stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 3 (132) Marzec 2016

CROSS 4 2016

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 3 (132)

Marzec 2016 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Bilans na stoku

Andrzej Szymański

Dziewczyna na medal

Grzegorz Modrzyński

Niewidomy z rakietą?

Robert Zarzecki

Puchar Polski w Górach Izerskich

Piotr Sęk

Wiadomości  20

Multikulturowa zima

B.N.

Komputer to nowe możliwości

Zbigniew Prokopiuk

Lizbona – miasto sztuki

Stanisław Niećko

Do utraty tchu

BWO

Narty biegowe dla niewidomych

Krzysztof Koc

Gramy w szachy 

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby 

Jan Sekuła

Walka o każdy metr 

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

narciarstwo

 

Bilans na stoku 

Dariusz Rutkowski, trener niewidomych i słabowidzących narciarzy alpejskich, w rozmowie z Andrzejem Szymańskim. 

– Panie Darku, po raz pierwszy spotkaliśmy się na stokach Skrzycznego ponad siedem lat temu. Od 2005 roku jest pan trenerem sportowców z dysfunkcją wzroku w narciarstwie alpejskim, zgadza się?

– W 1990 roku ukończyłem wrocławską AWF i od tamtego czasu związany jestem z Dolnośląskim Specjalnym Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu. Pracuję tam jako nauczyciel wychowania fizycznego i prowadzę też zajęcia z rehabilitacji i orientacji przestrzennej. Jestem również nauczycielem akademickim w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu na Wydziale Nauk Pedagogicznych. Pełnię funkcję adiunkta – nauczam studentów pracy z osobami niepełnosprawnymi. Kieruję też Studium WF i Sportu, które organizuje zajęcia dla wszystkich studentów uczelni. I muszę z satysfakcją powiedzieć, że te dwie placówki wspierają naszych słabowidzących alpejczyków swoją życzliwością, bazą treningową i, w pewnym zakresie, także finansowo. Nasi narciarze są członkami AZS DSW i reprezentują uczelnię na zawodach sportowych.

– Ilu niewidomych i słabowidzących jeździ sportowo na nartach?

– Odpowiedź jest trudna. Narciarzy możemy podzielić na dwie grupy – wyczynowców i jeżdżących na niższym poziomie. Tych pierwszych jest niewielu: jedna osoba ze „Startu”, reszta, czyli cztery, z „Crossu”. Jeszcze czworo z „Crossu” jeżdżących na niższym poziomie. W sumie to około 10-15 zawodników w Polsce. Rekreacyjnie uprawia ten sport 30-35 inwalidów wzroku, trudno dokładnie oszacować. Narciarstwo alpejskie nie jest dyscypliną łatwą i tanią.

– Osiągamy jakieś sukcesy na arenie europejskiej?

– A co jest miarą sukcesu? Jeżeli chodzi o medale z mistrzostw świata i paraolimpiady, to sukcesów nie mieliśmy. Ale moi narciarze, dzięki wynikom w zawodach IPCAS, awansowali do cyklu Pucharu Europy. Nasza najlepsza zawodniczka Ania Kosińska weszła do pierwszej dziesiątki rankingu światowego (jest trzecia w klasyfikacji generalnej Pucharu Europy), a panowie do drugiej i trzeciej. To naprawdę sukces, zważywszy na nakłady, jakie inne państwa łożą na alpejczyków – na zaplecze, organizacje, stypendia. Swoją pozycję osiągnęliśmy amatorskimi środkami. Zagraniczne ekipy mają zupełnie inny system przygotowań. Tam są półzawodowcy lub nawet profesjonaliści. My bierzemy udział w przygotowaniach i startach, a przy tym normalnie pracujemy i studiujemy. Jest to bardzo trudne, jeśli chce się dotrzymać kroku czołówce europejskiej lub światowej.

– Proszę wymienić nazwiska tych najlepszych słabowidzących w kraju.

– Ania Kosińska-Tadej jest w dalszym ciągu najwszechstronniejszą polską zawodniczką. Także jej brat Stanisław oraz Dawid Suchodolski i Tadeusz Sypień jeżdżą na bardzo dobrym poziomie. Każdy z nich zdobył kwalifikacje do reprezentowania Polski w cyklu zawodów Pucharu Europy. Najlepszym polskim zawodnikiem jest Maciej Krężel reprezentujący barwy „Startu”. Są też zawodnicy z tzw. zaplecza, jeżdżący przyzwoicie, ale tylko na miarę krajową.

– Narciarstwo alpejskie uprawiane przez osoby z dysfunkcją wzroku to slalom i slalom gigant. Jak się przygotowujecie poza sezonem startowym?

– Małe sprostowanie. W narciarstwie alpejskim są cztery podstawowe konkurencje: slalom, slalom gigant, supergigant, zjazd, a poza nimi jeszcze superkombinacja i slalom równoległy. Do każdej z czterech konkurencji jest inny rodzaj nart (ich długość, promień skrętu), a także inne przygotowanie trasy. W Polsce rozgrywamy tylko slalom i slalom gigant. Nie mamy szans na supergigant i zjazd. Głównie chodzi o dodatkowe narty, odpowiednio przygotowane trasy, a przede wszystkim o bezpieczeństwo zawodników.

Poza zgrupowaniami na śniegu, często na lodowcach, prowadzimy także obozy letnie. Część z nich odbywa się w Olejnicy w ośrodku wrocławskiej AWF. W pobliżu jest jezioro, więc pływamy na kajakach, gramy w piłkę, odbywamy marszobiegi, trenujemy w siłowni, jeździmy na rowerach. Drugim miejscem jest ośrodek AZS-u
w Zieleńcu, w Kotlinie Kłodzkiej. Tam jest specyficzny klimat górski i warunki do marszobiegów, nordic walkingu, treningów rowerowych. Regularnie trenujemy we wrocławskim ośrodku szkolno-wychowawczym, oczywiście mowa o zawodnikach z Wrocławia lub okolic. Reszta pracuje indywidualnie, według swojego harmonogramu.

– Ten sport, jak pan powiedział, sporo kosztuje. Macie sponsorów?

– Narty z homologacją plus wiązania, buty i reszta sprzętu są bardzo kosztowne. Przepisy startowe co jakiś czas się zmieniają i sprzęt musi być do nich przystosowany, a przecież sprzęt także się zużywa, czasem wjedzie się na kamień... Jeden zestaw samych nart i wiązań to około 3,5 tys. zł, tyle samo sprzęt dla przewodnika. Wyposażenie tylko czterech zawodników z przewodnikami to duże koszty. Jeden dzień na zawodach IPCAS to ryczałtowo 100 euro za zawodnika i oczywiście tyle samo za przewodnika. Dodajmy do tego ubiór, dojazdy na treningi i zawody. To droga dyscyplina. Przy budżecie poniżej 100 tys. zł nie jesteśmy w stanie przygotować zaplecza. Ministerstwo Sportu i Turystyki nie bierze pod uwagę naszych startów i wyników w Pucharze Europy. Przyznaje dotacje, uwzględniając sukcesy na mistrzostwach Europy, a u nas ich się nie rozgrywa, podobnie jak w skokach narciarskich osób pełnosprawnych. Gdyby nie dotujące nas zaprzyjaźnione firmy, to byłoby źle. W takiej niszowej dyscyplinie jak nasza nie istnieje hojny sponsoring.

– Podstawą tej dyscypliny są przewodnicy. Skąd się biorą?

– Dobre pytanie. Słabowidzący nie ma prawa sam pokonać trasy. Takie są przepisy. Przewodnik musi mieć wykupioną licencję sportową IPCAS. Razem z zawodnikiem muszą stanowić dobrze rozumiejący się, wytrenowany i zgrany team. Dobry przewodnik to skarb. W Polsce brak jest zrozumienia dla roli przewodnika. Z jednej strony jest zawodnikiem i nie może dostać pieniędzy za wyjazd, choć musi brać urlop w pracy, z drugiej strony nie może dostać sprzętu i stypendium, bo jest pełnosprawny. Chociaż często stoi na podium i dostaje medal tak jak zawodnik. Ten nieciekawy system powoduje nieustanną rotację przewodników. W innych krajach europejskich w sposób partnerski finansuje się zawodnika i przewodnika. Trzeba przyznać, że bycie przewodnikiem to duża odpowiedzialność, ale daje niesamowitą satysfakcję. Jeżdżę jako przewodnik z różnymi zawodnikami od 2004 roku.

W tym miejscu nie mogę nie wspomnieć o jednym człowieku, który bardzo nam pomaga. Andrzej Krzyżaniak sam znalazł naszą grupę i zaofiarował się jako przewodnik. Jest dobrym szkoleniowcem i techniką jazdy wniósł sporo nowinek przydatnych zawodnikom. Dziękujemy ci, Andrzeju!

– Jaka jest kondycja tej dyscypliny sportowej? Kto wam pomaga?

– Mam pesymistyczne spojrzenie na przyszłość narciarstwa alpejskiego w Polsce. Ale zacznijmy od tego, kto nam pomaga. Bardzo zaangażowani są sami zawodnicy i ich przewodnicy. Nie wyżyją z narciarstwa, a jedynie będą mieć satysfakcję z uprawiania tego sportu. W kraju jest za mało zawodów, a same mistrzostwa Polski (o zgrozo!) ogłaszane są dwa tygodnie wcześniej. I jak ta para zjazdowców może zaplanować swój czas? Następna sprawa to niepewność finansowania. Jest już końcówka lutego, a nie mamy obietnicy przyznania pieniędzy na 2016 rok. Czyli dwa miesiące przepadły. Zawodnicy, wyjeżdżając na mistrzostwa Polski, płacą z własnej kieszeni. A przecież to nie są krezusi!

Przed igrzyskami paraolimpijskimi w 2014 w Soczi mieliśmy kuriozalną sytuację. Ania Kosińska zdobyła kwalifikacje paraolimpijskie. Jej jazda oraz wyniki dawały podstawę do tego, by mieć nadzieję na lokatę w okolicach medalu. Ale nie zakwalifikowano jej do ekipy. Dano jej propozycję: zmieniasz klub z „Crossu” na „Start” i jedziesz. Nie zgodziła się. Pojechał inny zawodnik z inną niepełnosprawnością, ze zdecydowanie niższym rankingiem i małymi szansami na sukces w swojej grupie – ale „startowski”. Cała tamta sprawa była załatwiana nieoficjalnie, poza nami. Zabrakło nam także wsparcia ówczesnych władz „Crossu”. To było chyba najbardziej bolesne. A ja i moi zawodnicy dostaliśmy porządną nauczkę od decydentów ze „Startu” i Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego. Przy tak słabej pozycji naszego narciarstwa, w imię interesów jednej monopolistycznej organizacji skreślono nas i szanse Polski na dobry występ. Może jednak warto, aby osoby niepełnosprawne wzrokowo nie były dyskryminowane przez inne niepełnosprawności i miały własny związek sportowy, co uniezależniłoby je od monopolu „Startu”?

– Garną się młodzi z niepełnosprawnością wzroku do narciarstwa alpejskiego?

– I tak, i nie. Do rekreacji tak, ale tu również potrzeba wolontariuszy i instruktorów. Znaleźć stoki, zapewnić sprzęt, zorganizować szkolenie. To spore przedsięwzięcie. A skąd pieniądze? Najpierw trzeba tych młodych nauczyć jeździć, by niewielki procent z nich trafił do sportu. Więcej ludzi garnie się do narciarstwa biegowego czy uprawiania nordic walkingu.

– Jak pan widzi przyszłość narciarstwa alpejskiego w Polsce?

– Narciarstwo zjazdowe nie jest zbyt popularne wśród osób z dysfunkcją wzroku. Jest drogie, niebezpieczne i wymaga wsparcia pełnosprawnych. Jak wspomniałem wcześniej, łatwiej jest tym ludziom biegać na nartach, niż stawać na stoku zjazdowym. Poza tym narciarstwo biegowe jest zdecydowanie tańsze. Ale w narciarstwie biegowym też nie mamy wielu zawodników. Są kraje w Europie, które w krótkim czasie zbudowały solidną kadrę niepełnosprawnych alpejczyków. Myślę tu o Rosji czy Wielkiej Brytanii. Tam stworzono system, który w ciągu kilku lat dał im wspaniałych zawodników i medale paraolimpijskie. Jeśli w Polsce nie pomyśli się, by planowo kierować pieniądze na trenerów, na szkolenie zawodników – to pozostanie nam jedynie rekreacja i zaledwie średni europejski poziom. A możemy znacznie więcej…

 

aaa

 

showdown

 

Dziewczyna na medal

Z Elżbietą Mielczarek – najlepszą polską zawodniczką showdown – o najważniejszych momentach w jej karierze oraz planach i marzeniach na przyszłość rozmawia Grzegorz Modrzyński. 

– Masz za sobą jak dotąd najlepszy rok w karierze: czwarte z kolei zwycięstwo na mistrzostwach Polski, kolejne w European Top Twelve i brązowy medal na mistrzostwach świata IBSA w showdown w Seulu. A jak wyglądał początek twojej przygody z tą dyscypliną?

 – Moja przygoda z showdownem zaczęła się w 2011 roku. Uczyłam się wówczas w Dolnośląskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu. O dyscyplinie dowiedziałam się od trenera Lubomira Praska – prezesa UKS „Sprint” Wrocław. W szkole znajdował się stół do gry. Trener wyjaśnił mi zasady i poszliśmy spróbować coś zagrać. Na początku bardzo przeszkadzał mi hałas piłki uderzającej o bandy. Z biegiem czasu przestały mi już przeszkadzać dźwięki towarzyszące grze i zaczęłam coraz więcej trenować.

– Co najbardziej podoba Ci się w tym sporcie?

– Rozmaitość rywalizacji. Są mistrzostwa Polski, Europy i świata, European Top Twelve i wiele innych zawodów, na których kobiety i mężczyźni grają zawsze osobno. Inaczej jest w Czechach czy na Słowacji. Tam grają wszyscy razem. Uwielbiam grać z chłopakami. Bez względu na to, czy wygrywam czy przegrywam, to i tak jestem zadowolona z rywalizacji, bo tak naprawdę to jest bardzo dobry trening.

– Czy któryś mecz zapadł Ci szczególnie w pamięć?

– Do niedawna był taki tylko jeden. Natomiast po siódmej edycji European Top Twelve 2015 w Szwecji jest i drugi. Pierwszy miał miejsce we Włoszech, na piątym European Top Twelve, w 2013 roku. Grałam z Mariah Sethsen ze Szwecji. Przeciwniczka prowadziła już w pierwszym secie 8:1. Trener Prask wziął czas i podpowiedział, jak mam zagrać. Po przerwie wróciłam do gry i – oddałam Mariah jeszcze jeden punkt, ponieważ popełniłam błąd. Było 9:1. Można by powiedzieć, że był to już set przegrany. Na szczęście nie dla mnie. Niespodziewanie sytuacja zaczęła się odwracać. Realizując założenia taktyczne trenera, zaczęłam zdobywać bramki. A przeciwniczka popełniała błędy. Koniec końców wygrałam tego seta 11:9. W drugim secie wiedziałam już, jak grać i łatwo pokonałam Mariah. Ten drugi pamiętny pojedynek był w zeszłym roku, również na European Top Twelve. Na koncie miałam rozegranych dziesięć meczów, z czego dziewięć wygranych i jedną porażkę. Został jeszcze ostatni, z Finką Hanną Vilmi – aktualną mistrzynią Europy i świata. Ona miała taką samą sytuację punktową jak ja. Rezultat naszego spotkania decydował o zwycięstwie w całym turnieju. Wszystkie zawodniczki miały trenerów, ja go niestety wtedy nie miałam, ponieważ nie mógł z nami pojechać. Zaczęło się ładnie, bo dwa pierwsze sety wygrałam. Następne dwa były przegrane. Grałyśmy piątego, rozstrzygającego seta. Hanna w tie-breaku prowadziła 6:5. Po zmianie stron przewaga Hanny jeszcze wzrosła, prowadziła już 9:7. Od zwycięstwa dzieliły ją tylko dwa punkty. Jednak popełniła dwa błędy i zrobiło się nagle 9:9. Byłam maksymalnie skoncentrowana i po długiej, zaciętej wymianie piłek to ja zdobyłam bramkę decydującą o zwycięstwie. Wtedy przypomniały mi się często powtarzane słowa trenera: „Musisz wierzyć, że dopóki piłka w grze, dopóty jest szansa, aby wyjść z każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji”. Był to mój trzeci wygrany turniej z cyklu European Top Twelve. Tym samym jestem jedyną zawodniczką, której udała się ta sztuka.

– Który z dotychczasowych sukcesów ucieszył Cię najbardziej?

– Cieszę się ze wszystkich osiągnięć, natomiast pamiętam dwa takie turnieje, które sprawiły, że byłam megaszczęśliwa. Pierwszy to czwarta edycja European Top Twelve 2012 w Szwecji. Dostaliśmy z trenerem tzw. dziką kartę. W środowisku showdown turniej ten uważany jest za najtrudniejszy i najbardziej wymagający. Startuje w nim dwunastka najlepszych zawodników i tyle samo zawodniczek z Europy. Wyznaczyliśmy bardzo ambitny cel: znaleźć się w pierwszej szóstce. Ku naszemu zaskoczeniu wygrywaliśmy mecz za meczem, a ja przecież byłam wtedy jeszcze bardzo mało doświadczoną zawodniczką. Był to mój dopiero trzeci międzynarodowy turniej. Przeciwniczki dopytywały się po moich meczach, kto zwyciężył. My natomiast koncentrowaliśmy się wyłącznie na grze, starając się nie ulegać emocjom. Po ostatnim meczu było wiadomo, że będziemy bardzo wysoko, jednak to, co pokazywała tablica wyników, kompletnie nas zaskoczyło. Okazało się, że wygraliśmy cały turniej! Podczas ceremonii wręczania nagród oboje z trenerem płakaliśmy ze szczęścia, słysząc Mazurka Dąbrowskiego.

Następny turniej to mistrzostwa świata w Seulu w 2015 roku. Tam zajęliśmy 3. miejsce. Mistrzostwa były bardzo udane, a Korea wywarła na mnie ogromne wrażenie. Z tych dwóch turniejów jestem najbardziej zadowolona.

– Często w swoich wypowiedziach podkreślasz rolę, jaką trener Lubomir Prask odegrał w twoich sukcesach.

– Tak, gdyż wszystko, co osiągnęłam, zawdzięczam trenerowi. To on mnie wszystkiego nauczył. Razem spędzamy ogromną ilość czasu przy stole, na siłowni i basenie. On ustala cykle treningowe i cele do osiągnięcia. Wie, kiedy nie jestem w formie i musimy trochę odpuścić, a kiedy możemy naprawdę ciężko pracować. W czasie turniejów analizuje grę, zarówno moją, jak i przeciwniczek, udziela cennych wskazówek. W tej dyscyplinie rola trenera jest naprawdę bardzo ważna. Sukces zawodnika jest również jego sukcesem.

– Z roku na rok osiągasz coraz więcej. Ale wiadomo, że bez pracy nie ma… medali. Jak wiele czasu poświęcasz na treningi?

– Trudno precyzyjnie odpowiedzieć na to pytanie. Jestem zawodniczką, która poświęca bardzo dużo czasu na treningi. Nie potrafię jednak konkretnie powiedzieć ile. Bywa, że czasami trenuję tylko trzy razy w tygodniu, ale często jest tak, że ćwiczę od poniedziałku do soboty. I masz rację – moją receptą na zdobywanie medali jest praca, praca i jeszcze raz ciężka praca.

– Jakie są Twoje plany sportowe?

– Hm… Mój plan to pozostanie w tym sporcie jak najdłużej i godne reprezentowanie Polski i Stowarzyszenia „Cross”.

– A marzenia?

– Chciałabym zdobyć medal na mistrzostwach Europy i mistrzostwach świata. Marzę również, aby showdown stał się dyscypliną paraolimpijską.

– Zatem życzę Ci dalszych sukcesów sportowych i dziękuję za rozmowę.

 

aaa

 

tenis

 

Niewidomy z rakietą?

Co to jest set, gem czy tie-break? Jak powinien być wyprowadzony serwis? Czym są i czemu służą kara serwisowe? I wreszcie: jak trafić w piłkę, kiedy się jej nie widzi? Tajniki tenisa ziemnego nie są już obce osobom niewidomym i słabowidzącym, które na warszawskim Ursynowie trenują pod okiem Agaty Baryckiej – instruktorki i przedstawicielki fundacji Zawsze Blisko. Są to jedyne w Polsce zajęcia z blind tennisa.

Jeszcze do niedawna tenis ziemny był dyscypliną łączoną z elitarnym środowiskiem ludzi z wyższych sfer i przede wszystkim – bardzo majętnych. Powszechne było przekonanie, że przeciętny człowiek może jedynie podziwiać na ekranie telewizora poczynania Rogera Federera, Marii Sharapovej czy Agnieszki Radwańskiej. Obecnie jest jednym z najbardziej popularnych sportów indywidualnych na świecie. We wszystkich zakątkach globu przyciąga miliony widzów, a co za tym idzie – również bogatych sponsorów i milionowe kontrakty. Chociaż te ostatnie zarezerwowane są tylko dla najlepszych tenisistów świata, to i tak jest bardzo chętnie uprawiany. Obecnie korty tenisowe rozsiane są wszędzie, od wielkich metropolii, przez małe miasteczka, aż po wioski i prywatne posiadłości. Swoich sił w tenisie ziemnym może spróbować każdy, kto jest w stanie utrzymać w ręku rakietę tenisową, w tym osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich, zawodnicy głusi i – jak się okazuje – od kilku lat również osoby niewidome i słabowidzące.

Tak jak w każdej dziedzinie sportu, tak i w tym przypadku od dnia, w którym po raz pierwszy zagrano w grę przypominającą dzisiejszy tenis, jej reguły ciągle się zmieniały. Dokładano nowe zasady, wycofywano te, które wydawały się nietrafione. Według znawców tematu taki stan utrzymywał się do 1882 roku, a po tej dacie do przepisów gry w tenisa ziemnego wprowadzano jedynie niewielkie poprawki. Zanim więc przyjął oblicze, jakie znamy, i nim przestał być postrzegany jako sport jedynie dla elit, zarezerwowany dla ludzi z wyższych sfer, odbył długą drogę, podczas której przechodził kilkakrotne metamorfozy.

Istnieją teorie, że tenis ziemny miał swój początek już w starożytnym Egipcie. Rysunki na ścianach ówczesnych świątyń, datowane na około 1500 rok przed naszą erą, pozwalają przypuszczać, że powszechnie znana była gra, w której dłonią lub czymś do tego służącym odbijało się coś na wzór współczesnej piłki. Po setkach, a nawet tysiącach lat wędrówki pramatka współczesnego tenisa ziemnego dotarła w średniowieczu do środkowej Europy. Gra wzbudziła ogromne zainteresowanie wśród mnichów i szybko zagościła na dziedzińcach klasztorów zachodniej Europy. Stała się tak popularna, że papieżowi wydała się niebezpieczna i chciał, by jej zakazano. Żywo zainteresowała się nią bogata arystokracja. Żeby spróbować swoich sił, możni panowie uczyli się zasłyszanych od braciszków zasad nowej rozrywki. I tak oto zamkowe dziedzińce, pałacowe komnaty i dworskie podwórza zamieniały się powoli w niewielkie boiska. Piłkę odbijało się dłonią albo drewnianą pałką lub kijem. Do dzisiaj zachował się kort z 1625 roku, mieszczący się w pałacu Hampton Court. Z uwagi na fakt, że była to gra, na którą mogli sobie pozwolić jedynie zamożni, nazywano ją royal tennis. Przez wieki zmieniał się sprzęt do gry: od drewnianych pałek, przez deski i packi, by wreszcie osiągnąć kształt i wygląd współczesnej rakiety tenisowej.

W 1869 roku na przedmieściach Londynu powstał The All England Croquet Club. Dyscyplina ta nie była jednak na tyle popularna, by pociągnąć za sobą rzeszę kibiców. Dlatego też członkowie klubu podjęli, jak się później okazało, słuszną decyzję o dodaniu tenisa ziemnego do swojej oferty. Nowy sport tak się spopularyzował i przyciągnął tylu miłośników, że klub zmienił nazwę; od 1877 roku istnieje All England Croquet and Lawn Tennis Club, czyli „angielski klub krokieta i tenisa na trawie” (obecnie dyscypliny są zamienione w nazwie miejscami), który jest głównym organizatorem wielkoszlemowego turnieju wimbledońskiego.

Rozwój tenisa ziemnego i jego obecny kształt zawdzięczamy H.C. Marshallowi,
C. Heathcote’owi oraz J.H. Walshowi, wnieśli oni bowiem największy wkład w tworzenie zasad. To oni zmodyfikowali kształt kortu na prostokątny (na wzór boiska do krykieta), ustalili również jego wymiary, które zachowały się do dziś. Ostatnie poważniejsze zmiany dotyczące gry w tenisa ziemnego miały miejsce w 1882 roku, kiedy komitet turnieju na Wimbledonie zdecydował o obniżeniu siatki, zezwolił na serwowanie znad głowy oraz zmniejszył wymiary pola serwisowego. Od tego czasu retuszu zasad dokonano jeszcze tylko w 1888 roku oraz w 1968 roku wprowadzono tie-break. Przez blisko 50 lat do dzisiaj nic się nie zmieniło. Popularność tenisa ziemnego zadecydowała, że już w 1896 roku został zaliczony do dyscyplin olimpijskich.

Do Polski zawitał na dobre w drugiej połowie XIX wieku i był uważany za grę towarzyską zarezerwowaną dla osób dobrze urodzonych. Pierwsze zawody tenisowe w Polsce rozegrano w roku 1898 w Warszawie. Przed II wojną światową gwiazdą tenisa była Jadwiga Jędrzejowska – finalistka turniejów w Wimbledonie, US Open i paryskim Roland Garros. Po wojnie najlepszym polskim tenisistą był Wojciech Fibak – finalista Masters 1976 i zwycięzca deblowego Australian Open 1978. Obecnie najlepszą polską tenisistką jest Agnieszka Radwańska – czwarta rakieta świata.

Do najważniejszych zawodów, w których choć raz chciałby zagrać niemal każdy mniej lub bardziej doświadczony tenisista, zalicza się cztery turnieje tworzące tzw. Wielki Szlem: Australian Open, francuski Roland Garros, angielski Wimbledon oraz US Open. Wśród zawodów reprezentacji międzynarodowych wyróżnia się: Puchar Davisa, Puchar Hopmana, rozgrywki Fed Cup oraz Drużynowy Puchar Świata.

Jak wiele dyscyplin sportowych, również tenis dostosowuje się do potrzeb i możliwości osób niepełnosprawnych. Od wielu lat sport ten jest dyscypliną paraolimpijską osób na wózkach, a od kilku lat prowadzone są starania, by został uznany jako dyscyplina paraolimpijska sportowców niewidomych i słabowidzących.

By osoby z dysfunkcją wzroku mogły grać w tenisa ziemnego, konieczne było wprowadzenie kilku zmian w zakresie zasad, jak i przystosowanie samego sprzętu do gry. Osoby z dysfunkcją wzroku grają w czterech kategoriach, które odpowiadają ich możliwościom wzrokowym i określają adekwatne do nich zasady gry. Zawodnicy zaliczani są do grup: B1, B2, B3, B4 (w grupie B4 są ci z najmniejszą dopuszczalną wadą wzroku).

Zawodnicy z kategorii B2, B3 i B4 grają na pełnowymiarowym korcie o powierzchni 18,28 x 8,23 m, zawodnicy z kategorii B1 na polu o wymiarach 12,80 x 6,10 m. W przypadku graczy pełnosprawnych linie, według przepisów, powinny mieć szerokość co najmniej 2,5 cm i nie większą jak 5 cm (z wyjątkiem linii głównych, które mogą mieć szerokość do 10 cm). Dla osób z dysfunkcją wzroku linie ograniczające pole gry muszą być wykonane z takiego materiału, który jest dobrze wyczuwalny stopą, co ułatwia szybkie zanalizowanie swojej pozycji.

W połowie kortu zawieszona jest siatka. W meczu osób pełnosprawnych jej wysokość na środku wynosi 91,5 cm, a przy słupkach 1,06 m. W meczu osób niewidomych lub słabowidzących siatka powinna być tak rozwieszona, by na środku osiągnęła wysokość 80 cm, przy słupkach zaś 85 cm.

Rakiety do gry w tenisa ziemnego dla osób z dysfunkcją wzroku są mniejsze od tych, którymi standardowo posługują się osoby dobrze widzące. Międzynarodowa Federacja Tenisa (ITF) przyjęła następujące wymiary rakiet w zależności od grupy startowej: dla B1 rakieta maksymalnie może mieć 23 cale, dla pozostałych grup 25 cali. (Zdaniem ITF takie wymiary rakiet pozwalają na łatwiejsze manewrowanie nimi). Piłka do gry w blind tenisa jest oczywiście udźwiękowiona, większa od standardowej, a przede wszystkim wykonana z gąbkopodobnego materiału, co z jednej strony nieco spowalnia jej lot, z drugiej nie niesie ryzyka kontuzji w przypadku trafienia w zawodnika silnie odbitą piłką.

O ile w przypadku meczów osób pełnosprawnych piłka może odbić się tylko raz w polu gry, o tyle w przypadku osób z dysfunkcją wzroku limit możliwych odbić jest różny w zależności od stopnia utraty widzenia. I tak w przypadku graczy z kategorii B3 i B4 piłka może odbić się dwa razy, a u graczy z kategorii B1 i B2 może odbić się do trzech razy, nim zostanie uderzona. Trzeba pamiętać, że o ile pełnosprawni zawodnicy mogą odbijać piłkę tzw. wolejem, czyli w powietrzu, zanim ta zetknie się z ziemią, o tyle w przypadku zawodników z dysfunkcją wzroku ITF zakazał odbijania piłki w taki sposób. Dodatkowo piłki na mecze osób słabowidzących i niewidomych dobierane są również kolorystycznie, tak by jak najbardziej kontrastowały z kortem.

Mecz tenisowy składa się z setów, sety – z gemów, a gemy – z punktów, które są przyznawane za wygranie pojedynczej wymiany piłek. Zdobycie pierwszego punktu w gemie liczone jest jako 15, drugiego – 30, trzeciego – 40. Czwarty zdobyty punkt daje wygranego gema. Warunkiem jest jednak zdobycie przez rywala jedynie dwóch punktów. Jeżeli chodzi o zawody z udziałem pełnosprawnych zawodników, to generalnie wszystkie spotkania, zarówno kobiet, jak i mężczyzn, rozgrywane są do dwóch wygranych setów. Wyjątkiem u panów są turnieje wielkoszlemowe oraz spotkania w ramach Pucharu Davisa, gdzie zawodnicy grają do trzech wygranych setów. W przypadku osób niewidomych i słabowidzących cały mecz odbywa się w jednym secie.

Blind tennis jest już bardzo popularny w Japonii – kolebce tej odmiany dyscypliny. Dzięki Japończykowi Miyoshi Takei osoby z dysfunkcją wzroku mogły rozpocząć swoją przygodę z piłką i rakietą. Po Japonii tenis bardzo szybko zyskał aprobatę osób niewidomych i słabowidzących z takich krajów, jak Stany Zjednoczone, Chiny, Korea, Tajwan, Argentyna, Anglia i nasza sąsiadka  Rosja.

We wrześniu 2015 roku Polska dołączyła do grupy państw, w których w tenisa ziemnego grają osoby z dysfunkcją wzroku. Wówczas to doświadczona wieloletnia trenerka Agata Barycka rozpoczęła treningi z dziećmi ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Słabowidzących przy ulicy Koźmińskiej w Warszawie. W lutym tego roku przedstawicielka fundacji Zawsze Blisko poszerzyła grupę swoich uczniów o dziesięcioro dorosłych. – To jest niesamowite – mówi Kamila, jedna z trenujących zawodniczek – ja przecież widzę na jakieś 80-100 centymetrów, a tu proszę, udaje mi się trafiać w piłkę. Owszem, zdarzają się nieudane próby, ale jednak zaczynam grać. Aż trudno w to uwierzyć!

Sama trenerka przyznaje, że o tenisie dla niewidomych i słabowidzących dowiedziała się przypadkowo, podczas poszukiwań dobrego tematu na pracę magisterską. A że tenis jest jej pasją, postanowiła, że spróbuje się nią podzielić z osobami niewidomymi i słabowidzącymi. „Kto wie, może uda mi się sprzedać im bakcyla…” – myślała. Agata uczciwie mówi, że jej dotychczasowe doświadczenie w kontaktach z osobami z dysfunkcją wzroku jest niewielkie, jednak nie stanowi to dla niej bariery. – Przecież nauka może płynąć w obie strony – mówi. Gdy więc fundacja Zawsze Blisko rozpoczęła realizację projektu nauki tenisa ziemnego dla osób niewidomych i słabowidzących, postanowiła podjąć się prowadzenia treningów. Obecnie Agata Barycka jest głównym przedstawicielem Polski w światowej organizacji IBTA (International Blind Tennis Association).

Choć w porównaniu z innymi krajami Polacy są na początku drogi, to entuzjazm i pozytywne myślenie nie opuszczają pani instruktor. Wręcz przeciwnie – zdają się przybierać na sile. – Jestem pod ogromnym wrażeniem ogólnej sprawności osób, z którymi pracuję. Bardzo szybko opanowują każdy nowy element. Jestem pełna entuzjazmu i myślę, że możemy dojść bardzo daleko – mówi trenerka. – Zdaję sobie sprawę, że przed nami rok ciężkiej pracy. Moim marzeniem jest udział naszych zawodników w pierwszym międzynarodowym turnieju organizowanym przez IBTA na wiosnę przyszłego roku w Wielkiej Brytanii. Mamy już oficjalne zaproszenie.  

Robert Zarzecki

Treningi odbywają się w klubie tenisowym Smecz w Warszawie w ramach projektu „Rehabilitacja osób niewidomych i niedowidzących poprzez zajęcia z tenisa ziemnego”.

 

aaa

 

biathlon

 

Puchar Polski w Górach Izerskich

W pięknej zimowej scenerii w okolicach schroniska Orle w Jakuszycach, na wspaniale przygotowanych trasach narciarskich startowali niewidomi i słabowidzący biathloniści. Walczyli o Puchar Polski, który w tej dyscyplinie wręczany był po raz pierwszy w historii sportu osób z niepełnosprawnością wzroku.

Puchar Polski rozegrano w dniach 23-25 lutego 2016 r. Do rywalizacji stanęły kluby „od morza do Tatr”, zrzeszające osoby z niepełnosprawnością wzroku. Głównym kandydatem do zdobycia Pucharu Polski był kadrowicz Piotr Garbowski z przemyskiego klubu „Podkarpacie”. Nie zawiódł i zgodnie z przewidywaniami zajął pierwsze miejsce. Dużą niespodzianką było drugie miejsce zawodnika z OSW Laski Arkadiusza Dudy, startującego z asystentem Mateuszem Koniecznym. Arek walczył w kategorii B1, czyli osób całkowicie niewidomych. Na duże brawa zasługują jego osiągnięcia na strzelnicy: wszystkie strzały oddał bezbłędnie. Trzecie miejsce zajął zawodnik klubu „Podkarpacie” Przemyśl Bogdan Konieczny. Jedyną uczestniczką zawodów była Georgina Myler z „Łuczniczki” Bydgoszcz i to ona odebrała Puchar Polski w kategorii kobiet. Oto kolejność pierwszej dziesiątki zawodników
I Pucharu Polski w Biathlonie 

1.       Piotr Garbowski – „Podkarpacie” Przemyśl

2.       Arkadiusz Duda – OSW Laski

3.       Bogdan Konieczny – „Podkarpacie” Przemyśl

4.       Zbigniew Żygłowicz – „Podkarpacie” Przemyśl

5.       Paweł Gil – „Podkarpacie” Przemyśl

6.       Stanisław Spólnik – „Lajkonik” Kraków

7.       Dawid Nowakowski – OSW Laski

8.       Paweł Nowicki – OSW Laski

9.       Jakub Gołąbek – „Jantar” Gdańsk

10.     Paweł Jacek – „Podkarpacie” Przemyśl

Na szczególne podziękowania zasługuje właściciel schroniska Orle Stanisław Kornafel. Dzięki jego zaangażowaniu w przygotowanie tras zawodnicy mogli startować w komfortowych warunkach. Sędzią głównym zawodów był Kazimierz Cetnarski, imprezę koordynował Stanisław Sęk.

Biathlon jest nową dyscypliną sportu uprawianą przez osoby niewidome i słabowidzące. Treningi zapoczątkowano w przemyskim klubie „Podkarpacie” w zimie 2014/2015. Następnie dzięki dofinansowaniu z PFRON rozpoczęto ogólnokrajowe konsultacje i zgrupowania, których organizatorem był Związek Kultury Fizycznej „Olimp” prowadzący projekt „Pierwszy krok”. W czasie trwania projektu powołano w ZKF „Olimp” sekcję biathlonu oraz kadrę narodową biathlonistów; ich trenerami są Kazimierz Cetnarski i Zbigniew Sebzda.

Do treningów i zawodów biathlonowych niezbędne są specjalistyczne stanowiska strzeleckie. Obecnie w Polsce są dwa takie stanowiska, produkowane przez firmę EcoAims z Finlandii. Posiadają one certyfikat Międzynarodowego Komitetu Paraolimpijskiego (IPC).

Biathlon jest dyscypliną paraolimpijską i głównym celem trenerów jest przygotowanie zawodników do startu w zimowych igrzyskach paraolimpijskich w Pjongczangu (Korea Płd.). Służą temu m.in. starty w mistrzostwach świata, Pucharze Świata, mistrzostwach Polski oraz Pucharze Polski.

W tym sezonie biathloniści brali udział w zawodach Pucharu Świata w niemieckim Finsterau, gdzie Piotr Garbowski zajął 16., a Zbigniew Żygłowicz 19. miejsce. Biathlonistów czeka jeszcze start w mistrzostwach Polski, które odbędą się w dniach 11-13.03.2016 r. w Zakopanem.  

Piotr Sęk

 

aaa

 

wiadomości

 

Kolarstwo

Zima pod dachem

Mottem tegorocznych zimowych przygotowań kadry kolarskiej ZKF „Olimp” są torowe mistrzostwa świata, zaplanowane w terminie 17-20 marca 2016 r. w Montichiari (Włochy). Po bardzo udanym grudniowym zgrupowaniu na Gran Canarii w styczniu najważniejszym elementem cyklu szkoleniowego naszych zawodników były treningi na torze kolarskim w Pruszkowie.

Jeśli ktoś myśli, że kolarze schowali się pod dachem BGŻ BNP Paribas Areny ze strachu przed zimą – jest w błędzie. Treningi torowe to nie rekreacja w ciepełku, lecz ciężka praca o dużej objętości i nie mniejszej intensywności. Ważnym elementem takich zajęć są również żmudne ćwiczenia techniczne, potrzebne do wypracowania nawyków niezbędnych, aby osiągać sukcesy w wyścigach torowych. Podczas treningów mogliśmy korzystać z wiedzy i doświadczenia Grzegorza Krejnera, wybitnego zawodnika oraz trenera, który zgodził się dołączyć do ekipy szkoleniowej ZKF „Olimp”. Między 2 a 16 lutego kadra przebywała na kolejnym zgrupowaniu zagranicznym, sfinansowanym w ramach projektu „Olimpijczyk” – tym razem w Benidorm na hiszpańskim wybrzeżu Morza Śródziemnego. Treningi realizowane w trudnym, górzystym terenie były ukierunkowane na kształtowanie siły i wytrzymałości. Na zgrupowanie pojechali wszyscy zawodnicy „Olimpu” mający szansę na start w igrzyskach paraolimpijskich w Rio de Janeiro: Anna Harkowska oraz tandemy Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław, Anna Duzikowska – Natalia Morytko, Marcin Polak – Michał Ładosz oraz Przemysław Wegner – Artur Korc. O odnowę biologiczną kolarzy w trakcie obozu dbała znakomita fizjoterapeutka Magdalena Ignasiak, dla której był to, miejmy nadzieję, początek owocnej współpracy z kadrą kolarską „Olimpu”.

Kolejnym etapem przygotowań do mistrzostw świata w Montichiari były dwa tygodniowe zgrupowania w Pruszkowie poświęcone na specjalistyczne treningi torowe, których głównym celem było kształtowanie wytrzymałości szybkościowej i zbudowanie formy startowej na zawody. Ekipa udająca się do Włoch jest dobrze przygotowana i ma szansę na osiągnięcie wartościowych wyników. Naszymi faworytami do zajęcia miejsc na podium są przede wszystkim Anna Harkowska i tandem Marcin Polak – Michał Ładosz. Lecz jak wiadomo, medali nie rozdaje się przed zawodami, trzeba je zdobyć w twardej walce. 

Mirosław Jurek

 

aaa

 

rekreacja

 

Multikulturowa zima

Gdy śniegu jak na lekarstwo, tym bardziej wszystkim marzy się białe szaleństwo. Szusowanie śmigiem w dół, piruety na lodowej tafli, spacery przez zasypany śniegiem świat… Dlatego czterdziestka zapaleńców z dysfunkcją wzroku z różnych zakątków Europy z takim entuzjazmem trenowała sporty zimowe właśnie w polskich górach. Tutaj aura nie zawiodła.

 16 stycznia do Poronina pod Zakopanem przyjechali młodzi Belgowie, Grecy, Rumuni, Włosi, dwóch Hiszpanów i Polacy, by spróbować swoich sił na lodowisku i stawiać pierwsze kroki na stoku. Choć wielu z nich boryka się na co dzień z poważnymi problemami ze wzrokiem, nie stanowiło to przeszkody, bo mogli liczyć na świetnie przygotowanych instruktorów z fundacji Youth of Europe i współuczestników wyczulonych na potrzeby kolegów z dysfunkcją wzroku. W międzynarodowej wymianie młodzieży odbywającej się w ramach projektu „Value the difference” wzięli również udział członkowie Stowarzyszenia „Cross”.

Projekt był realizowany w ramach programu Erasmus+. 

Wartość odmienności

Narty nasmarowane? Łyżwy naostrzone? Zaraz, zaraz... – a tyfloszkolenie? Aby przygotować grunt pod to sportowe przedsięwzięcie, od 3 do 11 listopada 2015 r. w Rumunii odbywało się międzynarodowe szkolenie trenerów i animatorów chcących pracować z niewidomą i słabowidzącą młodzieżą. Lokalna organizacja pozarządowa Babilon Travel, wspierająca projekty umożliwiające osobom z dysfunkcją wzroku aktywną turystykę, wraz z promującą sportowe inicjatywy fundacją Youth of Europe z Polski przygotowały bogaty program warsztatowy w samym sercu Transylwanii – średniowiecznym mieście Cluj Napoka. Aby zajęcia edukacyjne były w pełni wartościowe dla uczestników z różnych zakątków Europy, do współpracy zaproszono grono niewidomych i słabowidzących specjalistów, m.in. z Polskiego Związku Niewidomych czy Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego im. Lousa Braille’a w Bydgoszczy. Osoby z dysfunkcją wzroku – nawet z niewielkiej Hajnówki na Podlasiu – dzieliły się swoimi doświadczeniami bezwzrokowego funkcjonowania w pracy i codziennym życiu.

Na pozór proste zadania: samodzielne pokonanie paru metrów, zrobienie sobie kanapki, odtańczenie kilku taktów walca – stawały się nie lada wyzwaniem, kiedy czynności te trzeba było wykonać z zawiązanymi oczami. Z czasem jednak lęki uczestników malały i ani jazda na tandemie, ani „spacer w ciemności” po karpackich bezdrożach już nikogo nie przerażały. Wraz z obawami zniknęły gdzieś uprzedzenia międzykulturowe i bariera językowa. Podczas wieczoru kulturowego poprzedzającego wspólny wyjazd w góry padły ostatnie stereotypy i wszyscy, popijając włoskim winem belgijskie trufle, polską kiełbasę i rumuńską słoninę, odtańczyli wspólnie grecki taniec sirtaki.

Z upływem dni więzi pomiędzy uczestnikami coraz bardziej się zacieśniały i widzący trenerzy nie obawiali się zadawać trudnych pytań o radzenie sobie na co dzień, gdy się nie widzi. Jak można bezwzrokowo korzystać z komputera? Czy uda się zwiedzić kawałek Transylwanii z brajlowskim przewodnikiem pod pachą? Co jeszcze warto zrobić, by ułatwić funkcjonowanie osobom z dysfunkcją wzroku? Na te i inne pytania uczestnicy szkolenia odpowiadali już jednym głosem podczas konferencji prasowej z udziałem lokalnych władz oraz mediów, zorganizowanej przez koordynatora projektu Gabriela Nagy, prezesa organizacji Babilon Travel.

W sympatycznym i profesjonalnym gronie czas szkolenia szybko upłynął i wszyscy powrócili do swoich krajów z zapałem do dzielenia się nowymi umiejętnościami i wdrażania dobrych praktyk na lokalnym gruncie, a także z nadzieją na rychłe powtórne spotkanie. Okazja nadarzyła się już w styczniu 2016 roku, podczas kontynuacji projektu w Polsce – wymiany młodzieży z państw biorących udział w programie. Po dwoje przeszkolonych uczestników z każdej ekipy narodowej miało szansę przyjechać w okolice Zakopanego, by sprawdzić się w roli liderów młodzieżowych drużyn. 

Zaprawa na stoku

Przed styczniowymi wydarzeniami obficie sypnęło śniegiem, a słupek rtęci spadł poniżej minus 15 stopni Celsjusza. Białym puchem najbardziej zachwycali się uczestnicy z Włoch i Grecji, którzy nad Morzem Śródziemnym rzadko mają okazję doświadczyć prawdziwie mroźnej zimy. – Na szczęście pogoda dopisała – cieszył się Igor Pronobis z fundacji Youth of Europe, instruktor narciarstwa podczas zajęć na stoku. – Warunki do jazdy to właściwie jedyne, o co się martwiliśmy – wyjaśnił spokojnie pewnym głosem. Na pytanie, czy nie bał się wziąć odpowiedzialności za niewidomych podczas ćwiczeń na stoku (a niejeden po raz pierwszy miał narty na nogach), bez wahania odpowiedział przecząco. Na taką postawę braci Igora i Ziemowita Pronobisów wpłynęły wieloletnie doświadczenie narciarskie, ale także praktyka ratownicza, czasem w trudnych warunkach sztormowych. Zaprocentował również czas w Cluj poświecony na intensywne przyswajanie technik pracy z osobami z dysfunkcją wzroku.

Zanim młodzi wyruszyli na podbój lokalnej górki, zapoznawali się ze sprzętem narciarskim oraz poznawali podstawowe zasady zachowania się na stoku. Każdy przymierzył sztywne narciarskie buty, by postawić parę kroków na oślej łączce nieopodal ośrodka, samodzielnie założył i zdjął deski, spróbował utrzymać na nich równowagę i oswajał się z przestrzenią w nowej sytuacji. A następnego dnia, już od rana, na prawdziwy stok! Najpierw krótka rozgrzewka, później parę przejazdów po płaskim, szybka instrukcja obsługi wyciągu i uczestnicy nawet się nie obejrzeli, a już byli na górze. Pierwsza podstawowa umiejętność to jazda pługiem, zwana w międzynarodowym slangu „pizzą”. Ciemnowłosa Juna ze słynnej Werony złapała w lot, o co chodzi. – Choć nigdy nie wybierałam się na narty, jazda przychodzi mi bardzo naturalnie, jakbym miała to we krwi – opowiedziała, a już za chwilę wjeżdżała na dłuższy stok dla bardziej zaawansowanych. Od razu pierwszego dnia jazdy trafiła tam niewidoma Olka z Polski, która z asystą pokonała trasę bez problemu. Nie wszystkim jednak szło tak dobrze, bo o postępach nauki decydowała ogólna kondycja uczestników, przezwyciężenie lęku przed zjazdem i determinacja – niekoniecznie dysfunkcja wzroku. 

Aktywnie i kulturalnie

Dopełnieniem projektu był poranek na lodowisku w Zakopanem. Multikulturowa czterdziestka radosnych łyżwiarzy kręciła piruety, sunęła jeden za drugim i jeździła w parach, pomagając sobie nawzajem. Do tego całkiem nieoczekiwanie George z Grecji, tancerz z tradycyjnej grupy helleńskiej, zafundował uczestnikom warsztaty taneczne i z ogromnym entuzjazmem poświęcał czas wszystkim zainteresowanym.

Wymiar edukacyjny wydarzenia w Poroninie nie przejawiał się jedynie w zajęciach ruchowych. Podczas wycieczki do Zakopanego młodzi Europejczycy mogli zwiedzać zimową stolicę Polski w najpiękniejszej, styczniowej odsłonie – udekorowaną śnieżnym puchem, pachnącą aromatycznym grzanym winem, wyrazistą i pyszną jak smak pieczonego oscypka z żurawiną. Cudzoziemcy, zakochani w zimowych pejzażach z majestatycznymi Tatrami w tle, chętnie spacerowali po malowniczej, cichej okolicy – zwłaszcza po spałaszowaniu talerza gorących pierogów czy dymiącego bigosu. W polskiej kulturze cenili szczególnie osławioną gościnność, za którą szczodrze odpłacali się podczas kolejnych wieczorów kulturowych. Narodowe tańce, quizy z wiedzy o krajach, z których pochodzą, rozmaite przekąski o oryginalnych smakach – wszystkim zaostrzyły apetyty na dalekie podróże. – A te na pewno się powiodą – uśmiecha się Gabi Nagy. – Bo ponad barierami związanymi z niepełnosprawnością i komunikacją zawiązały się międzynarodowe przyjaźnie – wyjaśnia. Projekt zakończył się pełnym sukcesem i, choć wszystkim było smutno, że „Value the difference” jest już na mecie, jedno jest pewne: tak dobrze rozpoczęta współpraca musi mieć kontynuację.

B.N.

 

aaa

 

edukacja

 

Komputer to nowe możliwości

Właśnie zakończyła się kolejna edycja dofinansowanych przez PFRON warsztatów komputerowych przeznaczonych dla członków Stowarzyszenia „Cross”. Szkolenie „Komputer bez tajemnic” było prowadzone w dwóch grupach wiekowych: pierwszą stanowili niewidomi i słabowidzący kursanci w wieku do 60 lat, a drugą – seniorzy z dysfunkcją wzroku od lat 60 wzwyż. Jak widać, na naukę nigdy nie jest za późno.

Zadaniem szkolenia było wprowadzenie kursantów w świat komputerów i internetu. Na przeprowadzenie warsztatów przewidziano cztery tygodnie szkoleniowe, realizowane w czasie czterech miesięcy. Kursanci zjechali z całej Polski, m.in. z Białegostoku, Łańcuta, Torunia, by w pięknym Lublinie poznawać tajniki wiedzy z zakresu budowy komputera, systemu operacyjnego Windows 10 oraz jego najważniejszych funkcji, uczyć się używania poczty elektronicznej, portali społecznościowych, wyszukiwania informacji w internecie, obsługi pakietu biurowego MS Office, korzystania z serwisów multimedialnych typu YouTube czy Onet VoD, portali aukcyjnych, sklepów internetowych i bankowości internetowej.

Uczestników kursu najbardziej cieszyło poznawanie portalu społecznościowego Facebook. Jak mówili, nowe umiejętności ułatwią im kontakty międzyludzkie, np. pomogą odnajdywać starych znajomych. Zdobyta wiedza pozwoli im swobodnie do siebie pisać i dzielić się przemyśleniami, wymieniać między sobą ulubione filmy i zdjęcia, słuchać muzyki – czyli pełniej cieszyć się z życia dzięki wykorzystaniu nowych technologii.

Kolejną ważną dla kursantów rzeczą było zakładanie konta poczty elektronicznej. W tym przypadku także musieli dokonać zmiany swoich przyzwyczajeń i sprostać wyzwaniom mediów XXI wieku. Entuzjazm pojawił się również, gdy uczestnicy nauczyli się korzystać z serwisów multimedialnych, takich jak YouTube. Wcześniej nie wiedzieli, iż w każdej chwili – o każdej porze dnia i nocy – mogą słuchać ulubionej muzyki lub oglądać nowe filmy. Zdaniem uczestników wiedza z zakresu obsługi komputerów jest bardzo ważna w dzisiejszych czasach. Nowoczesne technologie znacznie ułatwiają życie, dają nowe możliwości i poszerzają horyzonty.

Gdy zajęcia miały się ku końcowi, kursanci z żalem żegnali się z instruktorami. Pytań o kolejne edycje było bardzo wiele. W opinii uczestników czas trwania zjazdów był stanowczo za krótki, by w satysfakcjonującym stopniu nabyć i utrwalić podstawy wiedzy o komputerze. Niemal każdy deklarował chęć udziału w kolejnych szkoleniach z tego zakresu. 

Zbigniew Prokopiuk

 

aaa

 

turystyka

 

Lizbona – miasto sztuki

Lizbona odbija się w błękitnych wodach Tagu niczym południowa piękność, która przysiadła z wdziękiem na jego wzgórzystym brzegu. Miasto odurza urodą, zachwyca artyzmem sztuki i architektury. A rzeka jednostajnym ruchem swych wód jak zegar odmierza czas, pamiętając o wspaniałych, porywających, bywało dramatycznych jego dziejach.  

Lizbona, zwana „królową Tagu”, a przez melomanów mianowana „czarnoksiężniczką poruszającej muzyki fado”, jest miastem sztuki. W XVI w. powstała tu i rozkwitła wspaniale architektura w stylu manuelińskim, nieoglądana w żadnym innym kraju, urzekająca bogactwem i oryginalnością elementów zdobniczych o motywach morskich i żeglarskich, jak kotwice, liny, sieci, maszty i żagle, koła sterowe i stery, elementy statków i całe okręty, karawele, brygi, muszle wytwory, twory i potwory morskie a wszystko to zatopione w oceanie bujnej fantazji twórców. Tematyka ta i nurt geograficzno-odkrywczy dominujący w całym kraju stały się kanwą, na której kunszt sztuki budowlanej sięgnął tu wyżyn. Wyrafinowany smak artystyczny twórców, wirtuozeria kompozycji wsparta malarskością stosowanych powszechnie barwnych ceramicznych płytek azulejos – tworzą z domów, pałaców i kamienic miejską zabudowę nigdzie poza Portugalią niespotykaną. U turysty krążącego magicznymi ulicami Lizbony pojawiają się nieznane, fascynujące wrażenia estetyczne i przeżycia. Czuje się jak żeglarz wypływający stąd przed wiekami i odkrywający nieznane lądy i krainy, jakby oglądał przywiezione zza horyzontu nowości.

Przepięknie położona nad uchodzącym do Atlantyku Tagiem, zwanym tu Mar da Palha (słomiane morze), Lizbona jest miastem wykwintnej literatury. Wieszcz Luis de Camoes, poeta z XVI w., w epopei „Os Lusiadas” opiewa dokonania Vasco da Gamy. Jego dzieło stało się pieśnią wielkich odkryć geograficznych. Współcześnie są to Fernando Pessoa, poeta piszący w swych wierszach o Lizbonie i jej nostalgicznym pięknie, i noblista z 1998 r. Jose Sarmago. Jest w końcu Lizbona centrum politycznym i administracyjnym kraju, metropolią ekonomiczną i handlową, ośrodkiem przemysłu, portem handlowym, turystycznym i rybackim, tu krzyżują się drogi morskie i lądowe.

Położona na siedmiu wyniosłych wzgórzach portugalska stolica tchnie zapachem kwiatów, melancholią, nostalgią i romantyczną wspaniałą przeszłością. Po zmierzchu powietrze drży subtelnie od dźwięków pieśni fado ulatujących z klimatycznych tawern, a w magicznych zaułkach Alfamy, natężając słuch, usłyszeć można strofy poezji Fernando Pessoi szeptane do twego ucha przez samego mistrza. Lizbona jak śniada, czarnooka czarodziejka rzuca urok na peregrynującego po jej pochyłych ulicach. Czaruje nostalgiczną atmosferą, uwodzi egzotycznymi zapachami, kolorami i dźwiękami, urzeka bajeczną architekturą ubranych w azulejos kamienic, domów, kościołów i pałaców. Swą niezwykłą romantyczną i dramatyczną historią zawłaszcza przybysza. Zaskakuje niecodziennym połączeniem prowincjonalności i światowego szarmu, klasyki i naturalnej elegancji, tradycji i nowoczesności. Tutaj szerokie, nowoczesne aleje Baixy sąsiadują z krętymi wąskimi uliczkami i zaułkami Mourarii i Alfamy, gdzie między domami na sznurach suszy się pranie. Stare żółte tramwaje Romodelato wolno suną stromymi uliczkami pomiędzy starymi dostojnymi kamienicami. To jedno z najpiękniejszych miast Europy było kolonią fenicką, potem jako stolica rzymskiej Luzytanii nosiło nazwę Felicitas Julia – na cześć Juliusza Cezara. Dziś twarze mijanych na ulicach lizbończyków, kolor ich skóry i stroje mówią wiele o przeszłości tego kraju. Brazylia, Angola, Mozambik, Goa, Timor, Cabo Verde – tak rozległe były kolonie Portugalii. Ślady minionego można znaleźć, wsłuchując się w rytmy muzyki, zaglądając do knajpek serwujących smaki z całego świata. A i wiatr od oceanu niesie opowieści o dalekich lądach. Wytworność i elegancja Europy miesza się z żywiołem Afryki i egzotyczną beztroską tropikalnych wysp.

Historia miasta zadziwia, a lista bezcennych zabytków przyprawia o zawrót głowy. Dzielnica starej Lizbony – kręte uliczki Bairro Alto i urwiste schodki Alfamy. Senne placyki Maurarii, ale i eleganckie deptaki Chiado. W fikuśnym, przedwojennym jeszcze kiosku z napojami piję kultową tu nalewkę wiśniową. Na placu Rossio maleńkie bary, gdzie pije się na stojąco porto, migdałową amarguinhę i mazagran z kawy i koniaku. Idąc brzegiem Tagu, patrzę w kierunku jego ujścia do Atlantyku i myślami przenoszę się w czasy wielkich odkryć geograficznych. Muzeum Historii Lizbony przy Praca do Comercio przywołuje chwałę tamtych lat. Idąc wzdłuż Rua Augusta, docieram do przystani, gdzie kiedyś cumowały królewskie i kupieckie okręty. Manuelska wspaniała wieża Torre de Belem z XVI wieku, wzniesiona jako punkt orientacyjny dla żeglarzy, symbol morskiej potęgi Portugalii – przypomina o tamtych wspaniałych czasach. Stąd już dwa kroki do pomnika Odkrywców i monumentalnego klasztoru Hieronimitów, gdzie zawinął na wieki Vasco da Gama. W XIX wieku mnisi opuścili klasztor, ale pozostawili sekretny przepis na babeczki Belem, zwane też Nata, dziś jeden z symboli kulinarnych Lizbony. A przyczyną tej cukierniczej inwencji mnichów był nadmiar żółtek z jajek, jakie pozostawały po ukrochmaleniu habitów w białku. Drugą taką kultową pozycją gastronomiczną, nie tylko w Lizbonie, lecz w całej Portugalii, jest „żeglarski” suszony dorsz bacalhau, przyrządzany na 365 sposobów – tyle, ile dni w roku.

Obok kościoła Sao Domingo – egzotyka i powiew Afryki: czarnoskóre, hebanowe piękności z Mozambiku o figurach i twarzach godnych dłuta Fidiasza i Michała Anioła, spowite w luźne, zwiewne kolorowe szaty handlują orzechami i przyprawami. Frywolny wiatr znad Atlantyku bawi się ich luźnymi tunikami etno, odsłaniając wdzięki. Teraz i one są nieodłącznym elementem Lizbony, jakże wzbogacającym jej koloryt. W Brasileira przy Rua Garret wypijam zawiesiste espresso przywodzące na myśl plantacje kawy w Brazylii. Przy jednym ze stolików „siedzi” tu mosiężny posąg poety Fernanda Pessoi. Stojąca między zabytkowymi kamienicami winda Santa Justa, dzieło ucznia Eiffle’a, uśmiecha się do mnie, zapraszając do skorzystania z lewitacji, jakże naturalnej w tym czarodziejskim mieście – by fruwać jak aniołki z obrazów Chagalla. Nierozłączność Lizbony z oceanem poświadcza największe w Europie oceanarium. W akwarium o pojemności pięciu basenów olimpijskich zgromadzono faunę i florę morską z trzech oceanów i wielu mórz.

Zbliża się wieczór – a to pora, kiedy budzi się fado. W Lizbonie jest mnóstwo miejsc, gdzie można posłuchać fado. Ja trafiam na Casa da Fados – dom fado w postaci małej tawerny z typową dla tej muzyki atmosferą, intymnym klimatem, więcej niż kameralnym. W małym lokaliku stolików tylko pięć – jeden dla muzyków. W drewnianych oknach szydełkowe firanki, na bielonych ścianach ceramiczne malowane talerzyki. Gospodyni roznosi karafki z domowym winem i przeróżne smakołyki, m.in. małże w pomidorach, krewetki w oliwie i czosnku, gruszki w czerwonym winie. Gdy przygasają światła, cichnie szczęk widelców, szmer rozmów. Odtąd prawo głosu mają tylko gitary i śpiew. Śpiewa kilku wykonawców, każdy ma inny styl i inną opowieść. I jest to muzyka niezwykle autentyczna, indywidualna i niepowtarzalna. Nie ma w niej za grosz komercji. Łagodnie, ale mocno dobiera się do serca. Hipnotycznie ciemnooka piękność śpiewa o rozłące i niespełnionej miłości. Po niej niepozorny starszy pan śpiewa o trudach swego marynarskiego zawodu. Młoda pieśniarka, cała w czerni, z wplecionym w dłonie szalem, który zakłada każda fadzistka na pamiątkę Marii Severy, XIX-wiecznej artystki. Gdy piękna dziewczyna wydobywa głos o głębokim, matowym brzmieniu i przeistacza się w pełną temperamentu wokalistkę (zwaną tutaj cantadeiras), z wrażenia wypada mi z brzękiem łyżeczka z ręki. Przejmujący głos dziewczyny niesie z sobą nuty żalu, melancholii, tęsknoty, słowa pieśni mają swoją dramaturgiczną fabułę. Fado śpiewają wszyscy, zawodowcy i amatorzy. Po pracy do któregoś casas de fado często wpadają taksówkarze, rybacy czy kwiaciarki, by wyśpiewać, co im w duszy gra.

Lizbona ma mnóstwo placów, dzielnic, ulic, mostów, kościołów, pałaców, muzeów, przeróżnych ciekawostek urbanistycznych o znaczeniu wręcz kultowym, o nazwach powszechnie znanych podróżnikom. To dzieła geniuszu artystycznego Portugalczyków, emanujące pięknem, którego opisać nie sposób. Plac Rossio, zwany też Praca de Dom Pedro IV – miejsce spotkań Lizbończyków, z mnóstwem kawiarni, kwiaciarni, kiosków z gazetami. Przed wiekami był tu plac inkwizycji, gdzie odbywały się publiczne egzekucje, uroczystości publiczne i wojskowe, korridy. Na środku posąg króla Piotra I, a w przepięknym neoklasycznym pałacu – Teatr Narodowy. Zaraz obok plac Praca da Figueira – spokojny, rozleniwiony, z klasycznymi budynkami wokoło. Pośrodku wspaniały pomnik króla Joao I na koniu. Zaraz przy Tagu ogromny plac Praca do Comercio. Na środku konny posąg króla Jose I, który panował podczas wielkiego trzęsienia ziemi w 1755 r. i rozpoczął odbudowę Lizbony. Na plac wchodzimy przez monumentalny łuk triumfalny. W 1974 r. rozpoczęła się tutaj rewolucja goździków, która obaliła dyktaturę Salazara. Z kolei na pięknym białym placu Praca do Minicipio znajduje się pręgierz, na którego żelaznym haku wieszano skazanych na pośmiewisko. W eleganckiej intelektualno-inteligenckiej dzielnicy Chiado – plac Praca Luis de Camoes – poświęcony największej postaci literatury portugalskiej, autorowi dzieła „Os Lusiadas”. Każdego 10 czerwca w dzień święta narodowego Portugalczycy składają kwiaty przy pomniku swego największego poety. Tu kończy się dzielnica Ca Baixa – Dolne Miasto z podziałem ulic według wykonywanych zawodów, z główną Rua Angusta, tętniącą życiem i turystami, gdzie są tylko księgarnie i sklepy pamiątkarskie. Od placu Camoes rozciąga się Bairro Alto – malownicze, z wąskimi brukowanymi uliczkami, małymi sklepikami, tawernami, pubami, kawiarniami, salonami fado, restauracjami. W pobliżu ruiny gotyckiego kościoła Igreja do Carno, pozostawione w stanie po trzęsieniu ziemi. Robią wstrząsające wrażenie. Kościół był zbudowany jako dziękczynienie za zwycięstwo pod Aljubarrotą pod wodzą Alvaresa Pereiry. W kościele tym – Muzeum Archeologiczne z zabytkami rzymskimi, wizygockimi, a także z Meksyku i Ameryki Południowej. Do Bairro Alto z Baixy wjeżdżamy żółtą kolejką, by ze wzgórza Miradouro de Sao Pedro de Alcantara oglądać piękną panoramę miasta z zamkiem Castelo de Sao Jorge, katedrą i Tagiem. Tu w pałacyku znajduje się Instytut Wina, gdzie degustujemy trunki z portugalskich winnic. A jest ich ponad 300 gatunków. W neoklasycznym pałacu Palacio de Sao Bento – siedziba parlamentu. Do majestatycznego wnętrza z marmurowymi filarami i rzeźbami wchodzi się po wielkich schodach. Ale najbardziej magiczną dzielnicą Lizbony jest Alfama. Ta leżąca na wzgórzu część miasta pełna jest kolorowych brukowanych uliczek, wąskich i krętych, malowniczych placyków i zaułków ze śladami dawnych, jeszcze arabskich czasów. Przy Rua de Saudade ostały się ruiny teatru rzymskiego z I w. Mnóstwo tu sklepików rybackich, kramów jarmarcznych, restauracyjek. Między uliczkami i placami schodki – często strome – dodają uroku tej niezwykle kolorowej, klimatycznej dzielnicy. W tym labiryncie łatwo zabłądzić, ale urok dzielnicy całkowicie zrekompensuje stres. Na wzgórzu obok Alfamy sroży się zamek Castelo de Sao Jorge (św. Jerzego) – nadający miastu tajemniczości i grozy. Jego ząbkowane mury tchną średniowieczem, z nich roztacza się piękna panorama na Lizbonę i Tag. Przy wejściu posąg króla Alfonsa Henryka – pierwszego monarchy Portugalii. Przy nim malutka średniowieczna dzielnica Santa Cruz. Spacerując, przenoszę się w dawne czasy. Brukowane uliczki, gęsta zabudowa domków z czerwonymi dachówkami, przy nich małe jeziorka i mostki, łabędzie, w miniogrodach pawie i inne ptaki. Nawet nieliczni mieszkańcy wyglądają jakby nie z naszej epoki. Bajkowość całkowita, zniewalająca. Na miejscu głównego meczetu arabskiego Alfons Henryk już w XII wieku zbudował katedrę lizbońską – Se. Na romańskiej fasadzie wielka rozeta i dwie ząbkowane wieże nadają jej wygląd fortecy. Wnętrze jest ciemne, surowe, proste. Tu ochrzczony został św. Antoni Padewski. Przepiękny jest krużganek w stylu gotyckim, z łukami przyozdobionymi rzeźbionymi kapitelami. Bezcenne są detale, jak chrzcielnica z azulejos ze scenami z życia św. Antoniego, kapliczka Bożego Narodzenia z korka czy romańska furtka z kutego żelaza. W katedrze złożone są relikwie św. Wincentego. Mówi się, że gdy za Alfonsa Henryka były przewożone morzem do Lizbony, konwojowały je dwa kruki. Kruki są dziś elementem herbu Lizbony. Obok kościół św. Antoniego, a w nim poświęcone świętemu muzeum.

Nad Tagiem leży dzielnica Belem. Wyróżnia się szerokimi alejami, promenadami, parkami. Tu znajdują się dwa z największych obiektów stylu manuelińskiego – klasztor św. Hieronima i wieża Belem. Stąd Vasco da Gama popłynął do Indii. Klasztor św. Hieronima jest dziełem sztuki architektonicznej i rzeźbiarskiej najwyższej klasy. Został sfinansowany z dochodów z handlu pieprzem, za króla Manuela I ( w XVI w.). Niemożliwe jest, aby wyobrazić sobie coś równie pięknego. To mistrzowskie dzieło sławiące wielkie odkrycia jest najwspanialszą budowlą kościelną w Lizbonie. Cudowne jest to, że przetrwał wielkie trzęsienie ziemi mimo wyjątkowej subtelności i lekkości jego filarów, ozdobionych finezyjnymi rzeźbami. Zdumienie budzi niewiarygodny poziom artystyczny ówczesnych budowniczych. Wnętrze kościoła zadziwia swą niebiańską lekkością i delikatnymi dekoracjami manuelińskimi. W prezbiterium znajdują się grobowce króla Manuela I i Joao III. Pod chórem – manuelińskie grobowce Vasco da Gamy i poety Luisa Camoesa, z ich posągami. Krużganek manueliński wprost olśniewa swym pięknem, a dziedziniec, który obejmuje arkadyjskim czworobokiem – przekształca w przedsionek raju. Całość mało, że zachwyca – zadziwia, a widok da się tylko ująć w zdanie: „To aż takie rzeczy są możliwe?”. Wieża Torre de Belem jest najbardziej reprezentatywnym pomnikiem Lizbony, mówiącym o morskiej przeszłości i potędze Portugalii. Zbudowana w XVI w. dla obrony ujścia Tagu i klasztoru Hieronimitów jest małą fortecą z armatami. Prezentuje style romański i gotycki z dekoracjami arabskimi, choć głównie manuelińskimi. Jej romantyczna sylwetka i egzotyczne dekoracje przyciągają wzrok i wywołują uczucie rozmarzenia, tęsknoty za podróżą w nieznane. Wieża ma pięć pięter. Z tarasu położonego najwyżej rozciąga się panorama szerokiego ujścia Tagu. Na brzegu rzeki, naprzeciw klasztoru św. Hieronima – monumentalny pomnik Odkrywców, zbudowany w 1960 r. w pięćsetną rocznicę śmierci Henryka Żeglarza. Ma kształt karaweli płynącej Tagiem. Henryk Żeglarz stoi na dziobie, a za nim w dwu rzędach Manuel, poeta Camoes z egzemplarzem „Os Lusiadas”, Vasco da Gama, Magellan i wiele postaci żeglarzy, królów i artystów – ludzi, którzy stworzyli potęgę Portugalii, jej wspaniałą historię i sztukę.

Gdy wjeżdża się do Lizbony z głębi lądu, nie sposób zignorować mostów nad Tagiem i akweduktu. W 1966 r. otworzono dwukilometrowy most 25 Kwietnia. To wspaniałe dzieło inżynieryjne. Ale przebija je most Vasco da Gamy z 1998 r., 16-kilometrowy, nad całą doliną Tagu. Na jego brzegu wznosi się potężny posąg Chrystusa Odkupiciela (28 m wysokości) – replika monumentu z Rio de Janeiro. Niezwykle ciekawą budowlą jest 58-kilometrowy akwedukt z 1748 r. do zaopatrywania Lizbony w wodę. Jego wspaniałe łuki wznoszą się na wysokość 65 m. Spinają symbolicznie dzisiejszą Lizbonę z jej starożytną historią. Nie do pominięcia są wspaniałe, przebogate muzea Lizbony, których jest bardzo wiele. Oprócz Muzeum Płytek Azulejos wyróżniają się: Muzeum Narodowe de Arte Antiga w pałacu hrabiów Albor z największą kolekcją malarstwa w kraju. Słynne obrazy to m.in. „Pokusa św. Antoniego” Hieronima Boscha i „Święty Hieronim” Dürera; Muzeum Gulbenkian z kolekcją obejmującą 4 tys. lat historii, w tym sztukę egipską i islamską. Inne wspaniałe to Muzeum Powozów w pałacu Belem, z największą w Europie kolekcją powozów konnych z całego kontynentu, oraz Muzea Archeologiczne – ze starożytną sztuką fenicką, rzymską i grecką.

Stanisław Niećko

 

aaa

 

zdrowie

Do utraty tchu

 

„Mam problemy z podbiegnięciem do autobusu, który czeka na przystanku”, „Nie mogę wykonywać niektórych prac domowych i muszę prosić domowników, by zrobili je za mnie”, „Muszę planować pieszą wyprawę do sklepu i dzielić ją sobie na odcinki, bo jest dla mnie za daleko, by przejść dystans za jednym razem”, „Muszę usiąść w autobusie na miejscu inwalidy – nie mam siły stać podczas podróży komunikacją miejską”. 

To tylko niektóre z odpowiedzi na ankietę przeprowadzoną przez agencję badawczą PBS. Celem badania była diagnoza kondycji płuc Polaków. Z przygotowanego na tej podstawie raportu pod tytułem „POChP – przewlekła obturacyjna choroba płuc. Rzeczywistość chorych w Polsce” wynika, że duszności wysiłkowej doświadcza aż 96 proc. badanych, kaszlu – 92 proc., natomiast 74 proc. – świszczącego oddechu. Niestety, bagatelizujemy te sprawy. Winą za swoje złe samopoczucie obarczamy palenie papierosów, przeziębienie i zakażenie dróg oddechowych, a także stres. Chorzy nie mają świadomości, że cierpią na bardzo poważną chorobę POChP. Jej skrót zna i potrafi rozwinąć co dziesiąty z nas. W Polsce POChP ma około 2 milionów osób, z czego tylko 400 tysięcy o tym wie. Większość z nich to mężczyźni, co wynika z tego, że 20-30 lat temu głównie oni palili papierosy. Od paru lat panie starają się im dorównać, co przekłada się na wzrost rozpoznań POChP wśród kobiet. Ich płuca, zdaniem lekarzy, są bardziej podatne na rozwój tej choroby: szybciej jej ulegają i szybciej dochodzi do rozwoju cięższych jej postaci.

Aż 80 proc. przypadków POChP w Polsce pozostaje nierozpoznanych. Nic dziwnego, że w ciągu roku z powodu tego schorzenia umiera w naszym kraju 15 tysięcy osób. 90 proc. tych zgonów jest skutkiem czynnego lub biernego palenia papierosów, reszta – zanieczyszczenia powietrza w pracy i miejscu zamieszkania. Polska, obok Bułgarii, ma najbardziej zanieczyszczone powietrze w Unii Europejskiej. Szacuje się, że z tego powodu umiera u nas 45 tysięcy osób rocznie. W niechlubnej statystyce zagęszczenia pyłów i gazów na pierwszym miejscu jest Kraków.

Dr n. med. Piotr Dąbrowiecki, prezes Polskiej Federacji Stowarzyszeń Chorych na Astmę, Alergię i POChP, w wywiadzie prasowym wyjaśnia, że ta choroba o tajemniczym skrócie jest schorzeniem układu oddechowego. Polega na występowaniu w płucach przewlekłego stanu zapalnego, który prowadzi do nieodwracalnej obturacji (czyli skurczu) oskrzeli. Ale skutki jej oddziaływania wykraczają poza sam układ oddechowy. Jest to choroba ogólnoustrojowa. Medycyna rozpoznaje ją najczęściej po 40. roku życia, ale zaczyna się znacznie wcześniej: z chwilą, gdy sięgamy po pierwszego papierosa. Musi minąć 15-20 lat, by ciągłe drażnienie dymem tytoniowym wywołało przewlekły stan zapalny, który objawia się zapaleniem błony śluzowej układu oddechowego i zniszczeniem obwodowego miąższu płucnego. Przewlekły stan zapalny i rozedma płuc tworzą razem POChP.

Sęk w tym, że długi czas, jaki mija od pierwszych objawów choroby do jej „wylęgu”, utrudnia właściwą diagnozę. Nie ułatwiają jej sami pacjenci pozostający w błogim przeświadczeniu, że kaszel i duszność wysiłkowa to skutki palenia lub astmy. – Od tego się nie umiera – mówią – tym bardziej że rentgen klatki piersiowej nie wykazał raka.

Tymczasem obiektywną ocenę czynności naszych płuc może dać jedynie badanie układu oddechowego zwane spirometrią. Zaczęto je stosować już w latach 60. w USA i w Europie. Wykonuje się tzw. spirometrię podstawową oraz spirometrię po inhalacji leku rozkurczającego oskrzela. Ocenia się objętość powietrza wydychanego i wdychanego do płuc. Badanie polega na oddychaniu przez ustnik aparatu: najpierw normalnie, a potem nabieramy tyle powietrza, ile tylko możemy, i wydychamy je: szybko, mocno i długo.

W Polsce powszechne badania spirometryczne prowadzone są od siedmiu lat. Z 9 tysięcy osób, jakie zostały im poddane, półtora tysiąca miało objawy POChP, nie mając świadomości tej choroby. Winni są tu nie tylko sami pacjenci, którzy lekceważą długotrwały kaszel i osłabienie fizyczne, lecz pośrednio też lekarze pierwszego kontaktu (to od nich trzeba mieć skierowanie na spirometrię), często niezbyt wnikliwie badający pacjenta lub jako dobrą monetę przyjmujący jego oświadczenie, że nic mu nie jest. Dlatego, aby się upewnić, czy nasze dolegliwości oddechowe mają związek z POChP, przed pójściem do lekarza warto wypełnić test oceniający duszność u pacjenta (mPRC). Oto on:

„Które z poniższych zdań najlepiej opisuje, jak się czujesz? 1. Odczuwam duszność podczas intensywnego wysiłku. 2. Dostaję zadyszki, idąc szybko w terenie płaskim lub podczas wchodzenia na niewielkie wzniesienie. 3. Z powodu duszności chodzę wolniej w terenie płaskim niż osoby w moim wieku lub muszę się zatrzymać dla złapania oddechu, kiedy idę we własnym tempie. 4. Zatrzymuję się dla złapania oddechu po przejściu około 100 m lub po kilkuminutowym spacerze w terenie płaskim. 5. Odczuwam zbyt dużą duszność, aby opuszczać dom, jest mi duszno podczas ubierania się lub rozbierania”.

Nasze odpowiedzi skierują lekarza od razu na właściwy trop. Jeśli mamy POChP, to podstawą leczenia jest stosowanie leków rozszerzających oskrzela. Ich zadaniem jest zapobiegać zapadaniu się i kurczeniu oskrzeli pod wpływem bodźca lub wysiłku. Zmniejszają kaszel, uczucie duszności i częstotliwość zaostrzeń choroby. Te leki są używane od chwili rozpoznania nawet łagodnej postaci choroby, poprzez umiarkowaną, ciężką i bardzo ciężką postać. Praktycznie do końca życia. Na początku są to leki o krótkim działaniu, potem mocniejsze, które na dłużej stabilizują objawy choroby. W kolejnym etapie następuje połączenie obu rodzajów leków, zawartych najlepiej w jednym inhalatorze, by pacjent mógł z nich wygodnie korzystać. W ciężkiej postaci POChP stosowane są też sterydy wziewne.

– Na każdym etapie – zwraca uwagę we wspomnianym wywiadzie dr Dąbrowiecki – dołączenie rehabilitacji, czyli ćwiczeń oddechowych, jest bardzo ważne i pomaga pacjentowi w radzeniu sobie z chorobą, spowalnia proces ubywania aktywnego miąższu płucnego, wydłuża czas do następnego zaostrzenia. Zalecamy też szczepienia ochronne, które powodują, że pacjent rzadziej łapie infekcje. A na końcu, jeśli chory ma już niewydolność oddechową, mamy drugą terapię, która wydłuża mu życie – domowe leczenie tlenem. Zakłada sobie tzw. wąsy tlenowe i z nimi żyje. 16 godzin na dobę musi z tym chodzić, spać, myć się, jeść. To przez jakiś czas, zazwyczaj kilka lat, wydłuża choremu życie.

Bardzo ważne w terapii POChP jest to, co jemy. Szacuje się, że od 25 do 30 proc. pacjentów zmagających się z tą chorobą jest niedożywionych. Powoduje to utratę wagi i masy mięśniowej, co grozi gorszymi rokowaniami. POChP-owcy jedzą mniej, bo szybko są syci. Cierpią na brak apetytu, duszność związaną ze spożywaniem posiłków oraz nadmierną suchość w ustach. Te zaburzenia wiążą się z faktem, że przepona uciska na żołądek i zmniejsza jego objętość. Lekarze zalecają, by w ciągu dnia zjadać małe, ale często podawane porcje. Posiłki powinny być bardziej energetyczne i zawierać więcej białka niż w przypadku osób zdrowych. Zmiany związane z żywieniem należy podejmować stopniowo, np. mleko 2 proc. zastąpić pełnotłustym, sery chude tłustymi itd. Aby zwiększyć kaloryczność posiłków, można dodawać do nich niewielką ilość oleju roślinnego (słonecznikowego, rzepakowego, sojowego) lub masła. Do zup i mięs w sosie warto dodawać jogurt lub mleko w proszku, co podniesie zawartość białka. Wiele potraw można wzbogacać żółtkiem jajka. Ważne są warzywa i owoce, szczególnie papryka, pomidory, cytrusy, jagody, banany, śliwki – ze względu na zawartość witaminy C i potas. Warzyw kapustnych i suchych nasion roślin strączkowych lepiej unikać, ponieważ mogą powodować wzdęcia, a te pogłębiają trudności w oddychaniu.

Niedostatek tlenu w organizmie wpływa na całe ciało. U osoby z POChP dwa-trzy razy częściej zdarzają się zawały serca i udary mózgu. Dwukrotnie częściej rozwija się cukrzyca typu 2. Pojawia się osteoporoza, wyniszczenie organizmu, powikłania zakrzepowo-zatorowe. Chorzy umierają 10- -15 lat wcześniej niż ich rówieśnicy, którzy nie mają tej choroby. Niestety, leczenie po roku, jak twierdzą lekarze, kontynuuje mniej więcej 30 proc. pacjentów. Każdy chce szybkiej poprawy, a jeśli ona nie następuje, rezygnuje z terapii. Tymczasem leki wziewne trzeba brać regularnie, by przyniosły pożądany efekt. Bywa, że chory nie wie, jak używać inhalatora, co może być przyczyną powikłań (chrypa, grzybica jamy ustnej, zaburzenia rytmu serca, wypłukiwanie potasu z krwi). Uczucie dyskomfortu w jamie ustnej to najczęstsza przyczyna przerwania leczenia. Zadaniem lekarza jest wytłumaczenie choremu, po co i jak ma stosować leki. Kiedy pacjent jest świadomy swojej choroby – dłużej i lepiej żyje. Konieczna jest więc współpraca stron, która w praktyce pozostawia jeszcze wiele do życzenia. 

BWO

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Narty biegowe dla niewidomych

W kilku wcześniejszych artykułach zachęcaliśmy Państwa do podjęcia aktywności zimowej na świeżym powietrzu, w tym do rozpoczęcia przygody z narciarstwem biegowym. To sport, który może trenować każdy. Także osoby niewidome i słabowidzące.

Główne walory biegówek to atrakcyjna forma ruchu na świeżym powietrzu, wysiłek nieprzeciążający stawów i wymuszający pracę mięśni całego ciała. Podczas treningu na biegówkach bardzo dobrze buduje się wydolność fizyczna, w szybkim tempie spalane są kalorie i kształtuje się sylwetka. Utrudnieniem może być dostępność przygotowanych tras i zakup specjalistycznego sprzętu: nart z wiązaniami, butów, kijków, odpowiedniego ubioru. Warto jednak ten trud i koszty ponieść, bo sport daje niesamowitą energię i coraz więcej ludzi biega dla zdrowia, przyjemności i utrzymania kondycji właśnie na nartach biegowych.

Narciarstwo biegowe to również sport dla osób niewidomych i słabowidzących, dla których ma szczególne znaczenie, bo uczy ruchów naprzemianstronnych, polepsza koordynację i równowagę, obniża lęk przestrzeni. Wzmacnia zdrowie, odporność i pozwala cieszyć się życiem dzięki wspaniałym chwilom na śniegu. Znajduje się w programie zimowych igrzysk paraolimpijskich, daje więc możliwość rozwijania się w kierunku sportowego trenowania tej dyscypliny. Ma również walory krajoznawcze i turystyczne. Na biegówkach można robić wycieczki do ciekawych miejsc i cieszyć się bliskością natury, lasów, parków, gór.

Osoby niewidome potrzebują znacznie więcej czasu, by oswoić się ze sprzętem, nauczyć podstawowej techniki i nabrać odwagi do szybkiego poruszania się na nartach. Jest to jednak umiejętność, której się nie zapomina i warto ją posiąść. Potrzebny będzie doświadczony nauczyciel albo przewodnik, który wprowadzi w tajniki narciarstwa. Widzący kompan jest niezbędny podczas wycieczek w trudnym terenie, prowadzi osobę niewidomą głosem, a w trudnych momentach również dotykiem. W Polsce powstaje coraz więcej tras do uprawiania narciarstwa biegowego. W popularnych miejscach narciarzy może biegać wielu. Ważne jest, by na szlaku być widocznym i oznakowanym. Chodzi o to, by inni narciarze mieli świadomość, że przed nimi na nartach porusza się osoba niewidoma, i zachowali szczególną ostrożność. Do tego mogą posłużyć odblaskowe plastrony, na których powinien znaleźć się napis „niewidomy” lub/i „blind” w języku angielskim. Przewodnik też powinien być oznakowany.

Czym powinien charakteryzować się sprawny przewodnik? Przede wszystkim dobrymi umiejętnościami jazdy na nartach, być w stanie w trudnych momentach, szczególnie podczas zjazdu, podtrzymać osobę niewidomą, pomóc skręcić lub zahamować. Powinien również dobrze nawiązywać kontakt, być otwartym i przewidywać wydarzenia na trasie, aby w porę ostrzegać swojego kompana.

Na zawodach osoby z dysfunkcją wzroku obowiązkowo startują w odblaskowych znacznikach. Gdy jest to bieg masowy (a na takich startuje nawet po kilka tysięcy ludzi), osoby niewidome wraz z przewodnikami ruszają na 10 minut przed rozpoczęciem biegu, tak by uniknąć tłumów. Czas jest mierzony netto, czyli od momentu przekroczenia bramki startowej. Niektórzy przewodnicy mają elektroniczne wzmacniacze głosu, by stale być dobrze słyszalnym. Nie ma określonego sposobu, w jaki przewodnik powinien się poruszać. To, czy biegnie obok, z przodu czy z tyłu niepełnosprawnego zawodnika, wynika ze wspólnych preferencji. Zazwyczaj jedzie jako pierwszy i nawołuje, instruuje, podpowiada. W trudnych momentach trasy biegnie obok, a na odcinkach zjazdowych może złapać za kijek podopiecznego i prowadzić go dodatkowo, niemalże za rękę. Na zawodach wyższej rangi są wyznaczone strefy, w których przewodnik może przytrzymywać zawodnika, na innych odcinkach trasy jest to zakazane. Czasami zdarzy się również, że przewodnik znajdzie się za podopiecznym i musi do niego jak najszybciej dojechać. Oprócz dobrego zgrania potrzebne jest wzajemne zaufanie oraz znajomość umiejętności zawodnika i wspólne „obieganie”.

Nauka i doskonalenie techniki jazdy na nartach biegowych są bardzo istotne dla osób niewidomych. Ważny jest zasób podstawowej sprawności fizycznej, ćwiczenia równowagi oraz treningi kondycyjne, które można zaaplikować przed sezonem. Latem pomocniczo można wprowadzić jazdę na łyżworolkach lub nartorolkach, która uczy lokomocji i równowagi. W zimie warto wykorzystywać tory narciarskie, dzięki którym narty będą prowadzone równolegle, będzie równo i bezpiecznie, co przyspieszy samą naukę. Dodatkowo można wykonać ćwiczenia metodyczne na równym podłożu. Oto propozycje.

Bieganie bez kijków – to podstawowe ćwiczenie dla narciarzy na każdym poziomie. Wymusza trzymanie równowagi na nartach, uczy prawidłowego odbicia z nogi, szukania fazy poślizgu. Osobę niewidomą należy wprowadzić w tor lub na ubity śnieg i towarzyszyć jej, podpowiadając. Gdy trzeba pokazać lub wymusić jakiś ruch, należy przez dotyk pokazać jego przebieg osobie niewidomej, na bieżąco korygować błędy i podpowiadać.

Ćwiczenia równowagi pomogą szybciej opanować podstawową technikę: stanie na jednej narcie, jazda na jednej narcie, to samo w pozycji jaskółki, podskoki obunóż i do rozkroku, podskoki jednonóż; jazda na jednej narcie w torze, podczas gdy druga noga, wolna od narty, odpycha się od podłoża – czyli jak najdłuższa jazda tzw. jaskółką.

Bieganie na jedną nogę – tzw. hulajnoga – jest to bardzo trudne ćwiczenie, ale zmusza do dobrego dociśnięcia nogi odbijającej i wyczucia przy odbiciu. Ćwiczymy odbicie z jednej nogi, po odbiciu narta dojeżdża na wysokość drugiej i rozpoczyna się kolejne odbicie z tej samej nogi.

Nauka pracy ramion i przenoszenia kijka podczas kroku naprzemianstronnego poprzez: wbijanie kijka pod kątem, aktywną pracę ramion, synchronizowanie odbicia nogi i pracy ramienia, przenoszenie kijka tuż nad śniegiem, fazę przyciągnięcia i odepchnięcia na kijku.

Nauka bezkroku: faza wejścia ciężarem na kijki i pracy tułowiem, faza dopchnięcia ruchu ramionami, faza wyrzutu i puszczenia kijków za sobą. Najlepiej ćwiczyć w dobrych warunkach poślizgu lub w terenie lekko opadającym.

Nauka jednokroku klasycznego (krok najtrudniejszy koordynacyjnie). Polega na odbiciu nogą, po czym następuje odepchnięcie dwoma kijkami jednocześnie. Przeniesienie ramion w przód następuje w czasie odbicia nogą. 

Ćwiczenia jazdy na niewielkiej szerokiej górce z ubitym śniegiem

Jazda na wprost, z przewodnikiem i samodzielnie.

Zmiana kierunku przestępowaniem w miejscu, w czasie jazdy z przewodnikiem, samodzielnie na głos.

Hamowanie pługiem, hamowanie razem z przewodnikiem (nartami zewnętrznymi).

Łuki płużne – samodzielnie i podczas jazdy z przewodnikiem.

Podbiegi krokiem naprzemianstronnym i biegowym.

Nauka kroku rozkrocznego – w marszu i w biegu.

Nauka ewolucji zjazdowych, skręty z oporu, nauka szybszej jazdy, pozycji zjazdowej niskiej, zjazdy w torze, wyjście i wejście do toru podczas jazdy, jazda na jednej narcie.

Po opanowaniu podstawowych kroków biegowych i ewolucji na górce zawodnik i jego przewodnik będą na tyle przygotowani, by mogli sprawdzić się na trasach biegowych w górach lub na zawodach dla amatorów. Powodzenia! 

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Ofiara na h6 (h3) w ataku na króla

Jednym ze sposobów ataku na pozycję roszady jest dotarcie hetmana na pola h6 lub g6, skąd stwarza bezpośrednie groźby królowi. Aby to umożliwić, niezbędne jest poświęcenie rozbijające pionkową osłonę nieprzyjacielskiego monarchy. Bardzo często rolę „mięsa armatniego” odgrywa goniec zabijający pionka na polu h6 (h3). Na początek dwa przykłady, w których atak błyskawicznie zakończył grę:

Partia początkujących szachistów

1...Sh5? 2.G:h6 gh6? Lepsze 2...Hd6, godząc się z utratą pionka 3.H:h6 Grozi zabicie skoczka oraz 4.Hh7+ Kf8 5.Hh8x 3...Sf6 Skoczek chroni pole h7, ale nie na długo 4.Sg5 Wf8 Groziło 5.Gh7+ Kh8 6.S:f7x 5.W:e7! H:e7 Lub 5...S:e7 6.Gh7+ Kh8 7.H:f6x 6.S:d5 Mat jest nieuchronny – czarne poddały się.

A. Koblenc – R. Wade

Margate 1936

1.G:h6! gh6 Również po nieprzyjęciu ofiary 1...f5 2.Gg5 pozycja czarnych była przegrana 2.H:h6 Gf6 Nie ratują i inne obrony: 2...f5 3.H:e6+ Kg7 4.H:f5 czy 2...Sf6 3.Sg5 Gd8 4.Gh7+ S:h7 5.H:h7+ Kf8 6.Sg6+ fg6 7.S:e6x 3.Gh7+ Kh8 4.S:f7+ i czarne skapitulowały z uwagi na 4...G:f7 5.Gg6+ Kg8 6.Hh7+ Kf8 7.H:f7x

Kolejne przykłady poświęcenia gońca są bardziej złożone:

Y. Miyasaka – A. Tarazi

Olimpiada szachowa, Siegen 1970

1.e4 e5 2.Sf3 Sc6 3.d4 ed4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 Gb4 6.S:c6 bc6 7.Gd3 d5 8.ed5 cd5 9.0–0 0–0 10.Gg5 c6 11.Hf3 Ge7 12.Wae1 h6?! To posunięcie formalnie nie przegrywa, ale prowadzi do pozycji, w której szczytowym osiągnięciem czarnych jest remis. Bardziej elastyczne było 12...We8 i dopiero potem h7-h6

13.G:h6!? gh6 Przegrywa wtrącenie 13...d4?! 14.Se4, np. 14…gh6 15.S:f6+ G:f6 16.He4 lub 14...S:e4 15.H:e4 f5 16.H:e7 14.He3 Podwójny atak: na punkty e7 i h6

14…We8? Ta niedokładność prowadzi do przegranej. Po prawidłowym 14...d4! 15.H:h6 Hd6! 16.Hg5+ Kh8 białe powinny zadowolić się wiecznym szachem 17.Hh6+ Kg8 18.Hg5+. Gorszą alternatywą jest lepsza dla czarnych końcówka: 17.We5?! Sg4! 18.Hh5+ Hh6 19.H:h6+ S:h6 20.W:e7 dc3 21.bc3 Kg7 15.H:h6 Teraz grozi włączenie do ataku wieży przez trzecią bądź piątą linię 15...Hc7 Inne odpowiedzi nie są lepsze:15...Hd6 16.We3 Gg4 17.Hg5+ Kf8 18.h3; 15...d4 16.We5 lub 15...Gf8 16.W:e8 H:e8 17.H:f6 16.We3 Gg4 17.h3 Dobre było także 17.Wfe1 Gc5 18.W:e8+ W:e8 19.Gh7+ S:h7 20.W:e8+ Gf8 21.W:f8+ S:f8 22.Hg5+ Sg6 23.H:g4 z wygraną końcówką 17...d4? Również i po stosunkowo lepszym 17...Gf8 18.H:f6 wynik partii był przesądzony 18.Wg3 He5 Niczego nie zmienia 18...dc3 19.W:g4+! czy 18...Gd6 19.Gh7+! Kh8 20.H:f6+ K:h7 21.W:g4 19.f4 He6 20.W:g4+ H:g4 (20...S:g4 21.Hh7+) 21.hg4 dc3 22.g5 Prościej wygrywało 22.bc3 22...Gc5+ 23.Kh1 Sg4 24.Hh7+ Kf8 25.Gc4! Ke7 26.H:f7+ Kd6 27.Wd1+ Gd4 28.W:d4+ Kc5 29.Ge2! K:d4 30.Hc4+ (30.bc3+ K:c3 31.G:g4) 30...Ke3 31.G:g4 Kf2 32.H:c3 Wh8+ 33.Gh3 Wae8 34.Kh2 Wh7 35.Hg3+ 1–0

Z. Almasi – W. Michalewski

Heviz 2008

Białe: Kg1, Hh5, Wc1, Ge3, Sf3, Sg3, b2, e5, f2, g3, h4

Czarne: Kg8, Hb7, Wd8, Ge7, Sb5, Se6, a6, c7, f7, g7, h6
25.G:h6! Tutaj skuteczność ataku zależy od szybkiego włączenia wieży do akcji 25...gh6?! Z perspektywy dalszego ciągu partii wynika, że czarne nie powinny przyjmować ofiary. Po 25...Sbd4!? 26.S:d4 W:d4 27.Sf5 g6! 28.S:e7+ Kh7 29.He2 K:h6 miały tylko trochę gorszą pozycję 26.Sf5! Po niedokładnym 26.H:h6? Sbd4 27.S:d4 W:d4 28.Sf5 Gf8 atak zostałby odparty 26...Gf8 27.Wc4 Teraz czarne już nie mają przesłony na d4: 27...Wd7 28.S:h6+ Możliwe, choć nie tak skuteczne było planowe 28.Wg4+ Kh7 29.Sg5+ S:g5 30.hg5 Hb6 31.gh6 He6 32.Wg7+ Kh8! i czarne się jeszcze trzymają 28...G:h6 29.H:h6 Sbd4 30.S:d4 S:d4 W przypadku 30...W:d4 31.W:d4 S:d4 32.Hg5+ Kh7 33.Hh5+ Kg7 34.Hg4+ czarne traciły skoczka. Teraz wydaje się, że czarne odparły bezpośrednie groźby, ale… 31.e6! Ten przełom rozstrzyga. Czarne muszą ponieść straty 31…Wd5 Lub 31...fe6 32.W:d4 W:d4 33.H:e6+ Kh7 34.Hf7+ Kh8 35.Hf6+ i 36.H:d4 32.ef7+ K:f7 33.W:c7+! Końcowe uderzenie następuje z zupełnie nieoczekiwanej strony: 33...H:c7 34.H:h7+ 1–0

L. Szamkowicz – A. Anguiano

Meksyk 1978

Białe: Kg1, Hc2, Wc1, Wf1, Ga2, Gf4, Sc3, Se5, a3, b2, d4, e3, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hb6, Wa8, Wd8, Gb7, Ge7, Sd7, Sf6, a7, b5, c6, e6, f7, g7, h6

15.G:h6! W tej partii ofiara jest wstępem do następnego uderzenia, które ma umożliwić dotarcie białego hetmana na g6 z szachem 15...gh6?! Ryzykowna decyzja. Ofiarę należało zignorować. Po 15...c5! (Teraz punktu e6 broni hetman) 16.dc5 H:c5 17.S:d7 (17.G:e6? S:e5) 17...W:d7 czarne miały małą inicjatywę za pionka 16.G:e6! S:e5 Oczywiście nie wolno 16...fe6? 17.Hg6+ z matem 17.de5 Sd5? W przypadku 17...fe6? 18.Hg6+ Kh8 19.ef6 Gf8 20.f7 Gg7 21.Se4 rozstrzygała groźba 22.Sf6, ale po 17...Kg7! 18.ef6+ G:f6 walka mogła się jeszcze toczyć dalej 18.Hg6+ Kh8 19.H:h6+ i czarne skapitulowały z uwagi na wariant 19...Kg8 20.Hg6+ Kh8 21.Hh5+ Kg7 22.H:f7+ Kh8 23.Gf5.

Częste są przypadki, gdy ofiara jest z pogranicza poprawności. Wynik partii zależy wówczas od umiejętności partnerów:

Obrona królewsko-indyjska

S. Kucin – A. Frołow

Kijów 1995

1.d4 Sf6 2.c4 g6 3.Sc3 Gg7 4.e4 d6 5.Sf3 0–0 6.Ge2 e5 7.0–0 Sc6 8.d5 Se7 9.Se1 Sd7 10.Ge3 f5 11.f3 f4 12.Gf2 g5 Jedno z głównych odgałęzień pozycji prowadzące do bardzo ostrej gry 13.a4 a5 14.Sd3 b6 15.b4 Każda ze stron atakuje na „swoim” skrzydle 15...ab4 16.Sb5 Białe planują zabić na b4 gońcem, aby szybciej otworzyć linie po a4-a5 16...Sf6!? Często dojście do g5-g4 wspomaga ruch h7-h5. W tej partii udało się czarnym zaoszczędzić ważne tempo 17.Ge1 g4! 18.G:b4 Niedobre jest 18.fg4, bo S:e4 18...g3 19.h3 Zasługiwało na uwagę 19.a5 ba5 20.W:a5 gh2+ 21.K:h2, choć i wtedy biały król nie czułby się bezpiecznie. Po ruchu w partii białe planują Wf1–e1 i Ge2-f1, stwarzając solidną pozycję obronną.
19...G:h3!? Trudno jednoznacznie ocenić ten ruch. Jedno jest pewne – daje on czarnym inicjatywę i cały ciężar gry przenosi na skrzydło królewskie. W bardzo skomplikowanej pozycji trudno policzyć warianty do końca. Większość decyzji podejmowana będzie intuicyjnie 20.gh3 Hd7 21.Hc2 Hetman włącza się do obrony króla po drugiej linii. Próba obrony pionka h3 kończyła się katastrofą 21.Kg2? Sg6 22.Wh1 Sh4+ 23.Kg1 S:e4! 24.fe4 f3 i pozycja białych się rozsypuje 21...H:h3 22.Gd1 Sg6 23.Hg2 Wymuszone. Groziło 23...Sh4 24.Se1 Sh5 z dalszym 25…g2! 26.S:g2 Sg3 23...Hh6? Złe odejście hetmana. Lepsze 23...Hd7, broniąc pionka c7 24.Hh1? Białe nie odważyły się zagrać 24.S:c7! chociaż pionka można było zabrać bezkarnie: 24.S:c7! Sh4 i teraz nie 25.He2? S:e4! 26.fe4 (26.H:e4 Sg2!) 26...f3!, ale 25.Hd2! Przy takiej pozycji hetmana po 25…S:e4 26.fe4 nie ma ruchu f4-f3, a w przypadku 25...g2 26.We1 S:f3+ 27.G:f3 Hh1+ 28.Kf2 Hh4+ 29.K:g2 Hg3+ 30.Kh1 H:f3+ 31.Hg2 H:d3 32.Wa3 H:c4 32.G:d6 czarne miały kłopoty 24...Sh4 25.Se1? Wyposażony w komputer współczesny analityk bez trudu wskaże jako lepsze profilaktyczne 25.We1 25...S:e4! Teraz czarne uzyskują przewagę, ale jak się okazuje nie na długo 26.Sg2 Przegrywa 26.fe4 f3! 27.W:f3 W:f3! z groźbą 28…He3+ 26...Wf5? Lepsze 26...S:f3+!? 27.G:f3 H:h1+ 28.K:h1 Sf2+ 29.Kg1 e4 z korzystnymi dla czarnych komplikacjami 27.fe4 f3 28.G:f3 Grający białymi odrzucił możliwość

28.H:h4, bo 28…fg2! i wydaje się, że czarne wygrywają. Jest jednak niesamowity, nie do wymyślenia przez człowieka, ruch 29.Wf4!!, który po 29…W:f4 30.H:h6 G:h6 31.K:g2 prowadził też do mniej więcej równej gry 28...S:f3+ 29.W:f3 H:h1+ 30.K:h1 W:f3 31.Kg1 W powstałej końcówce szanse stron są wyrównane. Pozycja pozostaje jednak ostra i łatwo o pomyłki 31...Wb3?! Lepsze 31...Gf8!, aby po ewentualnym 32.S:c7 Wc8 nie było 33.G:d6 32.S:c7 Wf8 (32...Wc8? 33.G:d6) 33.Ge1? Białe obawiały się wtargnięcia wież na drugą linię i nie poszły na wariant 33.G:d6! Wf2, chociaż 34.Se6 Wbb2 35.Se1 Gh6 36.Wa3! dawało im lepsze szanse 33...Gf6 34.Sb5 Ge7 35.Wa3? W pozycjach, w których dwie lekkie figury walczą z wieżą, dla strony „lekkofigurowej” korzystna jest większa liczba bierek na szachownicy. Decyzja o wymianie wież jest więc błędna i wynika prawdopodobnie z chęci uproszczenia gry w niedoczasie. Lepsze 35.Gc3 35...W:a3 36.S:a3 Wf3 37.Sc2 Gg5 38.Gb4 h5 39.Sce1?! Lepsze 39.G:d6 h4 40.S:h4 G:h4 41.G:e5 39...Wf6 40.a5 ba5? Wypuszcza większość przewagi. Należało wtrącić 40...h4! 41.S:h4 i dopiero teraz 41…ba5 42.G:a5 G:h4 41.G:a5 Wf2 Do podanego wcześniej wariantu przejść nie można: 41...h4? 42.Gd8! 42.Gc7 Ge7 43.Se3 We2 44.S1g2 Wa2?! Niewielką przewagę zachowywało 44...Wb2 45.c5! Wa1+ 46.Sf1 h4 Teraz po 46...dc5 47.G:e5 goniec atakuje wieżę, co daje białym ważne tempo 47.S:h4 G:h4 48.G:d6 We1 49.c6 W:e4 50.c7 Wc4 51.G:e5 Kf7 52.S:g3 G:g3 i zgodzono się na remis. Bardzo ciekawa, dramatyczna partia!

L. Aronian – S. Karjakin

Zurych 2015

Białe: Kg1, Hh3, Wa1, Wd1, Gc1, Gd3, Se4, a2, b2, e5, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, Hb6, Wd8, Wf8, Ga6, Ge7, Sd5, a7, b4, e6, f7, g7, h6

W powstających komplikacjach trudno się połapać nawet najlepszym współczesnym szachistom. Oto świeży przykład: 1.G:h6! gh6 2.H:h6 f5 Jedyna obrona. Natychmiast przegrywa 2...G:d3? 3.W:d3 czy 2...f6 3.Hg6+ Kh8 4.S:f6. Tutaj grający białymi policzył, że przewagi nie daje 3.ef6 G:f6 4.Hg6+ (Lub 4.S:f6+ W:f6 5.Hh7+ Kf8) 4...Gg7 5.G:a6 Sf4! 6.Hg4 H:a6 7.W:d8 (7.Sf6+?! Kf7 8.H:f4 G:f6) 7...Se2+ 8.Kh1 W:d8 ani 3.G:a6 fe4 czy też 3.Sg5 G:g5 4.H:g5+ Kh7, a po próbie włączenia do ataku skoczka przez 3.Sg3 jest 3...Wf7! 4.S:f5 ef5 5.H:b6 S:b6 6.G:a6 Wff8. Zdecydował się więc forsować remis przez wieczny szach 3.Hg6+ Kh8 4.Hh6+? 4...Kg8 5.Hg6+ Kh8 6.Hh6+?

Po partii kibice (korzystający oczywiście z komputera…) pokazali arcymistrzowi, że wygrywało 4.Sg3! (właśnie przy królu na h8, bo nie ma odpowiedzi Wf7) 4…Gc5 (Złe jest 4…Sf4 5.Hh6+ Kg8 6.G:a6) 5.Hh6+! (Ważne wtrącenie. Po natychmiastowym 5.Sh5 jest 5…Wd7 6.G:a6 Wg8!) 5...Kg8 6.Sh5 G:f2+ 7.Kh1 i czarne powinny przegrać. Trudno liczyć na ratunek w pozycji bez dwóch pionków po 7…Hc7 8.H:e6+ Hf7 9.H:f7+ K:f7 10.G:a6 Wh8?! 11.Wf1, ale inne odpowiedzi są jeszcze gorsze, np. 7...Wd7 8.G:a6 H:a6 (Po 8...Wh7 9.Hg6+ Kh8 z groźbą 10…Wg8 wygrywa 10.W:d5! ed5 11.Sf6 Hc7 12.S:h7 H:h7 13.Hd6) 9.W:d5!

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

Kontynuując rozpoczęty poprzednio temat, chcę przeanalizować bardzo piękne przykłady partii, w których rozstrzygnięcie nastąpiło poprzez atak na długim skrzydle. Już w ich środkowej części wskutek bardzo dokładnej gry pozycyjnej lub w wyniku licznych zagrożeń kombinacyjnych dochodzi do zdobycia przez któregoś z zawodników większej przestrzeni na warcabnicy i powstają wówczas warunki do ataku na krótkim lub długim skrzydle. Często w takich sytuacjach nawet bardzo dokładna gra obronna może nie wystarczyć do osiągnięcia remisu. Poniższe przykłady pochodzą z mistrzostw świata w 2007 r.

 

A. Czyżow (Rosja) – J. Łagoda (Ukraina)

1. 32-28 19-23 2. 28x19 14x23 3. 37-32 10-14 4. 41-37 17-21 5. 34-29

Białe odchodzą od utartych ścieżek teoretycznych na rzecz prowadzenia twardej, nieustępliwej walki o centrum.

5... 23x34 6. 39x30 20-25 7. 44-39 25x34 8. 40x29

Powstał niekorzystny układ 29-35, ale były mistrz świata, prowadząc walkę o centrum, liczy na swoje duże doświadczenie.

8... 21-26 9. 45-40 16-21 10. 39-34 21-27 11. 31x22 18x27 12. 32x21 26x17

Po ostatnich wymianach tempo białych wzrosło do +5, co jest korzystne w wybranym planie gry.

13. 43-39 12-18 14. 37-32 7-12 15. 46-41 1-7 16. 41-37 18-23 17. 29x18 12x23 18. 48-43

Białe przygotowują się do ponownego zajęcia pola 29, co pozwoli im przejąć inicjatywę.

18... 7-12 19. 50-45 12-18 20. 34-29 23x34 21. 40x29 14-19 22. 35-30

Zagranie mające na celu ucieczkę od układu 29-35.

22... 19-24 23. 30x19 13x24 24. 29x20 15x24 25. 49-44

Zajęcie pola 24 jest wstępem do budowania klasyki, poprzez którą czarne chcą powstrzymać dominację białych w centrum. Dlatego białe przygotowują się do wymiany pionka 24, co pozwoli im kolejny raz zdobyć kontrolę nad polem 29.

25... 5-10 26. 33-29! 24x33 27. 38x29 10-14 28. 39-33 14-19 29. 42-38 8-13 30. 44-39 17-22 31. 37-31 9-14 32. 45-40

Białe mają inicjatywę i czarne muszą dokładnie się bronić. Przy dobrze usytuowanej obronie na długim skrzydle czarne niepotrzebnie zagrały:

32... 14-20?

Po tym zagraniu białe ustawiają kolumny i przystępują do ataku na długim skrzydle.

33. 39-34! 20-25 34. 43-39

Grozi 35. 29-24 19x30 36. 40-35.

34... 19-23?

Pionek na 23 będzie zagrożony. Lepsze było 34... 19-24 35. 29x20 25x14.

35. 40-35 11-17 36. 32-27 6-11

Czarne bronią się przed 37. 38-32.

37. 47-41 11-16 38. 31-26 22x31 39. 36x27 2-7 40. 35-30 4-9 41. 41-36 3-8 42. 30-24

Białe przygotowują plan wygrania pionka 23, co doprowadzi do dalszych pozycyjnych ustępstw ze strony czarnych.

42... 17-22 43. 38-32 22x31 44. 36x27 18-22

Jedyna możliwość obrony przed stratą pionka.

45. 27x18 23x12

Pozycyjna przewaga białych jest bardzo duża. Ważne jest powiększenie zdobytej przestrzeni na warcabnicy i czarne zostaną pozbawione obrony na długim skrzydle.

46. 29-23! 12-17 47. 33-29!

Białe przygotowały sobie drogę do damki i czarne nie mogą się temu przeciwstawić.

47… 7-12 48. 23-19 17-21 49. 26x17 12x21 50. 32-28 21-26 51. 19-14 9x20 52. 24x15 13-19 53. 29-23 26-31 54. 23x14 31-37 55. 14-10 37-41 56. 10-5 41-47 57. 5-23!

Białe otworzyły sobie drogę do kolejnej damki i jednocześnie ustawiły pułapkę. Czarne nie mogą zagrać 57… 47-29 ani 47-33, gdyż w obydwu przypadkach przegrywają po 58. 34-30.

57… 47-42 58. 15-10 42-48 59. 23-14 8-12 60. 10-4 12-17 61. 14-19 48-37 62. 28-23 37-48 63. 19-2 48-26 64. 39-33 26-21 65. 33-29

Interesujące, że czarne nie mogą zaatakować żadnego pionka.

65… 21-26 66. 4-27 26-21 67. 27-38

I czarne poddały się. Po 67… 21x30 68. 2x35 mogło jeszcze nastąpić 68… 17-21 69. 29-24 21-27 70. 35-44 27-32 71. 44-33 32-37 72. 33-47 16-21 73. 23-19 21-27 74. 19-14 27-32 75. 14-10 37-41 76. 47x36 32-38 77. 36-47 38-43 78. 47-38 43x32 79. 10-5 32-38 80. 24-20.

 

J. Łagoda (Ukraina) – J. Ndjofang (Kamerun)

1. 34-29 17-21 2. 31-26 19-23 3. 26x17 12x21 4. 40-34 14-19 5. 45-40 7-12 6. 50-45

Wymiana 6. 29-24 19x30! 7. 34x14 10x19 zwiększyłaby tempo czarnych.

6… 1-7 7. 36-31 10-14

Po 7… 21-26 8. 32-28 23x32 9. 37x28 26x37 10. 41x32 białe zyskałyby +6 temp.

8. 29-24 20x29 9. 33x24 19x30 10. 34x25 13-19 11. 39-33 8-13 12. 32-28 23x32 13. 37x28 15-20 14. 44-39 2-8.

W walce o centrum ważne jest zdobycie przewagi temp. Czarne przygotowują kolumny umożliwiające podwójną wymianę 19-23, która zwiększy ich tempo o 6 punktów.

15. 40-34 4-10 16. 45-40 12-17 17. 41-36 19-23 18. 28x19 14x23 19. 25x14 10x19 20. 33-29

Białe przy pomocy kolumny starają się ograniczyć aktywność silnego centrum przeciwnika.

20... 5-10 21. 38-33 10-15 22. 35-30 7-12 23. 31-26 15-20 24. 42-38 20-25!

Aktywność białych na krótkim skrzydle została ograniczona. Jednocześnie czarne planują wtargnięcie na pole 28, w czym pionek na 25 ma spełnić ważną rolę.

25. 46-41 23-28! 26. 33x22 17x28 27. 26x17 11x22 28. 41-37

Mogłoby się wydawać, że czarne zostaną związane w centrum i inicjatywę przejmą białe. Grozi 29. 38-33. Wicemistrz świata posiada godne podziwu umiejętności łączenia gry kombinacyjnej z pozycją.

28... 12-17!!

I okazuje się, że białym grożą kombinacje, przed którymi nie mają dobrej obrony na przykład 29. 38-32 19-24 30. 32x21 24x24. Po 29. 38-33 18-23 30. 29x27 17-21 31. 33x22 28x41 czarne przechodzą do damki. Białe zostały zmuszone do słabego pozycyjnie zagrania:

29. 29-24 28-32

Kolumna w centrum spełniła swoje zadanie i należało jej się pozbyć, żeby nie doszło do związania po 30. 38-33, co w znacznym stopniu zmniejszyłoby przewagę czarnych.

30. 38x27 22x42 31. 47x38 19-23!

Białym grozi kolejna kombinacja.

32. 40-35?

Teraz czarne mają czas na ustawienie niebezpiecznej kolumny 12-23. Lepiej było podjąć próbę zasłonięcia pola 29, bez obawy przed wariantem 32. 38-33 23-29 33. 34x21 25x45 34. 49-44 16x27 35. 24-19 13x24 36. 44-40 45x34 37. 39x19.

32... 8-12! 33. 48-42 16-21 34. 42-37 21-26 35. 49-44

Kolumna 12-23 niemal paraliżuje poczynania białych, które muszą szukać sposobu na jej zlikwidowanie. W tym czasie czarne mogą konsolidować siły do ataku na długim skrzydle.

35... 17-22 36. 34-29 23x34 37. 39-33 22-27

Nic nie dawało 37... 34-40 38. 44-39 25x34 39. 35x44

38. 30x39 12-17!

Poprzez zagrożenia kombinacyjne czarne nie pozwalają na jakiekolwiek zagrania do centrum, a po 39. 37-32 27-31 40. 36x27 17-22 41. 27-21 26x17 długie skrzydło białych byłoby bardzo osłabione.

39. 35-30 25x34 40. 39x30 6-11 41. 24-20 9-14 42. 20x9 13x4

Kontynuując plan ataku długiego skrzydła przeciwnika, czarne pomyślały o obronie na swoim skrzydle.

43. 44-39 17-22 44. 39-34 11-17 45. 34-29

Pozornie obrona białych wygląda na solidną, czarne znajdują jednak piękny i pouczający motyw otwarcia sobie drogi do damki.

45... 27-32! 46. 37x28 26-31 47. 36x27 22x31 48. 38-32 31-36 49. 32-27 36-41 50. 28-23 18-22 51. 27x18 41-47 52. 30-25 47-36 53. 18-13 36x9 54. 29-24 9-31 55. 24-19 31-48 56. 43-38 48-34 57. 33-29 34-40 58. 25-20 17-22 59. 38-33

Groziło 59... 22-28.

59... 40-35 60. 29-24 35-40 61. 20-15 40x12 62. 24-20 12-26

I białe poddały się. Dalej możliwy był wariant 63. 20-14 26-37 64. 33-29 37-41 65. 29-23 22-28 66. 23x32 41x28 z wygraną czarnych.

Jan Sekuła

 

aaa

 

kultura

Walka o każdy metr

„Kiedy siadał na belce startowej, sportowy świat wstrzymywał oddech i czekał na wspaniałe narciarskie przedstawienie. Thomas grał w nim zazwyczaj główną rolę. Czytając książkę, odkrywamy jednak nie tylko sportowca, ale przede wszystkim niezwykle wrażliwego człowieka, dzielnie walczącego o zwycięstwo zarówno na skoczni, jak i w życiu. To bardziej powieść niż klasyczna autobiografia. Porywająca historia mistrza, który w ciekawy sposób odkrywa niemal wszystkie swoje karty. Thomas Morgenstern, jakiego chyba nie wszyscy znali, a jakiego naprawdę warto poznać…” – tak dziennikarz Sebastian Szczęsny pisze o książce „Moja walka o każdy metr”. Jej bohater – austriacki skoczek narciarski, ośmiokrotny mistrz świata, trzykrotny mistrz olimpijski – zakończył niedawno karierę. Autobiografia jest podsumowaniem jego sportowej drogi na szczyt i próbą wyjaśnienia nam, dlaczego nie będzie już skakał.

Morgenstern przede wszystkim zwierza się w niej ze swoich odczuć: opowiada o tym, że na belce startowej jest zawsze sam, że musi zmierzyć się ze swoim strachem i podjąć decyzję, czy tym razem kierować się rozsądkiem, czy postawić wszystko na jedną kartę. „Kiedy ci się już udało, kiedy trafiasz do światowej czołówki, w pewnej mierze musisz podejmować ryzyko. Inaczej nie będziesz w stanie się wybić. Ryzyko to nieodłączna część mojego życia” – pisze Thomas.

Jak wskazuje tytuł, jego kariera to ciągła walka. Z czym musiał się zmagać? Przede wszystkim z paraliżującym strachem, który nasilił się po szczególnie niebezpiecznym upadku. „Boję się przed każdym skokiem, ale mimo to skaczę, bo to kocham” – pisze Morgi.

„Moja walka o każdy metr” to lektura napisana lekkim, potocznym językiem, bez specjalistycznych terminów czy nadmiernego filozofowania. Wyłania się z niej prostoduszny, swojski chłopak, który może trochę kozakuje, ale da się lubić. Polecam, szczególnie tym, którzy kiedykolwiek kibicowali Małyszowi czy Stochowi. Myślę, że wiele osób dopiero po lekturze tej książki uświadomi sobie, jak bardzo ryzykowny jest to sport.

Barbara Zarzecka

Książka Thomasa Morgensterna „Moja walka o każdy metr”, wydana w styczniu 2016 r. przez wydawnictwo SQN, dostępna jest również w postaci e-booka (epub, mobi).