stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 5 (110) Maj 2014

ISSN 1427-728X

ROK XII

Nr 5/2014 (110)

Maj 2014 r.

 

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654, 666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje  

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

  

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

 

Start do Rio

Mirosław Jurek

Mistrzostwa inaczej i ciekawiej      

Piotr Dudek

Piłka dzwoni nie tylko w goalballu

Konrad Andrzejuk

Wiadomości 

Złota dziesiątka 40-lecia 

Piotr Stanisławski

Spalony 

Barbara Zarzecka

Bliżej Wilna niż Warszawy 

Andrzej Szymański

Dymek z papierosa 

(BWO)

Kształtowanie gibkości 

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

Ogłoszenie o zapisach na obóz kajakowy  

 

aaa

 

kolarstwo

 

Start do Rio

Aby walczyć o udział w zbliżającym się wielkim karnawale sportu w Brazylii, mistrzowska ekipa ZKF „Olimp” poleciała aż na drugą półkulę. Między 10 a 13 kwietnia 2014 r. w meksykańskim mieście Aguascalientes odbyły się torowe mistrzostwa świata w parakolarstwie. Polskę reprezentowała trójka zawodników – Anna Harkowska (klasa C5) oraz Marcin Polak z pilotem Michałem Ładoszem (klasa B). Plonem startów naszych kolarzy są: srebrny medal Anny Harkowskiej oraz cztery lokaty w czołowej dziesiątce, premiowane punktami w eliminacjach do igrzysk paraolimpijskich Rio de Janeiro w 2016 r.

Sezon kolarski 2014 rozpoczął się wyjątkowo wcześnie i – zgodnie z zapowiedziami – niezwykle interesująco. Kalendarz startów jest bardzo bogaty i zawiera wiele ważnych imprez. Motywem przewodnim tegorocznego ścigania jest rozpoczęta właśnie w Meksyku batalia o udział w brazylijskiej paraolimpiadzie. W Rio de Janeiro wystartuje 230 kolarzy (150 mężczyzn i 80 kobiet), aby walczyć o 50 kompletów medali w konkurencjach torowych i szosowych. System kwalifikacji do igrzysk jest dość skomplikowany, lecz ostatecznie sprowadza się do prostej zasady: w ciągu dwóch lat trzeba osiągnąć jak najlepsze wyniki i zdobyć jak najwięcej punktów w określonych zawodach. Te najważniejsze imprezy 2014 roku to torowe MŚ w Aguascalientes, szosowe MŚ w Greenville (USA) oraz szosowe Puchary Świata w Castiglione Della Pescaia (Włochy) i w Segovii (Hiszpania).

Ubiegły rok kolarze „Olimpu” zamknęli imponującym bilansem – zdobyli aż 5 medali (2 złote, 2 srebrne, 1 brązowy) podczas szosowych MŚ w Baie-Comeau, co stanowi najlepszy wynik w 13-letniej historii startów naszej reprezentacji w międzynarodowych imprezach rangi mistrzowskiej. Wydawało się, że po tak wielkich sukcesach poprawi się kondycja finansowa kadry kolarskiej i nie będzie kłopotów z domknięciem jej budżetu na nowy sezon. Optymizmu starczyło do momentu ogłoszenia przez Ministerstwo Sportu i Turystyki decyzji o poziomie tegorocznego dofinansowania kolarzy „Olimpu”. Oszczędności trzeba było zacząć robić już w okresie przygotowawczym do sezonu startowego. Z tego powodu w cyklu zimowo-wiosennym kadra uczestniczyła tylko w jednym obozie treningowym, zorganizowanym w Larnace na Cyprze. Wybraliśmy jedną z najtańszych ofert dostępnych na rynku i dodatkowo obniżyliśmy koszty wyjazdu dzięki dofinansowaniu otrzymanemu od Cypryjskiej Organizacji Turystycznej. Pomimo niezbyt komfortowych warunków pobytu na wyspie Afrodyty, zawodnicy wykonali tam wielką pracę treningową, korzystając ze sprzyjającej pogody i urozmaiconych tras rowerowych.

Walory Cypru docenia coraz więcej kolarzy, w tym również światowa czołówka specjalistów MTB. Na jednym z treningów spotkaliśmy Maję Włoszczowską ćwiczącą w towarzystwie Jolandy Neff – młodzieżowej mistrzyni świata, koleżanki z drużyny LIV Pro XC Team. Kilka dni później kibicowaliśmy polskiej reprezentacji kolarzy górskich startującej w okolicach Larnaki w zawodach Cyprus Sunshine Cup. Na imprezie tej był również Marek Galiński – legenda polskiego kolarstwa górskiego – znakomity zawodnik i wybitny trener prowadzący najpierw reprezentację Polski, a potem Rosji. Niestety, jak się później okazało, był to ostatni wyścig Marka Galińskiego, który w drodze powrotnej z Cypru zginął w wypadku samochodowym na trasie z lotniska do domu.

Pobyt kolarzy „Olimpu” na Cyprze miał na celu zbudowanie solidnej podstawy przyszłej formy startowej. Treningi były dość długie, za to umiarkowanie intensywne, a głównym zadaniem zawodników było kształtowanie siły i wytrzymałości specjalnej. Nieco odmienny charakter miały treningi tandemu Marcin Polak – Michał Ładosz, który ćwiczył również elementy wytrzymałości szybkościowej jako przygotowanie do startów na torze.

Decyzja o udziale polskiej reprezentacji w torowych MŚ rodziła się w bólach. Międzynarodowa Unia Kolarska (UCI) bardzo długo zwlekała z ogłoszeniem terminu i miejsca tej imprezy, a wytypowanie meksykańskiego miasta Aguascalientes nie ułatwiło nam sprawy. Perspektywa poniesienia wysokich kosztów związanych z tak daleką wyprawą postawiła decydentów „Olimpu” w kłopotliwej sytuacji i zmusiła do trudnej kalkulacji: rezygnacja ze startu to poddanie się bez walki i strata cennych punktów w kwalifikacjach paraolimpijskich, a wyjazd to poważne uszczuplenie budżetu kadry już na początku sezonu i zagrożenie realizacji innych ważnych celów. Ostatecznie zwyciężył kompromis w postaci oszczędnościowego wariantu wyjazdu polegającego na zmniejszeniu składu ekipy oraz skróceniu okresu pobytu w Meksyku.

Pomimo ograniczonych funduszów dołożono wszelkich starań, aby organizacja tej skomplikowanej wyprawy była jak najlepsza. Podróż lotnicza na trasie Warszawa – Frankfurt – Mexico City, trwająca 16 godzin, przebiegła sprawnie i bez przygód. Dreszczyk emocji towarzyszył nam natomiast podczas nocnego przejazdu wynajętym autem ze stolicy do oddalonego o 500 kilometrów Aguascalientes. Takie eskapady są uważane za niebezpieczne i odradzane cudzoziemcom, ale na szczęście jedynymi uzbrojonymi ludźmi, których spotkaliśmy po drodze, byli żołnierze sprawdzający samochody w punkcie kontrolnym usytuowanym na autostradzie.

Po przyjeździe na miejsce i kilkugodzinnym odpoczynku przyszedł czas na pierwszy trening i zapoznanie się z welodromem cieszącym się sławą najszybszego na świecie, na którym poprawia się wszelkie rekordy. Jest to hala pneumatyczna z powłoką balonową, a wewnątrz 250-metrowy tor, który z wyglądu niczym szczególnym się nie wyróżnia. Aby dostrzec jego walory, trzeba wsiąść na rower. W opinii zawodników szybkiej jeździe sprzyja geometria toru i gatunek drewna, z którego wykonana jest jego nawierzchnia. Jednak decydujące znaczenie ma fakt, że Aguascalientes leży na wysokości prawie 1900 m n.p.m. Istotnymi czynnikami są również miejscowy klimat i bardzo wysokie temperatury wewnątrz nagrzewającej się hali. O specyfice ścigania się w takich warunkach mogliśmy się przekonać już podczas pierwszych startów naszych zawodników. Tandem Marcin Polak – Michał Ładosz w wyścigu na 4 kilometry jechał rewelacyjnie do połowy dystansu, lecz potem zaczął słabnąć, jakby w hali zabrakło tlenu. Uzyskany czas 4:25,897, będący o prawie 10 sekund lepszy od dotychczasowego rekordu Polski, wystarczył do zajęcia 7. miejsca. Taką samą lokatę wynikiem 0:39,947 wywalczyła Anna Harkowska w wyścigu na 500 metrów (rezultat nieznacznie gorszy od jej rekordu życiowego). Nie był to dla nas zbyt udany dzień, bo na wyniki zawodników miały wpływ problemy aklimatyzacyjne.

Nazajutrz Marcin Polak i Michał Ładosz czuli się znacznie lepiej i w wyścigu na 1 kilometr wykręcili bardzo dobry czas 1:03,58, którym poprawili znacznie swój dotychczasowy rekord. Mimo to ponownie wylądowali na 7. pozycji. W trzecim dniu rywalizacji Anna Harkowska przystąpiła do wyścigu na swoim koronnym dystansie 3 kilometrów wypoczęta i pełna wiary w sukces. W eliminacjach walczyła wspaniale, z czasem 3:44,187 (rekord Polski!) zajęła drugie miejsce i awansowała tym samym do finału. W pojedynku o złoto przegrała z Brytyjką Sarah Story, lecz zdobycie srebrnego medalu jest kolejnym wielkim osiągnięciem tej utytułowanej zawodniczki. W ostatnim dniu zawodów nasz tandem zajął 10. miejsce w sprincie – w eliminacjach na 200 metrów ze startu lotnego uzyskał czas 0:10,880, który jest nowym rekordem Polski. Niestety, Anna Harkowska z powodu problemów zdrowotnych zrezygnowała ze startu w konkurencji scratch (wyścig grupowy na 10 km) i straciła szansę na powiększenie swojego dorobku medalowego.

Ogólnie bilans naszych osiągnięć w Aguascalientes należy ocenić pozytywnie. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że zawody stały na niewiarygodnie wysokim poziomie. Ustanowiono 29 nowych rekordów świata, w tym we wszystkich konkurencjach, w których startowali nasi zawodnicy. Polska reprezentacja zajęła 15. lokatę w klasyfikacji medalowej w gronie 28 krajów biorących udział w mistrzostwach i zdobyła sporo punktów w kwalifikacjach paraolimpijskich. Nasza drużyna była jedną z najmniej licznych i startowała zaledwie w dwóch klasach (WC5 i MB) z dwunastu, w których rywalizowano. Osiągnięte wyniki są całkiem dobre i stanowią zachętę do następnych startów w zawodach torowych, łącznie z IP w Rio de Janeiro 2016. Udział w meksykańskich MŚ zaowocował nowymi doświadczeniami szkoleniowymi i organizacyjnymi, które będzie można wykorzystać w przyszłości. Natomiast wbrew oczekiwaniom niektórych sympatyków kolarstwa, uczestnicy wyjazdu do Aguascalientes nie mogą pochwalić się zbyt wieloma wrażeniami turystycznymi. Im więcej profesjonalizmu w sporcie, tym mniej przyjemności…

Mirosław Jurek

 

aaa

 

kręgle

 

Mistrzostwa inaczej i ciekawiej

 Wygląda na to, że bieżący rok będzie wyjątkowy dla niewidomych i słabowidzących entuzjastów kręglarstwa klasycznego i bowlingu. Przed nimi szansa udziału w dwóch ważnych wydarzeniach sportowych. Już w czerwcu na tomaszowskiej kręgielni zostaną rozegrane mistrzostwa Europy w kręglach klasycznych, natomiast koniec sierpnia to Wrocław i pierwszy Puchar Europy w bowlingu.

 Oczywiście, aby założyć biało-czerwoną koszulkę z orłem na piersi, trzeba na to zapracować. W kręglach klasycznych pierwszym etapem na drodze do tego zaszczytu były czołowe miejsca w tomaszowskich eliminacjach IMP, a następnym – rozgrywki finałowe.

W tym roku zarząd Sekcji Niepełnosprawnych Polskiego Związku Kręglarskiego poczynił spore zmiany organizacyjne i regulaminowe w porównaniu z poprzednimi latami. Po pierwsze, zamieniono miejsca kolejnych etapów rozgrywek – odwrotnie niż w latach ubiegłych to finał odbył się w Gostyniu, a półfinał w Tomaszowie. Bardzo udana techniczna innowacja, polegająca na instalacji dużych ekranów na wielkopolskiej hali, wspaniale ułatwiła kibicom śledzenie zawodów. Drugą modyfikacją była konieczność walki dzień po dniu. W rozgrywce eliminacyjnej w sobotę startowało po dziesięciu zawodników, a w finałowej – po sześciu z każdej kategorii. O tytule mistrzowskim decydowała suma punktów z obydwu gier. Dzięki takim regulacjom w niedzielnych startach na torach stawali równocześnie zawodnicy, którzy uplasowali się na najlepszych miejscach. Kto zdobył wcześniej sporo punktów, miał teoretycznie prostsze zadanie. Ale w sporcie łatwiej jest gonić, niż uciekać. Ta zasada w kilku przypadkach została w pełni potwierdzona, a sam „pościg” przyniósł wiele emocji. Oprogramowanie tablic multimedialnych dawało możliwość bieżącego podglądu ustawienia pozycji zawodników. Po kolejnych rzutach następowała aktualizacja. Kibice, spoglądając na wyświetlacz, zagrzewali do walki swoich faworytów. Przy tym poziomie rywalizacji niemal każdy zły rzut skutkował „obsunięciem” się w klasyfikacji.

Szczególnie zapamiętale klubowicze z „Omegi” Łódź dopingowali koleżankę Anię Barwińską, kiedy to jej konkurentce brakowało zaledwie kilku punktów do odrobienia sobotniej straty. Mocny głos Zbyszka Walczaka zdawał się podrywać Anię do walki i mobilizować na finiszu. Ostatecznie nowa mistrzyni Polski w kat. B2 utraciła tylko 10 punktów z wcześniejszej przewagi (28 p.). Jeszcze większą dramaturgią odznaczała się rozgrywka mężczyzn w kat. B2. Po ostatnim rzucie Stanisława Fortkowskiego Władysław Wakuliński potrzebował strącić jedynie 3 kręgle, by uzyskać bezapelacyjne zwycięstwo nad zawodnikiem „Pogórza” Tarnów. To tak, jakby w pojedynku na pistolety przeciwnik już wystrzelił ostatni nabój, a nam pozostał jeszcze jeden i mamy strzelić z odległości metra. Nikt nie wątpił, iż będzie to formalne wykonanie wyroku. Widownia na chwilę wstrzymała oddech. Wypuszczona kula Władysława przewróciła... zaledwie 2 kręgle. Pokonany złapał się za głowę, nie wierząc, że coś takiego mogło się stać. Jednak przy równej liczbie punktów zdobytych w grze ze Stanisławem (1284) miał o jedną 9-tkę więcej i dzięki temu srebro pojechało do „Łuczniczki” Bydgoszcz.

W kat. B1 kobiet toczyła się istna wojna pokoleń. Uciekającej Karolinie Rzepie z Bydgoszczy deptała po piętach Mieczysława Stępniewska z Łodzi. Ostatnie rzuty to jak pościg za panterą. Zabrakło jednego zbitego kręgla. W ten sposób Karolina została najmłodszą mistrzynią Polski, czym sprawiła ogromną satysfakcję swojemu asystentowi Kazimierzowi. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn), zdobywca złotego medalu w kat. B2, już jako asystent Reginy Szczypiorskiej nie dopilnował konkurentek i Mariola Maćkowiak z „Łuczniczki” wyrwała brąz Reginie. W B1 mężczyzn żadnej sensacji. Jan Zięba („Karolinka” Chorzów) ze Zdzisławem Koziejem („Hetman” Lublin) zdeklasowali przeciwników. Janek wrócił do rywalizacji po dłuższej przerwie, od razu zdobył złoto i tym samym wysłał Zdzisława na drugi stopień podium. Bez wątpienia na uwagę zasługuje wynik w kat. B3 Grzegorza Kanikuły z Lublina. Jego 730 punktów to zdecydowanie najwyższy rezultat zawodów. Niestety, na mistrzostwach Europy to ciągle za mało na pudło. Ale jest jeszcze trochę czasu, a Grzegorz potrafi zaskoczyć. W tej samej kategorii kobiet zwyciężyła pewna faworytka Irena Curyło („Pogórze” Tarnów), choć tym razem bez rewelacyjnego wyniku. Zarówno na torach, jak i na widowni sprawdził się nowy system rozgrywek, dużo bardziej emocjonujący niż poprzedni. To krok ku standardom europejskim, choć brakuje jeszcze ostatnich szlifów. Na ME to zwycięzca gry finałowej zdobywa złoty medal. Suma dwóch gier ma oddzielną klasyfikację (All events). Trzeba by wydać trochę więcej pieniędzy na medale i puchary, ale radości i satysfakcji byłoby niemal dwa razy tyle. Kiedy po dekoracji opadły emocje, nowo powołana kadra narodowa zaczęła już myśleć o przygotowaniach do startu na arenie europejskiej. Czekamy z apetytem na kolejne medale podczas zmagań na XV ME. Zapraszamy do Tomaszowa Mazowieckiego w dniach od 9 do 15 czerwca, by wesprzeć naszą reprezentację.

 

XV Indywidualne Mistrzostwa Polski w Kręglach Klasycznych

11-13.04.2014 r., Gostyń 

Kobiety  

B1

1. Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 871 p.

2. Mieczysława Stępniewska („Omega” Łódź) 870 p.

3. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 797 p.

B2

1. Anna Barwińska („Omega” Łódź) 1262 p.

2. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 1243 p.

3. Maria Harazim („Karolinka” Chorzów) 1198 p.

B3

1. Irena Curyło („Pogórze” Tarnów) 1230 p.

2. Elżbieta Kłos („Ko-Mar” Piekary Śląskie) 1156 p.

3. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 1122 p.

Mężczyźni

B1

1. Jan Zięba („Karolinka” Chorzów) 1122 p.

2. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 1084 p.

3. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 979 p.

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1323 p.

2. Władysław Wakuliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 1284 p. (12 x 9)

3. Stanisław Fortkowski („Pogórze” Tarnów) 1284 p. (11 x 9)

B3

1. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 1415 p.

2. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 1387 p.

3. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 1367 p.

Piotr Dudek

 

aaa

 

torball

 

Piłka dzwoni nie tylko w goalballu 

 Minęły już prawie dwa lata, od kiedy nad monumentalnym stadionem w Londynie zgasł znicz paraolimpijski, przypominający o trwających nad Tamizą igrzyskach osób niepełnosprawnych. Mimo to dyskusje nad turniejem goalballa wciąż nie cichną. Nic dziwnego, wszak wyniki zaskoczyły nawet najbardziej doświadczonych znawców dzwoniącej piłki.

 Złotymi medalistami w kategorii mężczyzn zostali Finowie, po tym jak w fazie grupowej ulegli reprezentacji Litwy aż 0:10! Sami zaś Litwini, którzy od 8 lat nie oddawali miejsca na podium podczas wszystkich najważniejszych turniejów, tym razem musieli zadowolić się dopiero 4. pozycją. Srebrne i brązowe medale trafiły odpowiednio do reprezentacji Brazylii i Turcji. Żadnej z tych drużyn nie wróżono nawet awansu do ćwierćfinału. Rezultaty londyńskiego turnieju stały się zaczątkiem zaciekłej dyskusji nad niedoskonałościami regulaminu goalballa. Federacje sportowe z całego świata w krótkim czasie zgłosiły propozycje ponad stu zmian w zasadach gry!

W cieniu tej dyskusji i z dala od paraolimpijskich aren pozostaje inna dyscyplina, w której używane są piłki dźwiękowe – torball. Mimo to sport ten prężnie rozwija się w wielu krajach, szczególnie na zachodzie Europy, gdzie cieszy się dużą popularnością.

Pomysł stworzenia gry drużynowej, w której mogłyby rywalizować osoby niewidome, został wcielony w życie już w 1946 roku w Austrii. Stali za tym Hanz Lorenzen i Sepp Reindle, którzy, pracując z ociemniałymi weteranami II wojny światowej, zauważyli potrzebę umożliwienia im rywalizacji sportowej. Jednak do aktywnego uczestnictwa we wszystkich wówczas istniejących dyscyplinach drużynowych niezbędny był zmysł wzroku. Już od dawna powszechnie wiedziano, iż osoby niewidome utraconą zdolność widzenia kompensują w największym stopniu poprzez słuch i dotyk. Dlatego też panowie Lorenzen i Reindle oparli zasady swej gry na wykorzystaniu piłki wydającej dźwięk oraz na systemie wypukłych elementów konstrukcji boiska, umożliwiających orientację i odpowiednie umiejscowienie zawodników w polu. Zapaleńcy nowego sportu szybko zaczęli się pojawiać nie tylko w Austrii, lecz także w całej Europie, a nawet poza jej granicami.

Słowa „torball” i „goalball” oznaczają tyle co „piłka bramkowa” odpowiednio w języku niemieckim i angielskim. Obie zaś dyscypliny wydają się na pierwszy rzut oka bardzo podobne. Ośmielę się jednak zaryzykować stwierdzenie, że to goalball wyewoluował z torballu. Przemawiają za tym liczne fakty. Do najważniejszych można zaliczyć nomenklaturę (torball, jako że narodził się w Austrii, zachował niemieckojęzyczną nazwę) i ciągłą ewolucję zasad goalballa, przy bardzo małej zmienności regulaminu torballu.

Jednak to właśnie goalball został zademonstrowany w 1972 roku na igrzyskach paraolimpijskich w niemieckim Heidelbergu, podczas których po raz pierwszy zaprezentowali się sportowcy z dysfunkcją narządu wzroku. Nadanie goalballowi statusu dyscypliny paraolimpijskiej przyczyniło się do szybkiego wzrostu popularności tego sportu. Według danych IBSA (Międzynarodowej Federacji Sportu Niewidomych), goalball jest obecnie uprawiany w ponad 100 krajach na wszystkich zamieszkałych kontynentach! Czyni go to najbardziej rozprzestrzenioną na świecie grą drużynową przeznaczoną dla osób niepełnosprawnych.

Środowisko miłośników torballu bez entuzjazmu obserwowało działania międzynarodowych organizacji sportowych, koncentrujące się na promowaniu jednej tylko gry, w której wykorzystywane są piłki dźwiękowe. Na przekór decydentom, torball wciąż prężnie się rozwijał, choć pierwsze mistrzostwa świata w tej dyscyplinie rozegrano dopiero w 1991 roku we Francji.

Do silnych stronników torballu należą: Austria, Belgia, Francja, Niemcy, Szwajcaria i Włochy. W tych sześciu krajach działa obecnie aż 300 drużyn. Francuzi i Belgowie prowadzą rozgrywki ligowe na 4 poziomach, Włosi posiadają 3 ligi, zaś Niemcy przeprowadzają w każdym z landów oddzielne eliminacje, których uczestnicy walczą dopiero o prawo gry w mistrzostwach federacji.

Torball jest uprawiany również w wielu innych krajach. Przed kilku laty do rywalizacji o Puchar Mołdawii, w której mieszka niewiele więcej ludzi niż w aglomeracji warszawskiej, przystąpiło aż 20 drużyn. Dużymi osiągnięciami na polu torballu może się pochwalić Argentyna, której reprezentacja w 2004 roku wywalczyła mistrzostwo świata. Corocznie odbywają się klubowe rozgrywki o Puchar Europy, do których przystępują męskie, jak i kobiece drużyny mistrzów poszczególnych krajów. W minionym roku bezkonkurencyjni okazali się zawodnicy i zawodniczki z Austrii.

Co stoi za tak dużą popularnością torballu? Jest to przede wszystkim gra znacznie bardziej dostępna niż goalball. Mniejsze wymiary boiska, lżejsza piłka i krótszy czas trwania meczu sprawiają, że torball może być uprawiany przez dzieci, a także osoby dorosłe, zarówno w charakterze rekreacyjnym, jak i typowo sportowym.

Na polskich boiskach torball pozostawał nieobecny przez kilkanaście ostatnich lat. Przyczynił się do tego fakt nieustannego ograniczania środków finansowych oraz spadek poziomu zainteresowania aktywnością fizyczną wśród osób niewidomych i słabowidzących. Jednak w 2011 roku w Białymstoku powstało Polskie Stowarzyszenie Gier Piłkami Dźwiękowymi, które za jeden z celów postawiło sobie popularyzację gier drużynowych przeznaczonych dla zawodników z dysfunkcją narządu wzroku. Organizacja od momentu powstania podejmuje działania na rzecz wskrzeszenia torballu w naszym kraju.

Na początku 2012 roku stowarzyszenie otrzymało subwencję w ramach finansowanego ze środków Unii Europejskiej programu „Młodzież w działaniu”, dzięki czemu udało się zrealizować projekt pod hasłem „Torball – sport bez granic”. Dotacja pozwoliła na zorganizowanie pierwszej od wielu lat sekcji torballu działającej w Polsce.

Dzięki wsparciu zagranicznych przyjaciół udało nam się zdobyć profesjonalne piłki do torballu. Wyglądem przypominają one futbolówki, są jednak nieco cięższe (ważą 500 gramów) i podczas toczenia się grzechoczą, umożliwiając tym samym ich lokalizację przez graczy, którzy w trakcie meczu mają dokładnie zasłonięte oczy.

Aby przygotować się merytorycznie do realizacji programu, wybraliśmy się wraz z Pawłem Brodowiczem, wiceprezesem naszego stowarzyszenia, na swoistą ekspedycję do Mołdawii, gdzie torball przeżywa okres świetności. Pomimo że obaj mieliśmy spore doświadczenie w goalballu, który wydaje się grą wymagającą dużo większego wysiłku, podczas naszych pierwszych meczów torballu zostawiliśmy na boisku niemal całą energię. Chociaż jedno spotkanie trwa zaledwie 10 minut, duża dynamika gry i dość restrykcyjne przepisy dotyczące dozwolonej pozycji obronnej sprawiają, że gdy naprzeciwko staje doświadczony przeciwnik, pojedynek może wiązać się z niemałym wysiłkiem fizycznym. Nie zniechęciwszy się tym, tuż po powrocie zabraliśmy się z zapałem do pracy i wkrótce w Białymstoku i Supraślu odbyły się pierwsze treningi nowo powstałej sekcji torballu. W zajęciach brało udział łącznie kilkanaście osób w różnym wieku i o różnym poziomie sprawności fizycznej. Staraliśmy się dopasować sposób prowadzenia treningów do możliwości wszystkich uczestników. Początki były bardzo trudne. Niełatwo jest bez użycia wzroku bronić swej bramki, wykonywać celne
rzuty, poruszać na boisku i komunikować się z kolegami z drużyny. Jednak po pewnym czasie nowi adepci torballu opanowali podstawowe elementy techniczne i mogli czerpać prawdziwą przyjemność i satysfakcję z rywalizacji w ciemności.

Podczas realizacji projektu zauważyliśmy znaczny wzrost sprawności fizycznej uczestników, szczególnie w grupie osób, które wcześniej nie uprawiały żadnego sportu. Kolejnym, nie mniej ważnym efektem treningów, była poprawa orientacji przestrzennej i znaczne zmniejszenie lęku przed przestrzenią wśród osób niewidomych korzystających na co dzień z pomocy białej laski. Wynika to z faktu, że podczas gry zawodnicy muszą samodzielnie poruszać się po boisku, polegając jedynie na rozmieszczeniu mat orientacyjnych i komunikacji werbalnej z kolegami z drużyny. Wymaga to odpowiedniej koncentracji ze strony uczestników rozgrywek.

W ramach projektu powstała publikacja „Torball. Metodyka gier piłkami dźwiękowymi”. Zawiera ona podstawowe informacje, które mogą się okazać przydatne podczas prowadzenia zajęć sportowych i rekreacyjnych z zakresu torballu. Osoby zainteresowane otrzymaniem bezpłatnego egzemplarza wydawnictwa uzyskają informacje na ten temat pod adresem:
biuro@dzwiekowe.com.

Choć projekt już się zakończył, nie przestajemy szukać sposobu na rozwój torballu w Polsce. Serdecznie zapraszam do zagłębienia się w fascynujący świat dzwoniącej piłki, z którą gra, oprócz satysfakcji towarzyszącej sportowym zmaganiom, może przynieść liczne pozytywne efekty – od poprawy zdrowia, do podniesienia współdziałania w zespole.

Konrad Andrzejuk

 

aaa

 

wiadomości

 

Warcaby

Półmetek w Krynicy

W dniach 5-11 kwietnia rozegrano w Krynicy-Zdroju turnieje półfinałowe XVIII Indywidualnych Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Warcabach Stupolowych. W zawodach, rozgrywanych w dwóch grupach, rywalizowało łącznie 48 warcabistów (po 24 w każdej z grup). Awans do finału uzyskiwało jedynie po czterech najlepszych z obu półfinałów.

Walka zapowiadała się bardzo ciekawie, gdyż nie zabrakło prawie nikogo z liczących się zawodników i do awansu aspirowało znacznie więcej graczy, niż było miejsc w finale. Rozegrano 9 rund systemem szwajcarskim. Tempo gry wynosiło 90 minut. Ostatecznie po kilkudniowych zmaganiach miejsca premiowane awansem wywalczyli: 

Grupa A:

1. Marian Jędrzycki („Sudety” Kłodzko)

2. Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań)

3. Andrzej Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl)

4. Tadeusz Lach („Atut” Nysa)

Grupa B:

1. Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok)

2. Edward Twardy („Sudety” Kłodzko)

3. Zenon Sitarz („Podkarpacie” Przemyśl)

4. Tomasz Kuziel („Łuczniczka” Bydgoszcz)

Największą niespodzianką był występ Tadeusza Lacha (wypełnił normę na I kategorię warcabową), który będzie debiutantem w finale, podobnie jak czyniący ostatnio duże postępy Edward Twardy oraz wracający po długiej przerwie do warcabowej rywalizacji były wicemistrz Polski (open) Marian Jędrzycki. Odpadli zaliczani do faworytów: Michał Czarski, Bernard Olejnik, Ryszard Suder, Ewa Wieczorek, Mirosław Grabski, Krzysztof Furtak. Czołowe miejsca na liście rezerwowych zajmują w kolejności: Jerzy Czech, Ewa Wieczorek, Edward Kozłowski, Andrzej Sargalski.

Udział w dwunastoosobowym finale, który rozegrany zostanie w Suwałkach, mają zapewniony medaliści z roku ubiegłego: Jan Sekuła, Ryszard Biegasik i Leszek Stefanek oraz zawodnik z najwyższym rankingiem – Józef Tołwiński.

Remisowe półfinały

W ostatnim tygodniu kwietnia w Tucholi 30 zawodniczek rywalizowało o 9 miejsc premiowanych awansem do finału tegorocznych mistrzostw Polski kobiet w warcabach stupolowych.

Inaczej niż u mężczyzn, którzy swoje półfinały rozgrywali na początku kwietnia, kobiece kwalifikacje nie przyniosły większych emocji. Po pierwsze – jak co roku – zabrakło wielu liczących się zawodniczek: Ewy Spiczak-Brzezińskiej, Jadwigi Mróz, Marii Mazur, Iwony Flak, Barbary Wójcik, Ireny Ostrowskiej, Emilii Bober. Po drugie – stosunkowo łatwo można było wytypować faworytki do awansu, a przebieg turnieju tylko potwierdził przewidywania. Najbardziej doświadczone i utytułowane warcabistki kontrolowały sytuację i prawie w komplecie pojawiły się w premiowanej awansem dziewiątce. W komfortowej sytuacji znalazły się Ewa Grabska i Bożena Dalecka, które zanotowały w pierwszych trzech rundach komplet zwycięstw i od tej pory, bez ponoszenia zbędnego ryzyka, remisowały już do końca swoje partie, by zamknąć turniej na dwóch czołowych miejscach. Metodę taktycznych remisów obrało też wiele innych zawodniczek, co nie dla wszystkich skończyło się szczęśliwie, gdyż tabela bardzo się „spłaszczyła” i o ostatecznej kolejności zdecydowała punktacja pomocnicza.

Aż 6 czołowych zawodniczek uzyskało w dziewięciu rundach po 12 p., kolejne cztery po 11 p., a następne cztery po 10.

Oto warcabistki, które awansowały do rozgrywek finałowych:

1. Ewa Grabska („Łuczniczka” Bydgoszcz)

 2. Bożena Dalecka („Zryw” Słupsk)

3. Beata Kasperczyk („Atut” Nysa)

4. Joanna Malcer („Warmia i Mazury” Olsztyn)

5. Władysława Jakubaszek („Cross Opole”)

6. Petronela Dapkiewicz („Jaćwing” Suwałki)

7. Barbara Gołębiowska-Fryga („Cross Opole”)

8. Barbara Wentowska („Jantar” Gdańsk)

9. Halina Kasperczyk („Atut” Nysa)

Pierwszą rezerwową jest Barbara Kacprzak („Syrenka” Warszawa). Nie zdołały awansować zawodniczki mające już na koncie udział w 12-osobowym finale, m.in. Teresa Bonik, Maria Paduszyńska, Maria Górzna i Halina Jasińska. Stawkę finalistek uzupełnią medalistki z roku ubiegłego: Ewa Wieczorek, Jolanta Pich i Helena Poliniewicz. Normy na wyższe kategorie warcabowe wypełniły: Danuta Biechowska (III), Elżbieta Cis (III), Halina Wójcik (III) i Teresa Romanowska (IV).

Leszek Stefanek

 

Biegi

Zawody pamięci

Już po raz czternasty na trasie biegu, który upamiętnia wspaniałego sportowca, ś.p. Waldemara Kikolskiego, rywalizowali zawodnicy z całej Polski. Tu w Łapach, gdzie urodził się Waldek, rozpoczęła się jego przygoda z bieganiem. Początki były prozaiczne – ściganie się z kumplami po podwórkach i dryg do piłki nożnej. Jednak ograniczenia spowodowane dysfunkcją wzroku sprawiają, że już jako młody chłopak decyduje się skupić na lekkiej atletyce. Jego biegowy talent rozkwita szybko, a owocami są medale zdobywane na arenach Europy i świata – w tym złote, na igrzyskach paraolimpijskich w Barcelonie, Sydney i Atlancie. Tragiczny wypadek samochodowy wiosną 2001 roku przedwcześnie zakończył jego życie i karierę. W tym roku Fundacja Sedeka oraz internauci uhonorowali Waldemara Kikolskiego statuetką i miejscem w pierwszej dziesiątce plebiscytu 40-lecia na najwybitniejszych sportowców z niepełnosprawnością.

Grupa zawodników z sekcji biegowej stowarzyszenia „Cross” również w tym roku przyjechała do Łap, by uczestniczyć w memoriale i uroczystościach upamiętniających.

Tak jak w latach poprzednich, delegacje odwiedziły cmentarz, złożyły kwiaty i zapaliły znicze na grobie Waldka, a następnie przystąpiono do rywalizacji sportowej. We wszystkich konkurencjach udział wzięło 350 zawodników. Trasa biegu głównego została w tym roku nieco zmieniona – miejscem startu i mety był stadion. Zmiana ta spowodowała wydłużenie dystansu biegu głównego do 5650 metrów. Wśród kobiet zwyciężyła Izabella Trzaskalska z Lublina. Najlepszym biegaczem okazał się Michał Smalec z białostockiego „Podlasia”.

Tak jak w latach ubiegłych, o tytuły mistrzów Polski 26 kwietnia 2014 r. w Łapach rywalizowali niewidomi i słabowidzący. W kategorii T11 (niewidomi), zwyciężył Zbigniew Świerczyński („Warmia i Mazury” Olsztyn). Drugi był Rafał Machnikowski („Łuczniczka Bydgoszcz”), a trzeci – Mariusz Zacheja („Syrenka” Warszawa). W kat. T12 (słabowidzący) zwyciężył po raz kolejny Tomasz Chmurzyński („Łuczniczka” Bydgoszcz). Drugie miejsce zajął Jacek Żiółkowski („Syrenka” Warszawa). Na trzecim stopniu podium znalazł się Wojciech Debner („Łuczniczka” Bydgoszcz).

Po biegu zawodnicy otrzymali z rąk sponsorów pamiątkowe puchary i nagrody. Pozostali zawodnicy: Sławek Jeżowski, Wiesław Miech, Grzegorz Powałka, Krzysztof Badowski i Piotr Jankowski zajęli dalsze miejsca. W biegu głównym startowały też dwie przewodniczki ze Stowarzyszenia „Cross” – Ola Karaś i Danuta Kisson.

Mariusz Gołąbek

 

aaa

 

plebiscyt

 

Złota dziesiątka 40-lecia

 To był największy i najdłużej trwający plebiscyt w całej historii polskiego sportu osób niepełnosprawnych. Na łamach „Crossa” (artykuł „Dziesięciu wspaniałych”, nr 10/2013) pisaliśmy
o Plebiscycie 40-lecia na 10 Najwybitniejszych Sportowców z Niepełnosprawnością. Wyniki konkursu ogłoszono
4 kwietnia na uroczystej gali w Centrum Olimpijskim w Warszawie. Wśród laureatów znalazł się również sportowiec reprezentujący osoby z uszkodzonym narządem wzroku.

 Prestiżowy plebiscyt zorganizowała Fundacja Sedeka we współpracy z Polskim Związkiem Sportu Osób Niepełnosprawnych „Start” i Polskim Komitetem Paraolimpijskim. Podsumowywał on wszystkie najważniejsze i najcenniejsze osiągnięcia sportowe tego środowiska na igrzyskach paraolimpijskich w ostatnich czterdziestu latach, a dokładnie w okresie 1972-2012. Otwierała go paraolimpiada w Heidelbergu w 1972 r., a zamykała w Londynie w 2012 roku. Łącznie plebiscyt objął uczestników szesnastu igrzysk, na których polscy sportowcy niepełnosprawni zdobyli aż 736 medali: 266 złotych, 247 srebrnych i 223 brązowe. Organizatorzy podkreślali ogrom wyzwania: spośród wielu znakomitych sportowców, którzy w swoich dyscyplinach zdobywali najcenniejsze trofea, należało wybrać tych dziesięciu najbardziej wyjątkowych. Obawiano się trochę, że podczas pierwszego etapu plebiscytu, w którym internauci przez niemal pół roku oddawali głosy na 40 finałowych nazwisk (spośród nich kapituła plebiscytu wybrała potem 10 laureatów), mogą nie zostać uwzględnieni sportowcy, którzy już odeszli. Tacy jak Waldemar Kikolski, nieżyjący od trzynastu lat najbardziej utytułowany polski sportowiec słabowidzący. Na szczęście tak się nie stało i o Waldku, jak mówi o nim Ryszard Rodzik – wiceprezes Podlaskiego Stowarzyszenia Sportu Osób Niepełnosprawnych „Start” –wielu ludzi nie zapomniało. – To naprawdę wielka sprawa, że tyle osób pamięta o nim i oddało na niego swój głos, by jego nazwisko znalazło się w grupie 40 finalistów. Bo to był wspaniały człowiek i wspaniały sportowiec. Gdyby żył, byłby dziś wielką osobowością w sporcie osób niepełnosprawnych i na pewno działałby dla tego sportu.

Na stronie Fundacji Sedeka, której należą się ogromne słowa uznania za zorganizowanie plebiscytu, w głosowaniu wzięło udział ponad 30 tys. internautów. Na podstawie zliczonych głosów wytypowano nazwiska 40 sportowców, którzy dostali się do grupy finałowej. Kapituła plebiscytu, składająca się z 23 osób, wybrała z niej dziesięciu najwybitniejszych – Złotą Dziesiątkę. Każdy z członków kapituły wysłał do organizatora drogą elektroniczną swoją listę najlepszych dziesięciu kandydatów. Policzono wszystkie głosy i sportowcy, którzy otrzymali ich najwięcej, zostali laureatami. Podczas uroczystej gali wręczono im (lub ich przedstawicielom) statuetki najwybitniejszego sportowca niepełnosprawnego 40-lecia. To równorzędne wyróżnienie dla wszystkich dziesięciu zwycięzców.

– To był trudny plebiscyt – mówi Jan Lis, dziennikarz sportowy i pomysłodawca przedsięwzięcia. – Z tak dużej liczby sportowców trzeba było wybrać dziesięciu najlepszych kandydatów. Każdy z 23 członków kapituły – naukowców, dziennikarzy, obserwatorów sportu, działaczy środowiska – kierował się własnymi kryteriami oceny zasług sportowych i osiągnięć medalowych zdobywanych na różnych igrzyskach, w różnych dyscyplinach.

Oto alfabetyczna lista dziesięciu laureatów, którą otwiera nazwisko Kikolskiego:

Waldemar Kikolski – nieżyjący słabowidzący biegacz na dystansach 800 m, 1500 m i maratończyk. Reprezentował klub „Start” Białystok. Brał udział w trzech paraolimpiadach (Barcelona 1992, Atlanta 1996, Sydney 2000), na których zdobył 3 złote, 3 srebrne i 1 brązowy medal. Czterokrotnie wywalczył również tytuł mistrza świata. Jego sukcesów w Polsce nikt nie powtórzył. Zginął w wypadku samochodowym w maju 2001 roku podczas powrotu z zawodów w Czechach.

– To wielkie wyróżnienie dla Waldka, którego z nami już nie ma. Wciąż jest największym biegaczem niepełnosprawnym w Polsce, niezależnie od kategorii startowej – mówi Ryszard Rodzik. – Był indywidualistą, chodził własnymi drogami, trenował sam i różne rzeczy konsultował z wieloma trenerami. Czy padał deszcz, czy nie, czy przebywał w Łapach, w domu, czy za granicą, przebiegał dziennie 30 km – wspomina klubowy kolega. – Najbardziej chyba cenił pierwszy złoty medal zdobyty w maratonie w Sydney. Nie miał własnego przewodnika, więc skorzystał z pomocnika zapewnionego przez organizatorów paraolimpiady. I ten przewodnik nie wytrzymał tempa – opowiada.
– Waldemar Kikolski na ok. 30. kilometrze oderwał się od niego i dobiegł do mety sam. Początkowo organizatorzy chcieli go zdyskwalifikować, bo przepisy nie przewidywały sytuacji, aby zawodnik rozpoczynał bieg z przewodnikiem, a kończył w pojedynkę. Ponieważ znał angielski, wyjaśnił sprawę, tłumacząc, że nie z własnej winy dobiegł do mety bez przewodnika, gdyż osoba, którą mu przydzielono, okazała się dla niego zwyczajnie za słaba. – Organizatorzy znali przecież jego czasy biegów maratońskich – podkreśla Ryszard Rodzik. – Gdyby przewodnikiem była osoba z Polski, wtedy zostałby zdyskwalifikowany, a ponieważ przewodnik był od organizatorów, przyznano mu rację. I złoty medal. Wręczano mu go ostatniego dnia igrzysk, na wypełnionym po brzegi stadionie.

Małgorzata Olejnik – zawodniczka klubu „Start” Kielce, która w łucznictwie (pozycja stojąca) zdobyła na czterech igrzyskach paraolimpijskich (Atlanta 1996, Sydney 2000, Ateny 2004, Pekin 2008) 3 medale: złoty, srebrny i brązowy. Ma w swojej kolekcji także tytuł mistrzyni świata i mistrzyni Europy. Stała się bardzo znana w 2005 roku, kiedy została posłanką na Sejm. Wtedy mocno zaangażowała się w sprawę przyznania złotym medalistom paraolimpijskim sportowych świadczeń emerytalnych, jakie otrzymywali już sprawni olimpijczycy.

Krystyna Owczarczyk – lekkoatletka reprezentująca kluby „Start” Warszawa i „Start” Ciechanów, specjalizująca się w rzutach, pięcioboju i wyścigach na wózkach. Na czterech igrzyskach paraolimpijskich (Heidelberg 1972, Toronto 1976, Arnhem 1980, Stoke Mandeville 1984) zdobyła 5 złotych, 2 srebrne i 5 brązowych medali. Sportem zaraziła się w 1964 roku podczas turnusu sportowo-rekreacyjnego. Po powrocie do domu wstąpiła do klubu „Start” i pod okiem trenerów ćwiczyła lekką atletykę. – Czekałam na tę chwilę 40 lat – mówi pani Krystyna. – Startowałam już na pierwszych igrzyskach paraolimpijskich, na których obecna była polska reprezentacja – w 1972 w Heidelbergu. Wywalczyłam wtedy trzy złote medale. Dziękuję moim trenerom, którym wiele zawdzięczam.

Mirosław Owczarek – zawodnik klubu „Start” Poznań, który w swojej pływackiej karierze w latach 1976-1995 wywalczył na pięciu paraolimpiadach (Toronto 1976, Arnhem 1980, Stoke Mandeville 1984, Seul 1988, Barcelona 1992) osiemnaście medali – 7 złotych, 10 srebrnych i 1 brązowy. Pływał wszystkimi stylami na dystansach od 25 do 200 m. W 1994 roku, w sztafecie z Pawłem Łukaszewiczem, Wojciechem Monterialem, Pawłem Kmiecikiem, Zbigniewem Abramowskim, Henrykiem Lange, pokonał kanał La Manche.

Natalia Partyka – najmłodsza laureatka, niezwykle popularna polska tenisistka stołowa, reprezentuje klub SKTS Sochaczew. Od kilku lat jest najbardziej rozpoznawalną postacią polskiej reprezentacji paraolimpijskiej. Mimo młodego wieku wzięła udział w czterech igrzyskach paraolimpijskich (Sydney 2000, Ateny 2004, Pekin 2008, Londyn 2012) oraz dwóch olimpijskich (Pekin i Londyn), z których przywiozła 3 złote, 2 srebrne i 1 brązowy medal. – Niezwykle cieszę się z tego, iż znalazłam się w gronie najlepszych sportowców. To zaszczyt znaleźć się wśród tak wielu wspaniałych i utytułowanych sportowców – mówi Natalia Partyka. – Ja wcześnie zdobyłam swój pierwszy złoty medal na igrzyskach, dlatego, choć jestem jedną z młodszych zawodniczek, startowałem już na czterech paraolimpiadach i w dorobku mam 6 medali paraolimpijskich, w tym 3 złote. Każdy z tych medali był ważny, choć może najcenniejszy jest ten z Londynu, gdyż jego zdobycie przyszło mi najtrudniej. A jechałam do Londynu jako faworytka, więc ciążyła na mnie ogromna presja.

Dariusz Pender – najbardziej utytułowany polski szermierz na wózku i jeden z najbardziej utytułowanych na świecie, zawodnik klubu IKS AWF Warszawa specjalizujący się w szpadzie i florecie. Na czterech igrzyskach paraolimpijskich (Sydney 2000, Ateny 2004, Pekin 2008, Londyn 2012) zdobył 2 złote, 2 srebrne i 3 brązowe medale. To także czterokrotny mistrz świata, wielokrotny mistrz Europy, zdobywca Pucharu Świata. Nie bez powodu krąży powiedzenie: „Myślisz – szermierka, mówisz – Dariusz Pender”. Jest u schyłku swojej kariery, ma prawie 39 lat, lecz kończyć jej jeszcze nie zamierza. To aktualny mistrz paraolimpijski z Londynu 2012, który w Rio de Janeiro będzie bronił tytułu. – Plebiscyt był świetną formą promocji sportu osób niepełnosprawnych, konkurs powinien być kontynuowany – mówi Darek Pender.
– Z każdego turnieju rangi mistrzowskiej, poza ubiegłymi mistrzostwami świata w Budapeszcie, przywożę medal. Najbardziej cenię krążek zdobyty w Sydney w 2000 roku. To było moje pierwsze paraolimpijskie złoto i niespodziewanie w szpadzie, bo liczyłem na medal we florecie. Ale każde trofeum było ważne i trudne do zdobycia. To zawsze efekt wielu treningów i pracy przez cały rok, aby utrzymać formę. Każda większa przerwa odbija się na grze i wyniku.

Katarzyna Rogowiec – wielka osobowość zimowych sportów paraolimpijskich, uprawiająca narciarstwo biegowe na 5 i 15 km oraz biathlon. Zawodniczka klubu „Start” Nowy Sącz, która na trzech paraolimpiadach (Salt Lake City 2002, Turyn 2006, Vancouver 2010) wywalczyła 2 złote i 1 brązowy medal. Jest także multimedalistką mistrzostw świata i Pucharu Świata, a w 2006 roku została wybrana przez „Przegląd Sportowy” i TVP na najlepszego niepełnosprawnego sportowca roku. Dwa lata później, w wyprawie trekkingowej, zdobyła szczyt Kilimandżaro. Narodziny dziecka nie pozwoliły jej wystąpić na ostatnich zimowych igrzyskach w Soczi. – Mam już 15 lat stażu wyczynowego sportowca, który zdobył 3 medale paraolimpijskie, 13 medali mistrzostw świata i Kryształową Kulę. I wiek już nie taki młody, za chwilę 40-tka – mówi Katarzyna Rogowiec. – Dla mnie ostatni medal, brązowy, przywieziony z igrzysk paraolimpijskich w Vancouver, ma szczególne znaczenie, bo zdobyłam go jako bardzo świadoma już zawodniczka. Chciałabym także, aby media pokazywały nasz sport w atrakcyjniejszej formie i transmitowały na żywo przynajmniej wysokiej rangi zawody – igrzyska, mistrzostwa świata i Europy.

Jerzy Szlęzak – narciarz biegowy i biathlonista reprezentujący klub „Start” Wrocław. Jedyny polski paraolimpijczyk, który uczestniczył aż w 7 letnich i zimowych igrzyskach paraolimpijskich (Nowy Jork 1984, Seul 1988, Barcelona 1992, Innsbruck 1988, Albertville-Tignes 1992, Lillehammer 1994, Nagano 1998), na których łącznie zdobył szesnaście medali – 7 złotych, 5 srebrnych, 4 brązowe. Był także kilkakrotnym medalistą mistrzostw świata i Europy.

Krzysztof Ślęczka – prawdziwy multimedalista reprezentujący klub „Start” Wrocław, pływał wszystkimi stylami na dystansach od 25 do 200 m. Startował w pięciu igrzyskach paraolimpijskich (Stoke Mandeville 1984, Seul 1988, Barcelona 1992, Atlanta 1996, Sydney 2000), z których przywiózł 19 medali – 6 złotych, 9 srebrnych i 4 brązowe. Tytuł mistrza świata zdobył trzydzieści trzy razy, a Europy osiem razy.

Ryszard Tomaszewski – sztangista i lekkoatleta z klubu „Start” Wrocław, który podczas sześciu paraolimpiad (Arnhem 1980, Stoke Mandeville 1984, Seul 1988, Barcelona 1992, Atlanta 1996, Sydney 2000) zdobył 4 złote, 2 srebrne i 1 brązowy medal. To legenda sportu i oficjalnie uznany sztangista wszech czasów. Dwadzieścia razy ustanawiał rekordy świata w trzech kategoriach wagowych (do dziś nikt tego nie powtórzył), osiem razy zdobył tytuł mistrza świata, a dziesięć razy mistrza Europy. Z polskich sportowców tylko on i Irena Szewińska zostali umieszczeni w albumie „Stu najwybitniejszych sportowców XX wieku”. Gdyby nie doznana w 2001 roku poważna kontuzja, jego kariera trwałaby dłużej, a dorobek byłby jeszcze bardziej imponujący.
– Znalazłem się w gronie najwybitniejszych polskich sportowców niepełnosprawnych 40-lecia, to dla mnie duże wyróżnienie i ukoronowanie mojej kariery – mówi Ryszard Tomaszewski. – Gdy jako młody człowiek leżałem po wypadku w szpitalu w Konstancinie, profesor Marian Weiss poradził mi, abym pomyślał o sporcie, bo osoby niepełnosprawne także go uprawiają. Wtedy wydawało mi się, że to żart. Później, już jako niepełnosprawny sportowiec, zdobywałem medale dla Polski.

Przez najbliższe lata ci czempioni będą przywoływani jako najwybitniejsi sportowcy niepełnosprawni. Jednak w pozostałej
30-tce także znaleźli się znakomici zawodnicy, których osiągnięcia pretendowały do najwyższego wyróżnienia. – Co najmniej sześciu sportowców zasługiwało jeszcze na statuetki – mówi Jan Lis. – Ale to głosy internautów i członków kapituły zadecydowały o tym, kto znalazł się w Złotej Dziesiątce. Nie ma plebiscytów, które znalazłyby złoty środek i spełniły oczekiwania wszystkich. Być może dzięki temu plebiscytowi doczekamy się corocznych wyborów najwybitniejszego sportowca niepełnosprawnego. Czy tak będzie, dowiemy się niebawem. Fundacja Sedeka planuje też stworzyć galerię sław polskich sportowców niepełnosprawnych. Na pewno trafią do niej ci wybitni zawodnicy, którzy nie uzyskali wystarczającej liczby głosów, aby wejść do obecnej grupy laureatów. – Media pamiętają o świetnych pełnosprawnych sportowcach, przypominają wciąż ich sukcesy, ale to osiągnięcia sportowców niepełnosprawnych powinno się najbardziej doceniać i promować, bo za nimi stoi walka z własnymi słabościami i niepełnosprawnością – mówi Stanisław Kowalski, prezes zarządu Fundacji Sedeka.

Plebiscyt na najwybitniejszych sportowców niepełnosprawnych 40-lecia podsumował piękną kartę polskiego paraolimpinizmu, którym polskie media zainteresowały się dopiero kilkanaście lat temu, gdy kadra polskich paraolimpijczyków zaczęła przywozić więcej medali niż kadra pełnosprawnych olimpijczyków. Sport paraolimpijski istnieje w świadomości Polaków, natomiast krajowy sport osób niepełnosprawnych niemal w ogóle. O ile zainteresowanie tym pierwszym zwiększa się, to tym drugim jest coraz mniejsze. Świadczą o tym puste trybuny podczas krajowych rozgrywek sportowych osób niepełnosprawnych, także brak zainteresowania lokalnych mediów i coraz trudniejsze zdobywanie środków na ich organizację i promocję. Jeśli nie zostaną podjęte działania odwracające ten trend, to już niedługo sport osób niepełnosprawnych będzie się Polakom – i mediom – kojarzył wyłącznie z paraolimpiadą. I będzie się o nim mówiło wyłącznie raz na cztery lata.

Piotr Stanisławski

 

aaa

 

kultura

 

Spalony

„W mundialach w 1978 i 1982 roku uczestniczyłem jako piłkarz reprezentacji Polski, z turnieju w 1986 r. wyeliminowała mnie kontuzja. Mistrzostw świata w 2002 roku nie oglądałem w ogóle. No dobrze, widziałem kilka minut jednego meczu – ubrany w biały fartuch lekarz dał mi coś podejrzeć. Lekarz pracujący w zamkniętym ośrodku dla psychicznie chorych, w którym spędziłem długie dwa miesiące życia.

Jeszcze kilka tygodni wcześniej byłem kierownikiem Wisły, ale dzień przed meczem z Legią Warszawa ubrany w klubowy dres, prosto ze zgrupowania uciekłem do kasyna mieszczącego się w Bronowicach, w hotelu przy ulicy Armii Krajowej w Krakowie, gdzie upiłem się do nieprzytomności.

Na Reymonta już nie wróciłem ani dzień później, ani nawet miesiąc później. Do nikogo się nie odezwałem. Niemożliwa do okiełznania siła ciągnęła mnie w innym kierunku. Przypominałem lunatyka, który zmierza prosto ku przepaści i wiedziałem, że jeśli sam nie zdołam się ocknąć, to nikt inny mi nie pomoże. To był mój mecz – najtrudniejszy, przeciwko najbardziej wymagającemu rywalowi. Ja kontra ja.”

Tak rozpoczyna się autobiografia Andrzeja Iwana, jednego z najlepszych polskich piłkarzy lat 70. i 80. Znany sportowiec z przejmującą szczerością opowiada w niej o swoim życiu, uzależnieniach od alkoholu, hazardu, o próbach samobójczych. Wspomnienia spisał Krzysztof Stanowski, dziennikarz sportowy, twórca kontrowersyjnego serwisu Weszlo.com.

Autobiografia również jest kontrowersyjna. Iwan zdradza kulisy futbolowego światka, nie szczędząc nam szczegółów, które wielu chciałoby ukryć. Wielodniowe libacje, sprzedane mecze, kompromitujące sytuacje szokują czytelnika. Iwan stara się go też rozśmieszyć, przywołując anegdoty z życia piłkarzy. Ale gorzki to będzie śmiech. Bo „Spalony” to nie bajka, to opowieść o ludzkich tragediach, o upadkach i niezdarnych próbach podnoszenia się.

Przy lekturze tej książki wytrawny czytelnik nie raz poczuje niesmak, szczególnie jeśli lubi grę fair play. Czy Iwan nie powiedział za dużo? Czy nie została przekroczona cienka granica pomiędzy szczerością a oszczerstwem, prawdą a tabloidalnym ekshibicjonizmem? Zostawiam to Państwu pod rozwagę.

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

turystyka

 

Bliżej Wilna niż Warszawy

 Sejneńszczyzna, położona w północno-wschodniej Polsce, jest rejonem zamieszkałym przez dwunastotysięczną mniejszość litewską. Do Wilna jest 180 km, do Warszawy – 350. Powiat sejneński to niezwykle urocze miejsce wprost stworzone do turystyki pieszej, rowerowej, kajakowej, konnej, krajoznawczej i etnograficznej.

 Józef Skrypko, członek suwalskiego „Jaćwinga”, zaprasza na wycieczkę w swoje strony, czyli w okolice jezior Gaładuś i Hołny. Pan Józef jest Litwinem i  mieszka w Dusznicy niedaleko Krasnogrudy. Jak na swój wiek dobrze się trzyma. Kiedy był odrobinę młodszy, z żoną Anią śpiewał w litewskim zespole folklorystycznym. Dziś już nie jeżdżą na koncerty, ale jak się ich grzecznie poprosi, to nie odmawiają śpiewania.

Właśnie, co to jest Krasnogruda? To jedyne miejsce w Polsce poświęcone pamięci noblisty Czesława Miłosza. W latach 30. XX wieku, jako gimnazjalista, a potem student Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, Czesław zjeżdżał latem do wujostwa, by odetchnąć od nauki i się odkarmić. Tutaj przeżywał pierwsze romanse, tutaj w latach 1934-1935 rodziła się jego dojrzała poezja. Po wojnie odwiedził dworek w Krasnogrudzie w 1951 roku, a w wolnej Polsce w 1989. Opuszczone siedlisko zaczęło obracać się w ruinę, a park zarósł chwastami i zdziczał. I gdyby nie Fundacja „Pogranicze”, dworek zapadłby się pod ziemię.

Na początku lat 90. Krzysztof Czyżewski z grupą młodych ludzi zajechał wozem konnym  z Kaszub do Sejn. Założyli Fundację „Pogranicze”, która niejako organizuje życie kulturalne na ziemi zamieszkałej przed laty przez Polaków, Litwinów, Żydów, Białorusinów, Niemców (ewangelików). Dzięki fundacji,  której dyrektoruje pan Krzysztof, w odnowionym krasnogrudzkim dworku od 2011 roku nad Hołnami odbywają się koncerty, spektakle, imprezy artystyczne. Międzynarodowe Centrum Dialogu skupia młodzież polską, litewską, białoruską i z innych dalszych krajów. Prowadzone są zajęcia dla młodych ludzi, warsztaty dla osób niepełnosprawnych. Na pomalowanym na czerwono ganku widnieje motto: „Biada temu, kto wyrusza i nie wraca. Oskar Miłosz”. Piękne miejsce nad jeziorem Hołny zachęca do odwiedzenia. Krasnogruda znajduje się 12 km na wschód od Sejn. Z Sejn można tu dojechać rowerem albo dojść niebieskim i czarnym szlakiem przez Sztabinki lub Żegary. Niedaleko jest polsko-litewskie przejście w Ogrodnikach. Właściwie to go nie ma, bo przekraczamy granicę państwa tak jak na przykład granicę między Mazowszem a Podlasiem. Schengen nam to załatwiło.

 

Wielokulturowe Sejny

Sześciotysięczne Sejny w 30 procentach zamieszkują Litwini. Jest tu nawet konsulat tego państwa.  Tuż przed II wojną światową proporcje narodowościowe układały się inaczej: po jednej trzeciej sąsiadowali ze sobą Litwini, Polacy, Żydzi i niewielu ewangelików. O to niewielkie miasto toczyły się przez dwa lata – od 1918 do 1920 roku – ciężkie walki między niepodległą Litwą i Polską. Nad miastem górują dwie 47-metrowe wieże zwieńczone barokowymi cebulastymi hełmami. Bazylikę Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny wraz z klasztorem wznieśli dominikanie w 1706 roku. Litwini mieli zawsze pretensję do Sejn. Dla nich było to ważne miejsce kulturowe i narodowe. W 1999 roku przed bazyliką stanął pomnik biskupa Antanasa Baranauskasa (Antoniego Baranowskiego). Długo czekali Litwini na ten gest ze strony Polski. Biskup, poeta, był zawsze zwolennikiem unormowania stosunków z Polakami.

Wspomniana wcześniej Fundacja „Pogranicze” odnowiła w Sejnach Białą Synagogę (za komuny był tam magazyn nawozów i zajezdnia komunikacyjna) i dawną jesziwę, gdzie mieści się Dom „Pogranicza”. To miejsce żyje. Odbywają się tam spektakle, wystawy, koncerty – między innymi Orkiestry Klezmerskiej Teatru Sejneńskiego.

Poruszając się po tej ziemi, co krok napotykamy wpływy litewskie. Ba, nawet nazewnictwo geograficzne jest litewskie i jaćwieskie. Na przykład nazwa Widugiery – wioska między Puńskiem a Gaładusiem − wywodzi się z litewskiego „vidus” (środek) i „giria” (las). Trakiszki − wieś i stacja kolejowa − od „trakas” (leśnej łąki porosłej krzakami).

Sześć kilometrów na południe od Puńska, czyli litewskiej „stolicy”, koniecznie trzeba zajechać do Oszkini – osady jaćwiesko-pruskiej. Petro Lukoseviciaus (Piotr Łukaszewicz) od kilku lat, za swoje pieniądze, wznosi osadę przypominającą zaginione już narody. Odtwarzane kamienno-drewniane budowle są konsultowane z historykami i archeologami. Kurhany, miejsca kultu, warownie, grody, kamienie rytualne – dają zwiedzającym wrażenie przeniesienia się tysiąc lat wstecz. Trzeba podziwiać tego niemłodego już mężczyznę za fantazję, za kultywowanie dawnych wierzeń. Największe tłumy gromadzą się podczas ceremonii nocy świętojańskiej obchodzonych wedle pogańskich zwyczajów.

Wjeżdżając do Puńska, nie sposób nie zauważyć tablic z litewską nazwą tej miejscowości – Punskas. To wyjątkowa wieś, zamieszkana w 80 procentach przez autochtoniczną ludność narodowości litewskiej. Jest tu liceum ogólnokształcące z litewskim językiem nauczania, Litewskie Centrum Kultury Ludowej, przy którym działają zespoły taneczne i chóry, wydawnictwo „Auśra”. Warto odwiedzić skansen z tradycyjną zagrodą litewską, gdzie odbywają się latem spektakle teatrów stodolanych i jarmarki folklorystyczne.

 

Lokalne przysmaki

Gdy już się tak nawędrujemy i nazwiedzamy, warto coś przekąsić, by nie osunąć się na ziemię sejneńską z osłabienia. I gdzie jak gdzie, ale tutaj mamy możliwość wybierać w lokalnych daniach. Obowiązkowo należy skonsumować kartacze, czyli ziemniaczane kule wypełnione gałką z mięsa baraniego, wieprzowego lub cielęcego. Na Litwie zwą je cepelinami. Od staropolskich pyz różnią się dużym udziałem surowych tartych ziemniaków oraz wielkością i kształtem. Kołduny, czyli małe gotowane pierożki z ciasta pszennego, nadziewane mięsem i łojem baranim – to niebo w gębie. Na Sejneńszczyźnie upowszechnili to danie Karaimowie i Tatarzy, zresztą podobnie jak kindziuk, czyli brzuch wieprzowy tęgo nabity obrzynkami mięsa, zaprawiony saletrą z korzeniami i wędzony.  Kiszka ziemniaczana jest znana na całej Suwalszczyźnie. Sporządza się ją z wieprzowych oczyszczonych jelit wypełnionych farszem z utartych, odpowiednio doprawionych ziemniaków. Pieczona jest w piekarniku aż do zarumienienia się skórki. Palce lizać, szczególnie gdy popijemy ją kieliszeczkiem miejscowej nalewki. A na deser sękacz, czyli ciasto wypiekane z jajek, cukru, masła oraz kwaśnej śmietany.

Gdy już tak sobie podjemy i wypoczniemy, warto w Sejnach usiąść do kajaka i spokojnie spłynąć rzeką Marychą do trójstyku granic Polski, Litwy i Białorusi. To tylko 30 km, a ileż wrażeń. Rzeka wije się leniwie wśród podsejneńskich pagórków, wpływa do dużego jeziora Pomorze w pobliżu Gib, a potem zanurza się w dzikich ostępach Puszczy Augustowskiej. O tragicznych losach mieszkańców Suwalszczyzny przypomina pomnik w Gibach. Na morenowym pagórku usłanym 200 polodowcowymi głazami stoi pomnik autorstwa prof. Andrzeja Strumiłły. U stóp krzyża postawiono kamień z nazwiskami ofiar. Tablica informuje: „W lipcu 1945 roku jednostki Armii Czerwonej oraz wojsk wewnętrznych NKWD ZSRR przy współpracy funkcjonariuszy UB, Milicji Obywatelskiej i miejscowych konfidentów przeprowadziły obławę na terenie kilku powiatów. Podczas tej operacji zatrzymano kilka tysięcy mieszkańców, zarzucając im przynależność lub współpracę z polskim podziemiem niepodległościowym. Po brutalnym śledztwie sowieci wywieźli grupę około 600 osób. Ich los do tej pory nie jest znany. Pomnik na wzgórzu wzniesiony latem 1991 roku upamiętnia ofiary największej zbrodni popełnionej na Polakach po zakończeniu II wojny światowej”.

A obok krzyży jeszcze jeden symbol: siedmioletni dąb papieski wyhodowany z nasion dębu Chrobry poświęconych przez Ojca Świętego Jana Pawła II.

Andrzej Szymański 

 

aaa

 

zdrowie

 

Dymek z papierosa

 „Wracaj w deszcz, proszki bierz, tylko nie pal” – tak śpiewa w refrenie jednego ze swoich szlagierów Maryla Rodowicz. Niepokój, problemy z koncentracją, drażliwość. Aż co trzeci dorosły Polak musi radzić sobie z tymi odczuciami za każdym razem, gdy potrzeba zapalenia papierosa staje się tak silna, że wręcz nieznośna.

 Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) nadużywanie tytoniu jest chorobą – postępującą, przewlekłą i nawracającą. Niektórzy potrafią nad nią zapanować, pozostali powinni szukać pomocy lekarzy. Uzależnienie od nikotyny nie jest tylko problemem fizjologicznym. Zaczyna się niewinnie. Na początku palimy raczej ze względów psychologicznych i społecznych. Zapalenie papierosa, zaciąganie się, obserwowanie dymku – powtarzanie tych rytuałów sprawia nam przyjemność. Podobnie jak przynależność do grupy palaczy – w pracy, na uczelni, w gronie przyjaciół – i poczucie wspólnoty z nimi. Z każdym kolejnym zaciągnięciem palenie coraz częściej utożsamiamy z chwilami relaksu i przerwy w wykonywaniu obowiązków. Lubimy je coraz bardziej, aż w końcu jest za późno na odwrót. Pojawia się bowiem uzależnienie fizjologiczne: organizm przyzwyczaja się do stymulacji, jaką daje nikotyna. To silna neurotoksyna, która działa na układ nerwowy. W ciągu 7-10 sekund trafia z dymem przez płuca i krew do mózgu i pobudza w nim tzw. układ nagrody, co sprawia, że odczuwamy przyjemność i zadowolenie. Niestety, łatwo przyzwyczaja się on do takiej sztucznej stymulacji. Po jakimś czasie potrzebuje nikotyny wcale nie po to, by czuć się lepiej, lecz po to, by czuć się zaledwie przyzwoicie. Papieros przestaje być już przyjemnym dodatkiem do spotkania z przyjaciółmi, a staje się koniecznością, rzucenie palenia zaś – ogromnym wyzwaniem.

 Sprawdzenie, jak silny jest nałóg, w którym tkwimy, nie jest trudne. Służy temu test Fagerstroma. Składa się z sześciu pytań, odpowiedzi nie są punktowane. Oto one: Jak szybko po przebudzeniu zapalasz pierwszego papierosa? (w ciągu pierwszych pięciu minut – 3 p., między 6-30 min. – 2 p., między 31 a 60 min. – 1 p., po co najmniej godzinie od przebudzenia – 0 p.). Czy masz trudności z powstrzymaniem się od palenia w miejscach zakazanych? (tak – 1 p., nie – 0 p.). Z którego papierosa jest ci najtrudniej zrezygnować? (z pierwszego – 1 p., z każdego innego – 0 p.). Ile papierosów wypalasz dziennie? (mniej niż 11 – 0 p., 11-20 – 1 p., 21-30 – 2 p., powyżej 31 – 3 p.). Czy częściej palisz w ciągu pierwszych godzin po przebudzeniu niż w pozostałej części dnia? (tak – 1 p., nie – 0 p.). Czy palisz nawet wtedy, kiedy jesteś tak chory, że musisz leżeć w łóżku przez większość dnia? (tak – 1 p., nie – 0 p.). Suma punktów od 0 do 3 świadczy o niskim stopniu uzależnienia od nikotyny, od 4 do 6 – o średnim, a powyżej 6 – o silnym.

 Większość palaczy, którym udaje się zerwać z nałogiem to osoby, których fizjologiczne uzależnienie jest słabe lub umiarkowane. Dla pozostałych – ostatni papieros to początek bardzo trudnej drogi usianej kolcami, bo fizyczne objawy jego odstawienia potrafią nieźle uprzykrzyć życie. Nie mamy co zrobić z rękami, co budzi stres. Wykonujemy niezborne gesty, a to jeszcze zwiększa nasze rozdrażnienie. Żeby je zmniejszyć, sięgamy po słodycze, głód nikotynowy tłumimy zwiększonym apetytem, przybieramy na wadze – więc znów sięgamy po papierosa. Lekarze radzą, by nie zniechęcać się po kolejnych nieudanych próbach. Wielu pacjentów ostatecznie przestaje palić dopiero za siódmym, ósmym, a nawet dziesiątym podejściem. Ważne, by zwłaszcza w pierwszym okresie po rozstaniu z papierosem unikać okazji, które nam o nim przypomną. Nie warto wystawiać się na próbę i wychodzić ze znajomymi w pracy na balkon, żeby „tylko potowarzyszyć”. Należy wypełnić czymś nowo odzyskany wolny czas (średnio dwie godziny dziennie), który wcześniej pochłaniał nałóg. Dodatkowe obowiązki w pracy, nowe, praktyczne zadania (np. remont mieszkania), znalezienie jakiegoś, choćby tymczasowego hobby, spotkania z niepalącymi znajomymi i rodziną (niektórzy potrzebują wsparcia bliskich) – to niektóre z wypróbowanych pomysłów. Warto pamiętać, że alkohol łatwo zwalnia nasze wewnętrzne hamulce: pokusa zapalenia po paru kieliszkach może stać się nie do odparcia.

Wprawdzie medycyna nie znalazła dotąd środka, który uwolniłby od uzależnienia bez wysiłku ze strony zainteresowanego, ale może mu w tej walce pomóc. Popularnym sposobem jest nikotynowa terapia zastępcza. Polega ona na podawaniu palaczowi nikotyny w postaci innej niż dym papierosowy. Służą temu (sprzedawane w aptece bez recepty) gumy, pastylki do ssania i podjęzykowe, plastry i inhalatory. Ich stosowanie powinno trwać od 6 do 12 tygodni. W tym czasie należy stopniowo zmniejszać dawki przyjmowanej nikotyny. Również e-papierosy dostarczają organizmowi nikotynę – za pomocą inhalacji, ale bez tlenku węgla, substancji smolistych i czterech tysięcy innych związków (w dużej mierze toksycznych) wdychanych podczas palenia tytoniu. Jak dotąd brak jednak badań, które potwierdziłyby skuteczność e-papierosów w walce z nałogiem. Bardziej sprawdzone są środki antydepresyjne, które można kupić wyłącznie na receptę. Pomagają łagodzić stres i napięcie związane z rzucaniem palenia, a dodatkowo wpływają pozytywnie na układ nagrody w mózgu. Leczenie trwa od siedmiu tygodni do roku. Inne metody, jak akupunktura, hipnoza czy biorezonans, nie są wprawdzie zalecane przez lekarzy jako mało skuteczne, ale siła sugestii i wiara, że mogą pomóc, wystarczają niektórym, by osiągnąć sukces.

Szacuje się, że w Polsce żyje około 5 mln osób, którym udało się ostatecznie zerwać z tym nałogiem. Niestety, znacznie więcej pozostaje w nikotynowej niewoli. Szczególnie niepokojące są dane wskazujące na wzrost liczby młodych palaczy (bywa, że po papierosa sięgają dzieci już w podstawówce), dla których „puszczanie dymka” jest synonimem dorosłości. Rośnie też grupa dziewcząt i kobiet traktujących papierosy nie tylko jako sposób na stres, lecz także na odchudzanie. Na nic się zdają ostrzeżenia lekarzy, że palenie zwiększa ryzyko zachorowania na nowotwory (na czele z rakiem płuc i krtani), choroby układu krążenia i pokarmowego, powoduje zmniejszenie odporności na różne infekcje i zwiększa niebezpieczeństwo deformacji płodu (w przypadku matek palących).

W przedwojennej Polsce palenie papierosa na ulicy – zwłaszcza w towarzystwie kobiet – nie mieściło się w kanonach bon tonu. Po wojnie, kiedy wraz ze zmianą ustroju obyczaje zmieniły się na gorsze, wiele wzorców kulturowych przestało obowiązywać, a wśród nich i ten. Dobrze więc, że od kilku lat walka z nikotyną przestała być tylko prywatną sprawą każdego z nas, a stała się kwestią ogólnospołeczną. Tym bardziej że dym z papierosa szkodzi nie tylko samym palaczom, lecz także ich najbliższemu otoczeniu. Badania potwierdzają, że tzw. bierne palenie jest również szkodliwe dla zdrowia. Po kilkunastu latach może skutkować m.in. groźną i nieuleczalną obturacyjną chorobą płuc – POChP (zmniejsza się sukcesywnie ilość zawartych w nich pęcherzyków, co prowadzi do kłopotów z oddychaniem). Dlatego od kilku lat Polska, wzorem innych krajów, stara się wykluczać palenie z przestrzeni publicznej, pozwalając na nie jedynie w wydzielonych miejscach (palarnie, małe salki z odpowiednią wentylacją). Przekreślony papieros widnieje już nie tylko w urzędach, szpitalach i placówkach służby zdrowia, szkołach i uczelniach, lecz także w restauracjach, kawiarniach i pubach. Nie wolno palić w środkach komunikacji publicznej oraz na przystankach. Towarzyszą temu akcje propagandowe typu „Dzień bez papierosa”, którym patronuje niestrudzony prof. Witold Zatoński; ogłasza on co roku w radiu, ilu osobom udało się wyjść z uzależnienia. Uliczne plakaty (świetny Andrzeja Pągowskiego z wymownym rysunkiem i podpisem „Papierosy są do d…”) starają się przemawiać do wyobraźni społecznej. Coraz mniej atrakcyjne opakowania papierosów z ostrzeżeniem w rodzaju „palisz, płacisz, życie tracisz” mają zniechęcać do ich kupowania.

Monopol tytoniowy na całym świecie przynosi ogromne zyski. Nikotynowe lobby stara się, jak może, by nie dopuścić do kryzysu w branży: papierosy cienkie, o różnych smakach (nie tylko mentolowe), o ponoć mniejszej zawartości ciał smolistych i inne podobne innowacje to kolejne, rzekomo prozdrowotne, zachęty dla potencjalnych klientów. Choć szanse obu stron jak na razie są nierówne, można chyba mówić już o małych, nieśmiałych jeszcze sukcesach. Otóż coraz częściej nie boimy się zwrócić uwagi nieznajomemu na niestosowność puszczania dymka w miejscach, gdzie jest to zakazane. Opinia publiczna, jak wiemy, potrafi zdziałać cuda.

(BWO)

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Kształtowanie gibkości

 Dbałość o odpowiednią elastyczność mięśni i ścięgien zwiększa zakres naszych ruchów, zapobiega kontuzjom podczas intensywnych treningów, a nawet może poprawić siłę i szybkość sportowca. Ćwiczenie gibkości pozwala również rozluźnić się napiętym po treningu mięśniom, dotlenić ich komórki i pomóc odprowadzić z mięśni krew wraz ze zbędnymi produktami przemiany materii. Jak poprawić naszą gibkość?

Naturalna gibkość zależy od wielu czynników – budowy anatomicznej stawów, elastyczności mięśni, ich temperatury, elastyczności ścięgien i więzadeł, wieku (z latami ulega stopniowemu pogorszeniu).

Gibkość jest cechą warunkującą predyspozycje układu ruchowego człowieka. Określa ona maksymalny zakres ruchu w poszczególnych stawach. Gibkość zależna jest głównie od elastyczności mięśni i ścięgien, które ograniczają anatomiczną ruchomość stawów, dzięki czemu stabilizują je, podobnie jak więzadła. Dlatego mówi się o optymalnym, a nie maksymalnym poziomie gibkości. Odpowiedni trening pozwala poprawić parametry gibkości. Cechę tę możemy rozwijać do pewnego momentu, tak aby osiągnąć pożądany efekt (optymalny poziom gibkości), a następnie poprzez systematyczne ćwiczenia go utrzymać. Rozciąganie mięśni jest bardzo ważne podczas wszelkich form aktywności. Zalecane jest zarówno podczas rozgrzewki, jak i na koniec treningu jako element rozluźniający. Istotne jest, żebyśmy robili to w prawidłowy sposób.

 Aby poprawić gibkość, stosuje się odpowiednie ćwiczenia rozciągające, które można podzielić na:

Ćwiczenia dynamiczne

Polegają na zwiększeniu ruchomości w stawach podczas szybkich lub umiarkowanych ruchów (głównie różnego rodzaju krążenia, wymachy) – dobrze wpływają na zakres ruchów i wzmacniają ścięgna. Trzeba pamiętać, aby wykonywać je po rozgrzewce, bo niosą większe ryzyko urazu. Aby zwiększyć efektywność, używa się dodatkowych obciążeń, np. hantli, piłki lekarskiej, gumy do ćwiczeń. Pomoce należy jednak stosować z rozwagą i umiarem.

Ćwiczenia bierne

Należą do nich:

•   rozciąganie statyczne – polega na ułożeniu ciała w odpowiedniej pozycji, w której rozciągamy dany odcinek ciała. W pozycji takiej powinniśmy trwać przynajmniej 10 s, bez wykonywania ruchów szarpiących, które mogą prowadzić do naderwania mięśni;

•   metody związane z napinaniem mięśni i ich rozciąganiem (metoda strechingu) – polega na napinaniu mięśnia przez
10-20 s, szybkim rozluźnieniu go
(2-3 s), a potem rozciągnięciu (15-30 s);

•   ćwiczenia z pomocą (rozciąganie pasywne) – dany ruch lub pozycja pogłębia lub utrzymuje siła zewnętrza generowana przez współćwiczącego lub odpowiedni przyrząd (często stosowane w rehabilitacji ruchowej).

Podczas kształtowania gibkości należy kierować się kilkoma zasadami:

•   Ćwiczenia gibkości stosujemy po dynamicznej rozgrzewce trwającej przynajmniej 10 min. Wtedy zwiększa się elastyczność włókien kolagenowych. Rozciąganie nierozgrzanych mięśni może skończyć się urazem – naderwaniem, a nawet zerwaniem mięśnia.

•   Rozpoczynamy od ćwiczeń dynamicznych bez obciążenia, następnie możemy wykonywać ćwiczenia z oporem, obciążeniem lub ze współćwiczącym, a na końcu wykonujemy ćwiczenia statyczne.

•   Rozciąganie powinno się stosować pod koniec rozgrzewki, w czasie przerw wypoczynkowych oraz jako część końcową (uspokajającą) treningu. Należy pamiętać o wspomnianej już zasadzie: stopniowo przechodzić z gibkości dynamicznej do statycznej. W części końcowej należy stosować ćwiczenia spokojne i rozciąganie statyczne.

•   W pierwszej kolejności rozciągamy duże partie mięśniowe, po czym stopniowo przechodzimy do tych mniejszych i mniej znaczących.

•   Ćwiczenia powinny być dostosowane indywidualnie do sprawności fizycznej ćwiczącego.

•   Należy ćwiczyć dokładnie, w skupieniu, z zachowaniem prawidłowej postawy ciała i techniki ruchu.

•   Podczas rozciągania bardzo ważne jest oddychanie: spokojne, głębokie. Pogłębienia ruchów wykonujemy w czasie wydechu.

Ćwiczenia gibkości a trening siłowy

Zastosowanie ćwiczeń gibkości jest istotne jako uzupełnienie treningu siłowego. Ćwiczenia siłowe mogą prowadzić do przykurczy mięśni i ważne jest, by im przeciwdziałać. Natomiast najlepsze efekty uzyskamy, kształtując cechę motoryczną podczas treningu wytrzymałościowego.

Ćwiczenia gibkości podczas biegania

Wiele osób uprawiających amatorskie bieganie robi podstawowy błąd: trening ograniczają tylko do biegania. Oto przykładowe ćwiczenia rozciągające, które można zastosować podczas treningu biegowego. Bieg zaczynamy od spokojnego rozgrzania mięśni w truchcie (ok. 10 min). Po rozgrzewce jesteśmy przygotowani do różnego rodzaju krążeń, skrętów i wymachów, które wykonujemy w umiarkowanym tempie. Można zastosować krążenia ramion, skręty i skrętoskłony tułowia, krążenia w stawach biodrowych i skokowych, skłony w różnych pozycjach. Następnie możemy kształtować gibkość w ćwiczeniach biegowych, stosując odpowiednie kroki i wymachy lub podskoki podczas biegu. Dodatkowym walorem tych ćwiczeń (oprócz kształtowania gibkości) jest to, że pozwalają na pracę mięśni w różnych płaszczyznach. Teraz jesteśmy już przygotowani do dynamicznych ćwiczeń: wymachów kończyn dolnych (w tył, w przód, w bok) oraz ruchów przywodzenia i odwodzenia kończyny. Podobnie wykonujemy szybkie odrzuty i wymachy kończyn górnych. Po tych ćwiczeniach ciało będzie przygotowane do biegów w ostrym tempie na krótkich dystansach (tzw. przebieżki). Po nich będziemy mogli zastosować ćwiczenia rozciągające, szczególnie dużych partii mięśniowych nóg. Poniżej przykładowe ćwiczenia:

•   rozciąganie mięśni łydek: w podporze tułowia, stopy cofnięte w stosunku do ciała, dociskamy pięty do podłoża;

•   rozciąganie mięśni tylnej części uda: opieramy wyprostowaną nogę na podwyższeniu i wykonujemy skłon tułowia w przód;

•   rozciąganie mięśni przedniej partii uda: dłonią przyciągamy stopę do pośladka, wypychamy biodra w przód, po czym przyciągamy kolano w stronę klatki piersiowej, tak by stopa tej nogi znalazła się jak najwyżej.

Pamiętajmy również o ćwiczeniach
w czasie przerw wypoczynkowych. Tu świetnie sprawdzają się ćwiczenia w marszu: co kilka kroków wykonujemy długi, pogłębiony wypad albo co kilka kroków wykonujemy skłony do wyprostowanej z przodu nogi. Także po treningu należy wykonać parę ćwiczeń statycznych. W tym przypadku doskonałe będą ćwiczenia w pozycjach wypoczynkowych: w siadzie, klęku lub leżeniu.

Gibkość to bardzo ważna cecha motoryczna naszego ciała. Nie zapomnijmy o jej kształtowaniu dla zdrowia, dobrego samopoczucia i lepszych efektów treningowych.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Niedoczas

 „Miałem kompletnie wygraną pozycję – dwa wolne pionki więcej i atak na króla. Wpadłem jednak w niedoczas i tam podstawiłem hetmana”. Tego typu skargi często można usłyszeć po zakończeniu rundy. Przegrany opowiada o wydarzeniach na szachownicy i wydaje mu się, że nieszczęściu winien jest pech czy zły los. Nic bardziej mylnego! Umiejętność ekonomicznego rozplanowania czasu do namysłu
w partii jest tak samo ważna jak znajomość teorii debiutów czy dobra technika liczenia wariantów. Aleksander Alechin, komentując partię i krytykując wykonane przez siebie posunięcie, pisał tak: „Straszny błąd, jednak fakt, że białe znajdowały się w dużym niedoczasie, nie może być tu usprawiedliwieniem. To tak samo, jakby tłumaczyć nietrzeźwością popełnione przestępstwo. Nieumiejętność radzenia sobie z czasem do namysłu powinna być u doświadczonego mistrza traktowana tak, jak przeoczenie”.

We współczesnych turniejach z zegarami elektronicznymi zawodnik często otrzymuje bonifikatę (najczęściej dodatkowe pół minuty) za każdy wykonany ruch na szachownicy. Musi jednak przez całą partię na bieżąco prowadzić zapis. Te 30 sekund przeważnie wystarcza do uniknięcia przekroczenia czasu, ale pośpiechu w grze i błędów nie eliminuje.

Pojęcie niedoczasu jest trudne do zdefiniowania. W starych kodeksach szachowych uznawano za niedoczas sytuację,
w której zawodnik dysponuje do najbliższej kontroli średnim czasem do namysłu na posunięcie, mniejszym niż 30 sekund. Wszystko zależy jednak od konkretnej pozycji na szachownicy. Jeśli mamy dużą przewagę materialną i pozycja jest prosta, to nie odczuwamy braku czasu, nawet wykonując kilka posunięć w ciągu minuty. Z drugiej strony – w bardzo skomplikowanej sytuacji, wymagającej liczenia wielu wariantów, to i 10 minut na 5 ruchów wydaje się za mało.

W szerokiej światowej czołówce jest grupa „niedoczasowców”, którzy mają kłopoty z zegarem niemal w każdej partii, bez względu na jej znaczenie i tempo gry. Zaliczyć do nich można tak znane nazwiska, jak Bronstein, Korcznoj, Reshevsky, Gelfand. Tutaj podłożem niedoczasu jest psychika. Takich szachistów zmusić do szybkiego wykonywania ruchów może tylko groźba przekroczenia czasu. Oni wiedzą, że czekają ich nerwowe chwile przy wiszącej chorągiewce i godzą się z takim stanem rzeczy.

Zdecydowana większość szachistów wpada jednak w niedoczas sporadycznie. Powody mogą być różnorodne, np.:

1. Skomplikowany charakter partii. Niektóre pojedynki wyróżniają się dramatycznym przebiegiem, wymagają długiego liczenia wariantów, co zwiększa prawdopodobieństwo niedoczasu.

2. Wysoka ranga sportowa pojedynku. Niedoczasy przeważnie powstają na finiszu turnieju, gdy wynik gry decyduje o naszej końcowej lokacie. Dodatkowym czynnikiem sprzyjającym niedoczasowi jest tu zmęczenie i inna godzina rozpoczęcia rundy.

3. Autorytet przeciwnika. Przy grze z silnym partnerem szachista często niepotrzebnie sprawdza swoje obliczenia. Przeciwnicy Tala, znając jego ostry styl gry, tracili czas do namysłu, doszukując się ukrytych kombinacji, których oczywiście nie było.

4. Dłuższa przerwa w grze praktycznej. Zawodnik czuje się niepewnie, myśli wtedy ciężko i traci znacznie więcej czasu. Ta przyczyna po kilku rundach (zwłaszcza po wygranej partii…) przeważnie zanika.

Czasami niedoczas jest efektem rażącego naruszenia zasad ekonomii myślenia. Jeśli Bronstein potrafił myśleć nad pierwszym (!) ruchem 40 minut, to trudno nie wpaść w niedoczas. Gdy grający bezcelowo długo myśli w pozycji, w której ma do wykonania jedyne posunięcie (np. odbicie figury, ruch królem po szachu), to przeważnie też później zabraknie mu czasu.

Osoby często wpadające w niedoczas powinny prowadzić chronometraż partii, czyli notować po każdym posunięciu wskazania swego zegara szachowego. Jest to bardzo ważny dokument do późniejszych analiz. Wtedy dopiero można sprawdzić, ile czasu zużywamy na debiut, jak szybko liczymy warianty, ile minut tracimy na mało ważne decyzje, np. którą wieżę postawić na d1 – tę z a1 czy tę z f1… Znając przyczynę choroby, łatwiej znaleźć lekarstwo.

Wielu grających stosuje odpowiednią profilaktykę niedoczasu. Może ona polegać na wyznaczaniu sobie „lotnych finiszów”, czyli maksymalnego zużycia czasu do namysłu na pierwsze 10, 20 czy 30 posunięć. Czasami, w obawie przed niedoczasem, szachista likwiduje napięcie na szachownicy, wymienia figury i przechodzi do prostej technicznej pozycji. Bywa, że można zaoszczędzić czas do namysłu, znając styl gry przeciwnika:

W. Korcznoj – R. Fischer

Sousse 1967

Białe: Kd3, Wa1, Gb2, Sd2, b3, f4, g5, h4

Czarne: Kf5, Gb7, Gd6, Sb6, a6, b5, c5, g6, h7

Gdy w tej pozycji, po długim namyśle, białe zagrały 35.Ge5, Fischer odpowiedział błyskawicznie 35...Gf8. Zapytany później, dlaczego nie zabrał pionka e5 (35...G:e5 36.fe5 K:e5), stwierdził, że zna charakter przeciwnika. Korcznoj słynął bowiem z zabierania pionków, nawet tych na wpół „zatrutych”. Jeśli więc po długim namyśle zdecydował się pionka poświęcić, to ofiara musiała być poprawna… Amerykanin miał rację. Po 35…Gf8 pojedynek zakończył się pokojowo. W przypadku zabicia na e5 po dalszym 37.We1+ Kd6 38.We8 wieża stawała się bardzo aktywna i o remis byłoby trudniej…

Jest sprawą oczywistą, że niedoczas niekorzystnie wpływa na końcowy wynik gry. Jego skutkiem są m.in. przeoczenia, błędy w liczeniu wariantów, bezmyślne posunięcia i przecenianie roli materiału w partii. Dawid Bronstein jest autorem znanego i słusznego powiedzenia: „W niedoczasie wszyscy biorą pionki”. Oto kilka przykładów błędów przy wiszących chorągiewkach w partiach szachowych elit:

W. Winter – J. R. Capablanca

Nottingham 1936

Białe: Kh1, Hg8, Wb8, Wf1, a3, b3, f5, g3, h2

Czarne: Kh5, Hd4, We2, Sg7, a7, b6, e7, f6, g5,

Białe mają wygraną pozycję. Wystarczy wymusić wymianę hetmanów po 37.Hc4 i przejść do końcówki. Z rozpędu nastąpił jednak niedoczasowy, bezmyślny szach 37.Hh7+?? i okazało się, że po 37…Kg4 grę trzeba poddać. Grozi 38…He4+ lub 38….Hd5+, a na 38.h3+ K:g3 39.Wg1+ nastąpi 39…H:g1+! z matem.

W. Korcznoj – A. Karpow

Moskwa 1974

Białe: Kg1, Hc2, Wd3, Gg2, Se4, a3, b4, e2, f2, g3, h2

Czarne: Kg8, Hc7, Wc8, Gf6, Sc4, a6, b7, e6, f7, g7, h6

Do trochę lepszej pozycji prowadziło proste 30.S:f6+. Zamiast tego, w niedoczasie, Korcznoj przekombinował 30.Sc5? Se5! Białe liczyły tylko na 30…Sd6 31.Ha4 z niewielką przewagą lub 30…Sb2?! 31.Wd2 b6 32.Gb7! z korzystnymi komplikacjami. Po silnej odpowiedzi czarnych trzeba ponieść straty materialne 31.Wd2 Jeśli 31.Wc3, to b6, np. 32.Se4 Sf3+ 33.G:f3 G:c3 lub 32.Gb7 Wd8! 33.S:e6! Sf3+ 34.G:f3 H:c3 35.H:c3 Wd1+ 36.Kg2 G:c3 31...b6 32.f4 bc5 33.fe5 H:e5 34.Gb7 Wc7 35.He4 Ha1+ 36.Kg2 H:a3 37.bc5 W:c5 i czarne wygrały.

H. Nakamura – W. Kramnik

Londyn 2013

Białe: Ke2, Gd2, Se4, d6, f2, g3, h4

Czarne: Ke6, Wd5, Gg7, f6, g6, h6

Pozycja białych jest przegrana – pionek d6 wkrótce zginie. Grozi 42…f5. Jeśli 42.Gb4, to Wd4. Na 42.Gf4 nastąpi 42…g5 43.hg5 hg5 44.Gd2 Gf8. Pod niedoczas partnera białe spróbowały 42.d7!? Kramnik zauważył, ze nie wolno 42..W:d7? 43.Sc5+ ani 42…K:d7 43.G:h6!, ale na znalezienie wygrywającego 42…Gf8! zabrakło czasu. Po 42..Kf7? 43.Sc5 Gf8 44.Ga5 Ge7 45.Gb6 białe prawie wyrównały szanse, a po dalszych niedokładnościach partnera nawet wygrały partię.

Jak grać w niedoczasie partnera? Wszystko zależy od pozycji. W lepszej lub równej sytuacji na szachownicy najlepiej nie zwracać w ogóle uwagi na zegar przeciwnika. Zdarzają się jednak i błędne strategie. Czasami zawodnik usiłuje wykorzystać niedoczas partnera poprzez własną szybką grę. Argumentuje to tak: „Jeśli ja będę długo myślał nad ruchem, to przeciwnik zdąży policzyć wszystkie warianty i znajdzie najlepszą odpowiedź”. Nic bardziej mylnego – w ten sposób wyrównujemy szanse i gramy partię błyskawiczną, a te przeważnie mają loteryjny charakter.

W pozycjach gorszych lub przegranych należy dążyć do zaostrzenia gry, do zmiany charakteru walki, nawet za cenę poświęceń. Dobre wyniki daje metoda „krótkich serii”: obliczamy krótki wariant, robimy ruch i po odpowiedzi wykonujemy błyskawicznie drugie posunięcie. Będący w niedoczasie przeciwnik przeważnie ma gotową jednoposunięciową odpowiedź, drugie posunięcie musi szybko wymyślić i łatwo wtedy o błąd. Dobre efekty daje również wykonanie spokojnego, obojętnego ruchu (np. furtka h2-h3). Uwaga przeciwnika w niedoczasie skupiona jest głównie na forsownych wariantach, po spokojnym ruchu często się gubi.

 

B. Ivkov – A. Karpow

Caracas 1970

Białe: Kg1, Hh7, Wd1, We1, Gb1, Se4, Se5, a3, b2, d4, f2, g2, h2

Czarne: Kf8, Hd8, Wc7, We8, Gb7, Gf6, Sd5, a7, b6, c3, e6, f7, g7, h6
Oto przykład szansy, która nie została wykorzystana i komentarz samego Karpowa: 21.Sg3 „Pojawia się straszny motyw kombinacyjny 22.Sf5 i nie można 22…ef5, bo 23.Sd7+ i 24.Hh8x Remis dawał czarnym ruch 21…g6! (z ideą Gg7 i Sf6) i białe muszą forsować wieczny szach 22.G:g6! G:e5! 23.de5 fg6 24.Hh8+ Kf7 25.Hh7+. Pouczający moment w partii tkwi w tym, że w rozeznaniu subtelności pozycji i wyciągnięciu prawidłowych wniosków przeszkodził mi… niedoczas partnera. Na 19 ruchów Ivkov miał tylko dwie minuty, a wisząca na jego zegarze chorągiewka działała na mnie magicznie. Czułem się jak zając, który wpadł w strumień światła i został nim oślepiony. Nie mogłem spokojnie liczyć wariantów, pojawiła się jakaś nieodparta chęć wykonania ruchu. Ten niebezpieczny stan u szachistów nazywa się „grą na niedoczas przeciwnika”. Później udało mi się wyleczyć z tej choroby, ale w tej partii kolejne posunięcia robiłem szybciej od Ivkova i wnet nastąpił krach 21…Se7 22.Hh8+ Sg8 23.Gh7 G:e5? „Po partii Ivkov pokazał ciekawy wariant, który liczył w tej pozycji: 23...Ke7! 24.Sf5+ (Wobec groźby 24…g6 białe muszą forsować wydarzenia) 24…ef5 25.Sc6+ Kd7 26.S:d8 i teraz 26…g6!! (…) ze świetną pozycją czarnych. Zadziwiające, że możliwość tę widział Ivkov, a nie ja!” 24.Sf5! ef5 25.H:g8+ Ke7 26.W:e5+ Kf6 27.W:f5+! Ke6 28.We1+ Kd7 29.W:e8 1–0

 S. Reshevsky – A. Kotow

Zurych 1953

Białe: Kg1, Hf7, Wb7, We1, Ge6, Sb3, c6, e5, f2, g2, h2

Czarne: Kh8, Hd3, Wc8, Wd8, Gf8, Se7, a7, g6, h7
Pozycja jest dla czarnych beznadziejna, ale amerykański arcymistrz był w olbrzymim niedoczasie. Białe wykonały więc ruch „ostatniej szansy”, choć widziały, że po prawidłowej odpowiedzi partia się zaraz zakończy: 34...He2!? Nic nie daje teraz 35.Wf1 Wd1! Zaskoczony Reshevsky wyraźnie się zmieszał, ale na wiszącej chorągiewce znalazł jedyne wygrywające 35.H:f8+! Znamienne są słowa Kotowa po partii: „Jestem całkowicie przekonany, że była to moja jedyna i obowiązkowa szansa”.

Podobno im dłuższy namysł, tym lepszy ruch. Zakładając nawet, że jest to prawda, to wielominutowe myślenie grozi niedoczasem. Trzeba więc znaleźć złoty środek: myśleć na tyle długo, aby posunięcie było dobre i na tyle krótko, aby nie wpaść w niedoczas.

Ryszard Bernard

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w warcaby

W dniach 5-11 kwietnia 2014 r. w Krynicy rozegrano półfinał mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących w warcabach stupolowych. O osiem miejsc premiowanych awansem do finału walczyło 48 uczestników z 17 klubów. W zawodach wzięło udział siedem czołowych zawodniczek, w tym wszystkie medalistki ostatnich mistrzostw Polski. Do końca trwała zacięta walka o awans do finału, co zaowocowało rozegraniem wielu interesujących partii oraz licznymi niespodziankami. Jednym z głównych faworytów do awansu, który nie zawiódł, był zawodnik „Sudetów” Kłodzko Stanisław Jędrzycki. Swoje wysokie umiejętności zademonstrował m.in. w partii wygranej z Andrzejem Jagiełą, zawodnikiem „Podkarpacia” Przemyśl należącym od lat do ścisłej czołówki krajowej.  

Stanisław Jędrzycki („Sudety” Kłodzko) – Andrzej Jagieła („Podkarpacie” Przemyśl)

1. 33-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 31-26 7-12 4. 26x17 12x21 5. 39-33 1-7 6. 34-30 7-12 7. 30-25 19-23 8. 33-28!?

Białe być może liczyły na 8... 13-19, co po 9. 36-31pozwalało im na przejście do klasyki z niewielką przewagą pozycyjną. W innym przypadku zagranie białych należy uznać za zbyt ryzykowne z uwagi na możliwość zwiększenia tempa czarnych do +10.

8... 11-17 9. 28x19 14x23 10. 25x14 10x19 11. 36-31 21-26?

Czarne, mając dużą przewagę temp, nie powinny dopuścić do klasyki, w której zawodnik „Sudetów” Kłodzko od lat jest znanym specjalistą. Lepsze było 11... 17-22 12. 31-26 22-27 13. 26x17 12x21

12. 31-27 5-10

Jeszcze można było szukać odejścia od klasyki po 12... 19-24, by przygotować podwójną wymianę.

13. 44-39 10-14 14. 50-44 17-22

Kolumnę 8-17 należało zachować do momentu zajęcia przez białe pola 28, wówczas po wymianie 17-22 czarne zwiększyłyby tempo do +12, co dałoby im możliwość przełamania klasyki.

15. 41-36 22x31 16. 36x27 12-17 17. 46-41! 17-22 18. 41-36 22x31 19. 36x27

Czarne przez atak na pionek 27 zmniejszyły przewagę tempa do +6, co jest na rękę białym, gdyż teraz utrzymanie klasyki nie jest zagrożone.

19... 8-12 20. 39-33 12-17 21. 33-28 17-21 22. 35-30 15-20?

Lepsze było 22...14-20.

23. 30-25 20-24

Białym udało się w końcu doprowadzić do klasyki, w której ich sytuacja jest korzystniejsza z uwagi na 6 rezerwowych temp. Obaj zawodnicy mają nierównomiernie rozłożone siły na skrzydłach i stąd białe muszą się bronić na krótkim skrzydle, gdyż atak czarnych jest bardziej niebezpieczny z powodu dodatniego tempa.

24. 43-39! 14-20 25. 25x14 9x20 26. 39-33 20-25?

Tym zagraniem czarne straciły możliwość konstruowania ataku. Konieczne było zbudowanie kolumny 15-24.

27. 44-39 2-7 28. 28-22!!

Odpowiedni moment na zagranie Gestema, które ma neutralizować aktywność czarnych na krótkim skrzydle.

28... 7-11 29. 33-28

Aktywność czarnych na krótkim skrzydle została ograniczona do możliwości wymiany 11-17, a na długim skrzydle próba budowania kolumny 15-24 jest zagrożona przez przygotowane kombinacje.

29... 11-17 30. 22x11 6x17 31. 38-33 17-22 32. 28x17 21x12 33. 33-28 4-9 34. 42-38 24-30

Sytuacja czarnych jest bardzo trudna. Nie można było zagrać 34... 12-17, na co nastąpiłoby 35. 27-22 18x27 36. 32x12 23x34 37. 40x20 25x14, a na 34... 9-14 białe przygotowały kombinację nazywaną „uderzenie królewskie”. 35. 27-22 18x27 36. 32x21 23x34 37. 40x7

35. 40-34 9-14 36. 38-33 30-35 37. 49-44

W pozycji klasycznej czarne mają przewagę 12 temp, jednak rozbicie klasyki jest utrudnione z powodu braku kolumn i rozproszenia sił po bandach.

37... 14-20?

Można było jeszcze się bronić po 37... 12-17 38. 47-42 17-21, żeby nie dopuścić do 39. 37-31

38. 47-42 20-24 39. 42-38 3-9?

Błąd rozstrzygający o wyniku partii. W trudnej sytuacji należało zdecydować się na 39... 12-17

40. 48-43 9-14 41. 34-30 25x34 42. 39x30 23-29

Wynik nie zmieni się również po 42... 12-17 43. 44-39 24-29 44. 33x24 16-21 45. 27x16 18-22 46. 39-33 22-27 47. 32x12 23x41 48. 12-7

43. 45-40 14-20

43... 18-23 prowadzi do kombinacji po 44. 44-39

44. 44-39 35x44 45. 39x50 24x35 46. 33x15 19-24 47. 15-10 35-40 48. 10-4 40-45 49. 28-23 18x29 50. 4x34

I czarne poddały się.

Duży sukces w Krynicy odniósł Edward Twardy. Czyniący stałe postępy zawodnik „Sudetów” Kłodzko był nawet liderem przez kilka rund i bez trudu wywalczył awans do finału.

Edward Twardy („Sudety” Kłodzko) – Michał Czarski („Hetman” Lublin)

1. 32-28 18-23 2. 38-32 12-18 3. 43-38 17-21 4. 31-27 7-12 5. 36-31 21-26 6. 41-36 11-17

Po 6... 12-17 7. 27-21 czarne tracą pionek.

7. 27-22 18x27 8. 31x11 6x17

Bicie na 17 jest ryzykowne, gdyż białe, mając ujemne tempo, mogą przejść do klasyki po 9. 36-31

9. 49-43 17-22!

Czarne zwiększają tempo, przez co nie dają białym możliwości przejścia do klasyki.

10. 28x17 12x21 11. 47-41

Na 11. 36-31 czarne przygotowały 11... 21-27 12. 31x22 23-28

11... 1-7 12. 34-29 23x34 13. 39x30 7-12 14. 44-39 12-18 15. 36-31 21-27 16. 31x22 18x27 17. 32x21 26x17 18. 50-44?

Pozycja czarnych wygląda lepiej. Po ostatnim niedokładnym zagraniu białych czarne miały możliwość uaktywnienia długiego skrzydła 18... 19-24 19. 30x19 14x23

18... 17-21? 19. 37-31!

Teraz czarne nie mają dobrej odpowiedzi. Atak 19... 21-26 pozwala białym zyskać 4 tempa, dlatego czarne wybrały obronę.

19... 2-7 20. 41-36?

Białe miały dwie dobre odpowiedzi: 20. 31-26 lub 30-25

20... 19-24 21. 30x19 13x24?

Prawidłowym biciem było 14x23. W wyniku bicia na 24 powstała grupa nieaktywnych pionków.

22. 33-29?

Niepotrzebna wymiana umożliwiająca aktywizację długiego skrzydła. Dobrym planem było 22. 31-26 i następnie – niezależnie od odpowiedzi czarnych – 33-28

22... 24x33 23. 39x28 9-13 24. 44-39

W dalszym ciągu lepsze było 24. 31-26 7-12 25. 26x17 12x21 i u czarnych pozostałyby słabe boczne pionki.

24... 14-19 25. 39-33 8-12 26. 46-41 10-14 27. 41-37 5-10 28. 37-32 4-9 29. 35-30!

Białe, wykorzystując motyw kombinacyjny, zmierzają na pole 25. Czarne nie mogą odpowiedzieć 29... 20-25 z powodu 30. 31-26, a na 29... 20-24 nastąpi 30. 40-35 z przewagą białych.

29... 3-8 30. 30-25 20-24 31. 31-27

Z myślą o klasyce należało zagrać 31. 31-26 i po ewentualnej wymianie 36-31

31... 15-20 32. 36-31 10-15 33. 40-34 24-30 34. 45-40?

Plan zdobywania kolejnych temp w klasyce jest błędem. Wykorzystując liczne słabości w pozycji czarnych, można było kontynuować grę w wariancie 34. 31-26 30x39 35. 26x17 12x21 36. 33x44 i zachować możliwość uzyskania przewagi w klasyce.

34... 30x39 35. 43x34 20-24 36. 48-43?

Zagranie umożliwiające czarnym związanie długiego skrzydła białych.

36... 21-26! 37. 42-37 13-18 38. 40-35 12-17! 39. 43-39 17-21 40. 34-30 18-23 41. 39-34

Czarne związały długie skrzydło białych i mają kilka rezerwowych posunięć, co daje im dużą przewagę. Realizacja tej przewagi wymaga dokładności, żeby nie dopuścić do uaktywnienia się niebezpiecznego centrum białych.

41... 9-13 42. 34-29 23x34 43. 30x39 7-12 44. 39-34 24-30 45. 35x24 19x39 46. 33x44

Zrealizowanie przewagi czarnych wymaga bardzo dokładnej gry.

46... 12-18

Lepsze było 46... 15-20! a) 47. 38-33 13-19 48. 33-29 8-13 49. 44-39 13-18 50. 39-34 19-24 51. 28-22 24x33 52. 22x13 33-38 53. 32x43 21x41 b) 47. 38-33 13-19 48. 28-22 8-13 49. 33-29 12-18 50. 44-39 19-23 51. 39-34 14-19 52. 25x14 19x10 53. 29-24 13-19 54. 22x13 19x39

47. 38-33 14-19 48. 28-22?

Białe miały remis po 48. 44-40 18-23 49. 40-34 15-20 50. 25x14 19x10 51. 28x19 13x24 52. 33-28 10-14 53. 34-29 24x22 54. 27x18 14-20 55. 31-27 20-24 56. 27-22 24-29 57. 32-28 itd. Po zagraniu w partii czarne mają bardzo dobry wariant 48... 18-23! 49. 33-28 (groziło 23-28) 23-29 50. 44-40 19-24 51. 40-35 29-34 52. 28-23 34-39 53. 25-20 39-43 54. 20x29 43-48. W partii było:

48... 8-12? 49. 33-29 19-23??

Tym zagraniem czarne przegrały partię. Błąd posunięcia 48 można było jeszcze naprawić i partia zakończyłaby się remisem 49... 19-24 50. 29x20 15x24 a) 51. 22-17 24-29 52. 17–19 29-33 z następnym 33-38 b) 51. 25-20 24x15 52. 22-17 13-19 53. 17x8 19-23 z następnym 23-28

50. 22-17 23x34 51. 17x19 18-22 52. 27x18

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

 

aaa

 

Ogłoszenie o zapisach na obóz kajakowy

Termin: 19 lipca – 2 sierpnia 2014 r. 

Jeśli myślisz o uprawianiu kajakarstwa jako formy rehabilitacji zdrowotnej i społecznej, chciałbyś znaleźć się w osadzie kajakowej na zawodach Pucharu Polski osób z dysfunkcją wzroku, lubisz dreszcz sportowej rywalizacji... chwytaj za wiosła!

Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross” zaprasza osoby pełnoletnie, które posiadają orzeczenie o znacznym lub umiarkowanym stopniu niepełnosprawności z powodu dysfunkcji wzroku i są członkami klubów Stowarzyszenia „Cross”, do udziału w obozie kajakowym na Jezioraku. Obóz organizowany jest w dniach od 19 lipca do 2 sierpnia 2014 r. w Siemianach i Iławie (zakwaterowanie przez tydzień w każdym z tych miejsc). Istnieje możliwość przyjazdu z przewodnikiem.

Terenem pływania będzie cały akwen Jezioraka, najdłuższego jeziora w Polsce.

Aby uzyskać szczegółowe informacje o rekrutacji, zapraszamy do kontaktu z koordynatorem obozu, instruktorem kajakarstwa Stanisławem Piaskiem, tel.: (89) 648 32 64, kom. 609 539 670.

Przyjazd uczestników do Siemian k. Iławy planowany jest na 19 lipca 2014 r. w godzinach popołudniowych, pensjonat „U Dzidka”, Siemiany 61. Zakwaterowanie w pokojach z pełnym węzłem sanitarnym.

Obóz ma charakter rehabilitacyjno-sportowy, w związku z czym należy zabrać obowiązkowo obuwie i strój sportowy oraz nakrycie głowy, okulary przeciwsłoneczne i ubranie na różne warunki pogodowe. Organizator zapewnia kajaki płaskodenne ze sprzętem ratunkowym oraz fachową kadrę instruktorską.

Osoby nieumiejące pływać będą zobowiązane do pływania w kapokach. Uczestnicy zostaną podzieleni na osady kajakowe na czas zajęć.

Odpłatność: każdy zakwalifikowany uczestnik obozu (dotyczy to również przewodników) zobowiązany jest wnieść opłatę za pobyt w kwocie 450 zł na konto: 53 1160 2202 0000 0000 2094 0210, Bank Millenium O/Iława. Istnieje możliwość dokonania wpłaty na miejscu u koordynatora imprezy.

Zgłoszenia należy składać do 7 czerwca 2014 roku na formularzu pn. „Karta informacyjna obozu”, który jest dostępny na stronie www.cross.org.pl, w dziale „Aktualności” przy informacji o obozie (link Formularz zgłoszeniowy). Formularz należy wypełnić i wydrukowany przesłać na adres: Stanisław Piasek, 14-200 Iława, ul. Królowej Jadwigi 16 A m. 4.

Karta kwalifikacyjna musi zawierać:

• numer telefonu kontaktowego;

• pieczątkę macierzystego klubu Stowarzyszenia „Cross” i podpis jego prezesa;

• zgodę lekarza na uczestnictwo w obozie;

• załączoną kserokopię orzeczenia o niepełnosprawności z tytułu dysfunkcji wzroku.

Uwaga! – przewodnik osoby niewidomej powinien również wypełnić formularz zgłoszeniowy oraz uzyskać zaświadczenie lekarskie o braku przeciwwskazań do uczestnictwa w ww. imprezie. Nie będą przyjmowane zgłoszenia przekazane drogą telefoniczną. Osoby zakwalifikowane zostaną powiadomione o możliwych sposobach dojazdu.

Rekrutacja trwa. Zapraszamy!