stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 4 (121) Kwiecień 2015

Cross 4/2015

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 4 (121)

Kwiecień 2015 r.

MIESIĘCZNIK

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,

666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:

EPEdruk Spółka z o.o.

ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

 

Miesięcznik dofinansowuje


Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

 

Z Kamińskim na trzeci biegun

Kazimierz Gąska

Pierwsze takie mistrzostwa     

Mariusz Gołąbek

Młodzi mocni na biegówkach

Krzysztof Koc

Na podbój nowej konkurencji   

Piotr Sęk

Wyścig do Seulu  

Piotr Dudek

Wiadomości        

Sport antidotum na druty

AMA

Romantyczna Majorka – królowa archipelagu marzeń

Stanisław Niećko

Kapryśny motyl    

(BWO)

Biathlon      

Krzysztof Koc

Gramy w szachy  

Ryszard Bernard

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

W rytmie ciała      

Barbara Zarzecka

 

Na początek

aaa

 

gość numeru

 

Z Kamińskim na trzeci biegun

Niemal dokładnie 20 lat temu, 13 marca 1995 roku, wyruszył z wyspy Ward Hunt Island w północnej Kanadzie, by po 72 dniach wędrówki po zamarzniętym morzu dotrzeć wraz z Wojtkiem Moskalem do bieguna północnego. W tym samym roku, już samotnie, zdobył biegun południowy. Potem były inne, często ryzykowne ekspedycje, jak próba trawersu Antarktydy czy wyprawy z niepełnosprawnym chłopcem Jaśkiem Melą. 16 marca br. wyruszył starym pielgrzymim szlakiem Camino do grobu św. Jakuba w Hiszpanii.

Z Markiem Kamińskim – podróżnikiem, biznesmenem, autorem dziesięciu książek – w przeddzień kolejnej wyprawy rozmawiał Kazimierz Gąska.

Kazimierz Gąska: – Zamierzasz w 100 dni przejść pieszo przez pół Europy, z Kaliningradu do Santiago de Compostela w hiszpańskiej Galicji. Ale w porównaniu z wyprawami polarnymi to chyba będzie bułka z masłem?

Marek Kamiński: – Paradoksalnie trudniejsza jest obecna wyprawa, która prowadzi mnie w nieznane. Sam nie wiem jeszcze, co zastanę na końcu tej drogi. Na pewno czułbym się pewniej, idąc na wyprawę polarną, bo to już znam.

Teraz to całkiem inna wyprawa. W odmiennej, mniej ekstremalnej scenerii. Jest dla mnie nie fizycznym, ale duchowym wyzwaniem. Oczywiście przejście czterech tysięcy kilometrów w sto dni nie jest łatwe. Jednak do tej wyprawy przygotowywałem się przede wszystkim duchowo i mentalnie. Czytałem sporo o symbolice Camino, o historii tej drogi. W średniowieczu był to najważniejszy szlak dla pielgrzymów. Ludy z różnych rejonów Europy wędrowały do Santiago de Compostela. Można powiedzieć, że ten szlak stworzył Europę.

– Cztery tysiące kilometrów! To robi wrażenie. Ale dlaczego z Kaliningradu?

– Kaliningrad, znany kiedyś jako Królewiec albo Konigsberg, to miejsce, w którym spoczywa ciało Immanuela Kanta, jednego z największych filozofów w dziejach. Jest to symboliczny biegun rozumu. Od niego chcę rozpocząć wędrówkę do drugiego bieguna – wiary, który symbolizuje grób św. Jakuba w Santiago de Compostela. Oczywiście Kaliningrad leży też na trasie Camino de Santiago, co nie jest bez znaczenia.

– W kontekście tej wyprawy-pielgrzymki mówisz o trzecim biegunie. Jeśli nie wskazuje on kierunku świata, to co? Azymut życia?

– Jest to cel, do którego każdy z nas dąży. Ja wyruszam z bieguna rozumu do bieguna wiary, by znaleźć mój trzeci biegun. Co chwilę słyszę pytanie o to, czym jest ten biegun. Teraz nie mogę tego stwierdzić. Mam nadzieję, że uda mi się znaleźć odpowiedź u kresu mojej wędrówki.

– Co człowiek może zyskać, wyruszając na poszukiwanie trzeciego bieguna?

– Przede wszystkim poczucie własnej wartości. Udowadnia innym, ale przede wszystkim sobie, że potrafi. Wszystko zależy od nas samych. Idąc drogą ku własnym celom, najpierw uszczęśliwiamy siebie, a potem także ludzi wokół nas. Tylko my możemy pokazać sobie, ile jesteśmy warci.

– Fundacja Marka Kamińskiego od paru lat organizuje dla dzieci Obozy Zdobywców Biegunów. Idąc do Composteli, masz promować wasz program edukacyjny. Ale nie chodzi w nim o sztukę przetrwania?

– Te obozy nie są wyjazdami survivalowymi. To właśnie na tych wyjazdach dzieci chore, niepełnosprawne, z domów dziecka poznają metodę Biegun, czyli drogę do samorozwoju. Zaczynają ją od podnoszenia poczucia własnej wartości. Staramy się pokazywać młodym ludziom, że z każdej – nawet najbardziej niekorzystnej sytuacji – mogą wyjść zwycięsko. I odnosimy sukcesy. Po obozach dostajemy sporo e-maili od opiekunów dzieci, które brały w nich udział. Nie poznają ich po powrocie. Są odmienione, radosne i pewne siebie.

– Zatem jest to kurs realizacji życiowych celów metodą, którą przedstawiasz w swej najnowszej książce pt. „Odkryj, że biegun nosisz w sobie”. Co jest w niej najważniejsze?

– W metodzie Biegun najważniejsza jest praca z sobą, dążąca do samorealizacji. Tego właśnie staramy się uczyć uczestników naszych wyjazdów. Teraz planujemy Europejskie Obozy Zdobywców Biegunów, aby uczestnicy mogli spędzić czas w całkiem nowym, zagranicznym otoczeniu. Głównym celem projektu 3 Biegun jest zebranie funduszy na organizację tych wyjazdów.

– Wyprawy z Jaśkiem Melą dla wszystkich niepełnosprawnych były wielką lekcją wiary w siebie, bo nic tak nie uczy jak przykład. Ale naprawdę wierzysz, że bariery i ograniczenia są przede wszystkim w głowie?

– Gdybym w to nie wierzył, nie odważyłbym się wziąć odpowiedzialności za niepełnosprawnego chłopca i poprowadzić go na biegun. W tamtym czasie nie miałem wątpliwości. Nie myślałem, że to się może nie udać. Tego typu myślenie jest właśnie tworzeniem barier w naszych umysłach.

– Tylko że oprócz barier mentalnych są jeszcze finansowe. Łukasz Żelechowski, niewidomy zdobywca kilku szczytów z Korony Ziemi, nie pojedzie na McKinley, jeśli nie znajdzie 150 tysięcy złotych. Jak ma przeskoczyć tę barierę?

– Przenieśmy to na inne sytuacje. Jeśli chcemy założyć firmę i zebraliśmy odpowiednie środki, warto, byśmy do końca próbowali osiągnąć zamierzony cel. Oczywiście jeśli nie wiąże się to z ryzykiem utraty wszystkiego. Na Grenlandii okazało się, że nie zadbaliśmy o jakiś ważny element wyposażenia, brakuje nam czegoś na tyle istotnego, że musimy wezwać pomoc, zrzut z helikoptera, a lot kosztuje sto tysięcy dolarów i trzeba by zadać pytanie, czy warto to robić, czy też lepiej uznać, że nie mamy już szans na osiągnięcie celu. Jeśli zebraliśmy wystarczające zasoby, wyruszamy i cel zaczyna wydawać się możliwy do osiągnięcia. Czasem jednak nie mamy wystarczających środków, wówczas konieczne jest urealnienie celu. Dostosowanie swojego celu do obecnych warunków i możliwości. Zawsze, kiedy pojawia się przed nami jakiś odległy cel – nasz biegun – powinniśmy zbudować model, zrobić szkic planu i wykluczyć niemożliwe pomysły. Nierzadko do osiągnięcia celu trzeba długiego czasu przygotowań, który jest równie ważny jak sam start. Do projektu 3 Biegun przygotowywałem się prawie trzy lata.

– A nie jest tak, że aby realizować marzenia, trzeba stać się produktem atrakcyjnym dla telewizji, bo nawet sportem niepełnosprawnych rządzi marketing. Tak to działa?

– Aby spełniać marzenia, trzeba mieć dużo odwagi. Potem oczywiście czeka nas dużo pracy, którą trzeba wykonać. Ale momentem rozstrzygającym jest wiara w możliwość zmiany. Najlepiej zbudować w sobie przestrzeń, w której marzenia mogą wyrastać jak w szklarni. Ważne jest to, czym je odżywiamy. Jakimi słowami, jakimi obrazami. Jeżeli obronimy swoje marzenia, na pewno – pod warunkiem, że bardzo tego chcemy – jesteśmy w stanie je zrealizować.

– Wśród niewidomych są twardziele, którzy to robią. Amerykanin Erik Weihenmeyer wszedł na Mount Everest, a Hein Wagner z RPA w ubiegłym roku zaliczył ekstremalny Antarctica Marathon. Potrafisz sobie wyobrazić, że idziesz na biegun z niewidomym?

– Tak. To głowa dochodzi na biegun, nie nogi. Widziałem, jak niesamowita była determinacja Jaśka i wiem, że to ona rozstrzyga. Nikt go na biegun nie zaniósł. Tym, co dawało mu napęd, było przekonanie, że robi to dla innych. Bronił się przed porażką, bo wiedział, że miałoby to znaczenie nie tylko dla niego samego.

– Zapewne poznałeś wiele opowieści o gigantycznym uporze, heroizmie, pokonywaniu siebie. Masz jakąś najbardziej ulubioną, poruszającą, budującą? I osobistego bohatera?

– 1888 rok. Pierwsze wyprawy polarne. Nansen przechodzi Grenlandię w przeciwnym kierunku niż wszyscy przed nim, od wschodniego wybrzeża w stronę terenów zamieszkanych przez ludzi, zostawia za sobą pustkę. Determinacja, która się pojawia, gdy już nie mamy odwrotu, tworzy nową jakość na naszej drodze. Nansen dał mi poczucie, że symboliczne palenie mostów może mieć sens. Nauczył mnie też tego, by w sytuacjach beznadziejnych myśleć o następnych planach.

Ale bohaterów jest wielu. Amundsen to mistrz przygotowań, Shackleton pokazał, jak radzić sobie z porażkami, Nansen nauczył szukania innych rozwiązań, a Scott nadał ludzki wymiar porażce.

– Do bieguna północnego czasem szedłeś po lodzie, który ledwie wytrzymywał dwa uderzenia kijka. Nie planujesz już ekstremalnych wypraw? Trawers Antarktydy stracił na znaczeniu?

– Teraz nie dążę do samotności, jaką przeżyłem chociażby na biegunie południowym. Moja wyprawa Camino jest zdecydowanie wędrówką otwartą na drugiego człowieka. Jestem ciekawy, kogo spotkam na tej drodze. Myślę, że obecnie powinienem szukać mniej ekstremalnych doświadczeń. Ale może w przyszłości się to zmieni.

– Dziś masz żonę i dwójkę dzieci. Odkryłeś, jak istotny w życiu człowieka jest czwarty biegun – rodzina? Przyznaj, że najważniejszych radości nie da się znaleźć wśród pingwinów.

– Oczywiście. Sporo się zmieniło od czasu, gdy zdobyłem dwa bieguny Ziemi. Narażałem swoje życie, nie będąc odpowiedzialnym za rodzinę. Teraz sytuacja jest inna. Nigdy nie myślałem o rodzinie jako o czwartym biegunie, jest ona bardziej częścią moich wszystkich dotychczasowych. Jednak na pewno jest dla mnie najważniejsza i pozostawienie jej na sto dni to dla mnie najtrudniejszy wyczyn związany z wyprawą do Santiago de Compostela.

– Kiedyś powiedziałeś, że życie może być proste: jeść, spać, maszerować... Do Composteli idziesz sam, bez ekipy, z plecakiem tylko i namiotem. Ale zabierasz smartfon, by dzielić się swoim doświadczaniem drogi. Będzie też blog?

– Poprzez smartfona będę od czasu do czasu przesyłał zdjęcia z podróży. Zobaczymy, jaka Europa ukaże się na tych fotografiach. Będę starał się także prowadzić mojego internetowego bloga, którego można szukać na www.marekkaminski.com.

– Bardzo Ci dziękuję, że znalazłeś czas na tę rozmowę. Zatem: buen Camino! Albo raczej: vaya con Dios!

 

Na początek

aaa

 

narciarstwo

 

Pierwsze takie mistrzostwa

Tegoroczny Bieg Piastów był już 39. z kolei. I choć okrągły jubileusz dopiero za rok, edycja okazała się wyjątkowa pod wieloma względami. Sportowców Stowarzyszenia „Cross” cieszy szczególnie jedno – oto pierwszy raz niewidomi i słabowidzący narciarze biegowi mogli powalczyć o tytuł mistrza Polski. Mistrzostwa odbyły się w ramach tygodniowego Festiwalu Narciarstwa Biegowego.

Pomysłodawca i obecny honorowy komandor Biegu Piastów Julian Gozdowski wymarzył sobie przed laty imprezę narciarską zorganizowaną w idealnym do tego miejscu – w Jakuszycach w Górach Izerskich. Przez długi czas uparcie, wraz z grupą zapaleńców, realizował ten projekt, czasem mimo licznych przeszkód. W latach 80. umiejętnie przekonywał do niego lokalne władze i media. Partyjni włodarze byli mu przychylni, bo dzięki inicjatywie mogli promować zdrowy styl życia w masowej imprezie zimowej i zapunktować u władz wyższego szczebla. Istniało wtedy wiele klubów sportowych przy zakładach pracy i to z nich rekrutowało się wielu narciarzy amatorów. Udział w tym biegu był dla nich ważnym wydarzeniem.

Trudniejsze okazały się lata po upadku komunizmu i okres transformacji gospodarczej, bo wraz z upadkiem wielu zakładów znikały kluby przyzakładowe. Komandor jednak się nie poddawał i przetrwał ten czas. Na pewno do rozwoju imprezy przyczyniły się międzynarodowe sukcesy i tytuł mistrza świata znakomitego narciarza Józefa Łuszczka, a od niedawna Justyny Kowalczyk. Ostatnie lata to prawdziwy rozkwit biegu. Złożyły się na to poprawa infrastruktury, wytyczanie nowych tras i znakomita promocja w mediach (Polskie Radio i TV Polonia). Poza koronnym dystansem 50 kilometrów każdy znajdzie tu coś dla siebie – seniorzy, dorośli, młodzież i dzieci. Idealnie rozbudowano sportowo tę rekreacyjną imprezę.

W Stowarzyszeniu „Cross” też próbowano narciarstwa biegowego. Pod koniec lat 90. organizowano zimowe obozy dla narciarzy zjazdowych i biegowych. Pierwszy z nich odbył się w Kościelisku koło Zakopanego. Zjazdówki przetrwały, a biegówki odeszły w zapomnienie na kilkanaście lat. Tylko najbardziej wytrwali: Krzysztof Lewandowski, Adam Fijałkowski i Mariusz Gołąbek sami startowali indywidualnie w Biegu Piastów. W ostatnich latach konkurencją zainteresowali się trenerzy i młodzież ze szkoły w Laskach. Już nie raz ukazywały się w „Crossie” relacje z imprez, w których brali udział.

Na szczęście trzy lata temu postanowiono ponownie podjąć próbę reaktywacji narciarstwa biegowego w Stowarzyszeniu „Cross”. Teresa Dębowska i Zbigniew Prokopiuk przekonali władze Stowarzyszenia, by w 2014 roku przeprowadzić tygodniowy obóz sportowy dla narciarzy biegowych. Obóz odbył się w Szklarskiej Porębie, a grupa kilkunastu uczestników trenowała pod okiem instruktorów w Jakuszycach.

Następstwem tych intensywnych treningów było zorganizowanie w lutym tego roku I Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Narciarstwie Biegowym. Organizatorzy Biegu Piastów zgodzili się na przeprowadzenie imprezy w ramach tygodniowego Festiwalu Narciarstwa Biegowego. Mistrzostwa dofinansował PFRON w ramach projektu „Tylko dla mistrzów”. Rywalizację zaplanowano na dwóch dystansach: 10 i 15 kilometrów, w tygodniowym odstępie czasu.

Do Szklarskiej Poręby zawodnicy Stowarzyszenia „Cross” przyjechali dzień przed startem, 20 lutego. Zaraz po zrzuceniu bagażów w pensjonacie „Siła” przebrali się w stroje treningowe i pojechali busem do Jakuszyc, by zająć się formalnościami w biurze zawodów, a niektórzy, by wypożyczyć narty i trochę pobiegać – nie za długo jednak, jak to przed zawodami. Część zawodników męczyło przeziębienie i ci zostali w łóżkach, by trochę wydobrzeć przed startem.

Jako pierwszy mistrzowski dystans wypadł start na 10 kilometrów CT (styl klasyczny). Odbył się w sobotę, 21 lutego, w ramach biegu Rodzinna Dziesiątka.

Kilkuset startujących, w tym siódemkę crossowskich zawodników, wita piękny, słoneczny dzień. Ruszają o 11.00. Na początku na trasie jest tłoczno, buzuje adrenalina. Spora grupa ostro rusza do przodu, jednak trasa wiedzie pod górę i po kilometrze intensywnego wysiłku w czołówce zostają nieliczni – najmocniejsi. Robi się coraz luźniej. Sytuacja nie zmienia się do 3. kilometra. Podczas podbiegu działa mechanizm naturalnej selekcji. Potem krótki zjazd z ostrym zakrętem. Niektórzy zawodnicy w tym miejscu zaliczają pierwszy upadek. Na szczęście adrenalina pozwala im szybko się pozbierać i ruszać dalej, bo konkurencja nie śpi. Teraz trasa przez kilka kilometrów jest w miarę płaska. Tu liczy się technika i mocne nogi – można wpaść w rytm biegowy. Znów niewielki podbieg, zawodnicy szybko się przekonują, jak duży wysiłek już za nimi. Jak na zwolnionym filmie poślizg staje się coraz krótszy, zmęczone mięśnie zmuszają wielu niemal do marszu na nartach. Słońce jest coraz wyżej, a śnieg robi się coraz bardziej mokry.

Na tym odcinku Mariusz Gołąbek dogania Stanisława Spólnika. Razem pokonują podbieg. Po krótkim wypłaszczeniu zaczyna się prawie trzykilometrowy zjazd. Śnieg jest już tak „tępy”, że mocno trzeba pracować ramionami, by w miarę płynnie zjeżdżać. Mozolny wysiłek trwa aż do końca. Na tym odcinku Gołąbek zostawia Spólnika w tyle i półtorej minuty przed nim dobiega do mety. Okazuje się, że to dwaj pierwsi z grupy T12. Po kilkunastu minutach na mecie pojawia się trzeci – Krzysztof Badowski. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze wczoraj leżał w łóżku. Cieszy się bardzo, że mimo choroby zakończył wyścig na dobrej pozycji. Kilka minut za nim dobiega Zdzisław Mądry z „Jutrzenki” Częstochowa. Jest czwarty, tuż za pudłem. Potem następuje przepaść czasowa pomiędzy kolejnymi zawodnikami. Po długim oczekiwaniu dobiega do mety Wiesław Miech, koordynator zadania z klubu „Syrenka” Warszawa, i Wojciech Debner reprezentujący „Łuczniczkę” Bydgoszcz. Ostatnia dociera przewodniczka Ola Karaś z warszawskiej „Syrenki”.

Zawodnicy na gorąco wymieniają pierwsze wrażenia. – Najważniejsze, że jesteśmy cali i nikt nie ma kontuzji, nieźle nam ta dycha dała w kość! – cieszą się ze sportowej rywalizacji. Po krótkim odpoczynku następuje dekoracja pierwszej trójki w kat. T12. To niezapomniane przeżycie stanąć na podium, gdy rozbrzmiewają fanfary, puchary są wręczane wśród oklasków, a gratulacje składane przy sporej publice i mediach.

Ze względu na zmniejszone finansowanie projektu „Tylko dla mistrzów” w MP wystartowała mała liczba narciarzy biegowych. Niektórzy wybrali start tylko na jednym dystansie, w zawodach 27 lutego. Część w ogóle zrezygnowała z uczestnictwa. Tylko kilku po biegu na 10 km pozostało na własny koszt w Szklarskiej Porębie, aby codziennie szlifować technikę narciarską, poznawać trasy i przygotowywać się do zawodów na 15 kilometrów.

Dzień przed startem dojechało trzech zawodników z Przemyśla i spora grupa młodych zawodników z Lasek, którzy trenują i startują w ramach projektu „Pokonać strach”. Mieli tylko trochę czasu, żeby się poznać i pogadać – oczywiście o biegówkach. Solidnie prezentują się zawodnicy z Przemyśla z trenerem biathlonu Kazimierzem Cetnarskim. Młodzi z Lasek mają wsparcie w przewodnikach. Kopalnią wiedzy o nartach biegowych jest przewodnik Arka Dudy – Mateusz Konieczny, absolwent AWF-u. I już wiadomo, że kto smaruje, ten jedzie! Jutro ten, kto dobrze posmaruje narty – szybko dojedzie do mety. Po tym, co słychać w rozmowach, szanse tych, którzy startowali na dychę, wydają się maleć. Ale wszystko rozstrzygnie się następnego dnia.

Piątek 27 lutego jest pochmurny, startującym w mistrzostwach na dystansie 15 kilometrów CT towarzyszą drobne opady śniegu i mżawka. Zgodnie z regulaminem niepełnosprawni ruszają 10 minut przed pozostałymi narciarzami. Jest przed kim uciekać i z kim rywalizować – do biegu zapisało się ponad 1200 osób. Trasa ta sama, co na 10 km. Zawodnicy ruszają z Łąki Maliszewskiego, po 3. kilometrze dołożono pięciokilometrową pętlę o zróżnicowanym profilu (podbiegi, zjazdy i płaskie odcinki). Sportowców z dysfunkcją wzroku jest tym razem sporo. Ostro po starcie ruszają młodzi zawodnicy z Lasek: niewidomy Arek Duda i Dawid Nowakowski z przewodnikami. Widać, że mają dobrze posmarowane narty, bo trudno za nimi nadążyć. Dotrzymać im tempa próbują Stanisław Spólnik, Adam Fijałkowski, Krzysztof Badowski i Mariusz Gołąbek. Na odcinku trzech kilometrów jedynie Spólnik i Gołąbek mają do nich niewielką stratę. Dalsza trasa jest wymagająca. Odpada Nowakowski z przewodniczką Krystyną Nowacką, zostaje Spólnik. Gołąbek dogania i wyprzedza Arka Dudę. Nogi już nieźle zmęczone. Czołówkę niepełnosprawnych mijają najlepsi ze startujących. Na ostrym odcinku zjazdu widać jak na dłoni, czyje narty dobrze jadą. Pędzący sportowcy szybko znikają w oddali. Kolejny podbieg i płaski odcinek – to oznacza nieustanną mocną pracę nóg i ramion na niewielkich zjazdach. I tak przez kilka kilometrów do stromego zjazdu zwanego „samolotem”. Deski i na tym odcinku różnie jadą zawodnikom. Przed nimi męczący sztywny podbieg. Gołąbek ledwie przesuwa narty, które uciekają mu do tyłu, jeszcze chwila, a dogonią go Arek, Adrian, Staszek i Adam.

Końcowe kilometry to przeważnie zjazd. I znów, jak wcześniej, szybko zjeżdżają jedynie ci, którzy dobrze posmarowali narty. Przybywa tych, którzy ostro odpychają się kijami – ramiona mają serdecznie dosyć, ale sił dodaje myśl, że do mety pozostaje już niewiele drogi. Mariusza Gołąbka wbiegającego na Polanę Jakuszycką od kreski dzieli tylko kilkaset metrów. I znów zawodnik „Jantara” Gdańsk jest pierwszy. Stanisław Spólnik („Lajkonik” Kraków), trener narciarstwa biegowego, wielokrotny mistrz Polski w latach 70. i 80., na stromych zjazdach wyprzedza Arka Dudę i dobiega jako drugi. Trzeci na mecie jest Adam Fijałkowski – pasjonat nart biegowych, znany Czytelnikom magazynu „Cross” jako ten, który zaliczył słynny Bieg Wazów. Niewidomy Arek Duda, reprezentujący TN „Biegówki”, jest pierwszy na mecie w kategorii T11. Jego przewodnik Mateusz Konieczny przyznał po biegu, że Arek kilka razy upadł, zjeżdżając na zakrętach, bo bardzo szybko jechały mu narty. Następni w kolejności na mecie pojawiają się: 4. Zbigniew Żygłowicz (1:28:30), 5. Bogdan Konieczny (1:31:09) – obaj z klubu „Podkarpacie” Przemyśl, 6. Dawid Nowakowski (1:34:48) z TN „Biegówki” z przewodniczką Krystyną Nowacką, 7. Jerzy Skwirut (1:40:48) „Podkarpacie” Przemyśl, 8. Mariusz Dudziak (1:46:00) TN „Biegówki” z przewodnikiem Przemysławem Juroiciem, 9. Krzysztof Badowski (1:46:52) „Łuczniczka” Bydgoszcz, 10. Zdzisław Mądry (1:53:52) „Jutrzenka” Częstochowa. Poza dziesiątką znaleźli się Wojciech Debner (2:25:02) z „Łuczniczki” Bydgoszcz i Wiesław Miech (2:51:55) z „Syrenki” Warszawa. Duże brawa należą się na pewno jedynej zawodniczce Arnice Bukowskiej z TN „Biegówki” i jej asystentce Urszuli Zawadzkiej.

W kolejnej dyscyplinie sportowcy z dysfunkcją wzroku walczą o tytuły mistrzów Polski. Znaczenie ma fakt, że poszerza się rywalizacja w sportach zimowych i że o historyczne tytuły walczono podczas wielkiej imprezy, jaką jest Bieg Piastów, przy szerokim zainteresowaniu kibiców i mediów. Zawodnicy sami przyznają, że jest jeszcze co poprawiać: wyniki, technikę biegu i organizację. Start w imprezie należy połączyć z treningami pod okiem instruktora narciarstwa biegowego, o czym przekonali się dzięki ubiegłorocznemu obozowi szkoleniowemu, zorganizowanemu przez Stowarzyszenie „Cross”. Nauka zaprocentowała w tym roku wynikami Stanisława Spólnika, Zdzisława Mądrego, Krzysztofa Badowskiego i mistrza – Mariusza Gołąbka. Od kilku lat startują w Jakuszycach młodzi zawodnicy ze szkoły w Laskach. Treningi z fachowymi przewodnikami sprawią, że w najbliższym czasie będą wiedli prym w tej dyscyplinie. Już widać ich postępy. Niewidomi Arnika Bukowska i Arek Duda z asystą przewodników bardzo dobrze sobie radzili. Koordynacja ruchowa, zmysł równowagi, kondycja, sylwetka, opanowanie strachu i inne pozasportowe cechy poprawiają się u narciarzy z każdym kolejnym rokiem.

Znakomite zawody za nami. Miejmy nadzieję, że... do spotkania za rok na mistrzostwach w Jakuszycach!

 

I Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących

w Narciarstwie Biegowym – 10 km

21.02.2015 r., Szklarska Poręba–Jakuszyce

Kategoria T12 – zawodnicy bez asystentów

(kolejno czas netto h:min:sek i średnia prędkość min/km)

1. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk) 00:42:05,53 – 04:12

2. Stanisław Spólnik („Lajkonik” Kraków) 00:43:30,64 – 04:21

3. Krzysztof Badowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 00:54:29,53 – 05:26

 

I Mistrzostwa Niewidomych i Słabowidzących

w Narciarstwie Biegowym – 15 km

27.02.2015 r., Szklarska Poręba–Jakuszyce

Kategoria T11 – zawodnicy wyłącznie z asystentami

(kolejno czas netto h:min:sek i średnia prędkość min/km)

1. Arkadiusz Duda – Mariusz Konieczny (TN „Biegówki”, Laski) 01:27:3 – 05:5

2. Arnika Bukowska – Urszula Zawadzka (TN „Biegówki”, Laski) 02:09:11 – 08:36

 

Kategoria T12 – zawodnicy bez asystentów

(kolejno czas netto h:min:sek i średnia prędkość min/km)

1. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk) 01:14:45 – 04:59

2. Stanisław Spólnik („Lajkonik” Kraków) 01:21:46 – 05:27

3. Adam Fijałkowski (niezrzeszony) 01:25:09 – 05:40

Mariusz Gołąbek

 

Na początek

aaa

 

narciarstwo

 

Młodzi mocni na biegówkach

Uczniowie Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach po raz kolejny „pokonywali strach”, biegając na nartach w Jakuszycach. Tym razem walczyli również o mistrzowskie tytuły na imprezie Stowarzyszenia „Cross”.

Na nizinach pogoda w sezonie narciarskim nie rozpieszczała amatorów biegówek – można powiedzieć, że sezonu właściwie w ogóle nie było. Zainteresowani uprawianiem dyscypliny uczniowie przygotowywali się, wykonując ćwiczenia imitacyjne, biegając po lesie, jeżdżąc na rowerze, kilka razy udało się założyć nartorolki. Jednak na śniegu nie byli ani razu. Właściwie z marszu pojechali do Szklarskiej Poręby, by ponownie zmierzyć się z trasami narciarskimi w Jakuszycach – sercu polskiego narciarstwa biegowego. Była to młodzież, która już od kilku lat uczestniczy w projekcie „Pokonać strach”. Jego celem jest nauczenie niewidomych i słabowidzących biegania na nartach oraz umożliwienie im udziału w narciarskich imprezach masowych. Na zgrupowanie pojechała czwórka uczniów: Arek, Dawid, Mariusz i Arnika. Mieli już oni na swoim koncie starty w Biegu Piastów i innych imprezach biegówkowych.

Do Szklarskiej Poręby nastoletni zawodnicy pojechali ze swoim wychowawcą z Lasek i przewodnikami wolontariuszami z Towarzystwa Narciarskiego „Biegówki”. Zgrupowanie trwało tylko cztery dni i obejmowało dwa treningi i dwa starty. Zaraz po przyjeździe, w czwartek 26 lutego, odbył się trening, który miał na celu przypomnienie techniki, obycie się ze sprzętem i zapoznanie z trasami. Na szczęście zawodnicy dobrze sobie radzili, momentami nawet lepiej niż przewodnicy. Następnego dnia rozpoczynała się rywalizacja na 15 km w ramach Biegu Piastów i I Mistrzostw Polski Niewidomych i Słabowidzących w Narciarstwie Biegowym. Taka impreza nie mogła ominąć pasjonatów z Lasek. Arnika Bukowska okazała się jedyną startującą w zawodach kobietą, a niewidomy Arek Duda uplasował się na 4. miejscu, tuż za trójką doświadczonych słabowidzących biegaczy z crossowskich klubów.

Klasyfikacja końcowa w biegu na 15 km

27.02.2015., Jakuszyce

1. Arek Duda 01:27:37

2. Dawid Nowakowski 01:34:48

3. Mariusz Dudziak 01:46:00

4. Arnika Bukowska 02:09:11

Czasy te pozwoliły zająć chłopcom 4., 7. i 10. miejsca na 18 startujących mężczyzn. Arnika razem z Arkiem byli jedynymi niewidomymi startującymi w kategorii B1 (T11).

Następnego dnia, w sobotę 28 lutego, odbył się bieg główny na 50 km stylem klasycznym. Tym razem startowali przewodnicy, a zawodnicy kibicowali i mieli rozruch na otwartych trasach Jakuszyc. Wraz ze swoim wychowawcą Tadeuszem Kocem, wieloletnim popularyzatorem sportu w Laskach, wybrali się na wypad pięknym zjazdem w kierunku czeskiego Harahova. To był naprawdę miły czas.

Kolejnym wyzwaniem był niedzielny bieg na 25 km. Dwa lata wcześniej tylko Arek startował na tak długim dystansie. Pozostała trójka zmierzyła się z tą trasą po raz pierwszy. Większość postawiła sobie za cel dobiec do mety. Zrobili to znakomicie.

Klasyfikacja końcowa w biegu na 25 km stylem klasycznym

01.03.2015 r., Jakuszyce

1. Dawid Nowakowski (miejsce 461) 02:20:44

2. Arkadiusz Duda (634) 02:31:37

3. Mariusz Dudziak (1083) 03:10:47

4. Arnika Bukowska (1183) 03:42:54

Miejmy nadzieję, że dorastający już uczestnicy zgrupowania zachęcą do uprawiania narciarstwa biegowego swoich młodszych kolegów i koleżanki. Dzięki temu w Laskach będzie coraz więcej miłośników tego pięknego sportu. A narciarstwo biegowe stanie się dyscypliną dostępną dla wszystkich osób niewidomych i słabowidzących w Polsce.

Krzysztof Koc

 

Na początek

aaa

 

biathlon

 

Na podbój nowej konkurencji

Niewidomi w Polsce rozpoczynają treningi w biathlonie – dyscyplinie paraolimpijskiej. W Rymanowie-Zdroju zimową porą odbyło się pierwsze zgrupowanie biathlonistów z dysfunkcją wzroku.

Chłodny lutowy dzień, w dolinach i na stokach gór zalega śnieg, a do domu „Pod Lipą” zmierzają uczestnicy zgrupowania biathlonowego, zorganizowanego przez Związek Kultury Fizycznej „Olimp”. Po raz pierwszy w Polsce osoby z niepełnosprawnością wzroku mogą spróbować swoich sił w tej raczkującej w środowisku dyscyplinie sportu.

Pobyt rozpoczął się smaczną kolacją i odprawą techniczną, którą poprowadził przedstawiciel organizatora, zastępca prezesa ZKF „Olimp” Stanisław Sęk. Kadrę merytoryczną stanowili: Kazimierz Cetnarski – trener biegów narciarskich, Zbigniew Sebzda – instruktor strzelecki, a także Piotr Sęk zapewniający obsługę techniczną zgrupowania.

Następnego dnia sportowcy już od rana rozpoczęli trening biegów narciarskich. Na pierwszych zajęciach trener sprawdził umiejętności potencjalnych przyszłych biathlonistów. Okazało się, że zawodnicy prezentują różny poziom koordynacji ruchowej oraz mają odmienną wydolność. Do każdego sportowca należało więc podejść indywidualnie. Uwagi trenerskie zostały przekazane uczestnikom i uwzględnione w dalszym planie treningowym. Po południu odbyły się pierwsze zajęcia na strzelnicy i tutaj także instruktor przeprowadził sprawdzian umiejętności zawodników.

Kolejne dni to już pełne treningi biathlonowe, zarówno na trasach narciarskich, jak i w sali gimnastycznej i strzelnicy. Szlaki biegowe usytuowane są w miejscowości Bałucianka, oddalonej od Rymanowa-Zdroju o 5 kilometrów. Na narciarzy czeka doskonale przygotowana trasa o pętli długości 1,5 kilometra. Na jej wypłaszczeniu znajduje się stanowisko strzelnicze dla osób niewidomych i słabowidzących. Jest to inne stanowisko niż znane nam ze strzelectwa laserowego czy pneumatycznego. Wykorzystuje się tu technologię podobną do stosowanej w aparatach fotograficznych. Karabinek wyposażony jest w zestaw fotoelektroniczny i podłączony do centralki z wyświetlaczem elektronicznym, która steruje wszystkimi funkcjami potrzebnymi w czasie treningów i zawodów biathlonowych. Do centralki podłączona jest także tarcza z pięcioma czarnymi punktami, do których zawodnik oddaje po jednym strzale. Przed oddaniem strzałów zawodnik przyjmuje postawę strzelecką leżąc, zakłada słuchawki i wpina pas do karabinka. Po tych czynnościach lokalizuje tarczę i oddaje pięć pojedynczych strzałów. Jeżeli trafia celownikiem w tarczę, słyszy w słuchawkach wysoki dźwięk, jeżeli nie – tykanie, a niski dźwięk, jeżeli jest na obrzeżach tarczy. Kiedy zawodnik zlokalizuje najwyższy dźwięk, oddaje strzał. Jeśli strzał jest celny, na tarczy zapalają się lampki diodowe w kolorze zielonym, jeśli nie – w kolorze czerwonym. Asystent zawodnika ma cały czas podgląd na ekran umieszczony na centralce i może mu powiedzieć, w które miejsce oddał strzał. W odróżnieniu od strzelectwa laserowego tutaj wymagana jest niezwykła precyzja słuchowa, ponieważ tylko najwyższy dźwięk gwarantuje celny strzał. Odległość zawodnika od tarczy to 10 metrów.

Niewidomi zawodnicy, w odróżnieniu od pełnosprawnych, biegną na nartach bez karabinka. Karabinek cały czas pozostaje na stanowisku strzeleckim. W czasie biegu i oddawania strzałów zawodnikowi towarzyszy asystent, niezależnie od kategorii startowej, tj. B1, B2 czy B3. Sportowcy z niepełnosprawnością wzroku na zawodach oddają strzały tylko w pozycji leżąc.

W czasie pierwszego zgrupowania używany był sprzęt, którego właścicielem jest klub „Podkarpacie” Przemyśl. Właśnie ten klub jako pierwszy w Polsce rozpoczął profesjonalne treningi biathlonowe. W zgrupowaniu przeprowadzonym w lutym 2015 roku brało udział 10 zawodników, którzy pod czujnym okiem kadry doskonalili własne umiejętności narciarskie i strzeleckie. Obóz treningowy był pierwszym z cyklu szkoleń w projekcie „Pierwszy krok”, dofinansowanym przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych. Projekt obejmuje zorganizowanie trzech siedmiodniowych zgrupowań oraz sześciu dwudniowych konsultacji. Uczestnicy projektu docelowo będą stanowić kadrę Polski w biathlonie i startować na imprezach międzynarodowych, a najlepsi na pewno będą reprezentować Polskę na paraolimpiadzie zimowej w Korei Południowej.

 

Osoby zainteresowane uprawianiem biathlonu proszone są o kontakt z ZKF „Olimp” w Warszawie pod numerem telefonu (22) 635 73 99 lub z klubem „Podkarpacie” Przemyśl: (16) 670 24 44.

Piotr Sęk

 

Na początek

aaa

 

bowling

 

Wyścig do Seulu

Tegoroczne mistrzostwa Polski w bowlingu pachniały Azją. Najważniejsza krajowa rywalizacja odbywała się tuż przed ostatecznym wytypowaniem reprezentacji na mistrzostwa świata w bowlingu, które będą częścią majowych igrzysk IBSA w Korei Południowej.

Każdy, kto wkłada serce i zapał w tę kręglarską dyscyplinę, chciałby się tam znaleźć – w końcu do Azji nie lata się codziennie. Oprócz startu w swojej konkurencji można będzie obserwować rywalizację zawodników z dysfunkcją wzroku w wielu innych dyscyplinach. Zapewne będzie także okazja, by zwiedzić tak bardzo dla nas egzotyczny Seul – stolicę jednego z wielkich azjatyckich tygrysów gospodarczych.

Taka perspektywa motywuje, ale ogromny stres nie wszystkim służy. Z uwagi na zapisy regulaminu już wynik samych gier eliminacyjnych (Katowice, 6-7.03.2015) miał istotny wpływ na ostateczne rozstrzygnięcie. Nie tylko trzeba było znaleźć się w grupie zwycięzców, lecz także osiągnąć wysoki wynik punktowy. Od tego zależało, czy w rozgrywce finałowej będzie trzeba gonić rywali, czy uciekać przed nimi. Nieduża strata mobilizuje, nieznaczna przewaga może powodować drżenie rąk...

Z problemem tym zawodowo rozprawił się Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) z kat. B1. Rezultatem 982 p. zapewnił sobie przeszło dwustupunktowy handicap. Jego wynik to nie tylko rekord i zapewniona przewaga nad rywalami, ale też powód do zastanowienia dla zawodników z kategorii B2 i B3, którzy mając możliwość wspierania się resztkami wzroku, uzyskali niższe wyniki od Zdzisława. Podobnie rezultat 842 p. Karoliny Rzepy („Łuczniczka” Bydgoszcz) – choć nie rekordowy u pań w kat. B1 – również zasługuje na uznanie. Dodatkowe owacje należą jej się za wytrwałość – dla udziału w zawodach przemierzyła pociągami blisko 1,5 tys. kilometrów, spędzając w podróży ponad 24 godziny z przerwą na start eliminacyjny.

W kategorii B2 z Jadwigą Dudek („Pionek” Włocławek) zażarcie walczyła Dorota Kurek („Ikar” Lublin), która uzyskała 65 p. przewagi. Usprawiedliwieniem dla Jadwigi mogła być męcząca ją grypa, choć wola walki zwyciężyła nawet nad zdrowym rozsądkiem. U panów w tej kategorii zwyczajowo klasę pokazał Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn), który uzyskał najwyższy wynik zawodów – 1150 p. Nie było zaskakujących rezultatów w B3 kobiet. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) zdeklasowała rywalki swoimi 1120 p. Olsztyńska ekipa męska w B3, z Dominikiem Czyżem na czele, stworzyła sobie wielkie szanse na przyszłe medale.

Pomiędzy tegorocznymi półfinałami i finałami ustalono odstęp jednego tygodnia. To mało i dużo czasu. Przy specyfice bowlingu można doszlifować elementy techniki, które uprzednio zawiodły. Rywalizacja w Łodzi zapowiadała się gorąco, warto było przyjechać i to zobaczyć.

13 marca 2015 r. temperatura rozgrywek finałowych – zgodnie z przewidywaniami – bardzo rosła w miarę zbliżania się do ostatecznego rozstrzygnięcia. Niektórzy zawodnicy jeszcze poprzedniego dnia zadbali o swoisty handicap, wykupując sobie gry na kręgielni w łódzkiej Manufakturze. Zarówno sam obiekt, jak i przyjęte przez organizatora imprezy smarowanie mają istotny wpływ na technikę gry. Półfinał, dający każdemu dorobek punktowy, już wysoko ustawił poprzeczkę. Niektórzy zawodnicy, chcąc wygrać, mieli do odrobienia nawet kilkusetpunktową różnicę. W bowlingu wiele może się zdarzyć. W jednej grze można zagrać nawet 100 punktów więcej od rywala. Tym razem nie było inaczej. Dla konkurentów rozstawionych na tym samym lub sąsiednich torach szala zwycięstwa przechylała się niemal za każdym rzutem. Właściwie tylko w kat. B1 Karolina Rzepa i Zdzisław Koziej parli do zwycięstwa zupełnie niezagrożeni. W kat. B2 kobiet Jadwiga Dudek systematycznie odrabiała stratę do Doroty Kurek, by ostatecznie zwyciężyć 70-punktową przewagą. Do tej wspaniałej rywalizacji dołączyła Danuta Odulińska, która ustanowiła równocześnie rekord punktowy z jednej gry – 237 p. W kategorii B2 mężczyzn o wysoki poziom adrenaliny Mieczysława Kontrymowicza zadbał Stanisław Oduliński. Staszek miał aż trzy gry z ponad 200-punktowym dorobkiem, więc sensacja wisiała w powietrzu. Mieczysław kolejny raz udowodnił jednak swoje zawodowstwo i palmy pierwszeństwa nie oddał do końca. Wśród pań w kat. B3 zwyciężyła, podobnie jak w zeszłym roku, Honorata Borawa, mimo iż w Łodzi już tak dobrze jak w Katowicach nie było. Obronił się tutaj również Dominik Czyż, który zrobił w ostatnim czasie bardzo duże postępy w technice gry. Pokonał bez trudu ciągle jeszcze aktualnego mistrza Europy Grzegorza Kanikułę, ale również kolegę klubowego liczącego się od lat w tej kategorii – Cezarego Dybińskiego. Jak widać, w tej zabawie w goniących i uciekających sukces odniosła tylko Jadwiga Dudek. Pozostałym liderom z półfinałów udało się obronić swoje pozycje i ostatecznie zająć najważniejsze miejsca na podium.

Po ogłoszeniu wyników mistrzostw Polski i uroczystej dekoracji przyszedł czas na skompletowanie reprezentacji na mistrzostwa świata. Podejmując decyzję, trener kadry Przemysław Antuszewicz musiał dogłębnie przeanalizować nie tylko wyniki MP, lecz także cały okres przygotowawczy wraz ze startami kontrolnymi. I tak w gronie wybranych znaleźli się: Karolina Rzepa, Jadwiga Dudek, Zdzisław Koziej, Mieczysław Kontrymowicz, Stanisław Poświatowski i Zbigniew Strzelecki. MŚ to wymagająca impreza pod względem techniki gry i odporności na stres, nieporównywalny z turniejami niższej rangi. Zdarza się często, że w grze o tak wysoką stawkę nawet najlepsi zapominają o zasadach wypracowanych na treningach, a roztrzęsione ręce nie są w stanie zmusić kuli do obrania właściwej linii rzutu.

Jak będzie w Seulu? Dowiemy się już w maju. Trzymajmy kciuki za naszych reprezentantów, którzy zapewne zechcą powtórzyć sukces z Pragi z 2013 r.

Indywidualne mistrzostwa Polski

niewidomych i słabowidzących w bowlingu

13.03.2015 r., Łódź

Kobiety

B1

1. Karolina Rzepa(„Łuczniczka” Bydgoszcz) 1575 p.

2. Jolanta Nowacka („Cross Opole”) 1252 p.

3. Barbara Szypuła („Karolinka” Chorzów) 986 p.

B2

1. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 1986 p.

2. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 1916 p.

3. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 1783 p.

B3

1. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 2008 p.

2. Jolanta Pazurkiewicz  („Warmia i Mazury” Olsztyn) 1773 p.

3. Jolanta Krok-Sabaj („Podkarpacie” Przemyśl) 1736 p.

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 1806 p.

2. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 1473 p.

3. Marek Zwolenkiewicz („Karolinka” Chorzów) 1438 p.

B2

1. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 2293 p.

2. Stanisław Oduliński („Morena” Iława) 2186 p.

3. Stanisław Poświatowski („Jaćwing” Suwałki) 1957 p.

B3

1. Dominik Czyż („Warmia i Mazury” Olsztyn) 2211 p.

2. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 2111 p.

3. Zbigniew Strzelecki („Karolinka” Chorzów) 2089 p.

Piotr Dudek

 

Na początek

aaa

 

wiadomości

 

Szachy

W Krynicy Adam Czajkowski górą

Najmłodszym zawodnikiem marcowego półfinału mistrzostw Polski w szachach był 17-letni Adam Czajkowski z „Syrenki” Warszawa. On to nie dał żadnych szans swoim rywalom i z wynikiem ośmiu punktów z dziewięciu partii wygrał rozgrywki. Nad następnym zawodnikiem, Bartoszem Pawelcem z lubelskiego „Ikara”, uzyskał przewagę półtora punktu. Trzeci w turnieju był Dawid Falkowski z „Jutrzenki” Dąbrowa Górnicza, który wywalczył sześć punktów.

Półfinał rozegrany został w pensjonacie „Gaborek” w Krynicy Zdroju. Był pierwszym etapem eliminacji do tegorocznego finału mistrzostw Polski (Jastrzębia Góra, maj) i sierpniowych mistrzostw Europy, które odbędą się we Francji. Prawo gry  w turnieju mieli zawodnicy, którzy 1 listopada 2014 roku posiadali ranking ELO w wysokości minimum 1700 punktów oraz szachiści, którzy w ubiegłorocznych ćwierćfinałach zajęli pierwsze cztery miejsca.

Uczestnicy rozgrywek walczyli o pierwsze sześć miejsc premiowanych awansem do finału. Oprócz Czajkowskiego, Pawelca i Falkowskiego kolejnymi trzema szczęśliwcami byli: Zdzisław Wojcieszyn z „Ikara” Lublin (6 p.), Piotr Kulpiński z „Atutu” Nysa (6 p.) i Andrzej Migala z olsztyńskiego klubu „Warmia i Mazury” (5,5 p.).

W półfinale nie zagrał Tadeusz Żółtek („Warmia i Mazury” Olsztyn), który co roku z powodzeniem włączał się do walki o czołowe miejsca w mistrzostwach Polski.

Bez eliminacji prawo gry w finale mają pierwsi czterej zawodnicy z ubiegłorocznych mistrzostw: Jacek Stachańczyk („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza), Piotr Dukaczewski („Syrenka” Warszawa), Ryszard Suder („Warmia i Mazury” Olsztyn), Marek Maćkowiak („Tęcza” Poznań) oraz dwaj zawodnicy z najwyższym rankingiem ELO na dzień 1 stycznia 2015 roku – arcymistrz Marcin Tazbir i Rafał Gunajew (obaj z „Syrenki” Warszawa).

Krynicki półfinał rozegrany został systemem szwajcarskim na dystansie dziewięciu rund. Tempo gry wynosiło półtorej godziny na partię dla zawodnika. Rozgrywki sędziował Marek Maćkowiak z Poznania, a koordynatorem imprezy był Jerzy Hanus z Kielc

 

Półfinał mistrzostw Polski w szachach

Krynica, marzec 2015

1. Adam Czajkowski („Syrenka” Warszawa) 8 p.

2. Bartosz Pawelec („Ikar” Lublin) 6,5 p.

3. Dawid Falkowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza) 6 p.

4. Zdzisław Wojcieszyn („Ikar” Lublin) 6 p.

5. Piotr Kulpiński („Atut” Nysa) 6 p.

6. Andrzej Migala („Warmia i Mazury” Olsztyn) 5,5 p.

7. Marcin Chojnowski („Warmia i Mazury” Olsztyn) 5,5 p.

8. Andrzej Sargalski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 5,5 p.

9. Henryk Krynicki („Podkarpacie” Przemyśl) 5,5 p.

10. Jacek Ruszczycki („Lajkonik” Kraków) 5 p.

11. Zdzisław Żarow („Lajkonik” Kraków) 5 p.

12. Michał Wolański („Syrenka” Warszawa) 5 p.

13. Tadeusz Traczyk („Atut” Nysa) 4,5 p.

14. Sylwester Branowski („Atut” Nysa) 4,5 p.

15. Stanisław Niećko („Ikar” Lublin) 4,5 p.

M. Dębowska       

 

Na początek

aaa

 

historia

 

Sport antidotum na druty

Poniższy tekst powstał po obejrzeniu wystawy „Sport za drutami”, zorganizowanej w Warszawie przez Muzeum Sportu i Turystyki oraz Muzeum Niepodległości. Wielkie podziękowania należą się obu placówkom za wartościową i unikatową ekspozycję, odkrywającą mało rozpoznany fragment dziejów polskiego sportu, który złotą zgłoską wpisał się przecież w polską historię i kulturę.

Sport jest potrzebny każdemu człowiekowi. O tym wiemy wszyscy. Gdyby nie on, świat byłby o wiele uboższy, niektórzy powiedzą – nudny. Wielu ludzi nie miałoby swojego celu w życiu, własnego hobby. Dzięki sportowi można osiągać sukcesy, sławę, pieniądze, zdrowie, kształtować charakter. Jeszcze inną rolę spełnia sport w warunkach ekstremalnych. W realiach wojny, w obozach jenieckich, uprawianie sportu miało niekiedy wydźwięk wręcz heroiczny – pozwalało nie tylko godnie przetrwać czas niewoli, lecz słabszym psychicznie więźniom ratowało wręcz życie, niwecząc samobójcze myśli.

– W oflagach Niemcy przyzwalali na aktywność sportową i kulturalną, chociaż czasami były ograniczenia. Natomiast w stalagach zabronili jakiejkolwiek aktywności sportowej. Ten zakaz był niezgodny z konwencją genewską i jeńcy się przeciw niemu buntowali. Za uczestnictwo w tajnych zawodach groziło zamknięcie w karcerze, a nawet śmierć – objaśniała Agnieszka Fietkiewicz-Zapalska, autorka i kurator wystawy „Sport za drutami”.

Główną ideą, która przyświecała polskim jeńcom przy rozgrywaniu zawodów, była chęć utrzymania wytrzymałości i dobrej kondycji potrzebnej do kontynuowania walki z niemieckim okupantem. Cały czas wierzyli, że któregoś dnia zorganizują udaną ucieczkę lub przyjdzie długo wyczekiwane wyzwolenie – chcieli być dobrze do tego przygotowani. Dla wielu uwięzionych żołnierzy sport był rzeczą codzienną, gdyż duża część z nich przed wojną zawodowo zajmowała się działalnością sportową – swoją postawą zachęcali innych współwięźniów do systematycznych treningów.

Wystawa „Sport za drutami” poświęcona jest właśnie polskim jeńcom i ich działalności sportowej. W salach Muzeum Niepodległości zaprezentowano ponad 150 unikatowych eksponatów: flagi szyte przez nich samych, puchary wykonane z blaszanych menażek, dyplomy, afisze oraz wiele innych sportowych pamiątek. Szczególnie zaakcentowano lata olimpijskie – rok 1940 i 1944 – w których igrzyska nie odbyły się, bo świat był zajęty wojną. Na przekór wojennej zawierusze, z inicjatywy polskich więźniów – za co im chwała – dwukrotnie odbyły się w oflagach jenieckich igrzyska olimpijskie: w 1940 roku w Langwasser pod Norymbergą i w 1944 w Woldenbergu (Dobiegniew).

W dniach 1-7 września 1940 roku, w warunkach pełnej konspiracji, do boju w stalagu Langwasser stanęli jeńcy z Anglii, Belgii, Francji, Holandii, Jugosławii i Polski. Międzynarodowy Komitet Jenieckich Igrzysk Olimpijskich (w jego skład wchodzili Anglik, Francuz i Polak) zdecydował, że igrzyska odbędą się w następujących konkurencjach: strzelanie z łuku, skok z miejsca, pchnięcie kulą, kolarstwo, siatkówka i bieg na 50 m „karną żabką” (podstawowa kara stosowana w obozie za uprawianie sportu). Wszystkie nagrody w igrzyskach były wykonane przez jeńców z materiałów dostępnych w obozie. Największym fenomenem był ceremoniał olimpijski, z nieodzowną flagą, zniczem, hymnem i przysięgą.

Igrzyska w Oflagu II C Woldenberg odbyły się w dniach 23 lipca – 13 sierpnia 1944 roku za zgodą komendanta obozu. Olimpiadzie towarzyszyła wielka aktywność obozowej społeczności. Co prawda Międzynarodowy Komitet Olimpijski nie uznał igrzysk 1940 i 1944 za igrzyska sensu stricte olimpijskie, zachował natomiast numerację (rok 1936 Berlin – 11. olimpiada, rok 1948, Londyn – 14. igrzyska).

Jak długo w żyłach naszych płynie spartańska krew.

Tak długo w sercach naszych stadionów zew,

Wznieśmy ponad druty pięć olimpijskich kół.

Zwycięstwo będzie nasze ponad jeniecki znój.

(fragment wiersza obozowego poety amatora)

Podczas II wojny światowej zginęło wielu wybitnych polskich zawodników. Symbolem ich tragicznego losu są między innymi: Janusz Kusociński – mistrz olimpijski na 10 km z 1932 roku, zamordowany w 1940 roku w Palmirach; Eugeniusz Lokajski – olimpijczyk z 1936 roku, mistrz i rekordzista Polski w rzucie oszczepem, zginął w powstaniu warszawskim;  Bronisław Czech –  trzykrotny olimpijczyk i dwudziestokrotny mistrz Polski w różnych konkurencjach narciarskich, zmarł w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu; Józef Baran-Bilewski i Kazimierz Bocheński – wybitni olimpijczycy, zamordowani w obozach dla polskich oficerów, ustanowionych przez Stalina w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Życiorysy tych i innych znamienitych zawodników – wielkich zarówno na arenach, jak i poza nimi – to wzór do naśladowania dla dzisiejszych adeptów sportu.

Zachęcam naszych Czytelników do odwiedzenia Muzeum Niepodległości przy al. Solidarności 62. Naprawdę warto. Wystawa będzie czynna do 18 maja 2015 r.

AMA

 

Na początek

aaa

 

turystyka

 

Romantyczna Majorka – królowa archipelagu marzeń

Majorka to prawdziwie rajski zakątek. Kojarzy się z rozgrzanymi słońcem plażami, turkusowymi wodami Morza Śródziemnego, modnymi kurortami, promenadami wśród palm, klimatycznymi restauracjami z wyśmienitą kuchnią i winem, klubami muzycznymi i dyskotekami. Majorka jest jednak czymś znacznie więcej niż miejscem letnich wakacji.  

Wyspa jest istną perłą dla miłośników kultury, sztuki i przyrody. Malownicze górskie klasztory, urocze miasteczka i wioski z domami z pomarańczowego piaskowca, z zielonymi okiennicami, kryte czerwoną dachówką; porty, imponujące zamki i twierdze, prehistoryczne zabytki; kolorowe fiesty, charakterystyczne kamienne wiatraki do pompowania wody i mielenia ziarna – miejsca, które inspirowały artystów z całego świata; ostoje ptaków i jaskinie – to wszystko tu znajdziemy.

Wizytówką Majorki, poza klifowym wybrzeżem i złotymi plażami, jest Palma – pełna rozmachu stolica wyspy, nazywana „małą Barceloną”, „labiryntem smaku” lub „fiestą pomysłów”. Krajobraz Majorki to kręte drogi przez masyw górski Sierra de Tramuntana, z których roztacza się zapierający dech w piersiach widok na morze, miasteczka z pomarańczowego piaskowca, dostojne pałace i rezydencje dawnej elity oraz targowiska z żywnością i tradycyjnym rzemiosłem, rozsiane po całej wyspie. Dopełnieniem pejzażu są sady cytrusowe, szczególnie doliny Soler, zwanej złotą, kwitnące wczesną wiosną tarasowe sady migdałowe, z których pestki uchodzą za najlepsze na świecie, sady figowe, gaje oliwne, wszędobylskie palmy, przeróżne kwiaty. Na rzeźbę terenu Majorki składają się trzy podstawowe formy: góry Sierra de Tramuntana na północnym zachodzie, z najwyższym szczytem Puig Major – 1445 m n.p.m., schodzące stromym klifem do morza, żyzna nizina el Pla w centrum wyspy oraz wyżyna Serra de Llewant na wschodzie, z jaskiniami i innymi zjawiskami krasowymi.

Powierzchnia wyspy to 3626 km2, ludność – 815 tys. Rdzenni mieszkańcy posługują się na co dzień dialektem języka katalońskiego – mallorqui, nieco różniącym się na poszczególnych wyspach Balearów.

Majorka była zamieszkana już w epoce brązu. Pierwsze ślady prehistorycznej kultury talajockiej sięgają 1200 r. p.n.e. W starożytności rządzili tu Kartagińczycy, a od 123 r. p.n.e. Rzymianie. Przejściowo wyspa była podbita przez Wandalów i Bizantyjczyków, a w 903 r. przeszła pod panowanie Arabów. W wyniku rekonkwisty za panowania króla Jakuba I Zdobywcy od 1229 r. Majorka znalazła się w posiadaniu Aragonii. W latach 1276–1349 stanowiła samodzielne królestwo Majorki. Później ponownie była częścią Aragonii i Królestwa Hiszpanii. W wieku XVI i XVII – epoce upadku i dekadencji – Majorkę nękali piraci tureccy i berberyjscy. W 1983 r. stała się częścią Autonomicznej Wspólnoty Wysp Balearów. Co do samych mieszkańców, jak pisała doskonała przewodniczka po wyspie George Sand: „Majorkańczyk zawsze znajdzie jakiś powód, żeby się nie spieszyć. Życie jest takie długie!”. I w innym miejscu: „Majorka to Eldorado malarstwa. Jest dla malarzy jednym z najpiękniejszych i najbardziej nieznanych miejsc. Ekspresja literacka jest zbyt uboga i niewystarczająca, by oddać jej piękno. Tu potrzebny jest ołówek rysownika, aby objawić miłośnikom podróży wielkość i uroki natury. Wszystko jest tu malownicze, począwszy od wiejskiego domu zachowującego w szczegółach tradycję arabskiego stylu, po charakter krajobrazu bogatego w roślinność, mającego tyle przestrzeni, spokoju, prostoty”.

Gdy mowa o kuchni majorkańskiej, najsłynniejsze są: surowa suszona kiełbasa sobrassada ze zmielonego mięsa wieprzowego, mocno przyprawionego głównie papryką, oraz ensaïmada – ciasto w kształcie spirali, wyrabiane z mąki, wody, cukru, jajek i tłuszczu wieprzowego, przed upieczeniem poddane fermentacji. Poza tym: frit mallorqui – danie ze smażonych na oliwie ziemniaków, podrobów wieprzowych lub baranich, zielonych papryczek, cebuli i czosnku; sopes mallorquines – pyszne zupy warzywne podawane z kawałkiem chleba; wykwintny tumber ze smażonych na oliwie bakłażanów, czerwonej papryki, pomidorów i ziemniaków; arros brut („brudny ryż”) – typowe danie majorkańskie z mięsa zajęczego, warzyw i ryżu. Jest też tradycyjny wiejski chleb z oliwą i dodatkami – pa amb oli. Typowe są coques – kruche, cienkie ciasto z papryką i innymi warzywami. Do wszystkiego najlepiej smakuje wino Binissalem, wino z Pla, Llewant i z rejonu gór Tramuntana.

Palma

Stolica Majorki to zabytkowe miasto portowe liczące blisko 400 tys. mieszkańców. Założyli je Rzymianie, którzy nadali mu nazwę Palma. Klimatyczne, zbudowane z rozmachem, jest wielkim artystycznym targiem, żywą ekspozycją architektury różnych epok, sztuki i rzemiosła. George Sand opisywała ją jako miasto „o bardzo wyraźnym charakterze, posiadającym kilka pierwszorzędnych zabytków, pięknych i rzadkich”, w którym „styl mauretański utrwalił się w najmniejszych nawet budowlach”. Spacer wąskimi uliczkami i placami miasta, wśród zabytkowych kamienic i rezydencji w stylu barokowym czy katalońskiego art nouveau, zaglądanie do zabytkowych i magicznych patiów kamienic, odpoczynek w ogródku jednej z gustownych artystycznych kawiarni czy restauracji, kontemplowanie panoramy starego miasta od strony parku Parc de La Mar z katedrą La Seu i pałacem Almudaina – to rytuały wszystkich zwiedzających miasto.

Trzeba kilku dni, by zwiedzić Palmę. Na szczęście mój hotel w miejscowości Palmanova to zaledwie pół godziny jazdy autobusem. Wędrówkę zaczynam od widowiskowego i tętniącego życiem pasażu Passeig des Born, ocienionego wysokimi platanami, przy których ulokowało się wiele kawiarni i restauracji oraz dostojnych kamienic, z rezydencją Can Solleric na czele. Mieści się tu centrum kulturalne z czasowymi wystawami oraz punkt informacji turystycznej. Po drugiej stronie placu – słynna cukiernia Forn des Teatre z charakterystyczną żółto-zieloną witryną, gdzie próbuję słynnej majorkańskiej ensaïmady. Obok XIX-wieczny budynek głównego teatru – Teatre Principal. Stromymi schodami schodzę do głównego placu – Plaça Major – tętniącego życiem kawiarnianych ogródków i restauracji, pełnego straganów z pamiątkami, występujących artystów. Dalej, przy zbiegu dwóch uliczek, wznoszą się piękne budynki z bogato dekorowaną fasadą i mozaiką z ceramicznych płytek. Nieopodal słynna kamienica Can Cordella z XIX wieku, w stylu łączącym elementy islamskie i europejskie.

Sercem miasta jest katedra La Seu i pałac królewski z parkiem Parc de la Mar u jego stóp. Majestatyczna i smukła gotycka katedra z ogromnymi przyporami jest symbolem miasta oraz najcenniejszym zabytkiem całych Balearów. Jej widok robi szczególne wrażenie od strony morza, kiedy przypływa się do portu w Palmie promem. Bajkowo wygląda też podświetlona w nocy, gdy odbija się w jeziorze Parc de la Mar. Jest ogromna. Główna nawa ma 121 m długości i 44 wysokości, a szerokość całej świątyni wynosi 55 m. Jest jedną z najpiękniejszych gotyckich budowli w Hiszpanii. Jej powstanie, ku czci Matki Boskiej, zainicjował król Jakub I Zdobywca w 1230 r. Została wzniesiona z pomarańczowego piaskowca. Katedrę budowano blisko 300 lat. W bryle widoczne są filary, łuki przyporowe i skarpy. Do środka prowadzą trzy wejścia ze zdobionymi portalami, z najpiękniejszym z nich Portal de Mirador („patrzący na morze”) z płaskorzeźbą przedstawiającą Ostatnią Wieczerzę. Wnętrze tworzy wysoko sklepiona nawa główna podparta czternastoma smukłymi filarami oraz dwie nawy boczne z kapliczkami. Świątynia jest rozświetlona dzięki wysokim oknom w bocznych ścianach – przepięknym witrażom oraz ogromnej witrażowej rozecie umieszczonej wysoko na wschodniej ścianie nad ołtarzem. Ta największa na świecie rozeta ma średnicę 11,5 m, powierzchnię 97 m2 i składa się z 1236 kolorowych kawałków szkła. Za ołtarzem trzy kaplice z grobowcami królów – Jakuba II i Jakuba III. Wspaniały jest ażurowy baldachim z kutego żelaza, przypominający koronę cierniową, który wisi nad alabastrowym ołtarzem projektu Antonio Gaudiego. Znany malarz majorkański Miguel Barcelo ozdobił ogromnym ceramicznym muralem jedną z kaplic. W ten sposób katedra stała się uosobieniem trendu wyróżniającego współczesną Majorkę, który charakteryzuje się niezwykłym wręcz łączeniem dziedzictwa tradycji z nową sztuką. W katedrze mieści się też muzeum z obrazami średniowiecznych malarzy, rzeźbami, dziełami sztuki liturgicznej i relikwiami świętych. Obok katedry pałac królewski – Palau d’Almudaina – średniowieczny, z mnóstwem krużganków, wieżyczek, tarasów i arkad, wzniesiony przez króla Jakuba II w 1309 r. na murach twierdzy mauryjskiej. Dzisiaj jest siedzibą parlamentu wyspy.

Bardzo ważnym obiektem jest muzeum historii Majorki mieszczące się we wspomnianej rezydencji Palau d’Almudaina. W czteropoziomowym, ogromnym muzeum zapoznaję się z historią wyspy od czasów prehistorycznych (epoka talajocka) po współczesne. Zbiory archeologiczne, malarstwo, dzieła sztuki, fragmenty budowli podzielone są chronologicznie. Do najcenniejszych zalicza się figurkę wojownika z brązu z IV w. p.n.e., złotą biżuterię arabską z XIII w., zwaną „skarbem Almohadów”, i kolekcję gotyckich ołtarzy. Jednym z głównych zabytków muzułmańskich są łaźnie arabskie Banys Arabs, datowane na X w., zachowane w niezmienionym stanie. Były one wzorowane na termach rzymskich. Sklepienie głównego pomieszczenia łaźni wsparte jest na dwunastu smukłych, ozdobnych kolumnach. Piękny jest także ogród na dziedzińcu, gdzie można odpocząć w cieniu wśród soczystej zieleni i kwiatów. Ważnym punktem na trasie zwiedzania jest muzeum współczesnej sztuki hiszpańskiej – Museu d’Art Espanol Contemporani. Eksponowane są prace 52 artystów hiszpańskich, m.in. Joana Miro, Pabla Picasso, Salvadora Dalego. Innym znanym obiektem jest La Llotia – budynek dawnej giełdy, wzniesiony w XV w. w stylu gotyckim. Na obrzeżach Palmy, 3 km od centrum, leży piękny gotycki zamek Castell de Bellver. Unikalny na skalę europejską, zbudowany na wzgórzu na planie okręgu, z wieżami, otoczony fosą i fortyfikacjami z 1310 r. Wzniesiony z rozkazu króla Jakuba II, pełnił funkcje obronne i był rezydencją władcy, z której roztaczał się wspaniały widok na zatokę i Palmę. Obecnie mieści się tu muzeum broni i historii miasta, od epoki brązu po czasy współczesne.

Wspaniały jest park morski Palma Aquarium. W 55 akwariach gromadzi blisko 700 gatunków fauny i flory Morza Śródziemnego oraz Oceanu Indyjskiego, Atlantyku i Pacyfiku, w tym liczne gatunki koralowców, koniki morskie, meduzy, olbrzymie żółwie oraz rekiny, z żarłaczem tygrysim na czele. Największą atrakcją jest Grand Azul – największe w Europie akwarium mieszczące 3,5 mln l wody. Siedząc wygodnie na poduszkach, można podziwiać podwodny świat. Specjalna rozrywka to nurkowanie w akwarium z rekinem, co kosztuje 200 euro. Ciekawa jest część zwana dżunglą, będąca repliką lasu tropikalnego, z typowym mikroklimatem i roślinnością. Zadziwia mnie wielki wodospad i dzika rzeka z piraniami. W parku można zanocować i delektować się nocą spędzoną w tropikach.

Valldemossa

Ta o bajkowej urodzie miejscowość zawdzięcza swą międzynarodową sławę Fryderykowi Chopinowi i francuskiej pisarce George Sand, którzy przebywali tu zimą na przełomie 1838 i 1839 r. Miasteczko, liczące 1750 mieszkańców, leży w górach Sierra de Tramuntana, 17 km od Palmy. Z Palmy jadę autobusem najpierw przez wąwóz S’Estret, gdzie podziwiam najpiękniejsze krajobrazy Majorki: dęby skalne, drzewa chleba świętojańskiego, migdałowce, cytrusy, oliwki o poskręcanych, wymyślnych pniach. Valldemossa położona jest malowniczo na górskich zboczach, w dolinie na wysokości 437 m n.p.m., co czyni ją najwyżej położoną miejscowością Majorki. Panuje tu zdrowy i orzeźwiający klimat. Na jednym krańcu miasteczka widnieje wieża kościoła parafialnego, a na drugim wznosi się dzwonnica klasztoru kartuzów, błyszcząca w słońcu zieloną ceramiką. W mieście odnaleziono ślady obecności kultury greckiej, kartagińskiej, rzymskiej i bizantyjskiej, ale to osadnikom arabskim zawdzięcza Valldemossa dawny system nawadniania, oparty na podnośnikach kubełkowych, studniach i zbiornikach wodnych. Wpływy kultury arabskiej widoczne są w garncarstwie, muzyce i tańcach ludowych. Uroczy zakątek przyciągnął króla Jakuba I, pierwszego władcę Majorki, który wzniósł tu pałac dla swojego syna – Sancho. W 1399 r. król Marcin I, zwany Ludzkim, przekazał pałac kartuzom, którzy założyli tu swój klasztor.

Mimo dużej liczby turystów Valldemossa pozostaje nadal bardzo spokojnym zakątkiem. Stare domy z czerwonego piaskowca i wąskie brukowane uliczki przypominają o dawnych czasach, są niezwykle zadbane i toną w kwiatach. W centrum wznosi się kościół parafialny pw. św. Bartłomieja, patrona miasta. Wewnątrz warto zwrócić uwagę na kaplicę św. Katarzyny Thomas z 1810 r. Mieszkańcy miasteczka z wyjątkową żarliwością czczą pamięć tej świętej, ponieważ urodziła się ona w Valldemossie w 1533 r. W mieście jest wiele pamiątek związanych z jej życiem. Na murach domów, dosłownie przy każdej bramie, drzwiach, jest wmurowana płytka – ozdobny kolorowy kafelek przedstawiający uroczą scenkę z życia świętej, zwanej tu zdrobniale La Beateta.

Najcenniejszym i najsłynniejszym w Valldemossie obiektem jest klasztor kartuzów. Dziś mieści się tu muzeum. Początki jego sięgają 1321 r., kiedy król Jakub I Zdobywca polecił zbudować tu pałac dla swego syna Sancho, późniejszego króla Majorki. Jednak klasztor zawdzięcza swą sławę znanym gościom – Fryderykowi Chopinowi i George Sand, którzy przybyli do Valldemossy z Palmy 15 grudnia 1838 r. Fryderyk miał wtedy 28 lat, Sand – 34. Wiosną tego właśnie roku para artystów rozpoczęła gorący romans, który miał przetrwać prawie 10 lat. Na Majorce szukali dla siebie spokojnego zakątka, daleko od zgiełku Paryża. Zostali tu do lutego 1839 r. Miesiące pobytu w Valldemossie to okres bardzo intensywnej pracy twórczej obojga artystów. Sand, oprócz pracy literackiej, musiała także opiekować się chorym Chopinem, którego stan zdrowia się pogorszył. Do tego dochodziły problemy związane z wychowaniem dzieci i zaopatrzeniem domu, w którym brakowało żywności. Sand prowadziła też notatki do książki „Zima na Majorce”. Chopin skomponował w klasztorze swoje najlepsze preludia. W pomieszczeniach i celach zajmowanych przez słynną parę znajdują się przedmioty, które im wtedy służyły. Są oryginalne wydania dzieł Chopina i Sand, pianino, na którym grał i komponował na Majorce, grzebień z kości słoniowej, który należał do Fryderyka, piękne gotyckie krzesło, portrety Chopina wykonane przez ówczesnych malarzy, oprawiony w ramkę kosmyk włosów kompozytora. W witrynach stołowych oglądam m.in. album zawierający 114 rysunków i akwareli Maurycego Sanda z ich podróży i pobytu na Majorce oraz barokowe skrzypce z końca XVIII w., wówczas należące do skrzypka z Valldemossy, który często odwiedzał parę artystów i grywał im miejscowe melodie, zapoznając z folklorem Majorki.

Słonecznym majorkańskim, wiosennym popołudniem zasiadamy o 17.00 w salonie muzycznym, aby wysłuchać koncertu chopinowskiego granego tu codziennie dla turystów. Słuchamy zauroczeni niezwykłego recitalu. Przy preludium „Deszczowym”, skomponowanym tu przez Fryderyka

dżdżystą zimą 1839 r., łzy wzruszenia ciekną po policzkach i kapią na kamienną posadzkę – tę samą, po której chodził.

Przed odjazdem z przecudownej Valldemossy – by tu kiedyś jeszcze powrócić – głaszczemy nos mosiężnego Chopina stojącego przed klasztorem. A gdy obok, aby ochłonąć z wrażeń, pijemy likier i kawę w uroczej, maleńkiej kawiarence, podająca ją młoda, piękna i dumna dziewczyna uśmiecha się po majorkańsku, tj. oczyma i kącikami ust, gdy reszta twarzy pozostaje nietknięta wesołością. Przy wyjściu żegna nas melodyjnymi słowami: „Bona nit tenga! Es men co no basta per dir li: Adios!” – „Dobranoc! Nie starcza mi serca, by powiedzieć wam: żegnaj!”. Majorkański, zwłaszcza w ustach kobiety, dla obcokrajowca ma szczególny, muzyczny urok, pełen słodyczy i wdzięku.

Podróż koleją Palma – Soller

Romantyczna podróż koleją wąskotorową przez góry Sierra de Tramuntana należy do niezapomnianych atrakcji w stylu retro. Pociąg na tej trasie kursuje od 1912 r., wożąc pasażerów pięknymi drewnianymi wagonami. Wagony ciągnie parowa lokomotywa o wdzięcznym imieniu Maria Luisa. Na 27 kilometrach pokonuje 13 górskich tuneli, wiele mostów i ośmiometrowy kamienny wiadukt. Podziwiam przepiękne górskie krajobrazy, szmaragdowe lasy piniowe, gdzie indziej liściaste z zielonymi dębami, cedrami, dzikimi oliwkami i pistacjami, mirtem i wrzoścem z mnóstwem o tej porze roku kwiatów, często endemicznych gatunków. W górach, zbudowanych ze skał wapiennych, podziwiamy zjawiska krasowe – głębokie wąwozy, jaskinie, strome klify na brzegu morza. Po drodze stacja w tradycyjnej wiosce górskiej Bunyola, jakby zagubionej w czasie i przestrzeni, z kamiennymi pomarańczowymi domkami. Dojeżdżając do Soller, pociąg przetacza się powolutku przez tzw. złotą dolinę Soller, porośniętą wspaniałymi sadami pomarańczowymi. Gałęzie muskają wagoniki, a my chłoniemy woń kwiatów pomarańczy i dojrzałych owoców, które są na wyciągnięcie ręki przez okno.

Soller jest niewielkim, ale interesującym zabytkowym miastem w górskiej dolinie. Są tu wspaniałe przykłady architektury w stylu modernizmu katalońskiego, które tworzą klimat miasta. Ulicę Sant Joan i jej okolice zwie się zakątkiem artystycznym – tutaj współcześni twórcy w kawiarniach, na wystawach sklepów wystawiają swoje prace. Pod tym względem Soller można porównać do Palmy. Sercem miasta jest plac Konstytucji tętniący kawiarnianym i towarzyskim życiem. Dominują tu duże budowle i kościół św. Bartłomieja w barokowym stylu, z katalońską, modernistyczną fasadą, oraz budynek banku. Niezwykle interesująca jest stacja kolejowa, do której dojeżdża tramwaj kursujący do Port de Soller. Jest ona świetnym połączeniem budynku użyteczności publicznej z domem sztuki. Są tu dwie stałe wystawy genialnych artystów: Juana Miro i Pabla Picasso.

Zabytkowym tramwajem jedziemy do Port de Soller. Jest to jedna z najbardziej popularnych miejscowości wypoczynkowych na wyspie i najpiękniejsze miasteczko portowe Majorki. Leży w wąskiej zatoce w kształcie podkowy, u stóp najwyższych szczytów Sierra de Tremuntana. Dwóch krańców zatoki strzegą latarnie morskie. W centrum zachowała się zabytkowa zabudowa dawnego, cichego portu rybackiego z kamiennymi domami i stromymi, wąskimi ulicami, którymi przemieszcza się wolno nasz tramwaj. Prawie że mogę wypić szklankę wina i zjeść oliwki z siedzącym w domu przy zastawionym stole Majorkaninem – bezpośrednio z tramwaju, przez otwarte w czasie jazdy okna. Pejzaż miasta nastrojowo upiększa okazała średniowieczna wieża obronna, strzegąca przed pirackimi statkami – La Torre Piacada. Obok oddalone od Soller o 8 km Deia – miasteczko z artystyczną duszą, przyklejone do wzgórza, zbudowane z pomarańczowego piaskowca. Od lat przyciąga bohemę artystyczną i inspiruje pisarzy, poetów, kompozytorów i malarzy. Żył tu i tworzył angielski poeta i prozaik Robert Graves i hiszpański kompozytor Manuel de Falla, koncertował Mick Jagger. Dziś licząca 800 mieszkańców Deia żyje z rzemiosła artystycznego, turystyki i rolnictwa tarasowego.

W pobliżu Soller rozłożyły się dwie czarujące miejscowości z typową majorkańską architekturą – Bimaraix i Fornalutx. Okolice te z wdziękiem poddają się pieszej penetracji dzięki widokom budzącym zachwyt i swoim walorom poznawczym. Fornalutx uznawane jest za najlepiej zachowaną tradycyjną wioskę nie tylko na Majorce, lecz także w całej Hiszpanii. Spacer brukowanymi, wąskimi i stromymi uliczkami, po schodach udekorowanych kwiatami w ceramicznych donicach, pośród majestatu i spokoju otaczających gór – wszystko to pozwala wyobrazić sobie, jak Majorka wyglądała kiedyś.

W drodze powrotnej do Palmy zwiedzam piękne ogrody Jardines de Alfabia, leżące w sercu gór, wraz z dawną rezydencją wezyrów mauretańskich. Do portu Calobra dostaję się autobusem. Pełną serpentyn, niezwykle widowiskową drogę przecinają dzikie góry Sierra de Tramuntana. Trasa ta, obok drogi na przylądek Cap de Formentor, jest uważana za jedną z dwu najbardziej malowniczych na wyspie. Widok skalistego klifowego wybrzeża jest spektakularny. Tu odpoczywam na słynnej plaży Sa Calabra z nawierzchnią z okrągłych kamieni. Ze względu na swą urodę miejsce było inspiracją dla artystów. Panująca tutaj akustyka sprawia, że odbywają się tu koncerty chóralne i instrumentalne. Również w górach, pośród dębowych lasów, położone jest sanktuarium maryjne w Lluc – Sanctuari de la Mare de Deu de Lluc – centrum duchowe Majorki. Przybywający tysiącami pielgrzymi modlą się przed figurą Czarnej Madonny, opiekunki i patronki wyspy. Znajduje się tu potężny renesansowy kościół (bazylika) odnowiony w XX w. według projektu Gaudiego.

Inne ciekawe miasta i miejsca

To na przykład Pollenca. W mieście zamieszkałym przez około 9 tys. osób na każdym kroku czuje się historię, tradycję i kulturę. Są tu liczne galerie sztuki i warsztaty rzemiosła artystycznego. Miasto i cały region były inspiracją dla twórców, takich jak Agatha Christie, aktor i reżyser Peter Ustinov czy liczni malarze. Pollencę założyli Rzymianie w II w. p.n.e. Zachował się most rzymski El Pont Roma z I w. p.n.e. Miasto rozbudowano w XIII w. 6 km od wybrzeża, w celu ochrony przed najazdami piratów. Wszystkie miasta na Balearach lokalizowano właśnie w ten sposób. Wąskie średniowieczne uliczki obsadzają kamienice wybudowane w XVII w. Na rynku – Plaça Major – dominuje monumentalny kościół z XIII w., zbudowany przez templariuszy. Charakterystycznym miejscem są schody z 365 stopniami, wzdłuż których prowadzi Droga Krzyżowa. W Wielki Piątek odbywa się tu imponujące Misterium Męki Pańskiej.

Sztuka i rzemiosło Majorki

Tradycyjne tańce ludowe, jakie można zobaczyć podczas świąt i nieodłącznych fiest, nazywają się ball de bot. Towarzyszy im muzyka grana na charakterystycznych instrumentach, jak flet fabiol i mały bębenek tambori, kobza xeremia, tamburino, bęben ximbomba, kastaniety, trójkąt oraz skrzypce i gitara. Święta i towarzyszące im fiesty związane są z prastarymi zwyczajami, wydarzeniami historycznymi i świętami chrześcijańskimi, w tym ku czci lokalnych patronów, zwłaszcza św. Antoniego, św. Jana Chrzciciela, św.Katarzyny Thomas. Fiesty to rytualne tańce, tradycyjna muzyka, instrumenty i stroje, targi rzemiosła i lokalnych produktów. No i ogólna atmosfera zabawy udzielająca się też turystom. Typowe są pochody gigantów – figur wykonanych z drewna i kartonu, poruszanych przez aktorów chodzących na szczudłach. Uosabiają bohaterów historycznych i inne znane postaci. Widziałem m.in. giganty Chopina i George Sand. Można zobaczyć też sułtana arabskiego, króla Majorki, arystokratów, rycerzy, rolników i rzemieślników. Każde miasto ma swoje święto i fiesty określonego dnia w kalendarzu. A jest ich ponad 60 na całej Majorce.

Nie ma problemu z zakupem suwenirów. Na Majorce kwitnie przemysł skórzany, rozwija się ceramikę, tworzy biżuterię, wyroby plecione, haft artystyczny, wyroby ze szkła, drewna oliwnego, produkuje się wina i likiery. W wyrobach ceramicznych silne są wpływy mauryjskie. Charakterystyczne są gliniane figurki-gwizdki zwane siurell – pradawne zabawki malowane na biało z zielonymi i czerwonymi kreskami. Przypominają zwierzęta, ludzi, fantazyjne figury i postaci antropomorficzne. Kiedyś służyły pasterzom w czasie opieki nad stadem oraz do odprawiania rytuałów. Inne typowe wyroby to misy, talerze, naczynia żaroodporne, dzbany na wino, płytki ceramiczne, donice, zastawy stołowe i ozdoby. Ważne ośrodki ceramiki to Pollença, Felanix i inne. Z kolei wyroby ze szkła, jak wazony, abażury, świeczniki, kandelabry, żyrandole, zastawy stołowe, butelki, są wykonywane w Gordioli, Menestralii i Lafiore. Wyroby plecione: koszyki, kapelusze, torebki, sandały z liści palmowych, trzciny, sizalu oraz rogoży – wykonywane są w wielu miejscowościach, głównie zaś w Capolepera i Arta.

Przed powrotem do kraju zaopatruję się w typowo regionalny produkt majorkański: likier palo, wyrabiany w Llucmajor, w rodzinnej firmie z tradycjami. Jego smak i aromat będą mi przypominać czas spędzony na Majorce i przywoływać przeżyte tam dni.

Stanisław Niećko

 

Na początek

aaa

 

zdrowie

 

Kapryśny motyl

Kształtem przypomina motyla. Każde z jego skrzydeł, otaczających tchawicę, ma około 5 cm długości, 3 cm szerokości i blisko 2 cm grubości. To tarczyca, gruczoł wydzielający substancje sterujące naszą aktywnością, czyli hormony.

„Hormon” oznacza w języku greckim „pobudzający”, choć może także hamować różne funkcje organizmu. Tak czy owak, hormony rządzą naszym życiem. Ich centrum dowodzenia znajduje się w przysadce mózgowej. Produkuje ona substancje, które pobudzają albo hamują pracę pozostałych gruczołów: tarczycy, grasicy, szyszynki, nadnerczy, trzustki oraz jąder i jajników. Tarczyca jest jednym z największych gruczołów wydzielających hormony. Jej miąższ składa się z dwóch rodzajów komórek. Około 80 procent z nich to komórki pęcherzykowe. Wytwarzają one i uwalniają hormony: tyroksynę (T4) oraz trójjodotyroninę (T3). Pozostałe to komórki okołopęcherzykowe produkujące kalcytoninę, która reguluje gospodarkę wapniowo-fosforową, czyli skład kości, sprawność mięśni i pracę nerek.

T3 oraz T4 czuwają nad tempem przemiany materii. Zarządzają wzrostem, zużyciem tlenu, wody, witamin, składników odżywczych, a także naszą płodnością. Od ich poziomu zależy też, na ile nasz organizm jest wrażliwy na działanie pozostałych hormonów. Tym samym T3 i T4 mają wpływ na całe nasze samopoczucie. Zbyt wysoki poziom T3 i T4 oznacza życie na bardzo wysokich obrotach, a niedostatek – na bardzo niskich. Dlatego przy niedoczynności tarczycy czujemy się zziębnięci i ospali, a przy nadczynności – nieustannie rozdrażnieni. Po czym poznać, że nasza tarczyca straciła równowagę?

Objawami typowymi przy niedoczynności są: uczucie ciągłego zmęczenia (nawet rankiem po dobrze przespanej nocy), częste chandry (hormony tarczycy wpływają na produkcję serotoniny – neuroprzekaźnika, od którego zależy nasze subiektywne poczucie spełnienia i szczęścia), spadek apetytu przy jednoczesnym wzroście wagi ciała, trudności z zapamiętywaniem, mniejszy refleks, sucha, swędząca skóra, rozdwajające się paznokcie, przebarwienia skóry (kolana i łokcie wyglądają jak niedomyte), zaparcia, bóle mięśni i końcówek palców, mrowienie, drętwienie lub ból rąk, stóp czy dłoni, podwyższone ciśnienie, poczucie zziębnięcia, dreszcze, wzmożona ochota na spanie nie tylko w nocy, lecz także w ciągu dnia, słabe, wypadające włosy, wysoki poziom cholesterolu, nieprzewidywalne bolesne miesiączki, kłopoty z zajściem w ciążę, spadek libido.

Jeśli cierpimy na nadczynność tarczycy, czujemy się bez przerwy „podminowani”. Byle co potrafi nas zdenerwować. Mamy wilczy apetyt, ale – o dziwo – nie przybieramy na wadze. Wprost przeciwnie – chudniemy. Jesteśmy tak „nakręceni”, że miewamy kłopoty ze snem, co owocuje brakiem koncentracji w ciągu dnia. Kołatanie serca to też znak, że jesteśmy „zalewani” hormonami tarczycy. Podobnie jak odczuwanie silnych ruchów i skurczy jelit, którym mogą towarzyszyć biegunki. Bywa, że jest nam ciągle gorąco i pocimy się obficie, zarówno w dzień, jak i w nocy. Te poty, podobnie jak podwyższone ciśnienie, kłopoty z zajściem w ciążę – to objawy, które występują zarówno w przypadku niedoboru, jak i nadmiaru hormonów tarczycy.

Przyczyną niedoczynności jest często przewlekłe zapalenie tarczycy, nazywane chorobą Hashimoto. Jest to schorzenie autoimmunologiczne, spowodowane niszczeniem komórek tarczycy przez zaburzenie układu odpornościowego. Towarzyszą mu często bielactwo (skóra bez pigmentu), reumatoidalne zapalenie stawów i niektóre rodzaje niedokrwistości. Na chorobę Hashimoto zapadają głównie kobiety w wieku 40-60 lat, choć zdarza się ona także u ich młodszych koleżanek. Mężczyźni chorują 10–20 razy rzadziej.

Niedoczynność tarczycy może być również wynikiem jej uszkodzenia lub zniszczenia, na przykład podczas zabiegów operacyjnych, leczenia jodem radioaktywnym. Także skutkiem leczenia nadczynności (niewłaściwe dawki leków). Całe szczęście, że niedoczynność leczy się łatwo. Chory musi zażywać codziennie rano, pół godziny przed jedzeniem, preparaty uzupełniające brakujący hormon – tyroksynę. Co jakiś czas trzeba badać krew w celu sprawdzenia, na ile dawka jest skuteczna. Tabletki bierze się do końca życia. Obowiązujący zakres normy TSH (hormon wydzielany przez przysadkę mózgową, którego zadaniem jest pobudzanie tarczycy do pracy), wynosi od 0,2-0,4 do 4,0-4,5 mlU/l. Gdy hormonów tarczycy jest zbyt wiele, poziom TSH spada (przysadka przestaje „poganiać” tarczycę), rośnie, gdy ich ilość się obniża. W obu przypadkach zaczynamy się czuć inaczej niż zwykle. Do objawów już wymienionych mogą dochodzić kłopoty ze wzrokiem. Barwy tracą na wyrazistości, bo tarczyca reguluje pigmenty w komórkach siatkówki oka. Nie należy tego lekceważyć, lecz udać się do endokrynologa, który zleci stosowne badania (krwi, USG tarczycy). Szczególną czujność powinny zachować kobiety w ciąży, bo niedobór hormonów tarczycy u przyszłej matki powoduje ciężkie upośledzenie umysłowe dziecka i prowadzi do zaburzenia rozwoju układu kostnego. U małych dzieci niedobór jodu czy zbyt niski poziom hormonów tarczycy może niekiedy skutkować niedorozwojem intelektualnym i opóźnieniem wzrostu.

Dietetycy wespół z lekarzami opracowali porady żywieniowe dla osób z niedoczynnością tarczycy. Powinny one unikać nadmiaru warzyw kapustnych (kapusta, brukselka) oraz krzyżowych (kalafior, brokuły, jarmuż, kalarepka). Zawierają one substancje ograniczające przyjmowanie jodu z pożywienia, niezbędnego do budowy hormonów tarczycowych. W roślinach strączkowych, głównie w soi, obecne są dla odmiany inne dodatki, które hamują produkcję hormonów tarczycy, podobnie jak gorczyca oraz orzeszki ziemne. Jod w stałych ilościach występuje w morzach i oceanach, dlatego najpewniejszym jego źródłem w diecie są owoce morza i ryby morskie – makrela, dorsz, małże czy ostrygi (zawierają 10-200 mg tego pierwiastka na 100 g). Ilość jodu w warzywach i owocach jest znacznie niższa i zależy od tego, czy uprawy prowadzone są na glebach, w których jest go dużo, czy na ubogich. Polska, jak i cała Europa, leży w strefie niedoboru jodu, dlatego musimy go uzupełniać odpowiednią dietą. Lekarze polecają m.in. otręby (100 g zapewnia jedną trzecią dziennego zapotrzebowania na ten pierwiastek). Zawierają one także sporo błonnika, który u osób z niedoczynnością jest istotny z uwagi na częste występowanie zaparć. Równie ważne jest ograniczenie w diecie tłuszczy i słodyczy, bo przy niskim poziomie metabolizmu osoby z niedoczynnością mają skłonność do tycia.

Gdy tarczyca zalewa nas hormonami, mówimy o jej nadczynności. Jej najczęstszą przyczyną na obszarach, gdzie mamy zadowalającą podaż jodu, bywa choroba Gravesa-Basedowa. Polega ona na tym, że organizm produkuje przeciwciała niszczące receptory TSH, czyli czujniki wykrywające stężenie substancji, za pomocą której przysadka mózgowa steruje aktywnością tarczycy. Pozbawiony tej kontroli gruczoł „szaleje” bez umiaru i podkręca nasz metabolizm do granic możliwości. W tej chorobie mogą występować dodatkowo takie objawy, jak: swędzenie, pieczenie i łzawienie oczu, nadwrażliwość na światło, niekiedy podwójne widzenie oraz charakterystyczny wytrzeszcz oczu. Sprawia on, że powieki nie zakrywają całkowicie gałek ocznych. Rogówka zostaje więc pozbawiona naturalnej osłony, mogą powstawać owrzodzenia i stany zapalne, grożące utratą wzroku.

 Inną przyczyną nadczynności tarczycy jest choroba Plummera, czyli wole guzowate. Spod kontroli przysadki wymyka się wówczas nie cała tarczyca, lecz tylko jej fragment – guzek albo kilka nadaktywnych guzków, produkujących hormony niezależnie od instrukcji wysyłanych „z góry”. Przy podejrzeniu choroby Plummera wykonuje się scyntygrafię, czyli badanie z użyciem izotopów, które pozwala zlokalizować nadaktywne guzki. Nadczynność może też być skutkiem nowotworu tarczycy lub przysadki mózgowej, ale tego rodzaju przypadki są bardzo rzadkie. Największe zagrożenie wystąpiło w 1986 r., po wybuchu reaktora atomowego w Czarnobylu, kiedy cząsteczki radioaktywnych substancji przedostały się do atmosfery. W naszych aptekach ustawiły się wtedy kolejki po preparaty z jodyny, których profilaktyczne picie miało zapobiec skutkom katastrofy. Powołano „medyczny sztab kryzysowy”; przez następne lata zajmował się on badaniem całej populacji osób szczególnie narażonych na nowotwory tarczycy.

Nadczynność cztery razy częściej występuje u kobiet niż u mężczyzn. Na chorobę Gravesa-Basedowa zapadają głównie kobiety w wieku 30-50 lat. Wole nadczynne nęka osoby starsze. Blisko połowie pacjentów pomagają leki, które mogą też być przygotowaniem przed zabiegiem chirurgicznym lub podaniem radioaktywnego jodu. Ten ostatni sprytnie likwiduje nadaktywne guzki. Promieniowanie tego pierwiastka niszczy tkankę, która zgromadziła najwięcej jodu. Innym sposobem na nadaktywną tarczycę jest chirurgiczne usunięcie nadczynnej tkanki. Jest to poważny zabieg, bo tuż za tarczycą leżą bardzo ważne nerwy krtaniowe, których naruszenie grozi osłabieniem głosu, bezgłosem lub stałą chrypką. Na tylnej powierzchni tarczycy są gruczoły przytarczy. Ich uszkodzenie może z kolei powodować zaburzenia gospodarki wapniowej (skurcze mięśni, tężyczka, napady duszności). Dlatego zabiegi chirurgiczne na tarczycy wymagają ogromnej precyzji.

Bywa, że tarczyca wytwarza odpowiednią ilość hormonów, ale sam gruczoł nienaturalnie się rozrasta, tworząc wole. Dzieje się tak wtedy, gdy w pożywieniu jest za mało jodu. Organizm, nie mogąc sprostać zapotrzebowaniu na hormony, zwiększa nadmiernie masę tkanki, która je produkuje. Powiększenie tarczycy, tzw. wole obojętne, może uciskać na tchawicę, utrudniając połykanie i oddychanie. Na szczęście odkąd jod dodawany jest do soli kuchennej (a wkrótce będzie też w mleku) taka przypadłość występuje niezmiernie rzadko. Leczy się ją, podając pacjentom tyroksynę (T4), główny hormon wytwarzany przez tarczycę. Wole obojętne można także usunąć chirurgicznie.

Często lekceważymy dolegliwości, które nam dokuczają, uważając, że „same przejdą”. W przypadku chorej tarczycy obojętność może nas drogo kosztować. Nieleczona nadczynność zmusza do ciągłego życia na najwyższych obrotach, co skutkuje jego skróceniem. Dodatkowo nadmiar hormonów tarczycy przyspiesza osteoporozę i znacznie zwiększa łamliwość kości. Długotrwała niedoczynność eliminuje nas z normalnego funkcjonowania i czynnego życia. Znany polski endokrynolog prof. Janusz Nauman, wieloletni krajowy konsultant do spraw tarczycy, w rozmowie ze mną określił taki stan dosadnie jako „życie dżdżownicy”.

(BWO)

Tekst powstał na podstawie dodatku „Gazety Wyborczej” – „tylko zdrowie”

 

Na początek

aaa

 

ruszajmy się

 

Biathlon

Biathlon, inaczej dwubój zimowy, łączy w sobie dwie konkurencje: biegi narciarskie oraz strzelectwo. W trakcie rywalizacji zawodnicy z karabinkiem pneumatycznym przewieszonym przez plecy biegną na nartach określony dystans i po drodze oddają strzały w rozmieszczonych na trasie punktach. Istnieje również letnia odmiana tego sportu, w której dystans pokonuje się biegiem.

Prekursorami łączenia biegania na nartach ze strzelaniem byli norwescy żołnierze. Pierwsze zawody w biathlonie zostały rozegrane w 1767 r., współzawodniczyły w nich oddziały norweskiej straży przygranicznej. Stopniowo sport ten zyskiwał na popularności w krajach nordyckich, a zainteresowanie dyscypliną przeniosło się również do krajów alpejskich i Rosji. Po raz pierwszy biathlon został zademonstrowany podczas zimowych igrzysk olimpijskich w 1924 r., jednak w rywalizacji uczestniczyło niewiele państw. W 1958 r. odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w biathlonie, a dwa lata później konkurencja pojawiła się również na zimowych igrzyskach olimpijskich.

Zawodnicy poruszają się dowolną techniką biegu na nartach, wyposażeni są również w kijki, których używają do odpychania się i wspomagania kroku biegowego. Cały dystans pokonują z karabinkiem na plecach. Podczas biegu dwa lub cztery razy zajmują stanowiska na strzelnicy, przyjmują postawę stojącą lub leżącą i oddają za każdym razem po pięć strzałów. Broń waży 3,5 kg, znajduje się przy niej amunicja, która ładowana jest ręcznie. Strzela się do pięciu specjalnych krążków z odległości 50 m. Gdy pocisk uderzy w czarną tarczę, zasłania się ona automatycznie białym krążkiem – to informacja zwrotna o celności strzału. Jeżeli wszystkie pięć punktów zasłoni się białymi tarczami, zawodnik biegnie dalej. Każdy niecelny strzał to dodatkowe okrążenie na 150-metrowej pętli kar znajdującej się obok strzelnicy.

Biathlon jest atrakcyjny zarówno dla osób trenujących, jak i kibiców. Bieganie na nartach należy do najbardziej wzmacniających zdrowie sportów: hartuje organizm, wzmacnia serce i mięśnie całego ciała, a przy tym nie przeciąża stawów. Połączenie ze strzelaniem wnosi dodatkowy, ciekawy element, urozmaica rywalizację i sprawia, że dyscyplina ta jest zaskakująca i nieprzewidywalna. Wiele osób uważa ją po prostu za ciekawą. Powstaje coraz więcej miejsc, gdzie również amatorzy mogą spróbować swych sił.

Biathlon z powodzeniem uprawiają osoby niepełnosprawne, które na zawodach rywalizują w trzech kategoriach: osób strzelających w pozycji stojącej, siedzącej oraz zawodników niewidomych. W każdej grupie czas pokonania dystansu przemnażany jest przez współczynnik sprawności, zależnie od zaklasyfikowania do grupy startowej. Dzięki temu większa liczba osób może rywalizować ze sobą bez względu na stopień niepełnosprawności. Mniej sprawni mają odpowiednie handicapy i mogą wygrać wyścig nawet ze słabszym czasem biegu.

Osoby niewidome a biathlon

Zawody dla osób niewidomych i słabo-

widzących (kategoria B) przeprowadzane są zgodnie z przepisami Międzynarodowego Związku Biathlonowego, zmodyfikowanymi na potrzeby tej grupy startujących. Zawodnik korzysta z pomocy przewodnika, który biegnie blisko niego, nawołując i instruując go, jak ma pokonywać dystans. W wyznaczonych strefach, np. podczas ostrych zjazdów, przewodnik może złapać zawodnika za kijek i jadąc obok, prowadzić go bezpośrednio po trasie. Zazwyczaj technikę tę można stosować w miejscach szybkich, niebezpiecznych i na krętych zjazdach. Płaskie odcinki i podbiegi zawodnik pokonuje samodzielnie. W odróżnieniu od biathlonu pełnosprawnych broń pneumatyczna zainstalowana jest na stanowisku strzelniczym, do którego się dobiega. W kategorii osób niewidomych i słabowidzących zawodnicy wykorzystują specjalny elektroakustyczny system strzelniczy. Oparty jest na bezprzewodowym połączeniu broni z celem i słuchawkami, które zawodnik zakłada na głowę przed strzelaniem. Im lepiej nakierowuje się lufę na cel, tym mocniejszy sygnał emitują słuchawki. Podział na grupy startowe oraz przeliczniki procentowe stosuje się identycznie jak w narciarstwie biegowym.

Biathlon to interesująca propozycja dla osób biegających na nartach, poszukujących ciekawych wyzwań. Chcących się sprawdzić i zaangażować w sport. W Polsce jest wiele klubów prowadzących zajęcia w sekcjach biathlonowych, szczególnie w miejscowościach górskich, na Podlasiu i w dużych miastach, jak Warszawa czy Wrocław. Działają już kluby, w których osoby niewidome mogą spróbować jazdy na nartach oraz biathlonu. A więc – do dzieła!

Krzysztof Koc

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Promocja pionka

Każdy pionek marzy o dotarciu do końcowej linii, by przemienić się w hetmana. Jest to główny cel gry w końcówce. Droga piechura jest długa,  trudna i muszą pomagać mu „towarzysze broni”. Trzeba mu nie tylko utorować drogę i zagwarantować bezpieczny marsz, lecz również zadbać, aby nowy hetman na szachownicy był bezpieczny. Kombinacje na temat promocji pionka pojawiają się przeważnie w grze końcowej, ale i we wcześniejszym stadium można znaleźć wiele przykładów z praktyki:

NN – K. Richter

Berlin 1931

Białe: Kg1, Hd7, Wd1, a2, b3, c4, g2, h3

Czarne: Kg8, Hc6, Gc7, a6, b7, e3, e4, g6, h7

Czarne są bez jakości i muszą podjąć trudną decyzję. Po 1...H:d7? 2.W:d7 z wolniakami poradzi sobie król. Na 1...Hc5? nastąpi 2.Hc8+ Kg7 3.Wd7+ Kh6 4.H:c7. W wariancie 1...e2? 2.Hc8+ Kg7 3.Wd7+ Kf6 4.Hf8+ Kg5 5.He7+ Kf5 6.Hf7+ trzeba wymieniać hetmany  (6…Hf6), gdyż po 6...Kg5 jest 7.Wd5+ Pozornie jedyne wydaje się 1...Gb6!? 2.H:c6 e2+ 3.H:b6 ed1H+ 4.Kh2 Hd7 z przejściem do remisowej końcówki hetmańskiej. Okazało się jednak, że można prosto zainkasować cały punkt, odciągając króla od pionków:  1...Gh2+! 2.K:h2 Wyboru nie ma: 2.Kf1 Hf6+ z matem 2...H:d7 3.W:d7 e2 z wygraną.

Weltmander – L. Poługajewski

Soczi 1958

Białe: Kf1, Hc2, We1, Gg2, b4, d5, f2, h3

Czarne: Kg8, Hd6, We8, Se2, b5, c3, f7, g6, h7

Czarny pionek na c3 nie wygląda groźnie, ale po 1...Sg3+! 2.fg3 Hf6+ 3.Hf2 W:e1+! 4.K:e1 H:f2+ 5.K:f2 c2 wygrał partię.

K. Oleksy – J. Eigner

Jastrzębia Góra 2015

Białe: Kc2, Sf3, e3, f4, g3, g5

Czarne: Ke4, Gb4, a5, e6, f5, g6, h5

Pozycja pochodzi z tegorocznych mistrzostw Polski do lat 10. Pozycja białych jest przegrana. Ich jedyna nadzieja to potencjalny wolniak na g5, ale czarnym do zwycięstwa wystarczy oddać gońca za tego pionka i skoczek będzie bezradny w walce z czarnym królem i piechotą  1.Se5 K:e3? Czarnym wydawało się, że zawsze zdążą poświęcić gońca. Po prawidłowym 1...Gf8! 2.S:g6 Gg7 wygrana była prosta 2.S:g6 Kf3? Po 2...Gc5 3.Se5 Gf8 4.Sd7 Gg7 4.Sf6 można było jeszcze uratować pół punktu 3.Se5+ K:g3 Czarne spodziewały się teraz tylko 4.g6? Gf8, ale nastąpiła przykra niespodzianka  4.Sd7! i okazało się, że pionek g5 dochodzi do ósmej linii, gdyż gońcowi odebrana została możliwość wejścia na przekątną a1-h8.

W. Seredienko – A. Biełousow

1972

Białe: Kg1, Wb1, Gd8, a2, b3, f6, g3, h3

Czarne: Kg8, We4, Gh6, a6, c5, d3, f7, h7

Nic nie daje narzucające się 1...d2? 2.Ga5! We2 3.Kf1 i do wygranej jeszcze daleko. Zasługuje na uwagę techniczne 1...We2 2.Kf1 Ge3 z dalszym 3...Wf2+ Czarne postanowiły jednak rozwiązać problem w sposób kombinacyjny: 1…Gc1! Aby pionek wkroczył na drugą linię z tempem! 2.W:c1 Lub 2.Ga5 d2 i za pionka trzeba oddać gońca 2...d2 3.Wd1 We1+ z wygraną.

S. Katajew – I. Markow

1977

Białe: Ke2, Wa1, Gc1, Se4, a2, b2, c3, f2, f3

Czarne: Kc8, Wd8, Gg7, Se5, a7, b7, f4, h3, h5

Pionek h3, choć daleko zaawansowany, wydaje się nie być groźny – przecież zaraz pierwszą linię będzie kontrolowała biała wieża. Nastąpiła jednak piękna przesłona:

1...Wd1! 2.K:d1 h2 i pionek doszedł do hetmana.

Często samo wyrobienie wolnego dochodzącego pionka wymaga ofiar:

Pozycja teoretyczna

Białe: Kc7, a3, b4

Czarne: Ka7, a6, b5

1...a5!? Wydaje się, że ten ruch ratuje partię... 2.a4! Po 2.Kc6? ab4 3.ab4 Ka6 4.Kc5 Ka7! 5.K:b5 Kb7! powstaje teoretyczny remis 2...Ka6!? W przypadku 2...ab4 3.ab5 czy 2...ba4 3.b5 białe dorabiają hetmana szybciej i to w dodatku z matem 3.Kc6! Ka7 4.ab5! a4 5.Kc7! Po nieostrożnym 5.b6+?? Kb8 wygrywały czarne 5...a3 6.b6+ Ka6 7.b7 a2 8.b8H a1H 9.Hb6x

H. Friberg – R. Bernard

Malmoe 1987

Białe: Kd1, Wa2, Sc1, b3, d4, e3, f4, g3, h2

Czarne: Kf7, Wb1, Ge7, c3, d5, e6, f5, g4, h3

Po 1.Kc2 czarne musiały oddać pionka 1…Wb2+ i teraz zamiast prostego 2.W:b2 cb2 6.K:b2 z dużymi szansami na wygraną nastąpiło nieostrożne 2.K:c3? W:a2 3.S:a2 Gh4! i dzięki wyrobieniu wolniaka wynik został odwrócony: 3.Sc1 (3.gh4 g3) 3...G:g3 4.Se2 Ge1+ 5.Kc2 g3 itd.

Niezwykle subtelne i interesujące są pojedynki króla i dochodzącego pionka przeciwko wieży.

Białe: Kg1, We1, a2, b3, c3, f4, g2, g3

Czarne: Ke8, Gc8, Ge5, a7, b6, c5, g7, h6

Pozycja pochodzi z partii granej przez dwóch nieznanych szachistów: 1...d2! 2.W:e5+ Wymuszone. Po 2.Wd1 nastąpiłoby 1…G:c3 z dalszym Gg4 2...Ge6! Na inne ruchy białe mogłyby odpowiedzieć 3.Wd5  3.W:e6+ Kd7 i czarny pionek stał się hetmanem.

G. Matison

(Studium, 1914)

Białe: Ke5, Gf4, a3, e6,

Czarne: Ka7, Wa2

Dochodzący pion jest wdzięcznym tematem wielu studiów. Zakończenie tego przypomina poprzedni przykład: 1.Ge3+ Kb7 2.e7 W:a3 Grozi 3..W:e3+ i 3…Wa8 3.Ga7! Wa1! 4.Kf4! (4.e8H? We1+) 4...Wf1+ Jeśli 4...We1, to 5.Ge3. Nie ratowało  4...Wa4+ 5.Kf5 Wa5+ 6.Kf6 Wa6+ 7.Kf7 itd. 5.Gf2! Puenta studium – dzięki poświęceniu gońca zostaje skrócona odległość między królem a wieżą 5...W:f2+ 6.Ke3 Wf1 7.Ke2 z wygraną.

Pozycja teoretyczna

Białe: Ke6, f6

Czarne: Kc7, Wc5

1.f7 Wc6+ 2.Ke5! Król udaje się w długą podróż do pola g7, aby po dorobieniu hetmana nie groziła jego utrata: 2.Ke7? Wc1! 3.f8H We1+ 4.Kf7 Wf1+. Jeśli 2.Kf5?, to Wc1. Na linię „f” król wkroczy dopiero na polu f2, aby uniknąć manewru Wc1–f1+  2...Wc5+ 3.Ke4 Wc4+ 4.Ke3 Wc3+ 5.Kf2! Wc2+ 6.Kg3 Teraz król wraca z powrotem na 7. linię, ale na pole g7 6...Wc3+ 7.Kg4 Wc4+ 8.Kg5 Wc5+ 9.Kg6 Wc6+ 10.Kg7 Szachy się skończyły – pionek dochodzi do hetmana. Gdyby pozycja wyjściowa była przesunięta o jedną kolumnę w prawo, czarne uratowałyby pół punktu, schodząc na końcu wariantu wieżą na pierwszą linię i dając szachy na h1 i g1.

Ryszard Bernard

 

Na początek

aaa

 

Gramy w warcaby

Pozycje otwarte, które często są błędnie oceniane jako jedne z łatwiejszych do gry, też wymagają dobrego przygotowania teoretycznego. To prawda, że w pozycjach tych jest więcej miejsca na twórcze pomysły, ale też realizacja tych pomysłów musi być poparta wszechstronnym przygotowaniem grających. Wówczas możemy podziwiać piękne plany gry i zaskakujące rozwiązania. Poniżej bardzo interesujące przykłady partii rozegranych na mistrzostwach Europy w Tallinie w 2008 roku.

 

Andrei Kałmakow (Rosja) – Kees Thijssen (Holandia)

1. 34-29 19-23 2. 40-34 14-19 3. 45-40 20-25 4. 32-28 23x32 5. 37x28 10-14

Po 5... 18-23 6. 29x18 12x32 7. 38x27 u czarnych pozostałby słaby bandowy pionek 25.

6. 29-24 19x30 7. 35x24

Przy zajętym centralnym polu 28 postawienie klina daje białym inicjatywę.

7... 7-11 8. 41-37 11-17

Czarne nie spieszą się z z zagraniem 8... 21-26, gdyż po 9. 37-32 26x37 10. 32x41 białe uzyskałyby dużą swobodę na długim skrzydle.

9. 37-32 18-22! 10. 50-45 7-11 11. 31-26

Białe nie miały już dobrych posunięć, by dalej czekać na zagranie czarnych na 26 i same zajęły niekorzystne dla ich pozycji pole.

11... 14-20! 12. 46-41 20x29 13. 33x24 22x33 14. 39x28 21-27 15. 32x21 16x27

Przy obustronnym klinie pionek 28, który przedtem był mocnym punktem w pozycji białych, teraz stał się ich słabością z powodu bandowego pionka 26, który uaktywnia kolumnę 6-17.

16. 43-39 1-7 17. 48-43 5-10 18. 38-32

Białe nie miały wyboru. Nie mogły grać 18. 41-37 ani 18. 34-29.

18... 27x38 19. 42x33 10-14 20. 47-42 14-20

Na tym etapie partii czarne realizują plan wymiany mało aktywnych pionków długiego skrzydła za centralne pionki białych.

21. 43-38 20x29 22. 33x24 9-14 23. 39-33

Białe nie mogły podeprzeć klina, bo czarne odpowiedziałyby 23. 34-29 25-30 24. 24x35 17-21

23... 3-9 24. 34-29 14-20 25. 41-37

W końcu białym udało się podeprzeć klina i pionek 28 znów stał się mocnym punktem w ich pozycji. Żeby wykorzystać słabość bandowego pionka białych na 26, czarne decydują się na przejście do pozycji otwartej.

25... 13-19! 26. 24x13 8x19 27. 29-23?

Białe ograniczyły tym posunięciem aktywność własnych pionków. Zagranie miało nie dopuścić do kolejnej wymiany czarnych 20-24, co prowadziło do przejęcia inicjatywy przez czarne.

27... 9-14 28. 44-39 2-8

Motywem w grze czarnych jest wykorzystanie bandowego pionka 26 do ograniczania aktywności białych przez ustawioną kolumnę 6-17.

29. 38-32 11-16 30. 36-31 7-11 31. 42-38 4-9 32. 40-34

Kolumna 6-17 coraz bardziej ogranicza wybór posunięć białych.

32... 9-13 33. 45-40 20-24 34. 34-29 24-30 35. 40-35 16-21!

Kolumna spełniła swoją rolę. Teraz czarne, stosując blokadę na krótkim skrzydle, skupiają się na utrzymaniu ograniczenia aktywności białych, którym brakuje kolumn.

36. 35x24 19x30 37. 39-34 30x39 38. 33x44

Po tej wymianie czarne przeprowadzają kombinację i zyskują jeszcze większą kontrolę nad białymi.

38... 12-18 39. 23x3 13-19 40. 3x20 15x22 41. 44-39 19-24 42. 49-44 25-30 43. 44-40 30-35 44. 40-34 22-28

Czarne organizują bardzo ładny atak na krótkim skrzydle.

45. 32x23 24-29! 46. 34-30

To zagranie jest wyborem mniejszego zła, gdyż w przeciwnym razie czarne dochodzą do dwóch damek.

46... 29x18 47. 37-32 35x24

Białe poświęciły pionka, aby nie dopuścić czarnych do damki.

48. 31-27 11-16 49. 39-34

Wydaje się, że rachunek się zgadza, bo białe poświęciły pionka, ale jednocześnie związały jednego więcej.

49... 18-23 50. 38-33

I teraz czarne znajdują nieoczekiwanie piękne poświęcenie:

50. 23-28!!

po którym białe poddały się. Mogło jeszcze nastąpić 51. 33x11 6x17 52. 27-22 17x37 53. 26x17 16-21 54. 17x26 37-41 55. 26-21 41-46 56. 21-17 46-23.

 

Raivo Rist (Estonia) – Władimir Milszin (Rosja)

1. 32-28 17-21 2. 33-29 19-23 3. 28x19 13x33 4. 39x28 9-13 5. 44-39 14-19 6. 39-33 11-17 7. 50-44 10-14 8. 44-39 5-10 9. 28-23?

Białe prowadzą typową grę na remis poprzez uproszczenia, jednak w pozycji otwartej zwiększanie tempa u przeciwnika jest błędnym pomysłem.

9... 19x28 10. 33x11 6x17 11. 31-27 21x32 12. 37x28 20-24!

Zajęcie pola 24 ma na celu ograniczenie aktywności białych na krótkim skrzydle.

13. 31-47 3-9?!

Decydując się na takie posunięcie, czarne nie mogą dopuścić do klasyki.

14. 46-41 18-22 15. 49-44?

Przyjęcie propozycji podwójnej wymiany jest korzystniejsze dla czarnych z uwagi na uaktywnienie pionka 15.

15... 22x33 16. 38x20 15x24

Pionek 24 dalej ogranicza krótkie skrzydło.

17. 37-32 12-18 18. 41-37 7-12 19. 42-38 17-21 20. 47-42 1-6 21. 34-29

Białe postanowiły wymienić uciążliwego pionka, jednak będą potrzebować sporo czasu na wprowadzenie pionków krótkiego skrzydła.

21... 24x33 22. 39x28 6-11 23. 44-39 14-19 24. 40-34

W pozycjach otwartych ważne jest zdobywanie przestrzeni na warcabnicy. Plan ten można realizować, przygotowując kolumny, przy pomocy których, poprzez wymiany, można zdobywać ważne strategicznie pola.

24... 9-14!

Czarne przygotowały kolumnę, aby zdobyć centralne pole 23. Białe nie mają możliwości odpowiedzenia tym samym planem, ponieważ nie mają czym zagrać na 41.

25. 39-33 4-9!

Zanim czarne wykonają wymianę, muszą się przygotować do ewentualnej obrony na wypadek ataku 33-28.

26. 34-30 19-23! 27. 28x19 14x23 28. 33-28?

Taki atak tylko zwiększa tempo czarnych.

28... 9-14 29. 28x19 14x23 30. 30-25 10-14 31. 45-40

Dopiero teraz białe mogą uruchamiać pionki krótkiego skrzydła, podczas gdy czarne dominują w centrum i mając dodatnie tempo, mogą przygotowywać się do zdobycia kolejnych ważnych punktów na warcabnicy.

31... 18-22!

Przygotowanie do postawienia klina.

32. 40-34 21-27! 33. 32x21 16x27

Czarne nie muszą obawiać się ataków klina, choć mają jeden tylko pionek w obronie, ponieważ centralnym pionkiem mogą zablokować kolejne ataki.

34. 35-30 13-19!

Czarne prowokują ewentualną wymianę 34-29.

35. 38-33

Atak klina nic nie dawał, gdyż nie można było kontynuować ataków.

35... 12-18 36. 34-29?

Po tej wymianie tempo czarnych wzrasta o kolejne dwa punkty.

36... 23x34 37. 30x39 8-13 38. 33-29 2-8 39. 39-34 8-12 40. 42-38 19-23 41. 43-39 11-17 42. 37-31 23-28

Dzięki zajmowaniu kolejnych ważnych punktów na warcabnicy czarne z pozycji otwartej doprowadziły do pozycji z klinem i zajęły wszystkie ważne punkty. Natomiast w pozycji białych nie widać wyboru dobrych posunięć.

43. 38-33 28-32

Nietypowe zagranie czarnych, ale białe są zbyt słabe na długim skrzydle, by mogły się obronić przed atakiem.

44. 34-30 17-21 45. 31-26 12-17 46. 30-24 32-37 47. 24-20 27-32

Obaj zawodnicy prowadzą atak na długim skrzydle, z tym że o sukcesie zadecyduje wyższe tempo czarnych.

48. 20x9 13x4 49. 29-24?

To zagranie przyspiesza rozstrzygnięcie partii. Białe nie były w stanie się obronić również po 49. 39-34 21-27 z dalszym 27-31 i 37-41.

49... 18-23 50. 24-20 23-29 51. 33x24 37-42 52. 48x28 22x44 53. 24-19 44-49 54. 20-15

Na 54. 19-13 czarne odpowiedziałyby 54... 49-35, a na 54. 19-14 49-32. Przegrywa również 54. 36-31 49-35 55. 19-14 35-40.

54... 21-27

Teraz czarne grożą 55... 17-21, 56... 27-31 i białe są zmuszone oddać pionka.

55. 26-21 17x26 56. 25-20

Przegrywało 56. 19-13 4-9 57. 13x4 49-32.

56... 49-32 57. 20-14 32-46 58. 19-13 46x5 59. 13-8 27-32 60. 8-2 32-38 61. 2-16 38-42 62. 16-49 42-47 63. 49-16 47-24 64. 16-49 24-2 65. 49-16 5-14 66. 16-49 2-16 67. 49-35 14-28 68. 35-2

Biała damka kolejny raz ma tylko jedno pole, na którym może stanąć.

68... 28-11 69. 2-35 11-2

I białe poddały się.

Jan Sekuła

 

Na początek

aaa

 

kultura

 

W rytmie ciała

Namiętne tango, ogniste flamenco oraz wciąż uchodzący za wyuzdany taniec na rurze. Oprócz tego bardziej powściągliwe, ale dużo mniej znane gatunki: buyo – tradycyjny taniec japoński, pochodzący z Indii bharatanatyam, paloma – czyli jeden z najpopularniejszych tańców azteckich, meksykańskie jarocho, taniec hawajski oraz romski w stylu arabskim. Wszystkie te rodzaje pląsów opisuje w e-booku „W rytmie ciała” Honorata Zapaśnik, dziennikarka na co dzień mieszkająca w Meksyku.

Jej książka to zbiór reportaży, które wirują wokół parkietu, zapis spotkań z ludźmi, dla których taniec stał się kluczem do poznania siebie, odkrycia nieznanych dotychczas odcieni własnej osobowości. „Na zajęciach każda choreografia budzi we mnie coś nowego”, „są to dla mnie doświadczenia spirytualne, było kilka momentów, które zmieniły mój sposób myślenia nie tylko o tym tańcu, ale i o mnie samej” – opowiada 34-letnia Ana, jedna z bohaterek reportażu.

Zarówno wykonywany przez nią taniec romski, jak i pozostałe opisane w książce to coś więcej niż tylko kręcenie biodrami i dreptanie według ustalonych kroków. Tancerze poprzez ruch mają za zadanie opowiedzieć nam pewną historię, odtworzyć najróżniejsze – zarówno tragiczne, jak i radosne – chwile w życiu człowieka. I najważniejsze, by historię, którą mają do opowiedzenia, przedstawili na swój sposób, według własnej narracji, własnego rytmu. By ciało oddało to, co tańczy w duszy.

Barbara Zarzecka

E-book „W rytmie ciała” Honoraty Zapaśnik ukazał się w 2013 r. w ramach systemu self-publishing (formaty mobi oraz epub).

 

Na początek