stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 4 (133) Kwiecień 2016

CROSS 4/2016

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 4 (133)

Kwiecień 2016 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych 

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Nowi mistrzowie na biegówkach

Mariusz Gołąbek

Worek medali bez worka pieniędzy 

Dariusz Rutkowski

Złoty przełom

Mirosław Jurek

Łap za kije!

Dariusz Rutkowski

Opętani szybkością

Kazimierz Gąska

Wiadomości

Kurpiowskie klimaty

Andrzej Szymański

Choroba o stu twarzach

BWO

Biegać każdy może

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

Z piekła Sudanu na olimpijskie areny 

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

narciarstwo

 

Nowi mistrzowie na biegówkach

Na drugich mistrzostwach Polski niewidomych i słabowidzących w narciarstwie biegowym było jak trzeba – śnieżnie i mroźno. Uczestnicy biegali stylem klasycznym (CT) na dystansie 10 i 15 kilometrów. Areną zmagań były Jakuszyce.

Mistrzostwa odbywały się w dniach 25-28 lutego 2016 r. Zawodnicy Stowarzyszenia „Cross” mieszkali w pensjonacie „Milutka” na obrzeżach Szklarskiej Poręby, niedaleko szlaku do Wodospadu Kamieńczyka. W dniu przyjazdu mistrzostwa otworzył oficjalnie członek prezydium Stowarzyszenia „Cross” Józef Plichta, a koordynator Wiesław Miech zarządził odprawę techniczną, na której przedstawił zawodnikom plan na pierwsze dni imprezy.

Piątek (dzień przed zawodami) tylko teoretycznie jest wolny. Choć w nocy sypnęło śniegiem, rankiem świeci słońce. Niektórzy zawodnicy jadą do Jakuszyc, by wypożyczyć narty, pobiegać i poznać trasy albo zostawić narty w serwisie do nasmarowania. Dzień mija bardzo szybko, po kolacji odprawa techniczna i odbiór numerów startowych do biegu na 10 kilometrów klasykiem. Zawodnicy z Lasek i Przemyśla mają swoich „smarowaczy”, którzy przygotowują im narty. W ekipie Lasek to Mateusz Konieczny, a Przemyśla – Bogdan Kustroń. Dobre przygotowanie nart to duża sztuka, najkrócej mówiąc – odpowiedni dobór smaru, żeby narty „trzymały” na podbiegach i dobrze jechały po płaskim terenie i zjazdach.

Sobota. Ranek jest mroźny i słoneczny. Po śniadaniu busami jedziemy na miejsce zawodów, do Jakuszyc. Odpowiednio wcześnie, by zdążyć się przebrać, oddać ciuchy do depozytu, wypróbować narty przed startem i się rozgrzać. Dziesięć minut przed jedenastą stajemy w pierwszym bloku startowym do Rodzinnej Dziesiątki. Trasa zaczyna się na Polanie Jakuszyckiej, potem długi podbieg Górnym Duktem Końskiej Jamy, dalej Jelenią Łąką i zjazd Dolnym Duktem Końskiej Jamy do mety na Polanie Jakuszyckiej. Nazwy poszczególnych odcinków wywodzą się sprzed wielu lat. Na przykład Jelenia Łąka to teren, gdzie nigdy nie było lasu i jelenie licznie schodziły się tu na rykowisko.

W czołówce naszej rywalizacji są trzej zawodnicy „Podkarpacia” Przemyśl i trójka z Lasek. Obrońca tytułu sprzed roku, Mariusz Gołąbek, z tyłu stawki. Już na pierwszym podbiegu przewaga czołówki rośnie. Widać, że zawodnicy z Przemyśla: Piotr Garbowski, Paweł Gil i Zbigniew Żygłowicz – wszyscy trenujący biathlon – dobrze sobie radzą także na dłuższych trasach. Młodzi chłopcy z Lasek: Dawid Nowakowski, Paweł Nowicki i Arek Duda też wydają się mocniejsi niż rok temu. Zaczyna się kolejny podbieg. Tętno rośnie i trudno przesunąć się w stawce do przodu. W końcówce podbiegu mozolnie przesuwa się do przodu Gołąbek. Mija zawodników z Lasek i dogania Żygłowicza. Są na Jeleniej Łące. Teren jest zróżnicowany, miejscami płaski, niewielkie podbiegi i zjazdy. Nie ma czasu na odpoczynek, bo nogi i ramiona cały czas intensywnie pracują. Rośnie przewaga Garbowskiego nad Gilem i jego przewodnikiem Kustroniem. Zawodnicy za nimi cały czas się tasują. Bardzo dobrze pracują przewodnicy z Lasek. Są w ciągłym kontakcie głosowym z zawodnikami. Po kilku kilometrach upragniony zjazd. Teraz wyraźnie widać, komu „jadą narty”. Ci z przodu szybko mkną do mety. Pozostali, jak tylko mogą, pomagają sobie, mocno odpychając się kijkami.

Walka trwa do ostatnich metrów. Na mecie pierwszy jest Piotr Garbowski, drugi Paweł Gil z przewodnikiem. Trzeci w kategorii słabowidzących przybiega Mariusz Gołąbek, z 23 sekundami przewagi nad Zbigniewem Żygłowiczem (44:29). Dziewięć sekund za nim finiszuje szesnastolatek z Lasek Dawid Nowakowski! Mija 36 sekund i metę przekracza jego kolega Paweł Nowicki z przewodnikiem Zbigniewem Galikiem. Paweł jest pierwszy w klasyfikacji niewidomych. Pół minuty później na metę wbiega Arek Duda z przewodnikiem Mateuszem Koniecznym i zdobywa wicemistrzostwo w grupie T11. Kolejni słabowidzący to: Staszek Spólnik („Lajkonik” Kraków, czas 46:34), Bogdan Konieczny („Podkarpacie” Przemyśl, 47:51), Jerzy Skwirut („Podkarpacie” Przemyśl, 48:31), Józef Plichta („Sudety” Kłodzko, 50:33). Pierwszą dziesiątkę w grupie słabowidzących zamyka Andrzej Fijałkowski (51:37). Do mety dobiegli także: Paweł Jacek („Podkarpacie” Przemyśl), Krzysztof Badowski („Łuczniczka” Bydgoszcz), Zdzisław Mądry („Jutrzenka” Częstochowa), Wiesław Miech („Syrenka” Warszawa), Wojciech Debner („Łuczniczka” Bydgoszcz). Jedyną przedstawicielką płci pięknej jest na mistrzostwach zawodniczka „Łuczniczki” Bydgoszcz Georgina Myler, która osiąga czas 1:23:06. Za nią przybiega jeszcze kilkudziesięciu narciarzy z klasyfikacji open. W sumie do mety dociera 318 zawodników.

W całym biegu z czasem 27:31 zwyciężył Łukasz Bronowicki z Jeleniej Góry. Bardzo dobre czwarte miejsce w klasyfikacji open zajął nasz słabowidzący zwycięzca Piotr Garbowski. Piotr wysoko podniósł poprzeczkę swoim kolegom!

Po odpoczynku, ciepłym posiłku i gorącej herbacie na zwycięzców czekało podium i puchary wręczane przez przedstawicieli Biegu Piastów i Stowarzyszenia „Cross”. Wyróżniona została również Georgina Myler.

Medaliści mistrzostw Polski w biegu narciarskim na 10 km CT

Niewidomi (T11) 

1. Paweł Nowicki   (Laski) 45:49

2. Arkadiusz Duda (Laski) 46:19

Słabowidzący (T12) 

1. Piotr Garbowski („Podkarpacie” Przemyśl) 32:41

2. Paweł Gil („Podkarpacie” Przemyśl) 41:05

3. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk) 44:06

Po pierwszym starcie przyszedł czas na analizę rywalizacji. Okazało się, że zwycięzca Piotr Garbowski przez wiele lat trenował narciarstwo biegowe i dopiero niedawno zaczął specjalizować się w biathlonie. Stąd przewaga nad pozostałymi. Jego kolega z Przemyśla Paweł Gil to jeszcze junior, który zdaniem trenera biathlonu Kazimierza Cetnarskiego jest obiecującym zawodnikiem. Narty ma na nogach dopiero od kilku miesięcy i chętnie trenuje. Chłopaki z Lasek uzyskali dobre czasy i walczyli do końca, nawet między sobą. Nikt nie odpuszczał, a różnice na mecie były niewielkie. Po kolacji kolejna odprawa techniczna i odbiór pakietów startowych do niedzielnego biegu na 15 kilometrów.

Niedziela. Pogoda jak wczoraj. Większość pozostawia dotychczasowe smarowanie albo niewiele je uzupełnia. Dzisiaj też startujemy o 10:50. Rytuał przedstartowy taki sam, ale trasa piętnastki jest dużo bardziej wymagająca od wczorajszej, podbiegi często są wąskie, w kształcie rynienki. Start z Polany Jakuszyckiej, potem wzniesienie o nazwie Samolot i trasy wokół niego (Buczki, Krogulec), Górny Dukt Jamy Końskiej i meta na Polanie.

Po krótkim płaskim odcinku zaczyna się podejście na Samolot. Jest wymagające i sprawdza zawodników jak żadne inne. Czołówka układa się podobnie jak w dniu wczorajszym. Z przodu najmocniejsi z Przemyśla i Lasek, wytrenowani, by pokonać to trudne i męczące podejście. Pozostali mozolnie, jodełką, pną się w górę. Pogoda piękna, słoneczna, bez wiatru. Nasze oddechy są coraz głośniejsze, bo narasta zmęczenie. Nogi i ramiona nie mają chwili odpoczynku. Uff! I wreszcie jest – po niewielkim wypłaszczeniu – Samolot. Teraz kawałek zjazdu i ostry skręt w prawo. Trzeba dostosować szybkość do umiejętności. Pierwszy jest Garbowski. Ma coraz większą przewagę nad Gilem, który odczuwa zmęczenie po wczorajszym biegu. Podobnie jak wczoraj, trzeci jest Żygłowicz, a za nim Gołąbek i chłopaki z Lasek. Za nimi pozostali nasi, w kolejności wywalczonej na podejściu. Odpoczynek trwa tylko chwilę, bo zaczynamy biec po trasie wokół Samolotu. Teren zróżnicowany, krótkie podbiegi, zjazdy, wypłaszczenia. I tak przez kilka dobrych kilometrów. Gołąbek zbiera siły i wyprzedza Żygłowicza. Za nimi Nowakowski i dwaj niewidomi – Nowicki i Duda. Goni ich Spólnik. Coraz większa strata do prowadzącego i niewielkie przetasowania wśród pozostałych słabowidzących. Za wygraną nie daje Georgina Myler, chociaż zaraz po wczorajszej dziesiątce miała chwilę zwątpienia i wahała się, czy wystartować. Zdecydowała, że biegnie. Teraz sami przekonujemy się, o czym mówił spiker przed startem – że czekają na nas Buczki i Krogulec i że będzie się działo. Faktycznie, dzieje się! Tutaj trzeba jeszcze więcej pracować nogami i ramionami. Trasa jest kręta, ściąga do tyłu i na bok. I choćby tylko „koślawą jodełką” – krok za krokiem, do przodu, kolejny zakręt i znowu trudniejszy odcinek. Ale przecież Krogulec i Buczki muszą się kiedyś skończyć! I tak się dzieje. Wreszcie premia, czyli długie zjazdy, i jesteśmy na Górnym Dukcie, skąd jest piękny widok na Szrenicę, i dalej w dół, do mety. Wyprzedzają nas najlepsi z open, startowali 10 minut po nas i tyle już nadgonili. Podobnie jak wczoraj widać, kto ma dobrze posmarowane narty i jedzie aż miło! Kolejność wśród naszych jest już ułożona. Tylko jakiś upadek lub uraz mogłyby zniweczyć wywalczone miejsce. Dlatego trzeba uważać do samej mety. Nogi coraz bardziej zmęczone, ale zbliżamy się do Polany.

Garbowski ponownie zdecydowanie zwycięża w grupie słabowidzących. Z czasem poniżej 53 minut zajmuje siódme miejsce w open. Po odpoczynku wraca na trasę, by zobaczyć rywalizację naszych i wesprzeć kolegów z Przemyśla. Drugi jest Gil z przewodnikiem Kustroniem. Ich czas to 1:11:46. Gołąbek na „mocno podciętych skrzydłach i nogach” jest trzeci z czasem 1:13:41. Czwarty Żygłowicz (1:15:23). Do ostatnich centymetrów trwa walka o piąte miejsce między Spólnikiem a Nowakowskim i tylko jedna sekunda decyduje o lepszej lokacie Spólnika (1:15:45). Obaj byli blisko czwartego miejsca. Konieczny jest siódmy (1:19:38), ósmy Fijałkowski (1:20:35), dziewiąty Skwirut (1:21:10), a pierwszą dziesiątkę zamyka Jacek z czasem 1:23:15.

W rywalizacji niewidomych ponownie toczyła się walka między kolegami z Lasek. Kolejność taka jak wczoraj: pierwszy na mecie jest Nowicki (1:19:50), drugi Duda (1:21:07). Wśród słabowidzących na mecie meldują się jeszcze: Plichta, Bierowiec, Badowski, Mądry i Debner. Nasza jedyna zawodniczka znów udowodniła sobie, że daje radę i z czasem 2:28:10 minęła metę. W biegu sklasyfikowano 170 osób.

Medaliści mistrzostw Polski w biegu narciarskim na 15 km CT

Niewidomi (T11) 

1. Paweł Nowicki   (Laski) 1:19:50

2. Arkadiusz Duda (Laski) 1:21:07

Słabowidzący (T12)

1. Piotr Garbowski („Podkarpacie” Przemyśl) 0:52:55

2. Paweł Gil („Podkarpacie” Przemyśl) 1:11:46

3. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk) 1:13:41

Tym razem na zmęczonych narciarzy czekały do wyboru pierogi lub kiełbasa z grilla. Zabrzmiały fanfary i najlepsi w poszczególnych kategoriach odebrali puchary, ponownie wyróżniona została też nasza jedyna zawodniczka. Na uroczystości obecny był komandor Biegu Piastów pan Julian Gozdowski (obecnie w stanie spoczynku).

Podsumowując tegoroczne mistrzostwa Polski, trzeba podkreślić bardzo dobre wyniki zwycięzcy obu biegów Piotra Garbowskiego. Pojawił się też nowy junior Paweł Gil, on i pozostali chłopcy z Lasek byli w czołówce rywalizacji. To pasjonaci sportu, mimo przeszkód próbują wielu dyscyplin: grają w goalball, biegają, grają w piłkę. Pomagają im opiekunowie Krzysztof i Tadeusz Kocowie oraz przewodnicy z klubu „Na biegówki”. Widać było postęp grupy biathlonistów z Przemyśla. Ich trener Kazimierz Cetnarski umie łowić talenty i przygotować zawodników do biegów narciarskich.

Szkoda, że znowu nie udało się zdobyć pieniędzy na obóz dla narciarzy biegowych. Treningi w górach bardzo pomagają w podnoszeniu umiejętności. Niektórzy z nas mają narty na nogach tylko przy okazji zawodów.

Mistrzostwa pokazały, że warto rozwijać narciarstwo biegowe w naszym środowisku. Gratulacje dla najlepszych i wszystkich uczestników za wytrwałość i rywalizację!

Mariusz Gołąbek

 

aaa

 

narciarstwo

 

Worek medali bez worka pieniędzy

Choć śniegu w górach jak na lekarstwo, a pieniędzy na starty w zawodach brak, to crossowscy zawodnicy z najważniejszej imprezy w Polsce przywieźli najwyższe trofea. Dokonania narciarzy z dysfunkcją wzroku pokazują, że warto zatroszczyć się o niedoinwestowaną dyscyplinę.

Tegoroczny sezon narciarski był bardzo trudny dla zawodników Stowarzyszenia „Cross”. Ograniczone środki finansowe pozwoliły na przeprowadzenie tylko jednego zgrupowania (w Alpach w listopadzie) i udział w jednych zaledwie zawodach – rozegranych w grudniu mistrzostwach Austrii. 2016 rok nie przyniósł niestety żadnych pieniędzy na treningi i starty w pierwszych miesiącach, czyli w szczycie narciarskiego sezonu. Do tego zawodnicy długo czekali na informację o terminie mistrzostw Polski – jedynych zawodów narciarskich dla osób z niepełnosprawnościami w naszym kraju. Kiedy na stronie internetowej PZSN „Start” Bielsko-Biała ukazała się wreszcie wzmianka o imprezie, okazało się, że do zawodów zostało mało czasu, zaledwie trochę ponad dwa tygodnie. Co gorsza, zaplanowano je początkowo na poniedziałek i wtorek.

Zaczęły się gorączkowe przygotowania. Nie wszyscy zawodnicy zdążyli tak poukładać swoje sprawy, by zarezerwować czas na udział w zawodach. Jeszcze gorzej wyglądała kwestia przewodników: niestety, także nie wszyscy spośród nich mogli pojechać. Należało wprowadzić korekty w parach zawodnik – przewodnik, a i tak ostatecznie niektórzy piloci musieli startować kolejno z dwójką zawodników. Ostatecznie w drużynie Stowarzyszenia „Cross” znaleźli się: Stanisław Kosiński z Andrzejem Krzyżaniakiem, Tadeusz Sypień z Arkadiuszem Zagrajkiem, Dawid Suchodolski z Maciejem Grafem, Michał Grochowski z Dariuszem Rutkowskim, Natalia Nieszporek z Andrzejem Krzyżaniakiem oraz w slalomie gigancie Anna Kosińska-Tadej z Dariuszem Rutkowskim. Część ekipy wykorzystała możliwość i przyjechała na miejsce dzień wcześniej, aby potrenować na śniegu. W przypadku zawodników słabowidzących wcześniejsze zapoznanie się ze stokiem jest bardzo istotne. Tegoroczne zawody odbyły się po raz pierwszy w ośrodku narciarskim Kotelnica w Białce Tatrzańskiej.

Wieczór poprzedzający zawody poświęca się na rutynowe przed startem czynności: sprawdzenie i przygotowanie nart. Trzeba je naostrzyć i posmarować stosownie do spodziewanych nazajutrz warunków pogodowych.

Pierwszego dnia rozgrywano konkurencję slalomu. Siódma rano – śniadanie. Wczesna pobudka to rutyna na każdych zawodach narciarskich. Podczas tegorocznych mistrzostw Polski czas grał szczególnie ważną rolę: było ciepło i z każdą chwilą stok stawał się coraz bardziej miękki, a jazda bardziej niebezpieczna. Podczas półgodzinnego przejazdu na start można było obserwować wszędzie już pojawiającą się trawę, ale na stoku na szczęście bielił się śnieg. Najpierw rozgrzewka. Slalom już ustawiony i dostajemy zgodę na tzw. oglądanie trasy. Jest to niezbędna czynność przed każdym startem. Zawodnik wraz z przewodnikiem zapoznają się z trasą, przejeżdżając ją wolno (między bramkami lub obok), aby sprawdzić i w miarę możliwości zapamiętać ustawienie bramek. W slalomie zawsze, zgodnie z przepisami, stosuje się charakterystyczne ustawienie bramek w tzw. figury.

Po obejrzeniu trasy zawodnicy meldują się na kresce zgodnie z numerami startowymi. Widoczność na trasie jest dość dobra i – co ważne dla części startujących – nie świeci słońce, które mogłoby stanowić utrudnienie z uwagi na olśnienia. Jeszcze ostatnie przygotowania: dogrzanie, rozciąganie, sprawdzenie sprzętu, łączności i – możemy startować. W kategorii mężczyzn faworytem jest Maciej Krężel reprezentujący „Start”, więc nasi zawodnicy nastawiają się raczej na walkę o jak najmniejszą stratę do lidera. Kiedyś sięgała ona kilkunastu sekund na przejazd. W kategorii kobiet mamy debiutantkę – Natalię. To jej pierwszy start w zawodach.

Wszyscy kończą bezpiecznie rywalizację. Natalia po dobrym przejeździe jest trzecia. W kategorii mężczyzn Maciek jest pierwszy, ale tuż za nim przyjechała trójka zawodników Stowarzyszenia „Cross”: drugi jest Staszek, trzeci Dawid, czwarty Tadek. Cała trójka ma szansę na wywalczenie medali – między nimi są małe różnice czasowe. O wszystkim zdecyduje drugi zjazd. Należy walczyć o sekundy, ale także uważać, aby nie minąć bramki, co grozi nieukończeniem konkurencji. Michał ląduje trochę dalej – na siódmej pozycji. Stok jest coraz bardziej miękki, zatem niebezpieczny. Emocje rosną i spodziewana decyzja komisji sędziowskiej staje się faktem: drugiego przejazdu nie będzie! Jako końcowe wyniki konkurencji zostają uznane rezultaty pierwszego i jedynego przejazdu. Mamy zatem trzy medale! Dobry początek zawodów i dość małe straty naszych panów medalistów do zwycięzcy bardzo cieszą, biorąc pod uwagę tak skromne przygotowania i to jeszcze w ubiegłym roku. Następnego dnia spróbują powalczyć jeszcze mocniej, lecz teraz czas na przyjemności – dekorację zwycięzców poszczególnych kategorii.

W narciarstwie alpejskim osób niepełnosprawnych rywalizują trzy główne grupy: niewidomi i słabowidzący, jeżdżący na stojąco oraz jeżdżący na siedząco (na tzw. monoski). W każdej z grup zarówno mężczyznom, jak i kobietom przyznawany jest komplet medali. Wyniki w grupach zależą od rzeczywistego czasu przejazdu oraz od współczynnika, jaki otrzymuje każdy zawodnik zgodnie z klasyfikacją do grupy startowej. Zawodnicy niewidomi są w kat. B1 (muszą startować z zasłoniętymi oczami), a zawodnicy słabowidzący w kat. B2 oraz B3 – zależnie od uszkodzenia wzroku. Na mistrzostwach nie startował ani jeden zupełnie niewidomy zawodnik.

Po dekoracji ekipa Stowarzyszenia „Cross” w dobrych humorach udaje się…. przygotować narty na następny dzień. Tego wieczoru pracują nad gigantkami. Mają one około 190 cm długości i promień skrętu około 30 m. Inaczej się na nich jeździ niż na tych z dzisiejszego startu – płynniej i dużo szybciej. (Narty do slalomu są krótsze: 155 cm dla kobiet i 165 cm dla mężczyzn. Promień skrętu to około 13 m, skręcają zatem „chętniej”). Gigantki oznaczają więcej pracy przed startem – są przecież dłuższe. Jest już pełen skład ekipy, bo dojechała najlepsza polska zawodniczka. W ostatnim swoim sezonie startowym Ania Kosińska była w pierwszej dziesiątce rankingu światowego, wywalczyła trzecie miejsce w klasyfikacji Pucharu Europy. Wyszła za mąż (obecnie nazywa się Kosińska-Tadej) i ma śliczną małą córeczkę, z którą przyjechała na zawody (koledzy i redakcja składają gratulacje!). Nie mogła zatem w pełni uczestniczyć w przygotowaniach do sezonu. Jak będzie jutro – to się dopiero okaże. Narty gotowe. Pora spać.

Kolejny dzień jak to zwykle na zawodach: za wcześnie na pobudkę, ale trzeba wstać, śniadanie, przejazd na stok, wjazd na górę. Lekka rozgrzewka, ale już zaraz oglądanie trasy i start. Konkurencja rozgrywana jest na innym stoku niż poprzedniego dnia. Na szczęście okazuje się dość łatwy, a warunki pogodowe sprzyjają. Slalom ustawiono rytmicznie, bez niespodzianek i pułapek, nie powinno być z nim problemów. Wszyscy mogą powalczyć o dobry wynik. Ostatnie przygotowania: sprawdzanie sprzętu i łączności. Ania na start. Ustalają z przewodnikiem następującą strategię: trasa dość łatwa, mają jechać ładnie i dynamicznie, ale bez ryzykanctwa, bo forma Ani jest niewiadomą. Startują. Wszystko idzie jak powinno, jak w najlepszych czasach, tylko troszkę mniej drapieżnie. Nie walczą wszak z czołówką Europy. Mijają metę z dobrym czasem. Przewodnikowi pora wracać na górę – Michał też czeka na start. A Natalia, bardzo obiecująca zawodniczka, debiutuje w gigancie. Uzyskuje czwarty czas przejazdu. Teraz panowie i, podobnie jak w slalomie, Maciek pierwszy, drugi Staszek, tym razem trzeci Tadek i czwarty Dawid. Nasi mężczyźni pojechali bardzo ładnie. Różnice w całej trójce są minimalne – nie przekraczają 0,5 sekundy. Michał po długiej przerwie i braku treningu na nartach gigantowych zalicza dobry przejazd i szóste miejsce.

Znowu oczekiwanie na decyzję co do drugiego przejazdu. Pojawia się więcej chmur i robi się coraz cieplej, coraz bardziej miękko… I tak jak poprzedniego dnia jest decyzja: drugi przejazd odwołany i podobnie jak w slalomie wyniki końcowe to czasy pierwszego przejazdu. Emocje opadają, zawodnicy wracają do hotelu na zasłużony odpoczynek, czeka ich jeszcze pakowanie i dekoracja.

Ponownie trzy medale. Ania – złoto (prawie 10 sekund przewagi i niecałe półtorej sekundy do panów medalistów). Bardzo dobry wynik! Staszek, student wrocławskiej DSW – brat Ani – po obu startach na drugim miejscu. Dawid zamienił się z Tadkiem na miejsca i ustąpił trzeciego stopnia podium starszemu koledze. Nasi trzej panowie stracili tylko około 2,5 sekundy do zwycięzcy. Mimo przegranej wyniki cieszą. Dystans bardzo się zmniejszył, chociaż są znaczne różnice w warunkach do trenowania, liczbie dni spędzonych na śniegu oraz w możliwościach wzrokowych zawodników… Szkoda, że jedynie w grupie startujących na monoski zdecydowanie zwiększyła się liczba zawodników, a wśród startujących z dysfunkcją wzroku – niestety nie. Mimo bardzo skromnych przygotowań udało się utrzymać wysoki poziom. Gratulacje należą się wszystkim przewodnikom oraz zawodnikom, zarówno początkującym, jak i tym z czołówki. Podziękowania dla organizatorów za sprawne przeprowadzenie zawodów. Trzeba jeszcze podziękować wszystkim, którzy wspierają ekipę „Crossu” oraz jej kibicują, przede wszystkim: Dolnośląskiemu Specjalnemu Ośrodkowi Szkolno-Wychowawczemu nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu, Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu, firmom: Elephant Pro Sport, Holan, Mazur, Rejtan, SKI4YOU oraz BeyondX. Bez waszej pomocy byłoby znacznie trudniej. I jeszcze specjalne podziękowania dla Pawła, męża Ani – za wyrozumiałość i to, że przywiózł rodzinę na zawody.

Mistrzostwa Polski w narciarstwie alpejskim niepełnosprawnych

7-8.03.2016 r., Białka Tatrzańska

Slalom

Kobiety 

1. Justyna Caputa – Ireneusz Ludwikowski (B3, „Start” Bielsko-Biała) 54,56

2. Kaja Dobranowska – Dariusz Jaskółka (B2, „Start” Bielsko-Biała) 1:07,23

3. Natalia Nieszporek – Andrzej Krzyżaniak (B3, „Sprint” Wrocław) 1:32,08

Mężczyźni 

1. Maciej Krężel – Anna Ogarzyńska (B3, „Start” Katowice) 35,28

2. Stanisław Kosiński – Andrzej Krzyżaniak (B2, „Sprint” Wrocław) 40,00

3. Dawid Suchodolski – Maciej Graf (B2, „Sprint” Wrocław) 40,22

4. Tadeusz Sypień – Arkadiusz Zagrajek (B2, „Sprint” Wrocław) 41,61

5. Piotr Szymala – Leszek Szymala (B3, „Start” Katowice) 47,98

6. Jarosław Skarżyński – Piotr Skarżyński (B3, „Syrenka” Warszawa) 53,59

7. Michał Grochowski – Dariusz Rutkowski (B2, „Syrenka” Warszawa) 1:11,74

Slalom gigant

Kobiety 

1. Anna Kosińska-Tadej – Dariusz Rutkowski (B2, „Sprint” Wrocław) 41,16

2. Justyna Caputa – Ireneusz Ludwikowski (B3, „Start” Bielsko-Biała) 51,05

3. Kaja Dobranowska – Dariusz Jaskółka (B2, „Start” Bielsko-Biała) 58,36

4. Natalia Nieszporek – Andrzej Krzyżaniak (B3, „Sprint” Wrocław) 1:03,58

Mężczyźni 

1. Maciej Krężel – Anna Ogarzyńska (B3, „Start” Katowice) 37,18

2. Stanisław Kosiński – Andrzej Krzyżaniak (B2, „Sprint” Wrocław) 39,51

3. Tadeusz Sypień – Arkadiusz Zagrajek (B2, „Sprint” Wrocław) 39,72

4. Dawid Suchodolski – Maciej Graf (B2, „Sprint” Wrocław) 39,88

5. Kacper Ludwikowski – Ireneusz Ludwikowski (B3, „Start” Bielsko-Biała) 42,01

6. Michał Grochowski – Dariusz Rutkowski (B2, „Syrenka” Warszawa) 48,10

7. Piotr Szymala – Leszek Szymala (B3, „Start” Katowice) 49,29

8. Jarosław Skarżyński – Piotr Skarżyński (B3, „Syrenka” Warszawa) 54,65

Dariusz Rutkowski

 

aaa

 

kolarstwo

 

Złoty przełom 

W terminie 17-20 marca 2016 r. w Montichiari odbyły się torowe mistrzostwa świata w parakolarstwie. Wielki sukces odniosła zawodniczka ZKF „Olimp” Anna Harkowska, która zdobyła tytuł mistrzyni świata w konkurencji scratch oraz brązowy medal w wyścigu na 3 km.

Zawody we Włoszech były ostatnią okazją do zdobycia punktów w kwalifikacjach do tegorocznych igrzysk paraolimpijskich i zostały bardzo poważnie potraktowane przez wszystkich aspirujących do wyjazdu do Rio de Janeiro. Do rywalizacji przystąpiło 215 zawodników z 32 krajów, wśród których znalazła się piątka kolarzy ZKF „Olimp”. Zgłoszony do imprezy tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław nie wystartował z powodów medycznych.

Starty polskiej reprezentacji zainaugurowała w czwartek Anna Harkowska (klasa WC5). W finałowym wyścigu na 500 metrów zajęła 6. miejsce z wynikiem 40,503 sek. W następnym dniu eliminacjami w wyścigu na dochodzenie rywalizację rozpoczęły tandemy – kobiety startowały na dystansie 3 km, a mężczyźni na 4 km. Debiutantki Anna Duzikowska i Natalia Morytko uzyskały czas 3:48,248, który dał im 8. lokatę. Brązowi medaliści poprzednich MŚ Marcin Polak i Michał Ładosz przystąpili do wyścigu z nadzieją na podtrzymanie medalowej passy. Niestety, wynik 4:19,775 wystarczył tylko na 8. miejsce. Tuż po wyścigu, kiedy zawodnicy byli jeszcze na torze, z ich tylnego koła zeszło powietrze. Karbonowy dysk nie wytrzymał obciążeń, a defekt ten miał zapewne negatywny wpływ na rezultat osiągnięty przez naszych zawodników.

Sobota była bardzo bogata w starty polskiej reprezentacji i przyniosła nam wielkie emocje. Zaczęło się niezbyt pomyślnie, gdyż w eliminacjach na dystansie 3 km Anna Harkowska zajęła 3. miejsce z czasem 3:53,119 i pierwszy raz od wielu lat nie zakwalifikowała się do finału. Pozostała jej walka o brązowy medal z Brytyjką Crystal Lane. Anna Harkowska przejechała finałowy wyścig szybciej niż w eliminacjach, uzyskując czas 3:51,419, wyraźnie pokonała rywalkę i zdobyła pierwszy medal dla naszej reprezentacji. Kolejnym startem tandemów były wyścigi na dystansie 1 kilometra. Anna Duzikowska i Natalia Morytko przejechały ten dystans w czasie 1:13.367, co dało im 12. lokatę, natomiast Marcin Polak i Michał Ładosz z czasem 1:04,556 (rekord Polski) zajęli 13. miejsce. W sobotnim programie był jeszcze scratch (wyścig na dystansie 10 km) dla połączonych kategorii WC4 i WC5. Wśród 16 zgłoszonych zawodniczek na starcie stanęła niezmordowana Anna Harkowska. W tej konkurencji klasyfikacja sporządzana jest według kolejności na linii mety, z uwzględnieniem nadrobionych okrążeń. Zawodnicy dysponujący dobrym finiszem starają się rozstrzygnąć wyścig decydującym sprintem na ostatnim okrążeniu, natomiast innym rozwiązaniem jest wcześniejszy atak i próba ucieczki. Anna Harkowska wybrała tę drugą taktykę i zrealizowała ją po mistrzowsku. Zaatakowała w momencie, gdy jej główna rywalka Sarah Storey była zmęczona wcześniejszym atakiem i nie była w stanie skutecznie zareagować. Polka samotnie nadrobiła okrążenie, dublując grupę zasadniczą, a potem prowadziła peleton, uciekając przed Brytyjką, która chciała skopiować jej wyczyn. Gdyby Sarah Storey także nadrobiła okrążenie, doganiając grupę, o zwycięstwie w wyścigu zadecydowałby jej bezpośredni pojedynek z Anną Harkowską. Jednak Brytyjka nie dała rady tego dokonać i Anna Harkowska zdobyła tytuł mistrzyni świata! To jej pierwsza tęczowa koszulka w bogatej karierze i jednocześnie pierwszy złoty medal w historii polskiego parakolarstwa w konkurencjach torowych.

W ostatnim dniu mistrzostw tandemy rywalizowały w sprincie. Marcin Polak i Michał Ładosz w kwalifikacjach na 200 metrów ze startu lotnego uzyskali czas 10,949 sek., który dał im 11. pozycję. Anna Duzikowska i Natalia Morytko z czasem 12,841 zajęły 8. lokatę i awansowały do dalszej fazy rozgrywek. W ćwierćfinale spotkały się z tandemem australijskim w składzie Jessica Gallagher i Madison Jannsen. Przegrały z nim dwukrotnie, a następnie w rywalizacji o 7. miejsce pokonały duet rosyjski Maria Solomatina – Svetlana Kosheleva. To zwycięstwo, choć nie w walce o medal, było miłym akcentem na zakończenie zawodów. Mistrzostwa świata w Montichiari stały na bardzo wysokim poziomie sportowym, czego dowodzi ustanowienie 10 rekordów świata. Ponadto poziom wyrównał się – do czołówki dołączyli nowi zawodnicy, powiększając grono potencjalnych faworytów. Polska ekipa zajęła w klasyfikacji medalowej 10. miejsce w gronie 18 sklasyfikowanych krajów, co jest wynikiem bardzo dobrym. Jednak nie da się ukryć, że liczyliśmy na lepsze lokaty tandemów, a nasze aspiracje sięgały miejsca na podium, szczególnie w wyścigu na 4 km mężczyzn. Dobrym miejscem na udany rewanż będą igrzyska paraolimpijskie w Rio de Janeiro. W czasie przygotowań do tej najważniejszej imprezy trzeba będzie wyciągnąć wnioski szkoleniowe, a także zadbać o sprzęt, którego niezawodność jest niezbędnym warunkiem uzyskiwania dobrych wyników sportowych.

Mirosław Jurek

 

aaa

 

nordic walking

 

Łap za kije! 

Nie wszystko, do czego zabieramy się pod wpływem mody, musi być chwilowym kaprysem. W przypadku niektórych aktywności bez znaczenia jest pytanie „dlaczego?” – grunt, że to robimy. Tak właśnie jest z podejmowaniem aktywności fizycznej, która jest niezwykle ważna dla zdrowia każdego z nas. Niektóre jej formy są znane od lat, inne przychodzą z modą i odchodzą, ale są i takie, które zostają i znajdują sobie trwałe miejsce. Tak było z przemijającą, wydawało się już, modą na nordic walking.

Początkowo nordic walking utożsamiany był jedynie z osobami starszymi, a chodzący z kijami narażeni byli na drwiny i pytania o zgubione narty… Minęło kilka lat, a ta forma aktywności fizycznej zadomowiła się w naszym kraju na dobre. Coraz więcej kijkarzy w różnym wieku możemy spotkać na szlakach turystycznych i w parkowych alejkach. Znacząco poprawiła się technika ćwiczących.

Czym jest nordic walking? Jest sposobem marszu, podczas którego wykorzystujemy kije. Nie służą one do podpierania się, ale do odpychania od podłoża. Marsz jest naturalną formą ruchu, więc NW jest dość prosty do nauczenia. Może być uprawiany bezpiecznie niemalże wszędzie i przez każdego. Jak w przypadku większości dyscyplin związanych z przemieszczaniem się, osobom z dysfunkcją wzroku bardzo się przydaje, a niektórym jest wręcz niezbędna pomoc asystenta. Rolę przewodnika możemy sprowadzić do zwykłego prowadzenia osoby niewidomej, ale także przyrównać do sportowego prowadzenia narciarza biegowego i zjazdowego. Najlepszym zatem określeniem dla takiego asystenta jest właśnie słowo „przewodnik”. Dla widzących dość dobrze przewodnik może być osobą towarzyszącą, która pomoże w trudniejszych momentach trasy. W przypadku wzroku zbyt słabego, by zawodnik mógł samodzielnie i bezpiecznie poruszać się w terenie, przewodnik prowadzi przez cały czas biegu. Można to robić na kilka sposobów, na przykład z pomocą szelek stosowanych przez obu walkerów. Przewodnik idzie trasą jako pierwszy, a niewidomy zawodnik podąża za nim, utrzymując kontakt poprzez taśmy lub gumy łączące szelki. Innym sposobem jest połączenie rąk osób, które idą obok siebie. Niektórzy kijkarze stosują bezkontaktową metodę z użyciem jedynie dźwięku, np. dzwoneczka przymocowanego do kijka przewodnika. Podobnie jak w metodzie z wykorzystaniem szelek, przewodnik idzie trasą jako pierwszy.

Nordic walking jest dość łatwą do uprawiania formą aktywności, ale na początku najlepiej skorzystać z pomocy wykwalifikowanego instruktora lub nawet trenera. W Polsce działa wiele szkół instruktorskich, ale najlepiej korzystać z usług kogoś zarekomendowanego przez największe organizacje, przede wszystkim przez Polskie Stowarzyszenie Nordic Walking (PSNW), Polską Federację Nordic Walking (PFNW) oraz Polskie Stowarzyszenie Instruktorów Nordic Walking. Instruktor pomoże szybciej opanować poprawną technikę, która jest zarówno bezpieczna, jak i efektywna. Pozwala ona pokonywać coraz dłuższe trasy w coraz bardziej urozmaiconym terenie. Z czasem duża część walkerów zaczyna myśleć o rywalizacji – sprawdzeniu się w marszu z innymi. W całej Polsce organizuje się imprezy, takie jak rajdy, ale także zawody różnej rangi, począwszy od mistrzostw miejscowości, przez Puchar Polski, mistrzostwa Polski, na mistrzostwach świata kończąc. Zawody rozgrywane są w różnych warunkach terenowych, najczęściej na kilku typowych dystansach: 5, 10, 20, a nawet 42 km. W niewielu imprezach przewidziano jednak udział osób z niepełnosprawnością. Najczęściej nie powinno być problemów ze startem, ale może pojawić się kłopot z klasyfikacją oraz przystosowaniem trasy. Grupy startowe najczęściej powiązane są z płcią oraz wiekiem, dość często jest kategoria open. Jeśli na zawodach została przewidziana kategoria „niepełnosprawni”, nie uwzględnia ona najczęściej podziału na rodzaje dysfunkcji. Kolejną trudnością może być samo usytuowanie i ukształtowanie trasy. Dziury, wyboje, zwisające gałęzie, mało czytelne oznakowania lub ich brak, niewielu wolontariuszy na trasie… Tylko niektórzy organizatorzy imprez uwzględniają grupę osób z dysfunkcją narządu wzroku i wprowadzają niezbędne adaptacje.

Jednymi z nielicznych zawodów zorganizowanych z myślą o osobach niewidomych i słabowidzących był I Puchar Polski w Nordic Walking. Odbył się w dniach 8-12.07.2015 r. na terenie Nadleśnictwa Grodzisk w gminie Opalenica. Organizatorem było Stowarzyszenie „Cross”, a imprezę wspomagali nauczyciele akademiccy SWFiS Dolnośląskiej Szkoły Wyższej we Wrocławiu. Miałem przyjemność być koordynatorem i sędzią głównym tych zawodów.

Początek i koniec trasy zlokalizowane zostały przy Ośrodku Szkoleniowo-Wypoczynkowym Lasów Państwowych w Porażynie, znajdującym się w pięknym zabytkowym parku. Pięciokilometrowa trasa zawodów przebiegała znakowanym, żółtym szlakiem nordic walking. Jej plan można obejrzeć pod adresem http://www.nordicwalking-unity.pl/images/stories/szlaki/szlaki.jpg. Na czas zawodów trasa była dodatkowo oznakowana, a obsługa zapewniała niezbędną pomoc w każdym momencie wyścigu.

Zawody odbyły się w dwóch etapach dla stref eliminacyjnych: „A” – południowej i „B” – północnej. Celem zawodów było wyłonienie finalistów Pucharu Polski, po 10 osób z każdej strefy. W ramach eliminacji w każdej strefie odbyły się dwa starty: zawody drużynowe (trzyosobowe drużyny mieszane z klubów „Crossu”) oraz starty indywidualne w kategoriach B1 (niewidomi) i B2 (słabowidzący) kobiet i mężczyzn. Pełne wyniki zawodów dostępne są na stronie internetowej Stowarzyszenia. W zawodach zaprezentowało się kilkoro bardzo dobrych uczestników, uzyskujących czasy porównywalne do zawodników pełnosprawnych. Jednak w imprezie liczył się także udział seniorów, a także tych, którzy mieli dodatkowe trudności, np. osób z endoprotezami. Poradzili sobie wspaniale, a ich pojawienie się na mecie wywoływało aplauz kibiców. Czas nie był aż tak ważny jak to, że wszyscy z uśmiechem i bezpiecznie ukończyli wyścig. W trakcie imprezy odbyły się warsztaty doskonalenia techniki NW, prowadzenia rozgrzewki, a na zakończenie pokaz marszu kilku zawodników niewidomych z jednym przewodnikiem oraz z przewodnikiem bezkontaktowo, na dźwięk dzwoneczka. Zawody zaszczycili obecnością przedstawiciele władz gminy oraz goszczącego nas nadleśnictwa.

Planujemy podobną imprezę w tym roku. Czynimy już przygotowania: wytyczamy nową, szeroką i bezpieczną trasę, oznakowaną specjalnie dla osób słabowidzących. W pracę nad przygotowaniem trasy i zawodów włączyły się ponownie władze gminy Opalenica oraz Nadleśnictwo Grodzisk.
W dniach 2-4.09.2016 r. znów będziemy gościć w ośrodku w Porażynie. Serdecznie zapraszamy wszystkie kluby do wystawiania drużyn i zawodników indywidualnych. Chętnie spotkamy się zarówno z najlepszymi, jak i początkującymi kijkarzami chcącymi nabrać doświadczenia i poprawić technikę marszu. Mamy nadzieję, że pogoda dopisze i poza emocjami sportowymi dużo radości przyniosą planowane warsztaty nordic walking. Brak własnych kijów też nie stanowi przeszkody – zapewniamy je uczestnikom na czas startu.

Korzystając z okazji, serdecznie dziękujemy: całej ekipie organizatorów zawodów w Porażynie – bez was nic by się nie udało; władzom gminy Porażyn oraz Nadleśnictwa Grodzisk za pomoc w dostosowaniu tras i za życzliwość; Paulinie Rucie, prezesowi PSNW i Aleksandrowi Wilanowskiemu, prezesowi PSINW, jednemu z pionierów NW w Polsce – za wsparcie merytoryczne; Grzegorzowi Rejmerowi – za wieloletnią pomoc we wszelkich działaniach; firmie Elephant Pro za stałe wspieranie sprzętowe.

W razie pytań oraz w celu zgłaszania uczestników proszę o kontakt.

Dariusz Rutkowski

przewodniczący komisji sportowej ds. nordic walking, trener nordic walking PZLA i PSWN, instruktor szkoleniowiec PSINW

 

aaa

 

sporty ekstremalne

 

Opętani szybkością

Życie człowieka niewidomego już samo w sobie chwilami przypomina sport ekstremalny. Nie brakuje jednak takich, którym to nie wystarcza i wciąż podejmują próby przełamania kolejnych barier. Na polu rekordów szybkości niektórzy porwali się nawet na prędkość dźwięku. I to z powodzeniem. Oto kilka niezwykłych historii.

Ocalony na stoku

Kevin Alderton w 1998 roku był dwudziestodwuletnim, wyjątkowo sprawnym mężczyzną, sierżantem brytyjskiej armii. Tak jak wielu innych w jego wieku próbował żyć pełnią życia i czerpać z niego tyle, ile się da. Ale pewnego majowego wieczoru wszystko się zmieniło. Kiedy wraz z kolegą wychodzili z londyńskiego pubu, zauważyli dziewczynę napastowaną przez dwóch facetów. Nie namyślając się długo, pospieszyli jej na ratunek. Zaraz po tym z lokalu wybiegła zgraja pijanych mężczyzn i wkrótce obydwaj dobrzy samarytanie znaleźli się na ziemi. Po paru minutach Kevin miał skopane całe ciało. Nie mógł się wyrwać, bo ktoś przytrzymywał mu głowę i wpychał palce w jego oczy. Cudem wyszedł z tego żywy, ale na drugi dzień zauważył, że coś się stało z jego wzrokiem. Po siedmiu miesiącach intensywnego leczenia i po dziewięciu przebytych operacjach pozostało mu tylko przyjąć do wiadomości, że odtąd będzie musiał żyć z zachowanymi zaledwie 4 proc. widzenia.

Kiedy uświadomił sobie, że już nigdy nie będzie widział, przeżył załamanie i kompletnie rozsypał się psychicznie. Wydawało mu się, że utracił wszystko i czuł, że nie ma ani siły, ani motywacji, by dalej żyć – bez perspektyw zawodowych i poczucia własnej wartości. Popadł w depresję i przez trzy lata zajmował go głównie alkohol. Któregoś dnia obudził się i uznał, że dłużej już nie chce tak żyć, że musi coś zmienić. Wtedy przypomniał sobie, że od dawna ma kartkę z numerem telefonu do pewnego niewidomego, również eksżołnierza. Był nim Billy Baxter, wówczas najszybszy niewidomy motocyklista na świecie. Kiedy Kevin wreszcie odważył się zadzwonić, rozmawiali jakichś pięć godzin. Ustalili, że obaj służyli w Irlandii Północnej i mają wspólnych znajomych. Wtedy uświadomił sobie, że najbardziej brakuje mu doświadczanego w armii poczucia wspólnoty i że właśnie może je odzyskać dzięki stowarzyszeniu St. Dunstan’s, które niewidomym byłym żołnierzom pomaga wyjść na prostą. To dzięki ludziom ze stowarzyszenia rozpoczął intensywną rehabilitację, a potem zdobył się na odwagę, by zacząć zjeżdżać na nartach z małych górek. Tak przypomniał sobie, jak bardzo kocha ten sport. Jeździł przecież od ósmego roku życia, a w armii był kwalifikowanym instruktorem narciarstwa i reprezentował swój oddział w zawodach. Wtedy na sportowej karierze mu nie zależało, a po utracie wzroku nawet nie pomyślał, że wciąż może jeździć.

Minęły dwa lata. Kevin powrócił do narciarstwa i do życia, ale wciąż nie mógł sobie znaleźć prawdziwego celu. Wszystko zmienił dopiero wyjazd na wyprawę narciarską do Włoch. Był początek 2005 roku. Właśnie tam ktoś zwrócił mu uwagę, że jeździ zbyt niebezpiecznie, zbyt szybko. I wtedy doznał olśnienia. Nagle wszystko stało się jasne i klarowne. Poczuł, że dokładnie wie, czego chce: ustanowić niedosiężny rekord świata niewidomych w prędkości zjazdu. Następnego dnia rozpoczął przygotowania, a dwanaście miesięcy później, 14 kwietnia 2006 roku, na stoku Les Arcs we Francji zrealizował swój plan. Prowadzony głosem trenera przewodnika docierającym z głośników zamontowanych w kasku, osiągnął prędkość 100,94 mili na godzinę (162,45 km). Rekord narciarzy pełnosprawnych wynosił wówczas 156 mil. „Czułem się, jakbym nagle wyskoczył z samolotu. To było cudowne uczucie, gorąco polecam je wam wszystkim” – powiedział.

Parę lat później tak podsumował swoje doświadczenia: „To była ciężka, ale wspaniała podróż. Mam nadzieję, że to, czego dokonałem, pomaga innym ludziom zmieniać swoje życie i percepcję”. Do tej pory jest jedynym brytyjskim narciarzem, który ustanowił światowy rekord. 

Człowiek na motocyklu

Był rok 2002. Tego dnia Stuart Gunn, 28-latek z Edynburga, bardzo się spieszył na wizytę w szpitalu. Aby szybciej przebijać się przez zakorkowane ulice stolicy Szkocji, postanowił zrezygnować z jazdy samochodem i dosiąść swojej ulubionej maszyny – motocykla Kawasaki Ninja. Wszak był doświadczonym kierowcą, od dziecka zarażony motocyklową pasją przejętą od ojca. Niestety, w którymś momencie z podporządkowanego pasa ruchu wprost na niego wyjechał samochód dostawczy, w wyniku czego staranowany Stuart znalazł się w stanie bliskim śmierci. Obrażenia, jakich doznał, były koszmarne. Zmasakrowana głowa, popękane żebra, kręgosłup złamany w dwóch miejscach... Lekarzom udało się go uratować, ale nie pozostawili złudzeń: nigdy nie będzie chodził, a o jeździe motocyklem niech raz na zawsze zapomni. Ale Stuart nienawidził, gdy ktoś mu mówił, co ma robić, a czego nie. Po dwóch latach niezwykle ciężkiej i bolesnej rehabilitacji stanął na własnych nogach i zaczął chodzić, wspomagając się laską. Wydawało się, że wszystko idzie ku lepszemu. Niestety, komplikacje powypadkowe powróciły ze zdwojoną siłą. W ich wyniku w 2008 roku miał sparaliżowaną całą prawą stronę ciała i kompletnie zaniewidział. Jednak i to go nie załamało. Walczył z jeszcze większą determinacją. W efekcie odzyskał 40 proc. czucia w prawej ręce. Mimo że wciąż nie kontrolował prawej nogi, uznał, że jest już dostatecznie sprawny, by... ponownie wsiąść na motocykl. Jednak czyniąc to, bynajmniej nie marzył o rekreacji. Postanowił za jednym razem ustanowić dwa nowe rekordy świata: zostać najszybszym motocyklistą niepełnosprawnym ruchowo i najszybszym niewidomym. Obydwa te rekordy od dawna należały do wspomnianego już tutaj Billego Baxtera, ale młody Szkot uznał, że jest w stanie je poprawić.

Nadszedł sierpień 2013 roku. Po jedenastu latach od wypadku, trudach i wyrzeczeniach podejmowanych z fanatyczną wręcz determinacją i wiarą w swoje możliwości, Stuart Gunn przybył na lotnisko Elvington w północnym Yorkshire, by zapisać się w dziejach sportu, a jeszcze bardziej chyba w kronikach ludzkiej niezłomności. Mimo że musiał walczyć z bocznym wiatrem, rozpędził swój motocykl Suzuki Hayabusa do ponad 167 mil na godzinę, czyli 269 km, poprawiając poprzedni rekord. Od razu zapowiedział, że zamierza dobić do 290 km na godzinę.

Jak to możliwe, że będąc niewidomym, potrafił pędzić z taką prędkością? Otóż tuż za nim na drugim motocyklu gnał jego ojciec i drogą radiową udzielał wskazówek i ostrzeżeń. Proste, prawda? Pozostaje tylko zacytować Hemingwaya: „Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać”. 

W ferrari i w mercedesie

Wśród niewidomych, którzy zapragnęli zapisać się w światowej Księdze rekordów Guinnessa, nie brakuje oczywiście kierowców samochodowych. Rzecz jasna, sama chęć i umiejętności tu nie wystarczą. To bardzo drogi sport i trzeba być naprawdę bogatym, żeby móc sobie pozwolić na pojazd zdolny do bicia światowych rekordów. Można to zrobić w samochodzie pożyczonym, ale znaleźć sponsora jest w stanie tylko ten, kto już wiele osiągnął. Zatem rekordy w sportach motorowych biją zazwyczaj osoby znane, w pewnym sensie – celebryci. Są tacy i wśród niewidomych. Jeżeli ktoś zyskuje sławę, zaczyna być zapraszany przez bogate koncerny jako tak zwany mówca motywacyjny, co daje mu pieniądze i kontakty, a więc stwarza też możliwość zorganizowania spektakularnego eventu – imprezy przyciągającej media i sponsorów, służącej przy okazji zbiórce funduszy na szczytny cel. A próba bicia rekordu prędkości przez niewidomego kierowcę może wzbudzić zainteresowanie.

Od razu wyjaśnijmy, że rekordy są klasyfikowane w dwóch kategoriach, w zależności od tego, czy niewidomy kierowca w samochodzie jest sam, czy z widzącym pilotem przewodnikiem. Oczywiście w drugim przypadku jest łatwiej, więc może rozwinąć większą szybkość. Aktualnym rekordzistą w pierwszej kategorii jest Metin Senturk z Turcji, a w drugiej Hein Wagner z RPA. Obydwaj są bardzo niezwykłymi postaciami.

Metin Senturk urodził się w 1966 roku w Stambule. Wzrok stracił na skutek wypadku, gdy miał trzy lata. Przez osiem lat chodził do szkoły dla niewidomych, potem do ogólnodostępnej szkoły średniej. Jest absolwentem konserwatorium, bardzo znanym w Turcji autorem i wykonawcą piosenek w nurcie pop. Zagrał w dwóch filmach, prowadzi też telewizyjny program o muzyce i niepełnosprawności. W 2006 roku jego żoną została Fulya Kalkavan, pochodząca z bardzo bogatej rodziny właścicieli flotylli statków.

Światowy rekord prędkości ustanowił 2 kwietnia 2010 roku na lotnisku Urfa w południowo-wschodniej Turcji, prowadząc Ferrari F430. Przez radio pilotował go zawodowy rajdowiec. Na wymaganym dystansie utrzymał średnią prędkość prawie 293 kilometrów na godzinę i poprawił wynik poprzedniego rekordzisty, Brytyjczyka Mike’a Newmana, o blisko 9 kilometrów. Zapytany o to, co czuje, powiedział: „Myślę, że nie ma słów, by opisać to uczucie. Jestem szczęśliwy. To było naprawdę ciężkie, jak taniec ze śmiercią”.

O ile mi wiadomo, rekord niewidomego piosenkarza z Turcji do tej pory nie został pobity, mimo że takie próby podejmowano kilkakrotnie. Bo ambitnych niewidomych kierowców, którzy marzą o tym, by zapisać się w historii sportów motorowych, jest wielu. Wśród tych, którym to się udało i przez jakiś czas byli posiadaczami światowego rekordu, oprócz wspomnianego przed chwilą Brytyjczyka Mike’a Newmana należy wymienić też Belga Luca Costermansa, który w wieku 39 lat utracił wzrok w wypadku. Niektórzy z nich porywają się na rekordy w obydwu kategoriach – z pilotem w samochodzie i w jeździe pojedynczej. Oficjalna angielska nazwa konkurencji – The World Blind Land Speed Record – wskazuje na bicie rekordu prędkości na lądzie. Ale w światowej Księdze Guinnessa istnieje też kategoria szybkości na wodzie. Mike Newman podejmował nawet próby ustanowienia obydwu rekordów w jednym roku. Obsada pierwszego miejsca często się zmienia. Dobrze to widać, jeżeli prześledzi się historię rekordów w kategorii „z pilotem”. W 2005 roku Hein Wagner z RPA, kierując standardowym maserati V8, osiągnął prędkość 269 km/h i został rekordzistą. Potem lepszy wynik osiągnął Mike Newman, jadąc bmw M5. Po trzech latach na pierwszym miejscu znalazł się Belg Costermans, kierujący pożyczonym lamborghini Gallardo w asyście pilota Guillaume’a Romana. W Istres koło Marsylii, na południu Francji, zdołał rozpędzić się do niebotycznej prędkości prawie 309 km/h. I kiedy wydawało się, że kierowca z RPA ze swoim „mizernym” rekordem gorszym o 40 km już przestał się liczyć, ten wrócił do gry. Okazało się, że nie odpuścił, postarał się o lepszy samochód i ustanowił nowy rekord. Towarzyszył mu ten sam co poprzednio widzący nawigator Ray Wakefield. W październiku 2009 roku na międzynarodowym lotnisku w Upington w RPA osiągnął 322 km/h, siedząc za kierownicą mercedesa, którego użyczył mu biznesmen z Johannesburga Lolly Jackson. „Osiągnięcie szybkości 200 mil na godzinę to kamień milowy dla każdego kierowcy, bez względu na to czy widzi, czy nie” – powiedział o swoim wyczynie. I zaraz dodał, że kolejnym marzeniem, jakie chce zrealizować, jest przelecieć za sterami boeinga trasę Londyn – Jahannesburg. Z pasażerami na pokładzie.

Jak widać, ten najszybszy niewidomy kierowca na świecie to bardzo niezwykły człowiek, realizujący wyjątkowe cele. Uważa, że mimo przeciwności wszystko jest możliwe. Jego życiową dewizą jest nie pozwolić, aby brak wzroku stanął mu na drodze do realizacji marzeń. Ludzie opisują go jako niewidomego, który widzi wszystko w szczególny sposób.

Urodził się w 1972 roku ze ślepotą uwarunkowaną genetycznie. Zrobił dyplom z zarządzania na Open University w Londynie. Mieszka w Cape Town w RPA. Na swojej stronie internetowej przedstawia się jako kochający życie poszukiwacz przygód i mówca motywacyjny zapraszany przez korporacje. Jego głównym celem jest pozyskiwanie funduszy dla fundacji Vision Trust, którą stworzył po to, aby rozwijać technologie pomagające niewidomym. Wyczyny sportowe mają służyć głównie temu, by pozyskiwać fundusze. A wyczynów tych Hein ma na koncie niemało. W 2006 roku przebiegł New York City Marathon, ale w tej dziedzinie największym jego osiągnięciem pozostanie to, że jako pierwszy niewidomy zawodnik przebiegł Antarctica Marathon, być może najtrudniejszy z wszystkich, jakie odbywają się na świecie. Dużo zajmował się też kolarstwem. Jako pierwsza osoba niewidoma ukończył Absa Cape Epic, wyścig rowerowy popularnie zwany Tour de France kolarstwa górskiego. Wziął udział w regatach na trasie Cape Town – Rio i zdobył dziesięć najwyższych szczytów na Przylądku Zachodnim w RPA. Startował jako ironmen, skakał ze spadochronem i realizował inne szalone pomysły. Chyba na całym świecie można by znaleźć bardzo niewiele osób, które tak dużo zrobiły, aby ludzi niewidomych natchnąć odwagą do życia pełnego pasji. 

Z prędkością dźwięku

Okazuje się, że wśród niewidomych są i tacy, dla których prawdziwa radość z pędu pojawia się dopiero wtedy, gdy oderwą się od ziemi i poszybują. Wielu z nich siada za sterami różnego typu maszyn latających, ale jak dotąd wszystkie te wyczyny przebił 59-letni Miles Hilton-Barber, Anglik z Duffield w Derbyshire. W marcu 2008 roku, siedząc za sterami myśliwca o napędzie odrzutowym, osiągnął prędkość bliską 1800 km/h, czyli o jakieś 50 proc. przekroczył prędkość dźwięku. Lecąc w towarzystwie widzącego pilota, wzbił się na wysokość 15 kilometrów w niecałe dwie minuty! Zapewne żaden niewidomy nigdy nie był na tej wysokości. Opisując swoje wrażenia, powiedział, że lot uczynił go jednym z najszczęśliwszych niewidomych na świecie. „Prędkość była niewiarygodna i to było po prostu wspaniałe” – dodał. „Oczywiście niczego nie mogłem zobaczyć, ale mój co-pilot powiedział, że na tej wysokości widać już krzywiznę Ziemi”.

Miles ma na koncie wiele innych wyczynów, żeby wymienić tylko 150-milowy treking przez Saharę, czyli Marathon des Sables, wspinaczkę w Himalajach czy przelot lekkim samolotem z Londynu do Sydney w Australii. Ale chyba najważniejsze dla niego jest ciągłe upominanie się o poprawę losu niewidomych. Oto, co kiedyś powiedział: „Ja nigdy już nie będę widział, ale na świecie są dzieci, które mogłyby znów widzieć za 30 funtów. Dziś jest 37 milionów niewidomych, ale 28 milionów mogłoby odzyskać wzrok już jutro, gdyby były pieniądze”. 

Boży pomyleńcy

Oto oni: narciarz, motocyklista, kierowca, pilot. Wspinają się, nurkują, skaczą ze spadochronem... Co jest bardziej niebezpieczne, ekstremalne i desperackie? Kto najbliżej podszedł do granicy w przekraczaniu ludzkich ograniczeń? Nieważne. Tego rankingu nikt nie rozstrzygnie i nie pojawi się on w Księdze rekordów Guinnessa. Ważne, że nie brakuje ludzi opętanych misją głoszenia dobrej nowiny: pokazywania innym, że można nie pozwolić, by kalectwo zatriumfowało nad życiem i wolnością, że musi ono ulec przed siłą ducha.

Oto oni: prawdziwi Boży pomyleńcy.

Kazimierz Gąska

 

aaa

 

wiadomości

 

Biathlon

Pierwsze mistrzostwa Polski w biathlonie

W Białce Tatrzańskiej w dniach 18-20 marca 2016 r. odbyły się ostatnie zawody narciarskie zaplanowane w kalendarzu ZKF „Olimp” na sezon 2015/2016 – I Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Biathlonie. Mimo że termin przeprowadzonych zawodów przypadł na koniec marca, w Tatrach nie brakowało śniegu. Na doskonale przygotowanych trasach narciarskich na stokach Kotelnicy zawodniczki i zawodnicy z dysfunkcją wzroku walczyli o zdobycie pierwszego, historycznego tytułu mistrza Polski.

Kobiety i mężczyźni rywalizowali na takich samych dystansach. Po przebiegnięciu dwóch pętli i dwukrotnym strzelaniu podium prezentowało się następująco:

Kobiety

1. Georgina Myler („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Barbara Rup („Podkarpacie” Przemyśl)

3. Magdalena Dereń („Podkarpacie” Przemyśl)

Mężczyźni

1. Piotr Garbowski („Podkarpacie” Przemyśl)

2. Bogdan Konieczny („Podkarpacie” Przemyśl)

3. Zbigniew Żygłowicz („Podkarpacie” Przemyśl)

Podczas uroczystości zakończenia mistrzostw puchary i medale wręczali zwycięzcom: Stanisław Sęk – wiceprezes ZKF „Olimp” oraz Kazimierz Cetnarski – trener kadry narodowej biathlonistów.

Od kwietnia do listopada 2016 r. zawodnicy trenują letnią odmianę biathlonu, aby przygotować się do nowego sezonu startowego 2016/2017. W grudniu 2016 r. forma sportowa zdecyduje, kto pojedzie na Puchar Świata w Finlandii.

Piotr Sęk

 

Biegi

36. Półmaraton Wiązowski

Cztery lata musiały minąć, by rekord frekwencji w podwarszawskim biegu został pobity. Jeszcze niedawno zawodników skutecznie odstraszała wysoka opłata startowa. Dwa lata temu frekwencja spadła aż o 40 procent i fakt ten zmobilizował organizatorów, by spróbować przywrócić imprezie dawny blask. Obniżono wpisowe i w tym roku biegaczy przyjechało jak nigdy. Impreza odbyła się w niedzielę, 28 lutego.

Znakomita lokalizacja i termin biegu pozwalają sprawdzić się tutaj przed każdym nadchodzącym sezonem. Tym razem sprzyjała pogoda, a wysokie nagrody finansowe w półmaratonie i biegu na 5 kilometrów również zadziałały jak magnes i na starcie pojawili się szybcy zawodnicy z Kenii, Ukrainy i Polski.

Pierwsza trójka półmaratonu zmieściła się w czasie nieprzekraczającym godziny i czterech minut. Dwa pierwsze miejsca przypadły Kenijczykom, trzeci przybiegł Polak Szymon Kulka. Czasem 1:03:39 wypełnił minimum na mistrzostwa Europy na tym dystansie. W tegorocznym półmaratonie sklasyfikowano aż 1244 zawodników. Na krótszym dystansie piętnastu pierwszym biegaczom udało się osiągnąć rezultaty poniżej piętnastu minut. Do mety dobiegło 457 osób.

Wśród uczestników biegu w Wiązownie nie po raz pierwszy znaleźli się zawodnicy Stowarzyszenia „Cross”. Najlepiej zaprezentowali się słabowidzący z klubu „Syrenka” Warszawa: Andrzej Gipsiak z czasem 1:25:14 zajął 100. miejsce w kategorii open, a Jacek Ziółkowski 345. (1:35:59). Piotr Szymczak reprezentujący klub „Omega” Łódź zameldował się na 506. pozycji (1:41:01). Na 702. miejscu uplasował się Sławomir Jeżowski z „Syrenki” (1:48:32). Niewidomy Zbyszek Świerczyński z klubu „Warmia i Mazury” Olsztyn z rezultatem 1:51:38 dobiegł jako 812. Za nim znaleźli się dwaj kolejni zawodnicy „Syrenki”: Mariusz Zacheja – 1074. miejsce (2:04:07) i Grzegorz Powałka – 1117. miejsce (2:06:32). Mimo siedemdziesiątki z hakiem na karku do rywalizacji stanął również młody duchem Ryszard Sawa z „Syrenki”. Przekroczył metę jako 1240. zawodnik (2:48:10)! W biegu towarzyszącym na dystansie 5 kilometrów pobiegli jego dwaj klubowi koledzy Jan Michalik i Zygmunt Grzelak, ich czas to 49 minut i 22 sekundy. To też „młodzieńcy” z kategorii M70.

Po biegu odbyła się dekoracja najlepszych w poszczególnych kategoriach. Organizatorzy od lat nagradzają upominkami wszystkich biegaczy z niepełnosprawnością. Gratulujemy organizatorom doskonale przeprowadzonej imprezy, a zawodnikom świetnie rozpoczętego sezonu!

Mariusz Gołąbek

 

aaa

 

turystyka

 

Kurpiowskie klimaty

Kurpiowszczyzna jest jednym z tych kilku regionów etnograficznych w Polsce, które silnie wyróżniają się swą specyfiką, podobnie choćby jak Podhale czy Kaszuby.  

„Nie każda dzielnica może pochwalić się tak zaszczytną i burzliwą historią, jak ziemia kurpiowska. Wytrzymali Kurpiowie bowiem niezwykle silny napór Prus protestanckich, nie ulegli im jednak jak to przydarzyło się niegdyś pobratymcom – Mazurom z Pojezierza, i nie oderwali się od Macierzy. Zająwszy w wieku XIII swoje puszcze, stali się Kurpie ludźmi książęcymi, a potem królewskimi i nie zaznali ciężkiej ręki nie zawsze »ludzkiej« szlachty. Z tego to powodu znaleźli się Kurpie w znacznie lepszych warunkach społeczno-gospodarczych niż reszta ludności starego Mazowsza, co wytworzyło odrębność ich typu i charakteru, osobną gwarę i obyczaje”.

Tak pisał w latach 20. XX wieku w swym dziele „Puszcze polskie” geograf i podróżnik Ferdynand Ossendowski. 400 lat temu na tereny słabo zaludnionej Puszczy Zielonej (na północ od Narwi, aż do granicy Prus Książęcych) przybyli liczni osadnicy, głównie Mazowszanie. Ludzie spoza puszczy nazywali ich Kurpiami – od kurpsiowego obuwia z lipowego łyka. Gleby były tu liche, w znacznej części porośnięte lasem sosnowym, więc przybysze z niego głównie żyli. Zajmowali się bartnictwem, smolarstwem, myślistwem, rybołówstwem oraz wydobywaniem i obróbką bursztynu. 

Wach, czyli skansen Bziukiewiczów

W 2009 roku rodowity Kurp („pniok”) z Wachu Zdzisław Bziukiewicz wraz z żonką Laurą, kobietą miastową, otworzyli w starej stodole w owej wiosce prywatne Muzeum Kurpiowskie. On od najmłodszych lat interesował się lokalną historią, wreszcie zaczął zbierać i skupować stare regionalne sprzęty i przedmioty gospodarskie. Eksponatów jest dziś ponad 4000 i ich liczba stale rośnie. Zbiory podzielono tematycznie na działy, m.in.: bursztyniarstwo, tkactwo, plecionkarstwo, ciesielstwo, kowalstwo, garncarstwo, bartnictwo, rzemiosło, słynne palmy wielkanocne i – strój kurpiowski.

No właśnie. Do połowy XX wieku typowym strojem męskim były portki lniane z czerwonymi lampasami, które po kolejnych praniach blakły; koszule, też lniane, różniły się haftem, w zależności od parafii; marynarki były najczęściej czerwone. Na głowie Kurpia kapelusz w kształcie grzybka, z kwiatkiem. Jak był chłop żonaty, to kwiatek był po prawej stronie, u kawalera i wdowca – po lewej. Te różnice w dekoracji miały swoją praktyczną stronę: krótki rekonesans w kościele i było wiadomo, kto z kim ma zagadywać. Panny polowały bardziej na wdowca niż kawalera, bo z reguły u tego pierwszego nie żyła już teściowa. Stroje niewiast co parafia, to inne. W Kadzidle haft był skromny, w Myszyńcu – bogaty, z kwiatami. Czółko na głowach mogły nosić panny „nierusane”. A jak ciotki wypatrzyły, że panna chodzi „po żytach” z chłopakami, to już było pewne, że straciła wianek i zrywały jej czółko z blond główki

W zabytkowej stodole Muzeum Kurpiowskiego jest i część militarna. Zebrano tu różnego rodzaju strzelby i samoróbki, bo tutejszy lud był bitny nie do wytrzymania. Już siedmioletnie „siurki”, czyli chłopaczki z pierwszej klasy, przechodziły egzamin ze strzelania. Ojce zbierali ich na polanie i na „chójce”, czyli sosnowej gałęzi, wieszali bochenek chleba. Smyki musiały odstrzelić sznurek, by zjeść bochenek, inaczej chodziły głodne przez cały dzień.

Muzeum istnieje sześć lat, natomiast warsztaty i lekcje muzealne są prowadzone od lat piętnastu. Biorą w nich udział dzieci i młodzież szkolna oraz dorośli, w grupach zorganizowanych lub z rodzinami. Dwadzieścia rodzajów warsztatów daje możliwość poznania szerokiego zakresu tradycyjnej ludowej kultury kurpiowskiej. Pani Laura jest znaną koronkarką, specjalizuje się w wytwarzaniu tzw. frywolitek. To trudna sztuka koronkarska, ale efekty są godne podziwu. Z kolei pan Zdzisław pochodzi z rodziny, która od lat zajmowała się bursztyniarstwem. Tajniki wydobywania i obróbki jantaru ma w jednym palcu, toteż uczestnicy jego warsztatów mogą się wiele nauczyć od mistrza. W nieczynnej kopalni zwiedzający zapoznają się z metodami wydobycia, mogą nawet własnoręcznie wykopać garść bursztynu.

Historia kurpiowskiego bursztynu zaczęła się ponad 220 lat temu. W 1796 roku koło wsi Wołkowe Wolgram de Voza, obywatel Prus, odkrył bogate złoża tej kopaliny. Pierwsze warsztaty obróbki jantaru powstały w Ostrołęce już w 1798 roku. Rozkwit wydobycia nastąpił w latach 1857-80.
Badacze doliczyli się ponad stu kopalni odkrywkowych. Były to doły głębokie od pół metra do ośmiu metrów. Wydobywano go nawet z rzek. W ciągu jedynie dwóch lat 1835-36 w okolicach Ostrołęki wydobyto 2500 kg bursztynu. W XIX wieku bursztyn był tu głównym pieniądzem w sklepach, w kościele trafiał na tacę. Każda Kurpianka na wydaniu musiała mieć trzy sznury korali bursztynowych, od naszyjników z drobnych bryłek, po wielgachne „kartoflaki”. Wykorzystywano nie tylko walory dekoracyjne bursztynu, używano go także do produkcji nalewek, do okadzania domów i podwórców, by chronić obejście przed zarazą i chorobami.

Przez ostatnie lata amatorzy tego „złota północy” dłubią nielegalnie (konieczne jest wykupienie koncesji) na świeżo zaoranych miejscowych polach i znajdują pojedyncze kawałki. Tak jak przed laty skończyło się złoto Alaski, tak też kończy się bursztynowa gorączka na Kurpiach. 

Najpierw pojemy, potem pozwiedzamy

Wracając jeszcze do państwa Bziukiewiczów, warto zapisać się na smakowite warsztaty kulinarne. Na specjalne życzenie gospodyni przyrządza regionalne potrawy, czyli zasiadamy do Kurpiowskiej Biesiady „U Bursztyna”. Zaczynamy od kapusty z kaszą, potem zabieramy się do rejbaka – babki ziemniaczanej polanej tłuszczem i przybranej zasmażonym wędzonym boczkiem. Za chwilę na stół podają grycaki, czyli placki z mąki pszennej i gryczanej z masłem, śmietaną i posiekanym jajkiem albo z konfiturami. W czasie krótkiej przerwy chłodzimy gardło kozicowym piwem (miód, jagody jałowca, chmiel, drożdże) i zaraz zabieramy się za fafernuchy, czyli ciasteczka z marchwi, buraków, cukru, miodu i pieprzu (stąd nazwa od niemieckiego pfeffer – pieprz). Fafernuchami obdarowywali się dorośli przy składaniu życzeń noworocznych, ale głównie był to przysmak dla dzieci. Biesiadę kończymy tzw. mioduszkiem, czyli mocnym bimbrem na miodzie, zakąszanym chlebem ze smalcem. Znieczuleni, układamy się na ślabanku, czyli ławie wysuwanej na noc z głównego łoża, przypominającej stary drewniany piórnik, i zasypiamy u naszych gospodarzy snem sprawiedliwego.

25 km w linii prostej od Wachu znajduje się niezwykle ciekawy rezerwat Czarnia. To fragment boru świeżego naturalnego, typowego dla dawnych kompleksów Puszczy Kurpiowskiej. Zachowały się w nim sosny bartne, świadczące o dawnej gospodarce pszczelarskiej. Wobec braku cukru miód był kiedyś podstawowym produktem w kuchni. Prawo bartne zostało zatwierdzone przywilejem królewskim w 1630 roku przez Zygmunta III Wazę. Na początku mieszkańcy wybierali miód od dzikich pszczół gnieżdżących się w dziuplach drzew. Z czasem osadzali roje w dziuplach i dłubali, czy jak mówiono „dziali” po kilka otworów w dorodnych sosnach. Dziuple wydłubywano od strony południowo-wschodniej, kilka metrów od gruntu. Bartnicy zakładali bractwa, którymi rządzili starostowie bartni. Daniny dla króla (w 1526 roku Puszcza Kurpiowska stała się własnością królów Rzeczypospolitej) zbierano od boru, czyli 60 barci, a było to nawet 16 garnców miodu. To zajęcie wymagało pozostawania przez wiele miesięcy w lasach i mieszkania w szałasie zwanym stanem. Bartnik, wydłubując nowe działy, pilnując starych, wdrapywał się na sosny czy świerki z pomocą linek. Zabierał połowę słodkiego złota, resztę zostawiał pszczołom na przeżycie. Miodobranie odbywało się tylko raz w roku, na świętej Łucji. W naszych czasach te tradycje są pokazywane na imprezie folklorystycznej Miodobranie Kurpiowskie, odbywającej się w ostatnią niedzielę sierpnia w Zawodziu nad zbiornikiem Wykrot koło Myszyńca.

Przez rezerwat Czarnia i wokół niego prowadzi szlak o długości 9 km, nazwany Barcie Kurpiowskie. Zaczyna się we wsi Czarnia, przy kościele. W starej plebanii stojącej obok świątyni znajduje się od 2002 roku Muzeum Brata Zenona Żebrowskiego. Skąd taki pomysł? Otóż w gminie we wsi Surowe przyszedł na świat Władysław Żebrowski, franciszkanin (imię zakonne Zenon), budowniczy Niepokalanowa, współpracownik ojca Maksymiliana Kolbego. Przez wiele lat brat Zenon pracował jako misjonarz w Japonii. Brat Zeno (jak go tam nazwano) przeżył szczęśliwie wybuch bomby atomowej w Nagasaki. Opiekował się ofiarami, głównie dziećmi, oraz niósł posługę chorym, biednym i bezdomnym. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni uhonorowali brata Zeno orderem, a u podnóża góry Fudżi postawili jego pomnik. W roku 1971 franciszkanin po raz ostatni odwiedził Polskę. Zmarł w Japonii w 1982 roku, w 52. rocznicę przybycia do tego kraju. A pomnik w Czarni postawiono w 1988 roku. Jest to postać misjonarza obejmującego dwójkę małych dzieci: Kurpiankę i Japończyka.  

Skanseny

Kadzidło jest największą kurpiowską wsią. Liczy ona ponad 4000 mieszkańców i dawno już utraciła rolniczy charakter. O dawnych tradycjach przypomina Zagroda Kurpiowska – skansen powstały w 1991 roku i będący filią Muzeum Kultury Kurpiowskiej w Ostrołęce. Zrekonstruowano w nim obiekty charakterystyczne dla dawnej kultury regionu, m.in.: chatę z bali sosnowych, spichlerz i stodołę, wozownię, drwalnię, chlew, olejarnię, warsztat stolarski. Turystów najbardziej przyciąga Wesele Kurpiowskie, w którym biorą udział prawdziwe młode pary, a nie podstawieni aktorzy czy statyści. Widowisko sponsorują gmina, marszałek województwa, no i po części rodzina młodych, stawiając choćby na stole rozweselające trunki. Ślub odbywa się w kościele, korowód weselny wjeżdża ustrojonymi bryczkami do skansenu, gdzie czekają już goście przyodziani w regionalne stroje. W trakcie weseliska odbywa się przegląd zespołów folklorystycznych z całej Polski.

Najbardziej znany i pierwszy skansen kurpiowski znajduje się w Nowogrodzie nad Narwią. To jeden z największych w kraju skansenów skupiających budownictwo drewniane. Jego założycielem był etnograf Adam Chętnik, miejscowy obywatel. To on przez całe życie propagował lokalną kulturę ludu zamieszkującego Puszczę Zieloną. Jeszcze przed II wojną światową zorganizował wraz z żoną drugi w Polsce skansen na wolnym powietrzu, czyli Muzeum Kurpiowskie. Po wojnie działalność tej placówki wznowiono w 1948 roku. W 1983 roku otwarto dział bartniczy i rolniczy. Adam Chętnik zmarł w 1967 roku i spoczywa na cmentarzu w Nowogrodzie.

Andrzej Szymański

 

aaa

 

zdrowie

 

Choroba o stu twarzach 

Każdego chorego może nękać inny zestaw jej objawów. Jednym drętwieją ręce i nogi, inni mają zaburzenia mowy i trudności z połykaniem, jeszcze inni – problemy z koncentracją, zawroty głowy, niewyraźne lub podwójne widzenie, bóle mięśni, uczucie zmęczenia niewspółmierne do wysiłku. Długo trzeba wymieniać symptomy schorzenia zwanego stwardnieniem rozsianym – SM.

Szacuje się, że na świecie choruje na nie około 2,5 miliona osób, z tego około 500 tysięcy w Europie. W Polsce SM ma co najmniej jedna osoba na tysiąc, czyli chorych jest od 40 do 60 tysięcy osób. Są to najczęściej ludzie młodzi, między 20 a 40 rokiem życia. Co nie znaczy, że nie dotyka ona osób młodszych lub starszych. Zdarzają się przypadki zachorowań na SM nawet u dzieci, a także wśród osób po 50. roku życia. Kobiety chorują trzy razy częściej niż mężczyźni. Jest to schorzenie przewlekłe i nieuleczalne, nieprawdą jest jednak, że skraca życie. Może natomiast znacznie obniżać jego komfort. Szybko i prawidłowo leczone nie musi być dla pacjenta takim cierpieniem jak kiedyś.

Co wywołuje SM, tego niestety nie wiadomo. Na pewno jest to schorzenie ośrodkowego układu nerwowego. Bierze się z tzw. autoagresji. Dochodzi do niej, kiedy nasz układ odpornościowy nagle z nieznanych przyczyn zwraca się przeciwko komórkom własnego ciała. Niszczy to, co powinien chronić. Stąd tak trudno walczyć z SM, bo to wojna z mechanizmami własnego organizmu. Niektórzy badacze wiążą rozwój stwardnienia rozsianego z hipotezą higieny. Według niej niektóre infekcje we wczesnym dzieciństwie mogą zmniejszać ryzyko rozwoju chorób autoimmunologicznych. A ponieważ żyjemy w coraz bardziej czystym świecie, nasz organizm nie ma za wielu naturalnych wrogów (pasożytów, mikrobów), z którymi mógłby walczyć. Więc z nudów atakuje sam siebie. Potwierdzeniem tej hipotezy może być fakt, że zdecydowana większość chorych mieszka w Ameryce Północnej i Europie, gdzie ludzie prowadzą bardziej higieniczny tryb życia i częściej korzystają z antybiotyków. Mniej chorują, przez co skazują na lenistwo własne komórki odpornościowe. W Afryce, Ameryce Południowej i na dużym obszarze Azji SM jest rzadkością. Być może za jakiś czas uczeni wykryją jeszcze inne przyczyny tej choroby, która na szczęście nie jest zakaźna.

Najczęstsze objawy SM to m.in. uczucie zmęczenia niewspółmierne do wykonywanej czynności, niewyraźne lub podwójne widzenie, zapalenie nerwu wzrokowego, oczopląs, ból przy poruszaniu gałką oczną, drżenie kończyn, niestabilny chód, zawroty głowy, częściowa utrata kontroli nad rękami i nogami, wzmożone napięcie mięśniowe, skurcze, mrowienie, drętwienie, uczucie palącego gorąca, zaburzenia mowy, trudności z połykaniem, nadwrażliwość na ciepło. Jest jeszcze wiele innych dolegliwości, które okresowo mijają, co jest charakterystyczne dla tej choroby. Przechodzimy nad tym do porządku dziennego, nie wiedząc, że to może być właśnie objaw SM.

Jaki jest mechanizm choroby? Nasz układ odpornościowy nagle bierze sobie na cel substancję zwaną mieliną. Otacza ona komórki nerwowe w mózgu i rdzeniu kręgowym. Komórki porozumiewają się między sobą, by przesyłać impulsy elektryczne z ważnymi informacjami. Przewodem elektrycznym komórek nerwowych są ich „ogonki”, czyli aksony. Część z nich ma dodatkową izolację – osłonkę włókien nerwowych, tworzoną przez wyspecjalizowane komórki. Owijają się one wokół aksonów i otulają je własną błoną niczym płaszczem. Ma on kilka warstw połączonych ze sobą specyficznym białkiem. Ten komórkowy płaszcz to właśnie mielina. Chroni ona aksony przed uszkodzeniem mechanicznym i stanowi izolację nerwowego „kabla”. Kiedy układ odpornościowy weźmie sobie za cel komórki osłonki mielinowej, powstają dziury i nadżerki w izolacji. Uczeni porównują taką sytuację do przerwania zabezpieczenia na kablu elektrycznym – w uszkodzonych miejscach widać „goły” drut. Kiedy mielina zostaje zniszczona, akson nie może już sprawnie przekazywać impulsów. Wkrótce w „kablu” przestaje w ogóle „płynąć prąd”. W zależności od miejsca uszkodzenia otoczek mielinowych u chorych pojawiają się różne objawy: zaburzenia wzroku, mowy, czucia, mięśni zwieraczy, funkcji seksualnych, drętwienia i mrowienia, a nawet niedowłady. Nieleczone SM prowadzi do niepełnosprawności – skazuje na wózek inwalidzki, przykuwa do łóżka.

Stwardnienie rozsiane ma kilka postaci. Najczęstszą jest forma rzutowo-remisyjna. Objawy występują przez pewien czas (dni, tygodnie, miesiące), po czym stan chorego ulega częściowej lub całkowitej poprawie. Pogorszenie zdrowia lekarze określają mianem rzutu. Komórki układu odpornościowego atakują wtedy ze zdwojoną siłą osłonkę mielinową, powodując powstanie lokalnego stanu zapalnego. Ten oznacza, że ciało się broni, sprzyja nam jak w tradycyjnej infekcji, kiedy mobilizuje do walki z atakującymi patogenami. Tak jest, gdy mamy np. grypę czy przeziębienie. Ale w przypadku SM wrogiem są komórki naszego ciała. Mało, że są niszczone, to jeszcze dodatkowo stan zapalny je osłabia. Kiedy rzut mija, odsłaniają się nowe uszkodzenia w mózgu lub w rdzeniu kręgowym. Objawy SM ustępują – częściowo lub całkowicie zanikają. Pacjent jest w remisji. Ta może trwać kilka miesięcy, ale też lata. Bywa, że stan chorego stale się pogarsza, ale też są postaci SM łagodne: po jednym lub dwóch rzutach wycofuje się bez pozostawiania śladów. Niektórzy lekarze są zdania, że pierwsze pięć lat przebiegu choroby może sugerować, jak będzie postępowała dalej. Oraz że im wcześniej ktoś zachoruje na SM, tym lepsze są rokowania, bo choroba będzie łagodniejsza.

Podobnie jak inne przewlekłe, schorzenia SM może powodować stany depresyjne. Ocenia się, że występują one u blisko połowy pacjentów. Nie zawsze są w porę rozpoznane i leczone. Często zarówno lekarze, jak i osoby z SM mylą depresję z zespołem przewlekłego zmęczenia, który dotyczy większości pacjentów chorujących na stwardnienie rozsiane. W Polsce jest wiele ośrodków terapii SM, ale nie istnieją jeszcze centra kompleksowo zajmujące się tą chorobą, tak jak w wielu krajach Europy Zachodniej. Ośrodki te obejmują opieką około 2-3 tysięcy osób. Oprócz leczenia oferują rehabilitację ruchową i terapię psychologiczną.

Podobnie jak na świecie, także u nas terapia lekami modyfikującymi przebieg choroby (tzw. DMD) jest prowadzona w ramach specjalnego programu, który określa ściśle, jakich chorych i przy zastosowaniu jakich preparatów można leczyć. W programie są dwie tzw. linie leków. Preparaty drugiej linii – wyjaśniają neurolodzy – są dwa razy bardziej efektywne: zmniejszają liczbę rzutów choroby w ciągu roku, opóźniają niesprawność ruchową, hamują postęp atrofii mózgu. W Polsce dostępne są wszystkie leki na SM, które są stosowane w pozostałych krajach UE czy w Stanach Zjednoczonych. Problemem nie jest ich rejestracja, lecz refundacja. Mało kogo stać na wydatek rzędu 6,5-8 tysięcy zł miesięcznie, bo tyle kosztują leki drugiej linii. Co rusz oglądamy w telewizji dramatyczne apele osób, dla których brak możliwości korzystania z nowoczesnej, skutecznej terapii oznacza postęp choroby i ograniczenie samodzielności życiowej.

W tej chorobie liczą się nie tylko leki, lecz także nastawienie pacjenta. Milena Trojanowska (26 lat), która od dziesięciu lat zmaga się z SM, w wywiadzie prasowym przyznaje, że w tym czasie przeżywała wzloty i upadki. Za namową rehabilitanta starała się bardzo dużo chodzić. Postanowiła, że przebiegnie maraton i dopięła swego. Rok przedtem uparcie trenowała: dwa razy w tygodniu rehabilitacja, bieganie po kilka, kilkanaście kilometrów, dieta, joga, która poprawia elastyczność. Studiuje, pracuje i czeka na informację od swego lekarza, kiedy będą u nas refundowane nowoczesne preparaty. Brała je przez dwa i pół roku dzięki finansowemu wsparciu rodziny i różnych fundacji. Teraz nie bierze nic, bo tradycyjne leczenie w jej przypadku przynosiło odwrotny skutek od zamierzonego. Nie daje za wygraną w walce, a walczy nie tylko o swoją kondycję. Jest ambasadorką kampanii „PS. Mam SM”, którą prowadzi Fundacja Neuropozytywni. Jest to projekt tworzony przez osoby, które mają rozmaite doświadczenia z SM. W ramach kampanii dzielą się nimi, by inspirować początkujących w zmaganiach z SM.

Neurolodzy podkreślają, że w ciągu ostatnich lat zmieniło się na korzyść społeczne podejście do tej choroby. Kiedyś powszechnie uważano, że SM jest wyrokiem skazującym pacjenta na wózek inwalidzki. Okazało się, że to nieprawda. Wiedza na temat stwardnienia rozsianego i metod terapii propagowana m.in. przez środki masowego przekazu sprawia, że powoli oswajamy się z tym schorzeniem. Najważniejsze, by nie przegapić jego początków. Wczesna diagnoza może utrzymać SM w ryzach i zmniejszyć częstotliwość rzutów, które stwarzają ryzyko powstania trwałych deficytów neurologicznych. Co równie ważne – może zahamować i odsunąć w czasie postęp niepełnosprawności.

BWO

Na podstawie dodatku „Gazety Wyborczej” – „tylko zdrowie”.  

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Biegać każdy może 

Bieganie to naturalna forma ruchu. Podczas biegu zużywamy dużo energii, dzięki czemu szybko spalamy kalorie i modelujemy sylwetkę. Systematyczne bieganie to świetny trening dla serca i układu oddechowego, bo bardzo dobrze podnosi wydolność organizmu. Pobudza go do korzystania z zapasów energii i spalania tkanki tłuszczowej w trakcie i po treningu.

Bieganie to najprostszy, najbardziej dostępny sport – mogą go uprawiać praktycznie wszyscy, bez względu na wiek i kondycję. Nie wymaga nakładów finansowych i można zacząć z marszu – od razu.

Bieganie w terenie to doskonały sposób na poznawanie okolicy, obcowanie z naturą, dotlenienie tkanek, odstresowanie się i „zresetowanie” psychiki. Podczas wysiłku, a także po nim wydzielają się endorfiny, dzięki którym mamy więcej zapału i chęci do podejmowania wyzwań życiowych, czujemy się szczęśliwi.

Na siłowni lub w domu możemy korzystać z bieżni mechanicznej. To świetny sposób na trening biegowy dla osób niewidomych. Dotykowej obsługi bieżni łatwo się nauczyć, a umiejętność ta pozwoli uniezależnić się od przewodnika, z którym za każdym razem trzeba się umówić na trening w terenie. 

Przygotowanie do zawodów amatorskich

Często do systematycznej pracy potrzebujemy motywacji. Sama obietnica ładniejszego wyglądu, lepszego zdrowia i dobrego samopoczucia może nie być wystarczająca, by biegać regularnie. Dobrze jest więc zapisać się na zawody i treningi traktować jako przygotowanie do startu. Podczas rywalizacji możemy się sprawdzić, osiągane rezultaty mobilizują, by poprawić swoje wyniki, zmierzyć się z innymi, a przede wszystkim z samym sobą. Pomocny może być plan treningowy, który będziemy realizować. Na początek trzeba zacząć od krótszych dystansów. 5-6 km to idealny dystans na pierwsze zawody. Jeżeli chcemy dobrze się przygotować, należy przestrzegać kilku zasad, które nie tylko przyśpieszą efekty, lecz sprawią także, że trening będzie ciekawszy, mniej monotonny i bardziej profesjonalny. 

Dobra rozgrzewka

Każdy trening biegowy należy zacząć od rozgrzewki, na którą składają się: trucht (wolny bieg, który rozrusza ciało i podniesie jego temperaturę); ćwiczenia dynamiczne, takie jak krążenia, wymachy kończyn oraz skręty ciała w różnych płaszczyznach; ćwiczenia biegowe przeplatane z gibkością dynamiczną, takie jak bieg bokiem, krokiem odstawno-dostawnym, bieg z krążeniami i wymachami ramion, krokiem skrzyżnym, bieg tyłem, podskoki naprzemianstronne, marsz wypadami, marsz ze skłonami do prawej i lewej nogi itp. 

ABC techniki biegu – czyli ćwiczenia techniki kroku biegowego

Podczas każdego treningu, niezależnie od jego głównego tematu, należy ćwiczyć technikę kroku biegowego. Można ją połączyć z akcentem siłowym i przyśpieszeniami. Czas po rozgrzewce, a przed treningiem właściwym będzie na to idealny. Należy kilkakrotnie powtórzyć skipy, czyli bieg z uderzaniem piętami o pośladki (skip C), bieg z wysokim unoszeniem kolan (skip A), bieg z wyrzutem podudzia w przód i akcentem postawienia śródstopia na podłożu (skip B), bieg na wyprostowanych nogach, czyli nożycami (skip N). Pamiętamy zawsze o prowadzeniu stopy „na siebie”, obszernej rytmicznej pracy ramion, stawianiu stopy od razu na śródstopie, kierowaniu biodra do przodu, wysokim unoszeniu stóp i kolan. Skipy również robimy w marszu, w przeskokach z akcentem na jedną nogę, w podskokach naprzemianstronnych i w różnych połączeniach i konfiguracjach (na przykład lewa noga skip A, prawa skip C). Warto zrobić kilka rytmicznych przebieżek, zastosować bieg w narastającym tempie, włączanie i wyłączanie pracy mięśniowej (fazy swobodnego biegu na rozluźnionych nogach i fazy przyśpieszenia, stosowane naprzemiennie). 

Przebieżki

Wplecenie szybkich lub wręcz sprinterskich odcinków pozwoli nam lepiej zachować rytm, a także zwiększy możliwości na finiszu. Wysiłek interwałowy i krótkie odcinki biegu na przemianach beztlenowych pomogą uzyskać szybszą poprawę wytrzymałości. 

Ćwiczenia siłowe

Żeby dobrze biegać, należy zbudować odpowiedni poziom siły biegowej i ogólnej. Wystarczy, że w trening wpleciemy dynamiczne ćwiczenia, w których dźwigamy ciężar własnego ciała. Zaliczyć do nich można proste ćwiczenia ogólnorozwojowe, jak: przysiady, padnij – powstań, brzuszki, pompki, wyskoki dosiężne, wypady, pozycje stabilizacji mięśniowej, takie jak deska. Są to także ćwiczenia siły biegowej, do których zaliczyć można: podbiegi, biegi pod wiatr, biegi z oporem, podskoki na jednej nodze, obunóż, przeskoki nad płotkami lub przeszkodami (i z uniesieniem kolan), podskoki z półprzysiadu, wieloskoki (przeskoki z nogi na nogę z fazą lotu) na jedną nogę i na obie. 

Trening właściwy

Czas na realizację głównego punktu treningowego, w którym pokonujemy określone zadania, najlepiej w odpowiednim rytmie, czyli wyznaczonym czasie.  

Bieganie w odpowiednim tempie

Lepszy efekt osiągnie się, kiedy krótsze dystanse biega się szybszym rytmem. Zamiast 5 km biec jednostajnie wolnym tempem, można zastosować biegi w odpowiednim rytmie na dystansach. Stosujemy np. 5 x 1 km, każdy w czasie 4 minut, z przerwą 60 s pomiędzy powtórzeniami, zamiast 5 min/km na raz. Często stosuje się powtarzanie odcinków 400, 600 m lub 1 km. Biegając dłuższy dystans ciągiem, wplata się krótkie przebieżki lub fragmenty czasowe, które biega się na maksimum możliwości. Trening interwałowy daje najszybsze efekty, jest jednak również najbardziej obciążający dla organizmu, dlatego nie wolno tak trenować codziennie. Należy pamiętać, jak ważny jest proces regeneracji. 

Rozciąganie mięśni i trucht końcowy

Niezmiernie istotne po treningu jest odpowiednie rozluźnienie mięśni. Umiarkowane i spokojne ćwiczenia pozwalają lepiej je ukrwić i szybciej przetransportować uboczne produkty przemiany materii, tzw. metabolity.

Rozciąganie zmniejszy napięcie mięśniowe, co z kolei przyśpieszy regenerację zmęczonych mięśni i zabezpieczy przed kontuzjami. Po każdym treningu należy rozciągnąć główne partie mięśniowe nóg: mięśnie pośladkowe, mięśnie biodrowo-lędźwiowe, czworogłowe uda (przednia partia), mięsień dwugłowy uda (tylna partia uda) oraz łydki. Pomocny może być automasaż mięśni, odpowiednie ich uciskanie. Można posłużyć się specjalnymi rollerami do mięśni lub piłeczkami tenisowymi, na których odpowiednio się siada lub kładzie.

Jeżeli trening biegowy będzie urozmaicony, będziemy dbali zarówno o technikę, siłę, jak i gibkość mięśni, to osiągane rezultaty będą o wiele większe i szybciej się poprawią niż gdybyśmy zastosowali tylko monotonny trening wytrzymałości biegowej. Kiedy na najbliższych zawodach uda się poprawić rekord życiowy, znajdziemy jeszcze więcej motywacji do treningu. Zachęcam, by bardzo profesjonalnie podchodzić do sportu amatorskiego. Powodzenia!

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Wbrew zasadom

Znane powiedzenie „Każda reguła ma swoje wyjątki” sprawdza się również w szachach. Królewska gra jest tak bogata w możliwości, że przypadki odstępstw od zasad nie należą do rzadkości. Oto kilka wybranych przykładów na ten temat:

Pionkami należy zabijać w kierunku do centrum

To stwierdzenie nie dotyczy niektórych debiutów, bo przecież po 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 a6 4.G:c6 dc6! czy też po 1.e4 e4 2.Sf3 Sf6 3.S:e5 d6 4.Sf3 S:e4 5.Sc3 S:c3 6.dc3! postępujemy odwrotnie, aby szybko wprowadzić figury do gry. Reguła odnosi się przeważnie do wymian na polach b3 (b6) czy g3 (g6), np. 1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.Gb5 a6 4.Ga4 b5 5.Gb3 Sa5 6.d4! S:b3 7.ab3!

W grze środkowej odstępstwa od zasady dotyczą przeważnie pozycji z roszadami w różne strony:

S. Kuemin – M. Cebalo

Biel 2003

Białe: Kc1, Hd2, Wd1, Wh1, Gc4, Sc3, Sg5, a2, b2, c2, e4, f3, g2, h4

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gd7, Sc6, Sf6, a7, b7, d6, e7, f7, g6, h7 

15...Sa5 16.Gb3 S:b3+ 17.cb3! Właśnie tak! Odbicie pionkiem c2 gwarantuje białemu królowi bezpieczeństwo. Po 17.ab3?! Ha5 18.Kb1 Wfc8 pojawiała się groźba Wc6-a6 z atakiem po linii „a”. Oczywiście odbicie od centrum osłabia strukturę pionkową. Gdyby na szachownicy pozostały same pionki, to czarne powinny wygrać, gdyż na skrzydle hetmańskim białe nie wyrobią
sobie wolniaka. Przy różnostronnych roszadach rzadko jednak dochodzi do końcówki. Partię z reguły rozstrzyga bezpośredni atak na króla. Tak też było i w tym przypadku 17…h6 18.g4 Ha5 19.Sh3 Wac8 20.Kb1! Nie wolno 20.H:h6? H:a2. Biały król jest teraz spokojny o swój los, czego nie można powiedzieć o czarnym monarsze 20...Kg7 21.g5 hg5 22.hg5 Sh5 23.Sf4 S:f4 24.H:f4 Ge6 (24…Wh8 25.Sd5!) i teraz natychmiast kończyło grę 25.Wh7+! K:h7 26.Hh4+ Kg7 27.Hh6+ Kg8 28.Wh1. Białe nie zauważyły kombinacji, zagrały słabo 25.Wh6? Wh8 26.Hh4 i gra się przeciągnęła, choć wynik nie uległ zmianie 26...f6 27.gf6+ ef6 28.Wh1 g5 29.Wh7+! W:h7 30.H:h7+ Kf8 31.Hh8+ 1–0

Z. Azmaiparaszwili – G. Kasparow

Kreta 2003  

Białe: Ke1, Hb6, Wc1, Wh1, Gd2, Gd3, Sa4, a2, b2, d4, e3, f2,g2, h2

Czarne: Kg8, He7, Wa8, Wf8, Gd6, Gg6, Sf6, a6, c6, d5, e6, f7, g7, h7

16.G:g6 fg6! A w tym rzadkim przypadku nietypowe odbicie figury przynosi otwarcie linii „f” i daje możliwość szybkiego włączenia wieży do ataku na króla 17.f3 Jeśli 17.0-0? to G:h2+ 18.K:h2 Sg4+ 19.Kh3 (19.Kg3 S:f2) 19...S:f2+ 20.W:f2 W:f2 21.H:c6 Waf8 z silnym atakiem 17...Se4!? 18.fe4 Hh4+ 19.g3? Szanse na ratunek dawało 19.Kd1 Hg4+ 20.Kc2 H:e4+ 21.Kd1 19...H:e4 20.Ke2 Inne ruchy przegrywają szybciej: 20.Wg1 Hf3 lub 20.Wf1 W:f1+ 21.K:f1 Hd3+ 22.Ke1 Wf8 20...Hg2+ 21.Kd3 Wf2 22.Ha5 Wb8 23.a3 Gc7 24.H:c7 (24.Hc3 He4x) 24...W:d2+ 25.Kc3 Wd:b2 0–1

Im więcej „wysepek” pionkowych, tym pionki są słabsze. Należy unikać zdublowania i izolowania piechoty

F. Braga – U. Andersson

Sao Paulo 1979

Białe: Kh1, Hg3, Wa1, Wd1, Gg4, Sc3, a4, b2, c2, e4, g2, h2

Czarne: Kh8, Hc4, Wd8, We8, Ge6, Gf6, a6, b7, e5, f7, g7, h7

Po 1.G:e6 czarne odpowiedziały 1...fe6! Dublaki na linii „e” kontrolują ważne centralne pola d4 i d5. Biały skoczek traci możliwość aktywnego wejścia do gry. W partii czarne udowodniły, że naciski po linii „d” i groźby po czarnych polach są ważniejsze od potencjalnej słabości piechoty: 2.Wd3 Również i po 2.Hf3 Hb4 3.Wab1 Wd4 figury białych stały pasywnie 2...Hb4 3.Wb1 Wd4! 4.h3 Wed8 Presja czarnych staje się coraz bardziej nieprzyjemna 5.Hg4 Po 5.W:d4 ed4 ginął pionek a4 5...W:d3 6.cd3 Hb6 7.He2 Hd4 8.Wd1 h6 9.Hg4 Hb6 10.He2 Hd6 11.Hh5 Kh7 12.Wf1 He7 (12…H:d3 13.W:f6!) 13.He2 Wd4 Czarne znalazły właściwe ustawienie ciężkich figur – wieża na 4. linii zagrażać będzie pionkom a4, b2 i d3, a hetman z tyłu będzie szukał nowych obiektów ataku 14.Wd1 Hd8 15.Hg4 Hb6 16.He2 Wb4 17.Wb1 Po 17.Wd2 gra mogła przejść do końcówki podobnej jak w partii: 17...Gg5 18.Wc2 He3 19.H:e3 G:e3 (Grozi 20...Wd4) 20.Sd1 Gd4 21.Sc3 G:c3 i po zdobyciu pionka a4 czarne powinny wygrać 17...Gg5 Do akcji wkracza najsłabsza figura czarnych 18.Hc2 He3 19.Wf1 Gf4! Grozi 20...Hg3 20.Se2 Hd2 21.H:d2 G:d2 22.Wb1 W:a4 23.Kg1 Wb4 24.Kf1 a5 25.b3 Kg6 (25...a4?! 26.Wd1) 26.Kf2 Gg5 27.Sc3 Wb6 0–1

M. Botwinnik – I. Kan

Leningrad 1939

Białe: Ke1, Hc2, Wa1, Wh1, Gf1,  Sd2, a3, c3, c4, d4, e3, f2, g2, h2

Czarne: Ke8, Ha5, Wa8, Wh8, Gc8, Sb8, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g7, h7 

Białe mają zdublowane pionki, ale w zwartej strukturze ich słabość jest mało odczuwalna 11.de5!. Wybrane posunięcie wydaje się strategicznym błędem, bo pionki c3 i c4 zostają izolowane. Okazuje się jednak, że panowanie nad polem d5 wszystko to z nawiązką rekompensuje 11…de5 12.Gd3 h6 Słabsze było 12...g6 13.Se4 13.0-0 0-0 14.f4 Białe rezygnują z wariantu z wkroczeniem skoczka na d5: 14.e4 Sc6 15.Wfd1 Ge6 16.Sf1 Wad8 17.Se3 Se7 18.Sd5 G:d5 19.cd5 Sc8! z następnym Sd6. Nie byłoby wówczas zdublowanych pionków, ale i korzyści z opanowania figurami pola d5 14...Sd7 Naturalniej wyglądało 14...Sc6, ale czarne chcą ustawić skoczka na f6. W komentarzach do partii Botwinnik zalecał 14....ef4 z otwarciem pozycji w centrum 15.f5 Sf6 16.Se4! Po wymianie skoczków biały goniec będzie mógł wkroczyć na d5 16...Hd8 17.S:f6+ H:f6 18.Ge4 Wb8 19.Wad1 b6 20.h3 Ga6 Czarne planują b6-b5. W przypadku 20...Gb7 21.G:b7 W:b7 22.He4 Wbb8 23.Wd7 ich pozycja też była bardzo trudna 21.Gd5 b5 22.cb5 W:b5?! Należało wymienić białego gońca nawet za cenę pionka: 22...G:b5 23.c4 Gc6 24.He4 G:d5 25.W:d5 Wb3 23.c4 Wb6 24.Wb1 Uniemożliwia ruch 24…Gb7 24...Wd8 W przypadku 24...Wfb8 białe grałyby 25.W:b6 W:b6 26.Ha4 Kf8 27.Ha5 z bardzo nieprzyjemnymi naciskami 25.W:b6 ab6 26.e4 Gc8 27.Ha4! Gd7 28.Ha7 Ge8 29.Wb1 Wd6 Pozornie czarne stworzyły fortecę, ale białe szybko rozbijają system obronny 30.a4! Kh7 31.a5! ba5 32.H:a5 Pionek c5 musi zginąć 32...Wa6 33.H:c5 Wa2 34.He3 Ha6 35.Wb8 Ha4 36.Kh2 Wa3 W przypadku 36...Hc2 Botwinnik podaje taki efektowny zwycięski wariant: 37.Hg3 Wa1 38.W:e8 Hd1 39.Hg6+! fg6 40.Gg8+ Kh8 41.Gf7+ z matem 37.Hc5 Wa2 38.Wa8 H:a8 39.G:a8 W:a8 40.H:e5 Gc6 41.Hc7 1–0

W. Paulsen – S. Tarrasch

1887 

Białe: Kf1, Hd3, Wa1, Wh1, Gb2, Sf3, a4, b3, d4, e5, f2, g3, h2

Czarne: Kd7, Ha7, Wc8, Wh8, Ge7, Sf5, a5, b7, d5, e6, f7, g7, h7

Czarne stoją trochę lepiej, ale w „normalny” sposób nie zdążą opanować linii „c”: 1...Wc6?! 2.Ke2 Whc8 3.Whc1. Znalazły jednak ciekawe rozwiązanie problemu 1…Ha6! Po wymianie hetmanów czarna wieża będzie mogła zająć drugą linię.

2.H:a6 Inne posunięcia są gorsze: 2.Ke2? Wc2+; 2.Se1 H:d3+ 3.S:d3 Wc2 4.Wc1? Wd2 czy 2.Wd1 Wc2 2...ba6 Otwarcie linii „b” daje dodatkową możliwość ataku na pionka b3. Słabości na a6 i a5 są w tej pozycji bez znaczenia. Słabością w szachach jest to, co można atakować (a to już jest kolejna reguła z wyjątkami…) 3.Kg2 Lub 3.Wc1 W:c1+ 4.G:c1 Wb8 3….Wc2 Czarne uzyskały dużą przewagę pozycyjną. Wkrótce białe będą musiały pogodzić się ze stratami materialnymi: 4.Gc1 Wb8 5.Wb1 Wc3 itd.

W końcówkach wieżowych wieża powinna stać za wolnym pionkiem, zarówno własnym, jak i przeciwnika.

Białe: Kg1, Wb5, a5, f2, g2, h3

Czarne: Kg8, Wc8, f7, g6, h7

Przy ruchu białych należy grać 1.Wb1! z dalszym Wa1, natomiast czarne, będąc na posunięciu, powinny wybrać 1…Wc1+ 2.Kh2 Wa1!

Są jednak sytuacje, gdy optymalne jest inne ustawienie wieży:

Białe: Kg2, Wb4, a5, f4, g3, h4

Czarne: Kf6, Wa6, e6, g6, h5
Po szablonowym 1.Wa4?! Kf5 2.Kf3 e5 3.Wa3 ef4 4.gf4 Kf6 5.Ke4 Ke6 wygrana białych jest wątpliwa, gdyż król jest przywiązany do obrony pionków f4 i h4. Znacznie silniejsze jest 1.Wb5! i ustawienie wieży na g5. Cała piechota białych jest wtedy bezpieczna i król może maszerować na drugie skrzydło w celu zdjęcia blokady pionka a5.

M. Pilzak – G. Szolc

Szczyrk 2014

Białe: Kg1, Wg5,

Czarne: Kd6, Wa2, a4, g2
Po zagraniu zgodnie z regułą 72.Wa5? czarne łatwo wygrały 72...a3 73.Kh2 Kc6 74.Kg1 Kb6 75.Wa4 Kb5 76.Wa8 Kc4 77.Wa7 Kb3 78.Wb7+ Kc3 79.Wa7 Wa1+ 80.K:g2 Kb2 81.Wb7+ Ka2 82.Kf2 Wb1 83.Wa7 Wb3 84.Ke2 Kb2 85.Wd7 a2 86.Wd2+ Ka3 87.Wd1 Wb1 88.Wd3+ Kb4 89.Wd4+ Kc5. Ratowało pilnowanie pionka a4 z boku szachownicy: 72.Wg4! Nie wolno pozwolić czarnej wieży uciec z linii „a” 72…Kc5 73.Wf4 Kb5 Teraz grozi ucieczka wieży, trzeba więc odgonić króla od pionka a4 74.Wf5+! Kb4 75.Wf4+ Kb3 76.Wf3+ Kb2 77.Wf4! a3 78.Wf2+ Kb1 79.Wf3 Wa1 80.K:g2 a2 81.Wf2 z łatwym remisem.

Pamiętajmy więc, że różne szachowe reguły nie mogą być stosowane bezkrytycznie. O wszystkim decyduje konkretna sytuacja na szachownicy!

Ryszard Bernard

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w warcaby

Czasem w grze z faworytami, aby utrzymać dobrą pozycję w turnieju, trzeba dążyć do remisu. Często w grze ,,na remis” zawodnicy popełniają błędy, które ostatecznie nie pozwalają im na osiągnięcie celu. Proste założenie prowadzenia gry na uproszczenia jest głównym błędem. Poza tym zdarzają się takie błędy, jak zbyt pasywna gra czy brak konsekwencji w kontynuowaniu założonego planu gry. Prześledźmy przykłady z ostatnich mistrzostw Polski.

 

Damian Jakubik – Arkadiusz Ślęzak

1.32-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 37-32 7-12 4. 34-29

Czarne zdobyły przewagę w tempach i są gotowe postawić klina. Zagranie białych uniemożliwia ten plan.

4... 1-7 5. 40-34 19-23 6. 45-40 14-19
7. 42-37

Błędem byłoby 7. 29-24 19x30! 8. 34x14 10x19, co dałoby czarnym kolejne 3 tempa.

7... 10-14

Z kolei błędem czarnych byłoby 7... 21-26, na co białe odpowiedziałyby 8. 32-28 23x32 9. 37x28 26x37 10. 41x32

8. 50-45 5-10 9. 31-26 21-27 10. 32x21 16x27 11. 48-42 20-25 12. 37-31!    

Białe dążą do wymian, po których pozostanie wolny pionek na 25 będący słabością w pozycji z klinem.

12... 15-20 13. 31x22 18x27 14. 29x18 13x22 15. 4-37 9-13

Teraz widać, dlaczego pionek 25 jest słabością. Czarne nie mogą grać na 23 z powodu prostej kombinacji.

16. 35-30 3-9 17. 33-29!

Białe grożą wygraniem pionka 27 po
18. 29-23 19x28 19. 30-24 20x29 20. 34x21 11-16 21. 37-32. Wymiana 17... 19-24 daje ten sam skutek po 37-32.

17... 13-18 18. 46-41 19-24 19. 30x19 14x23 20. 37-31 8-13 21. 41-37 10-14
22. 40-35 14-19 23. 45-40 20-24

Inaczej białe groziły postawieniem bardzo mocnego klina po 24. 29-24 20x29 25.
38-32 27x38 26. 42x24

19x30 27. 35x24.

24. 29x20 25x14 25. 35-30 12-17!

Czarne, grożąc kombinacją, wymuszają korzystne dla siebie uproszczenia.

26. 37-32 7-12 27. 32x21 22-27 28. 31x22 18x16 29. 39-33 2-8 30. 44-39 17-21
31. 26x17 11x22 32. 42-37  

Zdecydowanym faworytem tego pojedynku był mistrz Polski i trzeba przyznać, że od początku narzucił swoje warunki gry. Czarnym w końcu udało się otrząsnąć z dominacji białych i teraz to one mogły przejąć inicjatywę. Mając przewagę w centrum, należało budować silne kolumny po: 13-18, 9-13, 6-11, 12-17, 8-12. Oczywiście z pewną modyfikacją w zależności od gry białych. Grając z faworytem, czarne zechciały osiągnąć remis, popełniając często spotykany błąd przejścia do wymian, czym ponownie dopuściły białe do głosu.

32... 22-28? 33. 33x22 23-29 34. 34x23 19x17 35. 40-34 12-18 36. 34-29 16-21
37. 38-33 21-26 38. 43-38!

Czarne ponownie muszą się bronić:

38... 17-22 39. 38-32 22-27

Nie można było zająć pola 19 z powodu kombinacji.

40. 32x21 26x17 41. 37-32 6-11 42. 47-42

Czarne, chcąc prowadzić równorzędną grę, nie powinny dopuścić do postawienia klina i grać 42... 14-19 i tym samym nie pozwolić białym na dalsze umacnianie pozycji po 43. 42-37, grożąc zagraniami 43... 19-23 i 44... 17-22. Kolejnym często spotykanym błędem zawodników grających na remis jest skupienie się na obronie, kiedy można przejść do ataku.

42... 11-16?

Takie zagranie daje białym czas na dalsze umacnianie pozycji i konstruowanie zagrożeń kombinacyjnych.

43. 42-37!

Teraz już nie można zagrać na pole 19.

43... 17-22 44. 30-24! 16-21 45. 32-28 2-27?

Błąd, który ostatecznie rozstrzyga o wyniku partii. Po 45... 21-26, chociaż powstaje słaby bandowy pionek, jeszcze można było się bronić. Czarne założyły, że są w stanie obronić pionka na 27. Nie wzięły pod uwagę, że gdy będą się bronić, w tym czasie przeciwnik zajmie ważne pozycje w drugiej części warcabnicy.

46. 28x17 18-23 47. 29x18 13x11 48. 49-43 11-17 49. 43-38 17-21 50. 39-34 21-26 51. 33-28 8-13 52. 34-30

Teraz widać skutki 45. posunięcia czarnych. W konsekwencji i tak mają słabego pionka na 26, z tą różnicą, że nie mają dobrego zagrania.

52... 14-19

Czarne zostały zmuszone do wejścia w związanie, w którym trzy białe pionki ograniczają czarne. Po 52... 4-10 53. 28-23 10-15 54. 30-25. Przegrana czarnych byłaby bardzo szybka.

53. 37-32 9-14 54. 32x21 26x17 55. 36-31 17-21 56. 38-32 21-26 57. 31-27 4-10
58. 28-22 10-15 59. 30-25 19x30 60. 25x34 14-19 61. 32-28 15-20 62. 27-21 26x17
63. 22x11 13-18 64. 11-7 18-22 65. 28x17 19-23 66. 7-1 23-28 67. 1-29 28-32 68. 29x15 32-37 69. 15-47

Czarne poddały się.

 

Michał Szczybyło – Adam Biadasiewicz

1. 32-28 18-23 2. 33-29 23x32 3. 37x28
17-22 4. 28x17 11x22 5. 38-32 6-11 6. 41-37 11-17 7. 46-41 7-11 8. 31-26 16-21 9. 39-33 11-16 10. 44-39 1-7 11. 50-44 13-18 12. 42-38 9-13 13. 35-30 21-27 14. 32x21 16x27

Czarne prowadziły bardzo ryzykowną grę na krótkim skrzydle, grając mniejszymi siłami. Mogło to prowadzić do związania, gdyż postawienie klina groziło stratą pionka. Po ostatnim zagraniu białych pojawiła się okazja do uwolnienia się od inicjatywy białych.

15. 37-31

Po 15. 37-32 4-9 16. 32x21 20-24 17. 29x20 15x35 pozycja czarnych byłaby wyraźnie lepsza.

15... 4-9 16. 30-24 19x30 17. 34x25 20-24

Czarne nie mają dobrego zagrania. Po 17... 18-23 18. 29x18 12x23 19. 33-29 23x34 20. 40x29 strata pionka 27 byłaby pewna.

18. 29x20 15x24 19. 48-42 7-11 20. 33-29 24x33 21. 38x29 2-7 22. 39-33 14-20
23. 25x14 10x19 24. 44-39 5-10 25. 41-37 18-23 26. 29x18 12x23 27. 42-38 23-28
28. 40-34 8-12

Po okresie bardzo ryzykownej gry czarnych doszło do wyrównania pozycji. W dalszym ciągu jednak ustawienie białych jest nieco korzystniejsze.

29. 45-40 19-23 30. 33-29 10-14 31. 29x18 12x23 32. 37-32 28x37 33. 31x42

Czarne mogły teraz przejść do ataku, kontynuując zdobywanie większej przestrzeni 33... 22-28 34. 38-33 17-22 35. 33-29 13-19 (po 35... 13-18 36. 34-30 23x45 37. 36-31 27x36 38. 47-41 36x38 39. 43xl 45-50
40. 49-44 11-17 mimo pionka straty pozycja jest korzystniejsza dla białych) 36. 29x18 22x13 z wyraźnie lepszą pozycją u czarnych.

33... 13-19 34. 38-33 3-8?

Czarne nie chcą pozwolić na zagranie
35. 33-29 8-12 36. 29x18 12x23, co jeszcze bardziej zwiększyłoby pozycyjną przewagę czarnych. Z drugiej jednak strony trudno liczyć, że faworyt pojedynku miałby popełnić taki błąd, a posunięcie 3-8 pozycyjnie jest słabe.

35. 40-35 14-20 36. 42-38 23-28 37. 34-30?  

Teraz czarne stoją przed szansą przejęcia inicjatywy. Należało grać 37... 20-25 38.
30-24 19x30 39. 35x24 7-12 i to białe byłyby zmuszone walczyć o remis. W partii było:

 37... 20-24 38. 49-44? 9-13?

Konieczne było 38... 19-23 39. 30x19 23x14 i pozycja czarnych w dalszym ciągu byłaby wyraźnie lepsza.

39. 30-25!

Czarne zbyt mocno osłabiły szyki obronne i białe w prosty sposób mogą realizować atak na długim skrzydle.

39... 8-12 40. 47-42 13-18 41. 33-29 24x33 42. 38x29 27-32 43. 29-24 19x30 44. 35x24 18-23 45. 24-20 23-29 46. 20-15 32-37
47. 42x31 28-33 48. 39x28 22x33 49. 44-40

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

 

aaa

 

kultura

 

Z piekła Sudanu na olimpijskie areny

„Z każdym krokiem moje stopy paliły bólem, ale nie zwracałem na to uwagi. Gdzieś tam czekała moja mama. Nie zwolnię, dopóki jej nie znajdę. Zaschło mi w ustach. Cały dzień nic nie piłem, ale nie skarżyłem się” – tak Lopez Lomong, amerykański lekkoatleta pochodzący z Sudanu, opisuje swój najważniejszy w życiu bieg. Przyszły olimpijczyk miał wtedy 6 lat i przez trzy dni i trzy noce biegł przez sawannę, uciekając z rąk rebeliantów i walcząc w ten sposób o życie. Ten wyścig ze śmiercią i dalsze swoje losy przedstawia w autobiografii „Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny”. Ta książka to lektura, po przeczytaniu której nie można przejść do porządku dziennego. Wywołuje w nas bunt wobec tego, co spotyka dzieci w biednych, ogarniętych wojną krajach; porusza i szokuje.

I choć można przy niej uronić niejedną łzę, to mimo wszystko jest to opowieść przepełniona radością życia i wdzięcznością Bogu i ludziom. Lopez doskonale zdaje sobie sprawę, że otrzymał szansę, która trafia się tylko nielicznym. I chce ją wykorzystać również po to, by pomagać tym, którzy zostali w jego dawnej ojczyźnie. Nie ukrywa, że jednym z celów wydania tej książki jest pozyskanie funduszy dla założonej przez niego fundacji. Chce poprawić warunki życia w Sudanie Południowym, by ludzie mieli tam dostęp do czystej wody, edukacji, opieki medycznej i żywności.

Kiedy czytałam biografię Lopeza, odnosiłam wrażenie, że przez ten trudny start ma on trochę inne podejście do sportu niż większość zawodników. Biega na luzie, nie ma tremy przed wyścigiem, bo wie, że to, czy wygra, czy nie, w gruncie rzeczy nie jest takie ważne. Owszem, daje z siebie wszystko, ale robi to z radością. „Stres czuje się wtedy, kiedy usiłuje się tak rozdzielić przydział żywności, aby starczył na trzydzieści dni. Stres jest wtedy, kiedy patrzy się, jak przyjaciele umierają na malarię i nie przestaje się myśleć o tym, kto będzie następny. Stres jest wtedy, kiedy pisze się esej, od którego zależy całe życie, w języku, którego się nie zna. Bieg, nawet mistrzostwa, nie są w stanie mnie zestresować” – pisze.

Autobiografia Lopeza to jedna z takich książek, które można podsunąć młodemu chłopakowi, który ma w życiu pod górkę. Uzmysławia nam, Europejczykom, w jak komfortowych warunkach żyjemy i jest świetną ilustracją do tych wszystkich poradników motywacyjnych, których ostatnio pełno w księgarniach. Ale, jako że jest to historia z życia wzięta, a nie puste frazesy, przekona nas dużo bardziej do tego, że trzeba mocno wierzyć w swoje marzenia, że nigdy nie można się poddawać i że życie samo w sobie jest najprawdziwszym cudem.

Barbara Zarzecka

Książka Lopeza Lomonga (oraz Marka Tabba) „Bieg po życie. Z piekła Sudanu na olimpijskie areny”, wydana w 2015 r. przez wydawnictwo SQN, dostępna jest również w postaci e-booka (wersja MOBI i EPUB).

 

aaa

 

Możesz wesprzeć działania naszego Stowarzyszenia, przekazując 1% swojego podatku!

Numer KRS 0000247136

Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross”

Deklaracja podatkowa zawiera dwa pola, które są niezbędne, aby przekazać 1% rocznego podatku.

W pola te wpisać należy:

- numer KRS organizacji,

- przekazywaną kwotę, która nie może przekroczyć 1%.

Dzięki Twojemu 1% możemy kontynuować działania na rzecz osób niewidomych
i słabowidzących w Polsce.

Dziękujemy!