, co w następnym ruchu grozi zagraniem 41-37 i złapaniem przeciwnika w rogatkę: 16-21 7. 27x16 22-28 8. 33x22 18x36 z ostrą grą!

4... 6-11 5. 31-26 8-12!

Przygotowuje do walki silne kolumny.

6.37-31 1-6?

Duża niekonsekwencja po stronie czarnych. Najpierw przygotowały silną formację na swoim krótkim skrzydle, by za chwilę pozwolić się tam związać? Należało oczywiście postawić klina: 6... 22-27 7. 32x21 16x27 8. 31x22 17x28 9. 33x22 18x27.

7. 32-27!

Siłę rogatki ocenia się poprzez obliczenie bilansu związania, czyli liczby pionków swoich i przeciwnika zaangażowanych w związanie. W tym przypadku można określić, że 5 pionów białych (4 piony na polach 26, 27, 31, 37 bezpośrednio i pion na polu 46 pośrednio uczestniczący w związaniu) trzyma 8 pionów czarnych (na polach 6, 7, 11, 12, 16, 17, 18, 22). Śmiało można więc powiedzieć, że na tę chwilę rogatka jest efektywna.

7... 2-8?

Zdecydowanie za szybko wykonany ruch. Pionek na polu 2 być może przyda się

do ustawienia kolumny 2-13, potrzebnej do gry przeciwko ewentualnemu klinowi białych.

Lepiej od razu kierować się w centrum: 7... 19-23 8. 34-29 23x34 9. 39x30 14-19 itd.

8. 34-30 19-23

Można było szybko uciec z rogatki: 8...
17-21 9. 26x28 19-24 10. 30x19 14x21.

9. 30-24 20x29 10. 33x24

Białe, licząc na brak wspomnianej już kolumny 2-13, postawiły klina, by spróbować jeszcze mocniej ograniczyć wybór czarnych. Jednak w początkowej fazie gry rzadko kiedy jednoczesne utrzymanie rogatki i klina jest możliwe.

10... 14-20 11. 39-33 20x29 12. 33x24 10-14 13. 44-39 14-20 14. 39-33 20x29
15. 33x24 5-10 16. 50-44??

Białe zagrały schematycznie, nie pamiętając o groźbach kombinacyjnych.

16... 23-28

Czarne nie wykorzystały jednak swojej szansy na szybkie zwycięstwo i postanowiły pozycyjnie zagrozić przeciwnikowi.

Oczywiście wygrywało: 16... 16-21

17. 27x16 23-29 18. 24x33 22-27 19. 31x22 17x50.

17. 38-32

Jedyna możliwość, by natychmiast nie stracić piona 27, to zagrać to właśnie poświęcenie.

17... 28x37 18. 44-39 10-14

Ta prosta kombinacja upraszczała grę z pionem więcej dla czarnych: 18... 37-41 19. 46x37 17-21 20. 26x28 18-22 21. 28x17 12x41 22. 42-37 41x32. Jeśli białe zaatakują piona 32, to czarne odbiją sobie białego klina.

19. 39-33 14-19 20. 43-38?

Czarne miały kombinację, którą zagrały kilka ruchów później.

20... 19x30 21. 35x24 9-14 22. 49-43 4-9 23. 40-35?

23... 16-21 24. 27x16 22-27 25. 31x22 17x39 26. 43x34 14-19 27. 42x31 19x39

Czarne mają pionka więcej oraz silnego piona na polu 39.

28. 45-40 9-14 29. 46-41 11-17 30. 41-37 7-11

Lepiej było od razu zaatakować osłabione krótkie skrzydło białych, np. tak: 30... 18-23 31. 37-32 14-19 32. 35-30 17-22 33. 30-25 23-29 34. 31-27 22x31 35. 36x27 29-34

36. 40x29 39-44.

Pomimo dużej przewagi wciąż trzeba zachować czujność: 30... 14-20?? 31. 40-34 39x30 32. 35x24 20x29 33. 38-33 29x38 34. 37-32 38x27 35. 31x2.

31. 16x7 12x1 32. 47-42 14-19 33. 31-27 19-23 34. 37-31 17-22 35. 38-32 22-28

36. 42-38 28x37 37. 31x42 6-11 38. 42-37 1-6 39. 37-32 11-17 40. 27-21 8-12

41. 36-31

6-11 42. 21-16 3-9 43. 16x7 12x1 44. 32-27 9-14 45. 27-21 14-19 46. 21x12 18x7

47. 31-27 19-24 48. 27-22 15-20 49. 26-21 23-29 50. 38-32 29-34 51. 40x29 24x33

52. 32-28 33-38 53. 28-23 39-44 54. 48-43 38x49 55. 23-18 49x16 56. 18x9 44-49

57. 9-3 16-11 58. 3x25 11x28 59. 25-3 28-32 60. 3-26 32-19

Walka na warcabnicy trwała jeszcze ponad 20 ruchów, ale w końcu białe musiały

skapitulować.

0-2

Damian Jakubik

 

aaa

 

kultura

 

Żeglowanie w głąb duszy

„Wystarczy jedno spojrzenie na globus, by zrozumieć, że samotny rejs dookoła świata rozumiany wyłącznie jako podróż nie ma sensu – wraca się przecież w to samo miejsce, z którego się wyruszyło. Ma sens jedynie wtedy, gdy stanie się podróżą w głąb własnej duszy” – czytamy w książce „Zew oceanu”.

Jej autor, Tomasz Cichocki, przez 312 dni przyglądał się sobie w lustrze oceanu. Pokonał ponad 34 tysiące mil, przetrwał 17 sztormów i wywrotkę jachtu na rozszalałym „Indyku”, przez pół roku jadał co drugi dzień i walczył z pogodą, to gotując się w temperaturze powyżej 40°C, to trzęsąc się z zimna, opatulony w dwa sztormiaki i trzy śpiwory.

W rezultacie kapitan Cichocki opłynął kulę ziemską, pokonując trasę wokół trzech przylądków: Dobrej Nadziei, Leeuwin i Hornu z jednym tylko – naprawdę koniecznym – przystankiem w porcie Elizabeth w RPA, gdzie musiał wymienić ster. Jego łódź była wyposażona w różne cuda techniki, ale po jednym z porządniejszych sztormów większość z nich odmówiła posłuszeństwa. Popsuły się radar, autopilot i generator prądu, a spora część zapasów żywności wylądowała w oceanie. Musiał więc radzić sobie sam, tradycyjnymi metodami: czytać pogodę z chmur i obserwować wodę, uważając przy tym na wieloryby, góry lodowe i inne statki, które go nie „widziały”. Ale tak naprawdę musiał walczyć ze swoimi słabościami: nie poddawać się lękom i podejmować słuszne decyzje. A to nie jest proste.

Zdawałoby się, że opowieść samotnego żeglarza będzie albo nudna, albo samochwalcza, ale w przypadku tej książki jest wręcz przeciwnie. Relację Cichockiego czyta się wyjątkowo dobrze. Mamy tu i poczucie humoru, i dystans do siebie, i głębszą refleksję. No i całą kwintesencję żeglarstwa, czyli – adrenalinę, poczucie wolności oraz piękno i siłę żywiołu,  który pochłonął już niejedną ludzką duszę.

Książka Tomasza Cichockiego „Zew oceanu. 312 dni samotnego rejsu dookoła świata” została wydana w 2013 r. przez Dom Wydawniczy PWN, również w formie audio (czyta Marek Markiewicz) oraz e-booka.

Barbara Zarzecka