stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 3 (120) Marzec 2015

CROSS 3/2015

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 3 (120)

Marzec 2015 r.

MIESIĘCZNIK

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

Skład, druk, oprawa i kolportaż:

EPEdruk Spółka z o.o.

ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje


Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Niewidomi na macie

Andrzej Szymański

Trening z Mistrzem

Andrzej Szymański

Hej, na morze czas!

Kazimierz Gąska

Mistrzowie szlifują formę

Mirosław Jurek

Wiadomości        

Oj, będzie bal!

Antoni Szczuciński

Indiańskie dziedzictwo Peru

Monika Dubiel

Kolorowe pigułki

(BWO)

Na lodowisko

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard  

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Ali Największy

Barbara Zarzecka

 

Na początek

aaa

 

sztuki walki

 

Niewidomi na macie

 Kolejne bariery niedostępności różnych dyscyplin sportu są konsekwentnie przełamywane przez osoby niewidome i słabowidzące. Od dziesięciu już lat zainteresowani mogą uczestniczyć w zajęciach z samoobrony z wykorzystaniem wschodnich sztuk walki.

W 2003 roku w Krakowie powstała Fundacja Instytut Rozwoju Regionalnego. Celem jej działania jest wspieranie osób z niepełnosprawnościami w różnorodnych obszarach funkcjonowania, jak również rozpowszechnianie w społeczeństwie wiedzy o tej dość licznej grupie obywateli. Zajęcia z samoobrony realizowane są w ramach projektu Partnerstwa na Rzecz Zwiększania Dostępności Rynku Pracy dla Osób Niewidomych. Odbywają się cyklicznie we współpracy z sifu Andrzejem  Szuszkiewiczem. Oprócz jednej edycji – „Letnia szkoła sztuk walki” z 2006 roku – same w sobie nie stanowią odrębnego projektu, lecz są elementem większego zbioru działań.

Rozmowa z mistrzem, 52-letnim Andrzejem Szuszkiewiczem,  trenerem II klasy jujitsu sportowego.

– Dlaczego zaczął pan trenować sporty walki?

– Ćwiczę je od 11. roku życia. W GTS Wisła była sekcja judo i tam wdepnąłem. Już w 1978 roku trenowałem karate kyokushin w klubie Andrzeja Drewniaka. A od 1983 roku trenuję styl wing chun kung fu. I od tego ostatniego zaczęła się moja współpraca z niewidomymi. Ten styl był rozpowszechniony przez Bruce’a Lee. Legendarnym mistrzem tego stylu był Yip Man, obecnie kręcą o nim filmy. Bardzo  unikatową metodą szkoleniową w tym systemie jest trening z zamkniętymi oczami.

– Dlaczego?

– Ponieważ ta metoda w chińskim kung fu doprowadzała do wyeliminowania zmysłu wzroku, przez co wyostrzał się zmysł dotyku. Oko jest jednak trochę wolniejsze niż dotyk. Ja miałem już wtedy duży bagaż doświadczeń w wykonywaniu różnych technik z zamkniętymi oczami. Fundacja, a konkretnie prezes Anna Waszkiewicz, zwróciła się do mnie poprzez Bartłomieja Maletę – mojego ucznia – o napisanie programu ćwiczeń dla niewidomych. Pomagał mi w tym Bartek Maleta, był moim asystentem.

– Długo się pan zastanawiał?

– Wcale, bo lubię nowe wyzwania. Ciągle czegoś poszukuję, dokształcam się. Amatorsko przebiegłem trzy maratony (rekord 3 godz. 19 min.). Zajmowałem się swego czasu mało znanym w Polsce girya sport, czyli wyciskaniem pudowego odważnika (16 kg). Ta dyscyplina narodziła się w Rosji. Zdobyłem nawet międzynarodowe mistrzostwo Polski, a teraz jestem jej trenerem.

Kiedy porywałem się na szkolenie niewidomych, przyświecała mi jeszcze inna idea: chciałem im pomóc nie tylko w nabyciu umiejętności samoobrony, lecz także poprawić orientację w przestrzeni, koncentrację, wzmocnić i ustabilizować całe ciało, pomóc opanować strach, nauczyć umiejętności upadania i podnoszenia się.

– Wielką rolę w sztukach walki odgrywa filozofia.

– Tak, ale nie przekazuję tej wiedzy moim niewidomym uczniom w całości. Kurs musiałby trwać…  – kto to wie? Filozofia kung fu jest dla ludzi  poświęcających się temu całkowicie. To znajomość historii kraju, zwyczajów, sposobu postrzegania świata, przygotowywania posiłków, podejścia do treningów, a także aspekty medycyny tradycyjnej. To obszerny materiał. A osoby niewidome uczę podstawowych filarów chińskiej filozofii, np. patrzenia od środka na własne ciało i że warto o nie zadbać.

– Jak ci pierwsi uczniowie odbierali lekcje?

– Kiedyś więcej było niewidomych, teraz słabowidzących. Programy były długoplanowe, z grupą ćwiczyłem na mitingach rok czy dwa lata i efekty bardzo mnie zadowalały. Wiedziałem, które techniki są im bardziej potrzebne, a które wcale. Na początku każdy ma pewne obawy i chciałby decydować, co będzie  trenować, a z jakich ćwiczeń zrezygnuje. Nie u mnie na zajęciach! To jest dla wszystkich ciekawe i potrzebne doświadczenie.

– Pan też musiał się uczyć przy swych uczniach?

– Jeszcze jak! Program był elastyczny, testowałem go na sobie i na nich. Nauczyłem się, jak „lepić” każdą osobę – jak ma siedzieć, jak stać, ułożyć kolana, ręce wykonujące dźwignię na poszczególne stawy, uczyłem sposobów poruszania się itp. Stworzyłem ćwiczenia specjalnie dla nich – dla niewidomych.  Ciągle wzbogacam treści treningowe o nowe aspekty, takie jak stretching i relaksacja.

– Nikomu pan nie wyrwał ręki ze stawu?

– (śmiech) Nie, choć był jeden wypadek złamania kości przedramienia, ale to nie było spowodowane samą techniką, bardziej brakiem świadomości ćwiczącego. Pierwsza grupa uczestników z całej Polski ćwiczyła dwa lata na sesjach weekendowych i wakacyjnych. Przyjeżdżali do Krakowa na Stradomską 11, gdzie mamy odpowiednio przystosowaną dla niewidomych salę do treningu. Są specjalistyczne, bezpieczne materace przygotowane do sztuk walki. Zajmują całą powierzchnię.

– Jest egzamin po zakończeniu kursu?

– Moja akademia, a jestem prezesem  Polskiego Stowarzyszenia Wing Chun Kung Fu, wystawia certyfikaty ukończenia szkolenia.

– I co dalej?

– Niestety, zmienił się charakter zajęć, a jest to uzależnione od możliwości finansowych i akceptacji programów przez sponsorów. Te długofalowe  przestały istnieć. Teraz są zjazdy dwa razy do roku, po tygodniu lub dwa. Na ich podsumowaniu beneficjent dostaje informacje, jak trenować, poprawić swoją psychikę, cechy motoryczne, uczę go prawidłowego funkcjonowania ciała i umysłu, odżywiania, higieny życia, czyli swoistej filozofii zdrowia psychicznego i fizycznego.

– Jest pan dla tych ludzi autorytetem?

– Ważna jest osobowość trenera i program. Moim dorobkiem pracy z osobami niewidomymi i słabowidzącymi zainteresowali się instruktorzy z Wielkiej Brytanii, Czech, Słowacji i bodajże Grecji. Były też próby organizowania podobnych zajęć w naszym kraju, ale nic z tego nie wyszło. I nie chodzi o kompetencje, ale o zaangażowanie trenera, serce, cierpliwość, determinację.

 Nauczanie czegokolwiek ludzi pozbawionych  wzroku to spore wyzwanie. Na początku nie widać efektów, trzeba dotrzeć do każdego indywidualnie, znaleźć z nim kontakt. Wprowadziłem żelazną zasadę – na sali ja o wszystkim decyduję. Musi być pełna dyscyplina, bo ona gwarantuje bezpieczeństwo i sukces ukończenia kursu. Moi uczniowie dają sobie radę. Ale podczas zajęć nie może być ich więcej niż szesnaście osób, a najlepiej dwanaście. I muszę mieć asystenta do pomocy. Jednym z nich jest niewidomy Tomasz Maszczak. Ćwiczymy dwa razy dziennie po dwie godziny. Podsumowując – nauczenie każdego z moich uczniów dwóch, trzech technik walki daje im poczucie  wyższego poziomu bezpieczeństwa oraz pewności siebie. Podziwiam też słabowidzącego Tadeusza Sypnia. Nie ma jednej kończyny, a jest najlepszy na sali. A poza tym  jest mistrzem w tańcu sportowym.

– Trenuje pan zdrowych ludzi?

– Przede wszystkim. Kiedyś miałem nawet zajęcia z funkcjonariuszami policji, wojskowymi, strażą miejską. Obecnie skoncentrowałem się na chińskim kung fu i wyspecjalizowałem się w szkoleniach w tym kierunku. Cały czas jestem w podróży.

– Ile osób zajmuje się w Polsce wschodnioazjatyckimi sztukami walki?

– Nie ma dostępnych takich danych, nie znalazłem ich. Wydaje mi się, że około 10-15 tysięcy, a wing chudo około dwóch tysięcy. W tej ostatniej dyscyplinie jestem jednym z nielicznych, mam nauczycieli w Chinach, uczę się ich języka.

– Najstarsi pana uczniowie?

– Mają po 70 lat. Regularny trening powoduje wzmacnianie kości, po pół roku już widać efekty. Poza tym fizycznym aspektem zmienia się podejście do wielu spraw, na które poprzednio nie zwracało się uwagi: do nawyków żywieniowych, stosunku do higieny ciała, snu, psychiki, do lekarzy i lekarstw, do sytuacji stresowych.

– A pan jak długo będzie instruktorem i trenerem?

– Zaczynam się zastanawiać. Miałem trochę kontuzji i gdyby nie to, byłbym sprawniejszy niż moi trzydziestoletni uczniowie. A nauczyciele, z którymi mam ciągły kontakt, są w wieku 80 lat!

Rozmawiał Andrzej Szymański

 

Na początek

aaa

 

sztuki walki

 

Trening z Mistrzem

Krakus Tomek Maszczak ma 41 lat, od 10 lat jest ociemniały. Wspomniał o nim w wywiadzie sifu Andrzej Szuszkiewicz. Otwarty, z poczuciem humoru. Dużo czyta, interesuje go historia i polityka oraz wojsko. Nawet ubiera się na militarnie i sportowo. Dumny jest z tandemowego skoku ze spadochronem podczas pikniku lotniczego z żołnierzami 16. batalionu powietrznodesantowego. Jest szczęśliwym mężem i ojcem małej córeczki.

O Fundacji Instytut Rozwoju Regionalnego (FIRR) oraz Akademii Tradycyjnego Wing Chun dowiedział się w 2007 roku. Trochę sceptyczny poszedł na spotkanie z sifu. I szybko się wciągnął.

– Dla nikogo z uczestników zjazdu nie było taryfy ulgowej. Rozgrzewka, ćwiczenia kondycyjne, techniki walki – wszystko na sto procent możliwości. Uczono nas samokontroli i samozaparcia, walki ze słabościami. Sztuki walki to ciało i umysł pracujące jednocześnie – opowiada Tomek.

Zdarzało mu się na treningach pomagać sifu w przekazywaniu wiedzy o technice walki. Opanował ją w stójce i parterze, pokazywał uczniom praktyczne zastosowanie dźwigni. Czasami był również „manekinem”, na którym koleżanki i koledzy mogli zaprezentować nabyte umiejętności. Cztery lata temu Tomek był z sifu na Dniach Sportu w Akademii Górniczo-Hutniczej. Poprowadzili pokaz samoobrony dla niewidomych i słabowidzących. Rok później zrealizował pokaz wraz z koleżanką. Pytany o swojego mistrza, odpowiada entuzjastycznie: – To jest osoba, którą chce się naśladować. Pozwala do siebie mówić po imieniu, ja jednak zwracam się do niego stopniem mistrza kung fu. Nie jest to mój kolega, choć jest otwarty i przyjacielski. On jest dla mnie mistrzem i nauczycielem – kończy swą wypowiedź Tomek Maszczak.

Andrzej Szymański

 

Na początek

aaa

 

żeglarstwo

 

Hej, na morze czas!

Mija właśnie dziesięć lat, odkąd wystartował projekt „Zobaczyć morze”. Dzięki niemu każdego roku niewidomi amatorzy żeglarstwa na pokładzie pełnomorskiego jachtu Zawisza Czarny mogli posmakować morskiej przygody na wodach Bałtyku. Potem rozpoczęła działalność fundacja „Keja”, korzystająca jednak z mniejszych jednostek. W październiku 2014 r. bardzo udany rejs po Morzu Śródziemnym na imponującym żaglowcu Kapitan Borchardt zorganizowała nowo powstała fundacja Imago Maris. Z Ewą Skrzecz, szefową fundacji, o konkurencji, współpracy i realizacji marzeń rozmawia Kazimierz Gąska.

Kazimierz Gąska: – Wśród niewidomych żeglarzy można usłyszeć głosy, że autorzy projektu „Zobaczyć morze” wymyślili i przetestowali wszelkie rozwiązania, a teraz gotowy patent przejmuje Imago Maris i stwarza konkurencję twórcom żeglarstwa morskiego niewidomych. Jak pani odpowie na takie zarzuty?

Ewa Skrzecz: – Nie zastrzegamy, że to my jesteśmy twórcami wszystkich udogodnień dotyczących przystosowania żaglowców do potrzeb osób niewidomych. Pomysł na polskie żeglarstwo, jak pan sam dobrze stwierdził, pochodzi od dwóch wspaniałych osób: niezwykle doświadczonego kapitana Janusza Zbierajewskiego i Romana Roczenia, który jako osoba niewidoma chciał nie tylko śpiewać o morzu, lecz także poczuć jego smak. Projekt „Zobaczyć morze” jest przedsięwzięciem szczególnym, gdyż to tutaj przez ostatnie dziesięć lat spotykali się ludzie z pasją, złaknieni przygody. Przez pokład Zawiszy przewinęły się setki uczestników projektu, którym teraz niepełnosprawność nie kojarzy się już z niemocą, ale z osobami pełnymi życia.

Podczas tworzenia fundacji Imago Maris przyświecała mi myśl, aby swoje zawodowe doświadczenie oraz zapał grupki osób, które zebrały się wokół tej idei, przekuć w coś, co będzie miało wymiar międzynarodowy. Aby pokazać żeglarstwo morskie na dużych żaglowcach również osobom niewidomym z innych krajów. Twierdzę, że zdrowa konkurencja umożliwi nam wszystkim jeszcze lepszy rozwój.

– Podmiotem odpowiedzialnym za projekt „Zobaczyć morze” jest fundacja „Gniazdo Piratów”. Czy są to więc swoiste „regaty”, w których ścigają się dwie fundacje, a wygra ta, która znajdzie lepszych sponsorów i zaproponuje niższe ceny?

– Nie zgodzę się do końca z takim stwierdzeniem. Nie zależy nam na tym, aby się ścigać i non stop porównywać. Fundacja Imago Maris kieruje swoją ofertę do innego grona odbiorców niż „Zobaczyć morze”. Po pierwsze – chcemy szerzyć ideę żeglarstwa morskiego osób niewidomych na dużych żaglowcach i pokazywać w Europie, że to właśnie Polska jest jego kolebką. Po drugie – zapraszając obcokrajowców w nasze rodzinne strony i pokazując im najpiękniejsze zakątki polskiego wybrzeża, np. Gdańsk, zmieniamy nastawienie niektórych naszych sąsiadów, którzy sądzą, że Polska to w dalszym ciągu zaścianek Europy. Myślę też, że dzięki naszemu projektowi uczestnicy rejsów, w tym osoby z dysfunkcją wzroku, mogą w pełni przekonać się, jakie szanse dało nam wejście do Unii Europejskiej. Przekraczanie granic i kontakt z uczestnikami z innych krajów, a także możliwość wykorzystania znajomości języka angielskiego, w którym porozumiewamy się podczas rejsu, to dopełnienie tej idei. Z projektem „Zobaczyć morze” staramy się nie wchodzić sobie w drogę. Planujemy nasze rejsy w taki sposób, aby nie kolidowały czasowo, a umożliwiły jak największej liczbie chętnych wzięcie w nich udziału i przeżycie przygody.

– Ponad sześć lat temu w pracy magisterskiej napisała pani, że projekt „Zobaczyć morze” to był światowy ewenement, bo wcześniej tylko Anglicy na dwóch specjalnie wyposażonych statkach organizowali rejsy dla osób z dysfunkcjami. Wciąż pozostajemy fenomenem?

– W środowisku żeglarskim używamy sformułowania, że Polska jest „kolebką żeglarstwa morskiego osób niewidomych na dużych żaglowcach”. O ile wiem, nikt do tej pory – poza Polską – nie zorganizował na dużych żaglowcach rejsów skierowanych do osób z jedną dysfunkcją. W niektórych krajach prężnie działają organizacje skupiające się na żeglarstwie osób niewidomych. Takim przykładem może być Nowa Zelandia czy Kanada, ale zazwyczaj są to rejsy na małych jachtach. Wydaje mi się, że przez ostatnie osiem, dziesięć lat zmieniło się bardzo wiele. Jeszcze niedawno nie przypuszczałabym, że tak dużo będzie się u nas działo w obszarze tego, co dotyczy osób niewidomych, niepełnosprawnych. Kampanie społeczne czy działania samorządów lokalnych zmieniają świadomość społeczeństwa, a to robi swoje. Jednocześnie mamy postęp nauki i rozwój techniki, a wykorzystywanie coraz to nowszych rozwiązań ułatwia dostosowanie nowoczesnego sprzętu do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku.

– Podobno niewidomi w pewnych sytuacjach radzą sobie na żaglowcu lepiej od widzących. Czy to dlatego, że morze przyciąga tylko najodważniejszych? To nie jest sport dla zwykłych, nawet dobrze zrehabilitowanych ludzi?

– Jak to w życiu bywa, jedni są bardziej odważni, drudzy mniej. Jedni lubią ciepłe kraje i wysokie temperatury, inni zimę, mróz i śnieg. Jesteśmy dzień po dokonaniu historycznego wyczynu przez załogi dwóch polskich jachtów: Katharsis II oraz Selmy Expedition, które dopłynęły do granicy lodu w Antarktyce – to znaczy do ściany lodowego szelfu Morza Rossa w Zatoce Wielorybiej. Jednak nie zmienia to faktu, że dla każdego z nas bezpieczeństwo jest podstawą. Nie możemy dopuścić, aby jakikolwiek element nie był dopracowany – i nie ma znaczenia, czy na pokładzie mamy osoby widzące, czy niewidome. Rejsy morskie skierowane są do wszystkich, którzy chcą przeżyć niesamowitą przygodę. Dlatego jednym z naszych działań jest organizowanie szkoleń żeglarskich, podczas których można zapoznać się z podstawowymi zagadnieniami, jak również wziąć udział w krótkim rejsie. Dzięki temu przełamywany jest pierwszy strach i obawa, jak może wyglądać taki rejs. Wiadomo, że takie szkolenie nie odda w całości tego, co dzieje się na morzu, ale mam nadzieję, że daje przynajmniej namiastkę, przedsmak. Patrząc na osoby, które popłynęły już z nami i przeżyły to doświadczenie, mogę stwierdzić, że ciężko z tego później zrezygnować. Każdy, kto choć raz przełamał strach przed czymś nowym wie, o czym mówię.

– Ale czy to naprawdę dla każdego? Bo przecież są wśród nas tacy, którzy nigdy w życiu nie szorowali patelni, nie mówiąc o podłodze, a na żaglowcu czasem trzeba zmywać czy sprzątać przez cały dzień.

– My zapraszamy wszystkich zainteresowanych. Jednak wiadomo, że nie wszystko jest dla wszystkich. Wydaje mi się, że zmywanie, sprzątanie czy gotowanie to normalne czynności, których prędzej czy później i tak będziemy musieli się nauczyć, dlatego nie demonizowałabym tych prac. Dodatkowo nauczenie się od zawodowego kucharza, w jaki sposób zrobić smaczną szarlotkę w niespełna trzydzieści minut, jest czymś ekstra. Gdy tworzy się fajną atmosferę podczas rejsu, nawet obieranie dwudziestu kilogramów ziemniaków nie jest nudnym zajęciem.

– Widzący płyną z niewidomymi, ale nie po to, by pomagać, wyręczać. Podobno poza służbą na tak zwanym oku, kiedy wypatruje się zagrożeń przed dziobem, niewidomi mogą robić wszystko, nawet sterować, nawigować, zwijać żagle wysoko nad pokładem. Żadnej taryfy ulgowej?

– Żadnej, ale to żadnej! Rejs jest tak pomyślany, aby nie dzielić na „jednych” i „drugich”, ale ich łączyć. Statek jest dostosowany w taki sposób, aby każdy z uczestników mógł sterować, nanosić pozycję na mapę, jak również obsługiwać żagle. Podczas pierwszych godzin rejsu odbywa się dokładne szkolenie z zakresu zarówno bezpieczeństwa, jak i obsługi żagli. Dzięki temu każdy wie, za jaki obszar jest odpowiedzialny i gdzie dana lina leży.

Ostatnio rozmawiałam z uczestniczką naszego zeszłorocznego rejsu, która wspominała jedną z psich wacht w następujący sposób: „Jedna osoba sterowała, druga nawigowała, trzecia w tym czasie odpoczywała. Czwarta, którą rozpierała energia – a przypomnijmy, że wachta psia jest między północą a godziną czwartą rano – robiła herbatę i kawę. Dwie osoby poruszały tematy polityczne, a oficer łapał się za głowę, mówiąc: szalona ta moja wachta! Ale tak to wygląda. Nie ma żadnego podziału na tych, co widzą i tych, co nie widzą. Dzięki temu możemy uczyć się od siebie nawzajem”.

– Jak człowiek niewidomy może ogarnąć szkuner z trzema masztami Bóg wie jakiej wysokości oraz 600 m2 żagla nad głową i właściwie reagować na niespodziewane uderzenia fal przy wodzie lejącej się przez pokład, na którym w dodatku leżą liny?

– Na to pytanie powinny odpowiedzieć osoby niewidome lub słabowidzące. Niemniej jednak postaram się odpowiedzieć na nie ze swojej perspektywy. Nikt z nas – osób uczestniczących w rejsie – nie musi znać dokładnych szczegółów dotyczących zewnętrznego obrysu statku. Jedyne, na czym trzeba się na początku skoncentrować, to orientacja czy jesteśmy na pokładzie, czy pod pokładem oraz gdzie są poszczególne kajuty, łazienki i kuchnia. Po to też jest szkolenie, o którym wspominałam, abyśmy tę tajemną, ale jakże istotną wiedzę, mogli przyswoić i zrozumieć. Jeśli poznamy już podstawową topografię jednostki, dużo łatwiej będzie nam wejść w poszczególne elementy tej układanki. Dopiero wtedy możemy zacząć uczyć się rozmieszczenia poszczególnych lin oraz ich nazewnictwa, bo nie ukrywam, że dla laika np. szot grotbombramsztaksla czy pikfał gafla to słowa, które są trudne do wypowiedzenia, a co dopiero, jeśli chodzi o orientację, co to jest i co należy z tym zrobić. Każdą wachtą zarządza doświadczony oficer, który bardzo dobrze zna statek oraz ma doświadczenie w kontakcie z osobami niewidomymi.

Jeśli chodzi zaś o uderzenia fali czy inne odgłosy, to nie wiem, czy zaskoczę pana odpowiedzią, ale z mojej perspektywy osoby z dysfunkcją wzroku dużo szybciej reagują na zmianę niż osoby widzące. Po rejsie od jednego z oficerów usłyszałam taką historię: „Było ciemno, wiało i nagle niewidoma uczestniczka mówi głośno: człowiek za burtą, intonując informację pytająco, a zarazem bez śmiechu. Co się okazało? Usłyszała chlust do wody – wyrzucane były odpadki biologiczne, ale ją to zaniepokoiło i zareagowała”.

– Co szykujecie na ten sezon? Znowu ciepłe Morze Śródziemne czy raczej norweskie fiordy i Murmańsk? Podobno będziecie pływać na dwóch nowych żaglowcach. A może zaoferujecie coś, czego jeszcze nie było?

– Każdy dzień na rejsie może przynieść coś, czego jeszcze nie było. Nowe porty, nowi ludzie, nowe doświadczenia. Nasza oferta jest w ostatniej fazie przygotowań i w najbliższych dniach zostanie ogłoszona, ale już teraz z przyjemnością zdradzę, że w tym roku zorganizujemy dwa rejsy. Jeden na Morzu Bałtyckim – dla tych, którzy lubią wielką przygodę, sztormy i zimne akweny, oraz jeden na Morzu Śródziemnym – dla lubiących słońce i palmy. Oba żaglowce będą po raz pierwszy gościły osoby niewidome na swych pokładach, ale mogę powiedzieć, że mają duży potencjał. Wielkością są podobne do Zawiszy i Borchardta – mają ok. 25-30 m długości i ponad 300 m2 żagla.

– To czego pani życzyć? Żeby na żaglowcach Imago Maris każdy szczur lądowy przemieniał się w morskiego wilka?

– Piękne życzenia! Stare żeglarskie przysłowie mówi: nie odkryjesz nowych lądów, dopóki nie odważysz się stracić brzegu z oczu. Dlatego wszystkich, którzy chcą spróbować swoich sił w nowym otoczeniu, a przy okazji poznać ludzi z pasją i przeżyć niezapomniane chwile, zapraszam na rejs.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

***

Fundacja Imago Maris powstała w grudniu 2013 r. W zeszłym roku zorganizowała rejs na polskim żaglowcu Kapitan Borchardt, w którym udział wzięły 32 osoby, w tym 16 niewidomych, z różnych krajów europejskich. W tym roku planują kolejne przedsięwzięcia; więcej informacji na

www.imagomaris.pl

 

Na początek

aaa

 

kolarstwo

 

Mistrzowie szlifują formę

Zbliżający się sezon kolarski będzie dużym wyzwaniem dla zawodników ZKF „Olimp”. Kalendarz startów w 2015 roku jest bardzo bogaty i obfituje w ważne wyścigi międzynarodowe, które będą kwalifikacjami do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku. 

Pod koniec marca odbędą się torowe MŚ w Apeldoorn (Holandia), a miesiąc później rozpocznie się sezon szosowy, którego kulminacją będą MŚ w Nottwil (Szwajcaria), zaplanowane na przełom lipca i sierpnia. Startami punktowanymi w rankingu paraolimpijskim będą również trzy imprezy z serii Pucharu Świata oraz wyścigi w Belgii, Czechach, Holandii, Niemczech, Serbii i Słowacji. W planach naszej kadry są oczywiście także starty krajowe, budujące i sprawdzające formę oraz pomocne w ustaleniu hierarchii w polskim peletonie. Obecnie niekwestionowanymi liderami naszej kadry, mającymi największe szanse na zakwalifikowanie się do ekipy paraolimpijskiej, są: Anna Harkowska oraz tandemy Iwona Podkościelna – Aleksandra Wnuczek i Marcin Polak – Michał Ładosz. Tuż po zakończonym zgrupowaniu treningowym na Cyprze wymienieni zawodnicy opowiadają nam o swoich tegorocznych planach.

– Jak oceniacie swoją obecną formę?

AH: – Przyjechałam na zgrupowanie bez formy, ale teraz już jest lepiej. Na przestrzeni ostatnich lat to moja najgorsza dyspozycja, wszystko przez nękające mnie przeziębienia i choroby. Nie będzie łatwo dojść do wysokiej formy, ale to mnie nie skreśla, wszystko jest do nadrobienia, nogi pamiętają trening i wierzę w sukces.

AW: – Czas pokaże. Na Cyprze wykonałyśmy bardzo dużą pracę – w dwa tygodnie przejechałyśmy 1200 km, mam nadzieję, że to zaprocentuje. Do torowych MŚ zostało jeszcze ponad miesiąc, zobaczymy, co będzie.

MP: – Forma zwyżkuje, ale nie mamy w tej chwili porównania z rywalami. Trenowaliśmy tutaj praktycznie sami. Ruszyło się w dobrym kierunku i według mnie jest lepiej, niż było w ubiegłym roku. Na tym zgrupowaniu przejechaliśmy 1300 km, pogoda była jaka była, trochę popadało, ale dało się potrenować.

MŁ: – Na pewno jesteśmy mocniejsi od dziewczyn.

– Jakie są Wasze cele sportowe na 2015 rok?

AH: – Główny cel to szosowe MŚ w Szwajcarii, a jak się uda, to też torowe – jakiś medal, największe nadzieje pokładam w dystansie 3 kilometrów. A jeśli chodzi o szosę, to w założeniach jest złoto, a czy się uda – zobaczymy.

IP: – Nasz cel to powalczyć na torowych i szykować formę do szosowych MŚ, żeby tam uzyskać jakieś miejsce medalowe.

AW:–- No i powalczyć o kwalifikację paraolimpijską do Rio.

MŁ: – Mój cel to dwa złote medale na szosowych MŚ.

MP: – Cel jest prosty: trzeba jak najwięcej punktów złapać i dostać się na paraolimpiadę, a MŚ swoją drogą – trzeba na szosie jakiś medal zdobyć. Na torze najważniejsze będzie zdobycie punktowanych miejsc, bo o medal będzie ciężko z tymi czasami, które do tej pory jeździliśmy.

– Jak oceniacie swoje miejsce w czołówce światowej i wasze tegoroczne szanse?

MŁ: – Na torze dopiero dobijamy do czołówki światowej. Natomiast na szosie musimy trzymać ten poziom, który jest, żeby nie było gorzej. Mamy od dwóch lat medale MŚ i sukcesy w PŚ. W 2014 roku wygraliśmy ranking UCI (Union Cycliste Internationale), jest więc satysfakcja, że byliśmy pod tym względem najlepsi na świecie, choć żadnych splendorów i korzyści z tego tytułu nie ma. Trasa tegorocznych szosowych MŚ jest górzysta – tym lepiej dla nas. Dotychczas im większe były góry, tym lepiej się nam jeździło i łatwiej było rywalizować.

MP: – Patrząc na wyniki, jakie rywale ostatnio uzyskiwali, widać, że poziom na torze jest bardzo wysoki. W czołówce MŚ będą Holendrzy, Hiszpanie i Australijczycy. Dla nas miejsce w pierwszej szóstce na 4 kilometry byłoby sukcesem. Natomiast na szosie, według mnie, zapowiada się najcięższy sezon od lat. Pokazuje to analiza profili tras. Na PŚ i MŚ są góry, góry i jeszcze raz góry. Jak dla nas to bardzo dobrze.

AW: – Wyniki rywalek na torze motywują nas do działania. My nigdy jeszcze nie miałyśmy szansy sprawdzić, jak wypadniemy na zagranicznych zawodach. Mam nadzieję, że pójdzie jak najlepiej, będziemy walczyły o jak najwyższe pozycje. Mistrzostwa świata wszystko wyjaśnią i zobaczymy, jakie jest nasze miejsce. Natomiast na szosie czujemy się bardzo pewnie. Myślę, że nie wypadamy poza czołową piątkę, a jeśli się tak stanie, to będzie to przypadek albo defekt.

IP: – Trasa na szosowych MŚ jest bardzo trudna i wymagająca, a my takie lubimy.

AH: – W mojej grupie ciągle przybywają nowe rywalki, ale i ubywają niestety, co nie jest fajne. Ściga się mniej niż dwanaście zawodniczek, co uniemożliwia mi uzyskanie stypendium z Ministerstwa Sportu i Turystyki. Myślę, że poziom idzie cały czas w górę, a główna rywalka pozostaje wciąż ta sama – Sarah Storey.

– Polskie tandemy będą się przygotowywać do torowych MŚ na międzynarodowym zgrupowaniu, zorganizowanym przez UCI w World Cycling Centre w Aigle. Od wielu lat światowa federacja prowadzi różnorodne akcje szkoleniowe, lecz po raz pierwszy taka inicjatywa dotyczy parakolarstwa. Z jakimi nadziejami wybieracie się do Szwajcarii?

MŁ: – Ja tam jadę po naukę. Chcę zobaczyć, jak to wygląda, jak tam podchodzą do trenowania. Opinia o szkoleniu w Aigle zawsze była w Polsce pozytywna. Jeśli już ktoś tam pojechał, to potem robił dobre wyniki. Jesteśmy teraz w niezłej formie, zrobiliśmy solidny fundament, na którym może uda się tam coś zbudować. W Polsce nie mamy takich możliwości. Treningi na torze są dla nas trudno dostępne, są za rzadko, nie ma ciągłości i systematycznych przygotowań. A tam warunki będą sprzyjające, tylko czeka nas dużo pracy.

AW: – Jest to duża szansa i bardzo duży kredyt zaufania od UCI. Fajnie, że organizują coś takiego i decydują się na zebranie różnych narodowości do kupy i wspólne szykowanie ich do MŚ.

IP: – Jedziemy z dużymi nadziejami, liczymy, że ćwiczenia w Aigle zaprocentują na MŚ.

– Anna Harkowska będzie się przygotowywać do MŚ w Apeldoorn, trenując na torze we Frankfurcie nad Odrą, a następnie podczas zgrupowania na Majorce. Jakie są szczegóły tych planów?

AH: – Mam w planie dziesięć treningów we Frankfurcie i może uda mi się oswoić z torem. Dzięki wytrwałości trenera Mariana Kowalskiego tor został wyproszony i załatwiony przez burmistrza Słubic, któremu należą się wielkie podziękowania, podobnie jak tamtejszemu ośrodkowi sportu. Na Majorce będę jeździć najpierw długie treningi w terenie górzystym, potem tempówki przygotowujące pod kątem toru i może uda się załatwić kilka treningów torowych w Palma de Majorka.

– Czy niepokoją Was jakieś problemy związane z tegorocznym sezonem?

AH: – Obecnie specyfika moich wyścigów szosowych jest taka, że rywalizuje ze sobą duża 40-, 50-osobowa grupa kobiet i mężczyzn z różnych grup niepełnosprawności. Wszystko może się zdarzyć. Ten wyścig jest bardziej nieprzewidywalny niż kiedyś, gdy ścigały się same kobiety w małej grupce. W Szwajcarii będzie górzysty teren, ważne jest więc, czy uda mi się zrzucić parę kilo, żeby się dobrze przygotować do tego wyścigu. Brak pieniędzy, to znaczy brak stypendium ministerialnego, również może mieć negatywny wpływ na moje przygotowania. Rywalek się nie boję, boję się trochę toru, ale mam nadzieję, że zostanie to przełamane i będę startowała bez strachu, a jedynie z obawą czy jest forma, czy nie.

MP: – Niepokoje są takie, jak co roku: czy będzie doskwierał nam brak funduszy – żeby nie było nerwówki, bo jak jest mało pieniędzy, to się na wszystkim oszczędza.

MŁ: – Główny niepokój, to fakt, czy będziemy wszędzie startować i mieć możliwość walczyć w planowanych wyścigach. Ważne są szczegóły. Forma jest. Aby głowa spokojna była, to i wynik będzie.

AW: – W ten sezon ruszamy z wielkimi nadziejami, z wielkimi planami, marzeniami, które oby udało się zrealizować. Obawy są zawsze: od obaw sprzętowych – czy wszystko będzie, czy coś się nie popsuje, czy będzie zrobione, jak być powinno, po naszą dyspozycję – czy będziemy umiały się zgrać i dalej to ciągnąć. Wszystko zależy od Iwony, od jej przygotowania.

IP: – Ja mam nadzieję, że przygotuję odpowiednią formę do MŚ, szosowych przede wszystkim. Problemów na razie nie mam, jestem dobrej myśli i pełna nadziei.

– Dziękuję za rozmowę, życzę realizacji ambitnych planów i spełnienia sportowych marzeń.

Z kolarzami ZKF „Olimp” rozmawiał trener Mirosław Jurek

 

Na początek

aaa

 

wiadomości

 

Strzelectwo

Po udanych dla nas mistrzostwach Europy, będących również sporym sukcesem organizacyjnym działaczy Związku Kultury Fizycznej „Olimp”, strzelcy rozpoczęli walkę o udział w najważniejszych imprezach sportowych.

W dniach 27-30 stycznia 2015 roku niewidomi i słabowidzący reprezentanci Polski w strzelectwie pneumatycznym gościli w Stoke Mandeville w Wielkiej Brytanii na zawodach Grand Prix. Zaproszenie wystosował Międzynarodowy Komitet Paraolimpijski (International Paraolimpic Committee, IPC).

Anna Barwińska, Jerzy Załomski, Krzysztof Ruszkiewicz stanęli w szranki z zawodnikami Austrii, Czech, Danii, Finlandii, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii oraz Hiszpanii. Polakom towarzyszyli trener Maciej Kwiatkowski i trener kadry Wiesław Skalski. Oprócz rywalizacji sportowej celem spotkania było przyjęcie programu rozwoju dyscypliny i debata nad perspektywą udziału w imprezach najwyższej rangi. Założenia przedstawicieli IPC przewidują uczestnictwo strzelców z Polski w mistrzostwach świata w 2018 roku oraz w paraolimpiadzie w roku 2024.

W trakcie zawodów wszyscy sportowcy zostali poddani badaniom lekarskim prowadzonym przez przedstawicieli Ruskin University. Ich wyniki pozwoliły dopracować zasady klasyfikacji medycznej zawodników.

Zawody zostały rozegrane zgodnie z przepisami ISSF w konkurencjach:

– 60 strzałów stojąc (mixed) + finał

– 60 strzałów leżąc (mixed) + finał.

W pierwszym dniu rozgrywek odbyły się testy sprzętu strzeleckiego oraz trening do konkurencji w obu postawach strzeleckich. Drugiego dnia nasi reprezentanci przeszli przez eliminacje konkurencji 60 strzałów stojąc i zajęli następujące pozycje: Jerzy Załomski – 2. miejsce, Anna Barwińska – 6. miejsce, Krzysztof Ruszkiewicz – 7. miejsce. Pierwsza lokata przypadła reprezentantowi gospodarzy – Michaelowi Whapplesowi.

Do rozgrywki finałowej przystąpiło ośmioro najlepszych strzelców. Potwierdziło się raz jeszcze, że finał rządzi się swoimi prawami i obfituje w niespodziewane rozstrzygnięcia. Po zaciętej i emocjonującej rywalizacji złoty medal wywalczyła Anna Barwińska, srebro zawisło na szyi Claudii Kunz ze Szwajcarii, a brązowe odznaczenie trafiło do Lene Christiansen z Danii. Pozostali nasi reprezentanci – Jerzy Załomski i Krzysztof Ruszkiewicz – zajęli odpowiednio 4. i 8. miejsce.

W trzecim dniu zawodów rozegrano eliminacje w konkurencji 60 strzałów leżąc, po których nasi reprezentanci zajmowali następujące pozycje: Jerzy Załomski – 2. miejsce, Krzysztof Ruszkiewicz – 4. miejsce, Anna Barwińska 6. miejsce. Na tym etapie zmagań triumfował Patrick Moor z Austrii.

Do rozgrywki finałowej, z ogromną chęcią rewanżu za porażkę we wcześniejszej potyczce, przystąpiła męska część polskiej reprezentacji. Po zaciętej rywalizacji, której losy ważyły się do ostatniego strzału, upragniony złoty medal zdobył Jerzy Załomski, srebro trafiło do Patricka Moora, a brąz do Lene Christiansena. Krzysztof Ruszkiewicz zajął najbardziej nielubiane przez sportowców 4. miejsce, a Anna Barwińska uplasowała się jako piąta.

Na strzelnicy Stoke Mandeville Stadium nasi zawodnicy dwukrotnie sięgnęli po najwyższe odznaczenia i dwukrotnie rozbrzmiewał Mazurek Dąbrowskiego. Reprezentanci Polski potwierdzili czołową pozycję wywalczoną podczas ubiegłorocznych mistrzostw Europy, rozegranych na ojczystej ziemi (dziesięć medali, w tym trzy złote, cztery srebrne i trzy brązowe).

O przyszłości strzelectwa pneumatycznego osób niewidomych i słabowidzących jako dyscyplinie rozgrywanej pod patronatem IPC zdecydują jego władze, po konsultacjach i rozpatrzeniu uwag wniesionych przez przedstawicieli wszystkich państw, w których uprawiany jest ten sport. Czekamy na rozstrzygnięcia.

Wiesław Skalski

 

Na początek

aaa

 

szkolenia

 

Oj, będzie bal!  

I był. W dniach od 6 do 8 lutego w Łajsku koło Olsztyna odbyło się zakończenie cyklu szkoleniowego pod nazwą „Zobaczyć więcej”, trwającego już od kwietnia 2014 roku. I znowu prawdziwe okazało się powiedzenie, że wszystko co dobre, szybko się kończy.

Przez półtora roku realizacji przedsięwzięcia odbyło się jedenaście spotkań szkoleniowych – sześć tygodniowych zjazdów: od kwietnia do września 2014 roku oraz pięć spotkań weekendowych: od października 2014 do lutego 2015 roku. Trzydziestu uczestników projektu to członkowie klubów zrzeszonych w ZKF „Olimp”.

W tym samym miejscu, w którym przed pięcioma miesiącami zaprezentowali swoją wiedzę zdobytą na szkoleniu, spotkali się ponownie, by wziąć udział w balu i odebrać dyplomy – potwierdzenie uczestnictwa w szkoleniu. Przed uczestnikami postawiono zadanie uatrakcyjnienia imprezy podsumowującej projekt. Miał to być bal maskowy, obowiązkowo w przebraniu. Wystarczy spojrzeć na dokumentację fotograficzną, by przekonać się, że uczestnicy w przeważającej mierze podjęli wyzwanie i przygotowali przebrania. Kogóż na tym balu nie było... Panie – od zakonnic, po boskie diablice, Cyganki i Hiszpankę Conchitę. Męskie grono reprezentowali Zorro i arabski szejk, Flinstonowie, kilku klaunów, postacie z serialu „Ranczo”. Byli i tacy, którym dobry makijaż zastąpił przebranie. Muzyka z „konserwy”, za to uczta z dobrej kuchni. Dla wielu był to pierwszy i może jedyny bal w tym krótkim karnawale.

Następnego dnia (o odpowiedniej dla uczestników balu porze) w miejsce kuligu zaproponowano ciekawą grę terenową, polegającą na poszukiwaniu skarbów w zimowym lesie. Wielu szukało, kilkoro znalazło, ale wszyscy podzielili się łupami i byli na pięknym spacerze. Chwila relaksu, obiad i najważniejsza część spotkania – rozdanie zaświadczeń i zakończenie. Potem jeszcze tylko ognisko z grillem, koncert zespołu jazzowego, wspólna biesiada i pożegnanie. Za stołem „prezydialnym” zasiedli: główny „inżynier” całego szkolenia Piotr Łożyński z opiekunką grup Martą, Alicja Pogorzelska oraz piszący te słowa.

Oficjalną, podniosłą atmosferę imprezy rozluźnił Piotr Łożyński, wywołując kolejne osoby nie z imienia i nazwiska, ale zgodnie z ich balowym przebraniem. Wręczenie zaświadczeń poprzedziły krótkie przemówienia. Było komu i za co dziękować. Prezes pochwalił sprawną realizację programu i aktywne uczestnictwo. Ja cieszyłem się ze wspaniale przygotowanego programu, realizowanego w tak wielu atrakcyjnych turystycznie miejscach na terenie naszego kraju. Alicja dziękowała uczestnikom za to, że chcieli zobaczyć więcej, a to, co zobaczyli, będą starali się pokazać innym.

Oprócz „ściągawki” z nagranymi materiałami, przydatnymi w planowaniu imprez turystycznych, uczestnicy otrzymali cenną płytę z materiałem pomagającym rozwijać umiejętności komunikacji interpersonalnej.

Na zakończenie spotkania szef Związku przekazał ważną i budującą informację – zarząd ZKF „Olimp” przygotowuje nową edycję szkolenia. Cóż, absolwentom już zakończonego – świeżo upieczonym animatorom kultury i organizatorom turystyki – przybędzie konkurencja.

Antoni Szczuciński

 

Na początek

aaa

 

turystyka

 

Indiańskie dziedzictwo Peru

Bogate dzieje i urozmaicony krajobraz sprawiają, że Peru jest niezwykle atrakcyjnym miejscem dla turystów. Wielbiciele górskich wędrówek mogą wybrać się na trekking przez malownicze przełęcze, z których słynie zwłaszcza Biała Kordyliera. Miłośnicy przyrody powinni koniecznie odwiedzić wyspy Ballestas, zwane małym Galapagos, zamieszkane przez kormorany, flamingi, pelikany i pingwiny. Poszukiwacze przygód, chcący poczuć się jak Tomek Wilmowski, mogą spędzić wakacje w dżungli, śpiąc w hamakach w bambusowych chatkach. Niewątpliwie jednak Peru jest największą gratką dla historyków, archeologów oraz osób zwyczajnie interesujących się przeszłością.  

Peru to jeden z trzech tzw. krajów andyjskich. Leży pomiędzy Oceanem Spokojnym na zachodzie a Andami na wschodzie. Hiszpanie, którzy przybyli na te tereny w XVI w., zastali cywilizację nie tylko bardzo bogatą, lecz także świetnie rozwiniętą. Mowa tu oczywiście o Inkach. Mimo iż byli najmłodszą z wielkich południowoamerykańskich kultur (pojawili się dopiero w XII w.), w kilka wieków przejęli władzę nad sporą częścią kontynentu i doprowadzili swe państwo do rozkwitu. Wiele z wprowadzonych przez nich innowacji funkcjonuje z powodzeniem do tej pory. Przemyślny system grobli i kanałów pozwala nawadniać suche gleby, a wykute w zboczach tarasy wydzierają górom tereny rolnicze.

 Współczesne Peru to wybuchowa mieszanka indiańskich tradycji, żarliwego katolicyzmu, latynoskiego entuzjazmu i północnoamerykańskiej popkultury. Na każdym rogu kupić można suszone liście koki, uznawanej przez Indian za roślinę świętą, a przez turystów za nieodzowną do przezwyciężenia efektów choroby wysokościowej. Wszystkie stragany oferują jako główny napój inca kolę, a z każdego ulicznego głośnika płynie andyjska ballada “El condor pasa”, spopularyzowana przez amerykański zespół Simon and Garfunkel.

Pomieszanie z poplątaniem wkradło się nawet do kościoła, gdzie na świętych obrazach Matka Boska, ze swym płaszczem szeroko rozpostartym na kształt góry, do złudzenia przypomina indiańską Pachamamę, czyli „Matkę Ziemię”, a Chrystus i jego uczniowie jedzą na Ostatniej Wieczerzy świnkę morską. Z kolei powiewająca nad wszystkim tęczowa flaga nie jest bynajmniej znakiem solidarności z mniejszościami homoseksualnymi, a sztandarem antycznego imperium Inków, do którego Peruwiańczycy odwołują się z dumą przy każdej okazji.

 

Cuzco, czyli pępek świata

Miasto to założył ponoć w XII w. legendarny pierwszy władca Inków Manco Capac. Nazwa oznacza w języku keczua właśnie „pępek świata”. Cuzco było stolicą imperium Inków aż do połowy XVI w., kiedy to podbił je Francisco Pizarro. Niestety, do dzisiejszych czasów niewiele pozostało z dawnej świetności, gdyż ogarnięci szałem pożądliwości konkwistadorzy grabili, co się dało: zrabowane ze skarbca kunsztowne ozdoby, zerwane ze ścian pałaców i świątyń misterne dekoracje, odbierane pokonanym bogato zdobione broń i naczynia, które po przetopieniu na sztabki lub monety odsyłali do Starego Świata. Większość budowli została zburzona bądź w trakcie walk, bądź jako miejsca pogańskiego kultu. Na ich gruzach postawiono domy i kościoły dla kolonizatorów. I tak, w miejscu dawnego Domu Dziewic Słońca Acllas, wybudowano klasztor św. Katarzyny, na murach świątyni Słońca – Coricancha – wzniesiono klasztor dominikanów, a na gruzach pałacu Inki Huayna Kapaka stoi obecnie kościół La Compañia de Jesús.

Wiele budynków w historycznym centrum miasta ma do wysokości pierwszego piętra ściany pamiętające Inków, a jedynie wyższe piętra dodane później. Fragmenty te można łatwo poznać, ponieważ inkascy murarze budowali bez użycia zaprawy. Ociosywali kamienie tak, by idealnie pasowały do siebie na zasadzie klina. W trakcie trzęsień ziemi, które w Peru nie należą do rzadkości, inkaskie budowle drżą: każdy kamień delikatnie porusza się wraz z falowaniem podłoża, podczas gdy ściany kolonialnych domów, połączone na stałe cementem, pękają z łatwością.

Po dawnych panach tych ziem zostali ich potomkowie – wciąż posługujący się językiem keczua miejscowi Indianie. Spotkać ich można zarówno w mieście, jak i w okolicznych wioskach. Kobiety, najczęściej z jednym dzieckiem na plecach, a drugim plączącym się pod nogami, ubrane w długie, bajecznie kolorowe suknie i haftowane meloniki, sprzedają na ulicznych straganach przekąski i pamiątki. Mężczyźni grają na ludowych instrumentach i obsługują gości w restauracjach, do których klientów naganiają im kilkuletnie dzieci. Na każdym rogu kusi turystów oferta najtańszych swetrów z wełny lamy lub najpiękniejszej w całym mieście srebrnej biżuterii.

Jeśli komuś jeszcze mało inkaskiej atmosfery, może wybrać się do rozrzuconych wokół Cuzco ruin, np. Pisac – malowniczo położonego na tarasach w świętej dolinie Inków, przypominającej labirynt świątyni w Qenqo, lub nieco bardziej oddalonej fortecy Ollantaytambo, z wizerunkiem brodatego mężczyzny, który podobno powstał w skale bez udziału człowieka.

 

Machu Picchu

Miasto zbudowano w okresie największego rozkwitu imperium Inków pod koniec XV w. Budowle wzniesiono z jasnego granitu i otoczono przemyślnie wkomponowanymi w zbocza gór tarasami uprawnymi. Mimo wieloletnich badań wciąż nie udało się ustalić ze stuprocentową pewnością, jakie było przeznaczenie kompleksu. Początkowo uważano, iż pełnił on funkcje obronne ze względu na swe położenie. Kiedy prace archeologiczne ujawniły, że większość pochowanych tam osób to kobiety, wysunięto teorię, że Machu Picchu było sanktuarium Dziewic Słońca. Jego rozmiary i dbałość o szczegóły każą jednak przypuszczać, że nie było to sanktuarium zwyczajne. Z niewiadomych przyczyn zostało opuszczone w XVI w. Porzucone miasto szybko porosło dżunglą. Odkrył je dopiero w 1911 roku amerykański naukowiec Hiram Bingham, który z miejsca przystąpił do prac wykopaliskowych. Odnalezione w ich trakcie złote i srebrne ozdoby, gliniane naczynia, a nawet mumie zostały natychmiast wywiezione do USA. Najprawdopodobniej grobowce były eksplorowane i systematycznie ograbiane już w XIX w., dlatego dziś w peruwiańskich muzeach niewiele możemy zobaczyć z ich oryginalnego wyposażenia.

Najprawdopodobniej w dolnej części miasta znajdowała się dzielnica zamieszkana przez rzemieślników i służbę, w części środkowej zabudowania świątynne wraz z pałacem i grobami królewskimi, a najwyżej – obserwatorium astronomiczne, gdzie znajduje się wyrzeźbiony w litej skale słup zwany Intihuatana, czyli „miejsce, gdzie przystaje słońce”; słup oświetlony przez słońce w trakcie równonocy nie rzuca cienia. Najpowszechniejszym elementem architektury położonego na wielu poziomach miasta są schody. Jest ich ponoć ponad 1200.

Do Machu Picchu można dostać się na kilka sposobów. Punktem wypadowym jest miejscowość Aguas Calientes, do której dojeżdżają pociągi z Cuzco lub Ollantaytambo. Dzieli ją od ruin zaledwie półtorej godziny pieszo lub, dla leniwych, pół godziny jazdy autobusem. Warto wstać rano, by już z chwilą otwarcia bram o szóstej stanąć w kolejce po wejściówkę na Wayna Picchu. Aby chronić górę przed zadeptaniem, dyrekcja wpuszcza jedynie pierwszych 400 osób każdego dnia. Zapierający dech w piersiach widok na całe miasto rozciągający się z tego szczytu z pewnością zrekompensuje nam niewyspanie. Wchodząc tak wcześnie, będziemy mieli również możliwość podziwiania wschodu słońca wśród ruin, a oglądanie, jak majestatyczne góry i zagadkowe budowle wyłaniają się z porannej mgły, jest niesamowitym przeżyciem.

 

Inti Raymi – obrzęd przywiązywania słońca

W imperium Inków było to najważniejsze święto w roku. Odbywało się w czerwcu, w okolicach przesilenia. Obchody wypełnione tańcami, ucztami i składaniem ofiar trwały 15 dni. Główną postacią był oczywiście sam władca Inka, będący ucieleśnieniem boga Słońca na Ziemi. Inkowie wierzyli, że skoro dni są coraz krótsze, to słońce gotowe jest ich opuścić na dobre, dlatego trzeba przywiązać je do ziemi. Od przesilenia dni zaczynały się znów wydłużać, co oznaczało, że bóstwo okazało łaskę. Ostatnie obchody Inti Raymi z udziałem Inki miały miejsce w 1535 roku, tuż przed podbojem Peru przez Hiszpanów, którzy po przejęciu władzy zabronili ich organizowania, uznając ceremonię za pogańską. Jednakże Indianie jeszcze przez wiele lat odprawiali rytuał potajemnie. W roku 1944, opierając się na zapiskach kronikarza Garcilaso de la Vega, po raz pierwszy zorganizowano w Cuzco historyczną rekonstrukcję ceremonii. Od tej pory festiwal stał się jedną z największych atrakcji turystycznych Ameryki Południowej i rokrocznie przyciąga tysiące turystów z całego świata.

Uroczystości zaczynają się przed świątynią Coricancha, gdzie Inka wznosi modły do Słońca. Następnie władca wraz ze swoją świtą przenosi się na wzgórze pod ruiny twierdzy Sacsayahuamán. Imperator jest niesiony w lektyce przez przedstawicieli czterech suya, czyli prowincji składających się na dawne imperium Inków, zwane Tawantinsuyu (kraj czterech stron świata). Różnią się oni między sobą kolorami strojów i kształtem nakryć głowy. Na górze następuje rytuał złożenia w ofierze alpaki, po którym Inka znów wznosi modły do Słońca, a następnie dostojnicy zbliżają się do niego, prosząc o wszelkie łaski.

Tysiące rzędów krzesełek przed twierdzą zajmują prawie wyłącznie turyści zagraniczni, gdyż cena biletu wstępu, wahająca się w zależności od miejsca od 50 do140 dol., jest poza zasięgiem przeciętnego Peruwiańczyka. Zresztą sam fakt, iż ceny zawsze podawane są w dolarach, najlepiej świadczy o tym, dla kogo organizuje się te uroczystości. Jednakże mieszkańcy, silnie identyfikujący się z inkaskimi przodkami, również chcą w nich uczestniczyć. Dlatego oblegają okoliczne wzgórza, gdzie wprawdzie niewiele widać, ale można poczuć się częścią wielkiej indiańskiej społeczności. Ponieważ cały obrzęd odbywa się w języku keczua, turystom rozdawane są książeczki z tłumaczeniami. Miejscowi, choć znają język przodków bardzo dobrze, to siedząc na wzgórzach, nic nie słyszą i również chętnie z nich korzystają.

W trakcie Inti Raymi ulice zapełniają się straganami. Można spróbować świątecznych dań: sałatki z wodorostów, pachamancy, czyli ziemniaków z mięsem i warzywami pieczonych w kamiennych piecach lub dołach ziemnych, albo osławionej cuy, czyli świnki morskiej.

W ciągu dnia przez miasto przechodzą wielobarwne korowody i parady ogromnych kukieł przygotowywanych przez studentów miejscowej ASP. Wieczorami natomiast odbywają się koncerty lokalnych zespołów, grających unikalną mieszankę rocka i folku przy użyciu typowych andyjskich instrumentów ludowych, jak fletnia czy czarango (mała gitarka z pudłem rezonansowym wykonanym ze skorupy pancernika).

 

Święte jezioro Titicaca

Leżące na granicy Peru i Boliwii Titicaca to, jak żartują przewodnicy, jedyne miejsce na świecie, gdzie można jednocześnie cierpieć z powodu choroby morskiej i wysokościowej. Znajdujące się na wysokości 3812 m n.p.m. jest najwyżej położonym jeziorem żeglownym na Ziemi.

Na jeziorze znajduje się kilka naturalnych wysp, z których Wyspa Słońca, Wyspa Księżyca oraz Taquile są najczęstszym celem turystów. Na pierwszej z nich u zarania ludzkości stanęli pierwsi Inkowie: Manco Capac i jego siostra Mama Ocllo, dzieci boga Inti, którym wręczył on złoty klin i kazał znaleźć miejsce, gdzie zagłębi się on z łatwością w ziemię i tam założyć swoje królestwo. W ten sposób boskie rodzeństwo dotarło do świętej doliny i założyło miasto Cuzco. Dziś na Wyspie Słońca podziwiać można liczne ruiny inkaskie, a w kompleksie Chincana świętą skałę będącą ponoć miejscem narodzin dzieci Słońca. Na wyspie znajduje się również bogate muzeum archeologiczne z kolekcją złotej biżuterii oraz przedmiotów codziennego użytku, znalezionych w trakcie wykopalisk. Na Wyspie Księżyca natomiast obejrzeć można dość dobrze zachowany klasztor kapłanek Słońca. Wyspa Taquile stanowi ciekawostkę antropologiczną. Zamieszkujące ją Indianki zajmują się pracą w polu, podczas gdy ich mężowie poświęcają się jedynie ręcznemu tkactwu. Wytwarzane przez nich ubrania są tak piękne, że znalazły się na liście UNESCO.

Wyspy są tak niewielkie, iż każdą z nich można przebyć pieszo w ciągu dwóch, trzech godzin. Na każdą dopływa również prom z pobliskiego Puno.

Kolejnym ewenementem jeziora Titicaca są pływające „wyspy” Uros, których nazwa pochodzi od zamieszkującego je plemienia Indian. Splatają oni trzcinę totora w grube maty, które następnie układają jedne na drugich i wiążą warstwy ściśle ze sobą. Na swoich wyspach stawiają również domy z trzciny i produkują z niej niezliczone pamiątki dla turystów. Po jeziorze dryfuje kilkadziesiąt takich wysp, choć nie wszystkie są zamieszkane. Każda z nich ma grubość około 4 m. Ponieważ dolne warstwy stopniowo gniją, na wierzchu wciąż należy dokładać nowe. Choć Indianie Uros żyją jak ich przodkowie – bez zameldowania i stałej pracy – to na wyspach zaczyna się pojawiać cywilizacja w postaci baterii słonecznych i przemysłu turystycznego. Na jednej z nich jest nawet szkoła, do której dzieci pływają na trzcinowych łódkach.

Wyspy można zwiedzić z lokalnym biurem podróży, które zagwarantuje transport oraz anglojęzycznego przewodnika, albo taniej – z miejscowymi przewodnikami. Wielbiciele niekonwencjonalnych podróży mają możliwość wypożyczenia kajaka i pływania między wyspami jedynie dzięki sile własnych mięśni.

 

Zagadka pustyni Nazca

 Na wiele wieków przed tym, jak w Andach pojawili się Inkowie, w południowo-zachodniej części Peru rozwinęła się cywilizacja Nazca. Niewiele o niej wiemy, a nad pozostawionymi przez nią zagadkowymi geoglifami naukowcy łamią sobie głowy do dziś.

Na obszarze około 500 km2 znajduje się ponad czterysta rysunków, z których około dwadzieścia to zarówno proste geometryczne kształty, jak i skomplikowane rośliny i zwierzęta, np. czterdziestometrowy pająk, studwudziestometrowy kondor, stuosiemdziesięciometrowa jaszczurka i nie mniejsze małpa, koliber czy ryba. Resztę stanowią proste, ciągnące się przez wiele kilometrów linie. Ponieważ płaskowyż pokrywa czerwony żwir, rysunki sporządzono, odgarniając go i ukazując żółtawą, znajdującą się pod spodem glebę, tak by na ciemnym tle powstał jasny kontur. Linie mają około 20 cm głębokości i 1 m szerokości. Z badań archeologicznych wynika, że rysunki powstawały na przestrzeni około tysiąca lat. Naukowcy spierają się jednak, czy miało to miejsce między 300 rokiem p.n.e a 900 n.e, czy też może między 200 p.n.e. a 700 n.e. Jedno jest pewne – niedługo po ich ukończeniu twórcy zniknęli bez śladu. Odkąd na początku XX w. dwóch pilotów wykonujących rutynowy lot odkryło rysunki, budzą one niezwykłe emocje w środowisku naukowym. Początkowo uważano je za system kanałów nawadniających, następnie za labirynt religijny, miejsce kultu bóstw gór i wody, szlaki handlowe, a także za bieżnie sportowe. Najbardziej prawdopodobna wydaje się teoria wysunięta przez Marię Reiche (która spędziła na Nazce niemal całe życie), iż geoglify były kalendarzem astronomicznym, określającym pory siewu i zbiorów. Niektóre z linii wiernie odwzorowują ruch gwiazd, a rysunki odzwierciedlają ułożenie konstelacji. Wskazują także na punkty wschodów i zachodów słońca podczas równonocy i przesileń. Najfantastyczniejszą teorię wysnuł szwajcarski pisarz Erich von Däniken, który twierdził, że geoglify były lądowiskiem dla przedstawicieli cywilizacji pozaziemskich, z którymi Indianie Nazca mieli wcześniej kontakty. Według niego jeden z rysunków, przedstawiający człowieka z nienaturalnie dużymi oczami, jest wizerunkiem kosmity, a niektóre proste linie do złudzenia przypominają pasy startowe.

Na pustynię organizowane są wycieczki z przewodnikiem, w czasie których można przespacerować się wzdłuż tajemniczych linii albo wspiąć na którąś z wieżyczek obserwacyjnych. Jednakże z uwagi na to, że ogrom i precyzję geoglifów można docenić dopiero z lotu ptaka, najlepiej wykupić wycieczkę powietrzną. Jest to jednak opcja dla osób o silnych nerwach i jeszcze silniejszych żołądkach. Rozklekotana kilkuosobowa awionetka z pewnością nie budzi zaufania, a opowieści o zdarzających się czasami wypadkach, powtarzane z lubością przez przewodnika, nie budują poczucia bezpieczeństwa.

Monika Dubiel

 

Na początek

aaa

 

zdrowie

 

Kolorowe pigułki

„Badania w dziedzinie medycyny dokonały tak olbrzymiego postępu, że dziś – praktycznie rzecz biorąc – nikt już nie jest zdrowy” – mawiał angielski filozof Bertrand Russel. Pozostali jedynie niezdiagnozowani.

To prawda. Lubimy się leczyć i jakże często – na wyrost. Łykamy tabletki od zmęczenia i od nadmiernej pobudliwości, od pamiętania i zapominania, specyfiki na porost włosów i ładne paznokcie, na odchudzanie i przybranie na wadze, trawienie i wydalanie – można tak wymieniać bez końca. Szczególną estymą darzymy witaminy i minerały, bo przez lata wbijano nam do głowy, że bez nich będziemy żyć gorzej i krócej. Koncerny farmaceutyczne co rusz rzucają na rynek tzw. suplementy diety, reklamując je jako superprozdrowotne. Już blisko połowa Polaków zażywa je w ciągu roku, wierząc w ich cudowną moc. W 2013 r. wartość sprzedaży suplementów diety osiągnęła w naszym kraju 50 proc. kwoty zysku odnotowanego w obrocie lekami bez recepty. Co czwarty Polak nie odróżnia bowiem lekarstwa od suplementu. Co gorsza, tej różnicy coraz częściej nie widzą także lekarze.

Przy 11 mld dolarów, które rocznie na witaminy wydają Amerykanie, nasze 3 mld złotych, choć to niemało, wypadają blado. Warto się jednak zastanowić, na ile racjonalne są te wydatki i czy rzeczywiście służą naszemu zdrowiu. W ubiegłym roku Amerykanie sami wzięli się za to na serio. Część tamtejszych naukowców doszła do wniosku, że przemysłowi kolorowych tabletek pora powiedzieć: dość! Badacze z Johns Hopkins University w Baltimore, jednej z najlepszych szkół medycznych na świecie, opracowali raport, w którym napisali wprost: „Miarka się przebrała. Przestańcie marnować pieniądze”. Wzbogacanie diety zdrowego dorosłego człowieka w witaminy i suplementy nie przynosi żadnych korzyści ani nie działa profilaktycznie przeciwko różnym chorobom. Co gorsza, wysokie dawki, na przykład beta-karotenu, witaminy E i A, mogą być wręcz szkodliwe dla zdrowia – czytamy m.in. we wspomnianym raporcie. Jego współautor, profesor epidemiologii Edgar Miller, twierdzi, że wiara w to, iż witaminy mogą nas uleczyć, to bzdura i naukowy analfabetyzm. – Podstawa to zdrowa dieta – mówi. – Zalecam oszczędzone na pastylkach pieniądze przeznaczyć na warzywa, owoce, orzechy czy dobrej jakości nabiał. Można też zainwestować w abonament na ćwiczenia. Wydawanie na witaminy to po prostu wyrzucanie pieniędzy w błoto.

Spora część konsumentów kolorowych pigułek przyjęła te argumenty jako słuszne, wyrażając zadowolenie, że skutecznie wytrącą broń z ręki koncernom farmaceutycznym, które twierdzą, że zwykłe pożywienie nie dostarcza nam tego, czego nasz organizm potrzebuje. Satysfakcja trwała krótko, bo w chwilę potem inna grupa naukowców z równie prestiżowego Uniwersytetu Harvarda okrzyknęła opinię kolegów z Baltimore pseudonaukowym gniotem. Obie strony licytują się teraz i publikują wyniki badań, które mają potwierdzać słuszność ich stanowisk. A przeciętny zjadacz witamin jest zdezorientowany, komu ma wierzyć. Przysłowiowej oliwy do ognia dolała profesor epidemiologii w Szkole Zdrowia Publicznego na Uniwersytecie Yale Susan Mayne. – Najwyższy czas uderzyć się w pierś i przyznać, że nauka po prostu nie wykonała dobrej roboty w badaniu witamin – wyznała z rozbrajającą szczerością. – Sami nie wiemy, co tak naprawdę powiedzieć pacjentom, bo do tej pory przyglądaliśmy się witaminom przez brudną szybę i z zaciągniętymi zasłonami. To stwierdzenie wywołało w Stanach burzę, bo instytut, który reprezentuje pani profesor, odpowiada za normy żywieniowe i dawki dziennego zapotrzebowania na różne składniki odżywcze, w tym witaminy.

Amerykańska „witaminowa wojna” toczy się dalej. Jej niewątpliwą zasługą jest wszczęcie publicznej, społecznej dyskusji na temat bardzo ważny dla naszego zdrowia. Z doniesień prasowych zza oceanu wynika, że tamtejsi naukowcy wzięli się uczciwie do roboty, by przetrzeć witaminową „mgłę”. Ostatnio opublikowali nawet wskazówki, jak dobrze zabrać się do tematu, biorąc pod uwagę nie tylko kolorowe pastylki, lecz także to, co dostajemy z pożywienia, co naprawdę w nim siedzi i jak organizm to wchłania, przy uwzględnieniu genetycznych różnic, które mogą być kluczowe w zrozumieniu tego, jak witaminy działają na nasz organizm.

Na wyniki tych badań przyjdzie nam zapewne jeszcze długo poczekać. Być może w najbliższych latach będziemy wiedzieć o witaminach trochę więcej niż obecnie. Warto jednak już teraz stosować wobec nich znaną z ruchu drogowego zasadę ograniczonego zaufania. Przedawkować witaminy można bardzo łatwo, co pewnie zdarzyło się każdemu z nas. Prym wiedzie tu witamina C okrzyknięta swego czasu panaceum na niemal wszystkie dolegliwości: od przeziębienia poczynając, a na chorobach urologicznych kończąc. 1000 miligramów cebionu na dobę (a takie dawki fundują nam często lekarze w razie ostrych stanów zapalnych) to dziesięć razy więcej niż dzienne zapotrzebowanie organizmu dorosłego człowieka (w przeliczeniu na produkty naturalne to 15 pomarańczy plus opakowanie „wzbogaconych” cukierków, zjedzonych jednorazowo – wątpliwe, by po takiej dawce nasz układ pokarmowy czuł się dobrze). Nieprzekonani zwolennicy takiej terapii argumentują, że jest bezpieczna, bo nadmiar witaminy C jest wydalany przez nerki. To prawda, ale jeśli ciągle fundujemy im taką porcję tego kwasu, możemy się dorobić niewydolności nerek.

Duże, dobrze kontrolowane badania, w których jedna grupa ludzi przez bardzo długi czas przyjmuje różne witaminy, a druga – placebo, wykazują, że multiwitaminy nie zmniejszają zachorowania na choroby układu krążenia ani na żadne inne, a witamina C nie chroni przed przeziębieniem. Analizy opublikowane przez międzynarodową organizację Cochrane Collaboration wykazały, że przyjmowanie witamin A, C, E, beta-karotenu oraz selenu nie tylko nie zapobiega nowotworom, ale wręcz zwiększa ryzyko śmierci. Nadmiar witaminy E może powodować niewydolność serca i raka prostaty. Telewizja i radio atakują naszą świadomość natrętnymi reklamami magnezu, który koi nasze nerwy i zapobiega skurczom łydek. Jak wiadomo, ten pierwiastek skutecznie wypłukują z naszego organizmu kawa i herbata pite w nadmiarze. Łykamy więc na zapas różne „magvity B6” (bo z tą witaminą magnez jest lepiej przyswajalny), nieświadomi, że nadmiar tego pierwiastka prowadzi do kamicy nerkowej i zaburza wchłanianie innych elektrolitów, na przykład wapnia. Czy nie lepiej (i smaczniej) zamiast pigułek jeść gorzką czekoladę, bogatą w magnez w naturalnej postaci? Podobnie jest z potasem, który jest niezbędny m.in. dla prawidłowej pracy serca. Polecają go najczęściej kardiolodzy, zanim jednak zrealizujemy w aptece receptę na ten lek, warto wykonać analizą krwi określającą poziom tego elektrolitu w naszym organizmie. Jeśli nie stronimy od bananów i pomidorów, a także ziemniaków (ale nie frytek!) bogatych w potas, wynik takiego badania będzie na pewno pozytywny.

Niektóre witaminy w proszku źle się komponują z innymi lekami, a także z tym, co jemy. Dlatego naukowcy sporządzili krótki poradnik, coś w rodzaju ABC łykania witamin. Oto on:

• Witamina C może podwyższyć poziom wchłaniania żelaza. Nie bierz tych suplementów razem. • Zbyt duże dawki witaminy A mogą źle wpływać na kości i wątrobę.

• Witaminy rozpuszczalne w tłuszczu (A, D, E oraz K) lepiej się wchłaniają, gdy weźmiesz je z posiłkiem zawierającym tłuszcze. • Przyjmujący leki przeciwzakrzepowe powinni unikać spożywania witaminy K. Ludzie na lekach moczopędnych – wystrzegać się witaminy D, a przyjmujący leki na serce – witaminy B3. • Długotrwałe przyjmowanie cynku może obniżyć poziom miedzi w organizmie. Sprawdź to z lekarzem. • Postaraj się brać witaminy z potrawami, w których występują naturalnie. • Witamina D lepiej wchłania się, gdy weźmiesz ją przy kolacji, a nie przy śniadaniu. • Z kolei niektóre makroelementy, takie jak żelazo, podczas innej pory dnia. • Starsi mężczyźni i kobiety po menopauzie powinni ograniczać suplementy z żelazem. W dużych dawkach mogą prowadzić do chorób serca i uszkodzeń różnych organów. • Jeśli bierzesz multiwitaminy, sprawdź, czy produkty żywnościowe, które kupujesz, nie są już nimi wzbogacone, i oblicz dzienną porcję, żeby uniknąć przedawkowania.

Potępianie w czambuł witamin w tabletkach byłoby nonsensem. Ważne, by pamiętać o tym, że zarówno ich niedobór, jak i przedawkowanie nie wychodzą nam na zdrowie. Żeby rozsądnie z nich korzystać, należy najpierw zbadać, czy faktycznie męczą nas jakieś niedobory, i tylko wtedy je uzupełniać. W polskim klimacie najczęściej brakuje nam wapnia i witaminy D. Możemy temu zapobiegać poprzez właściwą dietę (mleko i jego przetwory) i eksponowanie ciała na słońce. (W porach roku, w których jest go mało, trzeba się wspomóc witaminą D z apteki). Nasz kraj leży w strefie niedoboru jodu. Jego brak może powodować niedoczynność tarczycy, szczególnie groźną dla dzieci (większa podatność na choroby, opóźniony rozwój, a nawet niedorozwój umysłowy) i kobiet pragnących zajść w ciążę. Polska była jednym z pierwszych krajów w Europie, który zaczął dodawać deficytowy pierwiastek do soli spożywczej. Ostatnio, ponieważ kardiolodzy ostrzegają przed nadużywaniem sodu (podnosi ciśnienie), rozpoczęło się jodowanie mleka (krowom podaje się lizawki wzbogacone w jod). Być może, wzorem innych krajów Unii, będziemy profilaktycznie dodawać kwas foliowy do pieczywa. Jego niedobory u matki mogą prowadzić do poważnych wad u dziecka (np. rozszczep kręgosłupa). Rzecz w tym, że kwasu foliowego nie wystarczy łykać w ciąży, lecz trzeba go zażywać już kilka miesięcy wcześniej.

Innych witamin i minerałów, jeśli nam nic nie dolega, nie warto przyjmować profilaktycznie, „na wszelki wypadek”. Na zapas, co potwierdzają badania, sprawdzają się tylko probiotyki stosowane po kuracji antybiotykowej (pisaliśmy o nich w artykule „Zarazki są wśród nas” we wrześniowym numerze „Crossa” z ubiegłego roku) oraz cynk, który warto łykać przy pierwszych objawach przeziębienia, bo znacznie osłabia infekcje wirusowe i skraca okres choroby. To szczególnie ważne teraz, na przełomie zimy i wiosny, kiedy najczęściej padamy ich ofiarą.

(BWO)

 

Na początek

aaa

 

ruszajmy się

 

Na lodowisko

Coraz częściej szukamy ciekawych form spędzania wolnego czasu. Interesuje nas głównie aktywność sportowa, która jest również przyjemna. Takie właśnie jest łyżwiarstwo. W formie rekreacyjnej, bez rywalizacji, amatorzy ślizgają się na lodzie dla samej zabawy, zdrowia i poprawy sprawności fizycznej. 

Ta forma jazdy jest najpopularniejsza, bo łyżwy zakładamy najczęściej po to, by czerpać z niej przyjemność. Trzeba zaznaczyć, że jazda sportowa przyciąga coraz większe grono zwolenników. Do klubów sportowych zapisują się osoby chcące jednocześnie doskonalić swoje umiejętności i rywalizować na łyżwach z innymi. Zawodnicy zrzeszają się w Polskim Związku Łyżwiarskim. Sporty uprawiane na łyżwach to: łyżwiarstwo szybkie, łyżwiarstwo figurowe i hokej na lodzie.

 

Jazda rekreacyjna

Do jazdy rekreacyjnej potrzebujemy łyżew, lodowiska i dobrego nastawienia. Sama jazda nie jest czymś skomplikowanym, jednak trzeba trochę czasu, by nauczyć nasze ciało odpowiednich ruchów i wyczucia równowagi. Za pierwszym razem możemy skorzystać z wypożyczalni, które zazwyczaj funkcjonują przy lodowiskach. Kupując łyżwy, należy zwrócić uwagę na dopasowanie do stopy oraz komfort noszenia. Tani, niewygodny sprzęt zniechęci do prób już po kilkunastu minutach.

W porze zimowej powstają sztuczne sezonowe lodowiska, które zazwyczaj działają od końca listopada do końca marca, nawet przy dodatnich temperaturach. Takie ślizgawki są bezpieczne, a gospodarze obiektu dbają o zapewnienie rozrywki: organizowane są różnego rodzaju zabawy, pokazy, lekcje, puszczana jest muzyka itp. Istnieją także całoroczne kryte obiekty, na których między innymi trenują sportowcy. W mroźną zimę na naturalnych akwenach powstaje gruba warstwa lodu. Można korzystać z naturalnych ślizgawek, ale trzeba przy tym kierować się zdrowym rozsądkiem i pamiętać, że w porze zimowej wiele osób tonie po załamaniu się lodu. Tafla lodowa na zamarzniętym zbiorniku musi mieć co najmniej 20 cm grubości. Do wykorzystania nadają się wyłącznie ślizgawki na wodach stojących – na rzekach, ze względu na nurt, lód nigdy nie będzie stabilny.

 

Nauka jazdy na łyżwach

Ważny jest odpowiedni ubiór, który nie będzie krępował ruchów oraz zabezpieczy nas termicznie. Należy pamiętać, by dla własnego bezpieczeństwa i komfortu jazdy zakładać na głowę kask. Pierwsze wyjście na łyżwy powinno się zaplanować w takim miejscu lub godzinach, aby nie było tłoczno, a inni jeżdżący nie rozpraszali nas ani nam nie zagrażali.

Następnie warto poświęcić czas na dobór odpowiednich łyżew, które powinny być dopasowane do stopy i dobrze naostrzone. Trzeba również zdecydować, czy będą to hokejówki przeznaczone do szybkiej jazdy, czy figurówki – z ząbkami z przodu, służące do wykonywania różnych ewolucji i figur.

Przed wyjściem na lód warto oswoić się ze sprzętem. Służy temu chodzenie w łyżwach. Żeby nie zniszczyć sprzętu, chodzimy w ochraniaczach na płozy lub po specjalnym gumowym podłożu, którym często jest wyłożone dojście do lodowiska. Pierwszy etap nauki, już na lodzie, to kształtowanie równowagi. Przytrzymując się bandy, stajemy na obu nogach, następnie na jednej i drugiej nodze, jednocześnie trzymamy stabilnie stopy i utrzymujemy równowagę. Pamiętamy o tym, żeby podczas poruszania się na łyżwach lekko ugiąć kolana i pochylić tułów w przód. Nie należy odchylać się do tyłu, to grozi wywrotką, a nawet uderzeniem głową o twardą taflę lodu. Jeżeli stoimy już dość stabilnie, puszczamy się bandy i wykonujemy przysiady. Na łyżwach nie należy wykonywać gwałtownych ruchów, machać rękoma – jeżeli delikatnie zaczniemy się poruszać, pojedziemy w bezruchu do momentu zatrzymania. Warto również przećwiczyć upadki i wstawanie. Stojąc w miejscu, staramy się przejść do przysiadu, pochylić się w przód i miękko przewrócić na bok. Wstajemy w następujący sposób: z klęku ustawiamy ramiona między łyżwy, ustawiamy jedną płozę na lodzie, następnie drugą, opierając się o lód, i przechodzimy w ten sposób z klęku do przysiadu podpartego. Następnie powoli prostujemy sylwetkę do stania.

Kolejnym etapem oswajania z jazdą na łyżwach jest chodzenie po lodzie. Spokojnie przestawiamy jedną i drugą nogę. Gdy już zaczynamy nabierać prędkości, ustawiamy łyżwy równolegle i utrzymujemy równowagę podczas delikatnego ślizgu. Do nauki należy podejść cierpliwie i spokojnie. Potrzeba czasu, by oswoić się z jazdą. Następny krok to już próby samej jazdy. Należy nogę ustawić pod kątem i odepchnąć się wewnętrzną krawędzią. W ten sposób nabieramy prędkości i przenosimy ciężar ciała na drugą łyżwę, na której jedziemy. Nogę, z której się odepchnęliśmy, przenosimy w przód, przygotowując do ustawienia pod kątem lekko w bok do kolejnego poślizgu. Wykonujemy to samo na drugą nogę i dalej już powtarzamy na zmianę. Jedziemy luźno, kolana ugięte lekko do środka, pochyleni nieznacznie w przód, ramiona pracują naprzemiennie w stosunku do nóg. Trzeba uważać na zachwiania równowagi i na innych uczestników. Spokojnie oswajamy się z jazdą.

 

Łyżwiarstwo szybkie

Jest to dyscyplina, która polega na ściganiu się zawodników na torze łyżwiarskim. Liczy się szybkość pokonania określonego dystansu. Istnieją dwie odmiany tego sportu: na długim torze i krótkim (tzw. short track).

Sport ten popularnie nazywany jest panczenami, gdyż łyżwiarza szybkiego nazywa się panczenistą. Start odbywa się w parach i zawodnicy jadą na zmianę po wewnętrznym i zewnętrznym torze. Tor jest owalny i składa się z dwóch części – wewnętrznej i zewnętrznej – oddzielonych liniami. Jedno okrążenie to 400 m. Jedzie się pół okrążenia po torze zewnętrznym i pół po wewnętrznym. Rozgrywane są dystanse: 500, 1000, 1500, 3000, 5000 i 10 000 m. W biegach drużynowych zespół składa się z trzech zawodników, którzy jadą jeden za drugim. Rywalizacja jest bardzo wyrównana i oprócz doskonałej techniki jazdy i przygotowania fizycznego liczy się odpowiedni sprzęt, w tym aerodynamiczne kombinezony. Prym na świecie wiodą Holendrzy, dla których jest to sport narodowy, poza tym do czołówki światowej należą również Amerykanie. Ostatnio spore sukcesy, w tym medale igrzysk olimpijskich, zdobywają również Polacy. O dyscyplinie zrobiło się głośno po złotym medalu strażaka panczenisty Zbigniewa Bródki na igrzyskach olimpijskich w 2014 roku w Soczi.

Short track rozgrywany jest na torze, którego pętla liczy zaledwie 111 m (czyli może być wyznaczona na typowym lodowisku, na którym rozgrywane są mecze hokejowe lub konkurencje łyżwiarstwa figurowego). Rywalizuje od czterech do sześciu zawodników startujących ze startu wspólnego. Jest to wyścig, w którym do następnych biegów kwalifikuje się dwóch pierwszych. Zawodnicy osiągają prędkość około 50 km/h i na zakrętach muszą jechać mocno pochyleni, a wtedy podpierają się ręką o lód. Często zdarzają się kolizje i wywrotki, dlatego sport ten jest dość nieprzewidywalny i emocjonujący.

 

Łyżwiarstwo figurowe

Jest to jeden z bardziej popularnych sportów zimowych. Polega na jeździe na łyżwach z wykonywaniem dodatkowych elementów: sekwencji kroków, skoków, piruetów, obrotów, podnoszeń w parze itp. Oprócz wartości technicznej występu liczy się również wrażenie artystyczne, co wymaga poczucia rytmu, zdolności tanecznych łyżwiarzy, dużej sprawności i elastyczności mięśni. Dzieli się na konkurencje: jazda indywidualna (oddzielnie kobiet i mężczyzn), pary sportowe, pary taneczne oraz łyżwiarstwo synchroniczne. Prezentacja na zawodach to dwa przejazdy, po których sędziowie przyznają punkty i klasyfikują zawodników. Po kwalifikacjach odbywa się program dowolny, a następnie program krótki. Miejsce końcowe jest wartością obu przejazdów. Łyżwiarstwo figurowe jest dyscypliną bardzo widowiskową, mającą na świecie wielu miłośników.

 

Hokej na lodzie

To gra zespołowa, w której zawodnicy poruszają się na łyżwach. Lodowisko ograniczone jest bandami, drużyny liczą po sześciu zawodników, w tym bramkarz i pięciu, którzy swobodnie poruszają się w polu gry. Bramka jest odsunięta od bandy i dzięki temu gra może toczyć się wokół niej, gola można jednak strzelić tylko od przodu. Gra się twardym kauczukowym krążkiem, który ślizga się po lodzie. Każdy zawodnik oprócz łyżew wyposażony jest w kij z zagiętą łopatką na końcu, którym popycha i uderza krążek, oraz ochraniacze i kask. Jest to niezbędne, gdyż gra jest kontaktowa. Dozwolona jest gra ciałem, zawodnicy podczas meczu mogą się zderzać i przepychać. Czas gry to 3x20 minut. Po przerwie, również po stracie gola, gra rozpoczyna się przez wznowienie: sędzia wrzuca krążek między dwóch zawodników, którzy walczą o jego przejęcie. Najlepsze reprezentacje to Kanada, Stany Zjednoczone, Czechy, Słowacja, Rosja, Finlandia i Szwecja. Bardzo słynna jest zawodowa liga NHL, do której należą drużyny z miast USA i Kanady. Gra staje się coraz bardziej popularna również w Polsce.

Warto być aktywnym i ruszać się również zimą. Łyżwy powinien mieć każdy z nas i starać się jak najczęściej z nich korzystać.

Krzysztof Koc

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Struktura pionkowa „jeż”

„Jeżem” nazywamy jedną z bardzo popularnych struktur pionkowych, w której czarne trzymają piechotę na 6. linii przy wysuniętych białych pionkach e4 i c4:

Białe: Kg1, a2, b2, c4, e4, f2, g2, h2

Czarne: Kg8, a6, b6, d6, e6, f7, g7, h7

Taki pionkowy obraz na szachownicy powstaje w wielu debiutach po krótkich roszadach obu stron. Źródłem nazwy jest obrona wstępu na piątą linię poprzez podobne do jeża „kłucie” czarnych pionków. Piąta linia jest tutaj kluczowa – obie strony mają w planach przekroczenie tej demarkacyjnej strefy. Białe czynią to poprzez marsz pionka lub pionków na obu skrzydłach, a czasami kombinacyjnie – wpadając skoczkiem na pole d5. Czarne czekają na sprzyjający moment, w którym z korzyścią będzie można zagrać b6-b5 i d6-d5 (przeważnie oba te ruchy następują zaraz po sobie), rzadziej e6-e5 (przy białym pionku na f4) albo g7-g5!? (przy białym pionku na f3) czy h7-h5. Układ czarnych piechurów ma również swoją drugą nazwę: „ściśnięta sprężyna”, bo podobnie jak przy sprężynie, „zwolnienie blokady” może boleśnie przeciwnika uderzyć… Gra ma początkowo manewrowy charakter aż do momentu wkroczenia bierki na 5. linię. Wtedy zaczynają się wielkie komplikacje, z których przeważnie zwycięsko wychodzi ten, kto lepiej policzy warianty.

Przegląd partii rozpoczynamy od dwóch klasycznych pojedynków pokazujących dynamiczne możliwości pozycji czarnych:

Partia angielska

W. Korcznoj – A. Adorjan

Cannes 1986

1.Sf3 c5 2.c4 Sf6 3.Sc3 e6 4.g3 b6 5.Gg2 Gb7 6.0–0 d6 7.d4 cd4 8.H:d4 a6 9.Wd1 Ge7 10.Gg5 Sbd7 11.Sd2 G:g2 12.K:g2 0–0 13.Sde4 Hc7 14.Wac1 Wfd8 15.Kg1 h6 16.S:f6+ G:f6 17.G:f6 S:f6 18.b3 Wac8 19.f3 Białe mają w planach postawienie pionka na e4, ale lepiej było to zrobić natychmiast, bez ruchu f2-f3 osłabiającego osłonę króla 19...Hb8 20.Hd3 Ha8 21.e4

Białe: Kg1, Hd3, Wc1, Wd1, Sc3, a2, b3, c4, e4, f3, g3, h2

Czarne: Kg8, Ha8, Wc8, Wd8, Sf6, a6, b6, d6, e6, f7, g7, h6

21...b5!? 22.cb5 d5! 23.e5 Groziło 23...de4. Na 23.ed5 nastąpiłoby 23…S:d5 24.S:d5 W:d5 z inicjatywą czarnych 23...Sd7 24.He2 Wc5! Szybkie zdwojenie wież na otwartej linii jest ważniejsze od pionka 25.a4 Słabsze było 25.ba6?! Wdc8 26.He3 H:a6 27.f4 Ha3! np. 28.Se2 W:c1 29.W:c1 W:c1+ 30.S:c1 Hb2 i gra na zachowanie przewagi materialnej prowadzi do przegranej pozycji: 31.a4? d4 32.He1 Sc5 33.Hd1 Hc3 z dalszym d4-d3 25...Wdc8 26.He3 Hb8! Wariant 26...ab5?! 27.S:b5 W:c1 28.W:c1 W:c1+ 29.H:c1 S:e5 30.Hc3 nie był dla czarnych korzystny 27.f4 Hb6! 28.Kg2 ab5 Ale nie 28...W:b5? 29.S:d5! W:c1 30.S:b6 z wygraną białych 29.Kh3 Po 29.ab5 nastąpiłoby 29…Ha5 30.Se2 H:b5 31.W:c5 S:c5 32.Wc1 z niewielką przewagą czarnych 29...W5c6! 30.H:b6 S:b6 31.a5 W:c3 32.ab6? Białe przeoczyły odpowiedź przeciwnika. Po prawidłowym 32.W:c3! W:c3 33.ab6 Wc6 34.Wc1 W:b6 35.Kg4! aktywność białych figur dawała duże szanse na remis 32...b4! 33.Kg4 Teraz wieżówka po 33.W:c3 bc3 34.b7 Wb8 35.Wd3 c2 36.Wc3 W:b7 37.W:c2 W:b3 38.Kg4 Kh7 39.h4 h5+! była już przegrana, bo czarny król szybko wkraczał do akcji 33...Kh7! 34.W:c3 bc3 35.Wc1 Lub 35.Kf3 c2 36.Wc1 Wc3+ 35...d4 36.Kf3 Do pozycji podobnej co w partii prowadziło 36.b7 Wd8 37.Kf3 d3 38.b8H d2! 36...d3 37.b7 d2! 38.bc8H dc1H 39.Hc4 Hd1+ i białe skapitulowały – promocja pionka c3 jest nieuchronna.

Partia angielska

L. Poługajewski – L. Ftacnik

Lucerna 1982

1.Sf3 Sf6 2.c4 c5 3.Sc3 e6 4.g3 b6 5.Gg2 Gb7 6.0–0 Ge7 7.d4 cd4 8.H:d4 d6 9.Wd1 a6 10.b3 Sbd7 11.e4 Hb8 12.Gb2 0–0 13.Sd2 Wd8 14.a4 Hc7 15.He3 Wac8 16.He2 Se5 Czarne prowokują ruchy białej piechoty, aby osłabić pozycję króla 17.h3?! Białe koniecznie chcą zagrać f2-f4 bez obawy o Seg4. Lepsze było jednak profilaktyczne 17.Kh1 17...h5! Próba walki o czarne pola. Grozi h5-h4 18.f4 Sg6 19.Sf3

Białe: Kg1, He2, Wa1, Wd1, Gb2, Gg2, Sc3, Sf3, a4, b3, c4, e4, f4, g3, h3

Czarne: Kg8, Hc7, Wc8, Wd8, Gb7, Ge7, Sf6, Sg6, a6, b6, d6, e6, f7, g7, h5

19...d5! Na 19...h4 mogło nastąpić nieprzyjemne 20.f5 20.cd5?! Po 20.e5?! Se4 21.S:e4 de4 22.Sd4 h4 23.G:e4 hg3! 24.G:g6!? fg6 25.Hg4 Gc5! czarne miały też silną inicjatywę. Należało grać 20.ed5! Gc5+ 21.Kh1 ed5 22.S:d5 S:d5 23.cd5 G:d5 24.H:a6 i białe stoją tylko trochę gorzej 20...h4! 21.S:h4 Stosunkowo najlepsze. Po 21.e5 Gc5+ 22.Kh1 Sh5 trudno o obronę przed groźbami 21...S:h4 22.gh4 H:f4 23.de6 Większe szanse na ratunek dawało 23.Wd3 Gc5+ 24.Kh1 Gd6 25.Gf3 23...fe6 24.e5? Przegrywa błyskawicznie, ale i po stosunkowo najlepszym 24.W:d8+ W:d8 25.Wf1 Gc5+ 26.Kh1 H:h4 wynik gry się nie zmieniał 24...Gc5+ 25.Kh1 Sh5! 26.H:h5 Hg3! Straszne czarne gońce we współpracy z hetmanem stwarzają groźby nie do odparcia: 27…G:g2x i 27…H:h3x 27.Sd5 W:d5 28.Wf1 Z małą nadzieją na wieczny szach po 29. Hf7+ Kh8 30. Hh5+ 28...H:g2+! 29.K:g2 Wd2+ (30.Kg3 Wg2+ 31.Kf4 Wf8+). Białe poddały się.

Poniższa partia ilustruje zalecany plan gry dla białych:

Obrona sycylijska

V. Jansa – U. Boensch

Tallinn 1983

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 e6 5.c4 Sf6 6.Sc3 a6 7.Ge2 Sbd7 8.0–0 b6 9.Ge3 Gb7 10.f3 Ge7 11.Hd2 0–0 12.Wfd1 We8 13.Wac1 Gf8 14.Gf1 Wc8 15.Hf2 Hc7 16.b4! Białe planują ustawić skoczka na b3, pomaszerować pionkiem a2-a4-a5 i wywalczyć dla skoczka pole a5. Realizacja planu następuje jednak z dużą porcją profilaktyki, aby uniknąć kontruderzenia w centrum 16…Hb8 (16…Se5? 17.Sa4!) 17.a3 Na razie pionek b4 musi być chroniony: 17.Sb3?! d5! z następnym G:b4 17…h6 18.Sb3 Gc6 19.Gd4 Wed8 (19…b5 20.Sa5) 20.Kh1 Se8 21.Wb1 Ostatnie przygotowawcze posunięcie. Wieża staje na jednej linii z czarnym hetmanem broniącym punktu b6 21...Ge7

Białe: Kh1, Hf2, Wb1, Wd1, Gd4, Gf1, Sb3, Sc3, a3, b4, c4, e4, f3, g2, h2

Czarne: Kg8, Hb8, Wc8, Wd8, Gc6, Ge7, Sd7, Se8, a6, b6, d6, e6, f7, g7, h6

22.a4! Gf6 23.a5! G:d4 24.H:d4 Ga8 Po 24…b5 25.cb5 ab5 białe uzyskiwały silnego wolniaka 25.Wd2 Hc7 26.ab6 S:b6 W końcówce po 26...H:b6 27.H:b6 S:b6 28.c5! dc5 29.W:d8 W:d8 30.S:c5 ginął pionek a6 27.Sa5 Naciski białych są bardzo nieprzyjemne, ale do wygranej jeszcze daleko 27...Wd7?! Solidniej wyglądało 27...Sd7 28.He3 (28.b5!?) 28...Sf6 29.Wbd1?! Białe były w niedoczasie i nie chciały forsować wydarzeń. Powiększało przewagę energiczne 29.b5! d5 (Po 29...ab5 30.W:b5 kłopoty ma skoczek b6) 30.e5 Se8 31.ba6 29...Wb8 30.Sa2 Białe przygotowują teraz ruch c4-c5. Ich plan rozstawienia figur to: Ha3, Sc1–b3 z następnym c4-c5 30...Sc8 31.Ha3 Ha7 32.Sc1 Wc7 33.Scb3 He3 Zasługiwało na uwagę natychmiastowe 33...G:e4!? 34.fe4 S:e4 35.c5!? S:d2 36.W:d2 d5 i pozycja czarnych wciąż jeszcze się trzyma 34.Wd3 (34.c5!?) 34...Hf4 35.Wd4 (35.c5? d5!) 35...e5 36.W4d3 h5 Jeśli 36...G:e4 (Innej możliwości uzyskania kontrgry nie ma), to 37.fe4 Sg4 (37...S:e4 38.Wf3) 38.g3 H:e4+ 39.Kg1! i nie ma pełnej rekompensaty za figurę 37.c5! G:e4 Czarne nie miały już wyboru: 37...dc5 38.S:c5 czy 37...d5 38.ed5 e4 39.Wd4 nie dawało żadnych szans 38.fe4 Sg4 39.g3 H:e4+ 40.Gg2?! Dokładniejsze 40.Kg1 40...He2?! Jeśli 40…H:b4, to 41.Ha2, należało jednak spróbować 40...Hf5 41.Wf3 Sf2+ 42.Kg1 Sh3+ 43.Kf1 Hg4 z pewnymi taktycznymi możliwościami 41.W3d2 He3 42.Wf1 dc5 43.bc5 Se7 44.Hc1! f5 45.h3 H:g3 46.hg4 hg4 47.Hc4+ Kh7 48.Wd3 Hh4+ 49.Wh3! 1–0

Podane wzory gry nie wyczerpują oczywiście wszystkich możliwości obu stron. Oto dwa bardziej współczesne przykłady:

Obrona sycylijska

P. Charbonneau – V. Anand

Turyn 2006

1.e4 c5 2.Sf3 e6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sc6 5.Sb5 d6 6.c4 Sf6 7.S1c3 a6 8.Sa3 Ge7 9.Ge2 0–0 10.0–0 b6 11.Gf4 Gb7 12.Hd2 Se5 13.f3 Hc7 14.Wac1 Wac8 15.Wfd1 Hb8 16.Kh1 Wfe8 W porównaniu z poprzednimi partiami czarne zyskały w debiucie kilka temp, wywierają większy nacisk na punkt c4, skoczek na a3 jest poza grą. Białym nie opłaca się wymiana na e5, gdyż oddaje przeciwnikowi całkowitą kontrolę nad czarnymi polami w centrum 17.Gf1 Kh8!? Wstęp do planu stosowanego przez Bobby Fischera: król zwalnia miejsce dla wieży, czarne zagrają potem g7-g5, a wieża przez pole g6 przedostaje się na 6. linię do ataku na króla 18.Ge3 Ga8 19.Gg1 Wg8 20.He3 (xb6) 20…Sed7 21.Sab1 Czarny skoczek zmniejszył nacisk na pionka c4, co białe wykorzystują do uaktywnienia własnego skoczka

Białe: Kh1, He3, Wc1, Wd1, Gf1, Gg1, Sb1, Sc3, a2, b2, c4, e4, f3, g2, h2

Czarne: Kh8, Hb8, Wc8, Wg8, Ga8, Ge7, Sd7, Sf6, a6, b6, d6, e6, f7, g7, h7

21...g5!? 22.Sd2 Gd8 Kolejne wzmocnienie gry czarnych – ten goniec zmierza na c7. Łatwiej wtedy o obronę pionka b6, a w przypadku d6-d5 stwarza większe zagrożenie na przekątnej b8-h2 23.b4 Nic nie dawało białym 23.c5 bc5 24.G:a6 Wc7 23...Gc7 24.He1 Wg6 25.Gd3 Se5 26.Ge2 Wcg8 Czarne przerzucają drugą wieżę na skrzydło królewskie. Białe muszą uważać na groźby typu g5-g4, d6-d5 oraz na taktyczne motywy po linii „h” 27.Ge3 Niebezpieczeństwo widać w wariancie 27.Sf1?! g4 28.f4? Sf3! 29.gf3 gf3 30.Sg3 fe2 31.H:e2 d5! i białe się rozsypują 27...Wh6 (27...Sh5!?) 28.Sf1 Wgg6?! Czarne chcą jeszcze umieścić hetmana na linii „g”, ale to pozwala przeciwnikowi rozwinąć inicjatywę na drugim skrzydle. Niedobre było 28...d5? 29.cd5 S:f3 30.G:f3 G:h2, bo 31.Hd2! i mata nie ma, ciekawie natomiast wyglądało 28...Sh5!? 29.Gd4 f6 29.Hd2 Hg8 30.a4 Gb7 31.c5!? dc5 32.bc5 bc5 33.Wb1 Gc6 34.G:c5 g4 35.f4 g3? Czarne źle policzyły wariant. W komentarzach grającego białymi słusznie zalecano jako jedyne 35...Sf3! z takim możliwym dalszym ciągiem: 36.gf3 g3 37.S:g3 W:g3 38.Wg1 Sh5! 39.Hd4+ e5 40.Hf2 ef4 41.Hd4+ f6 42.Gc4 Hc8 z trudną do oceny pozycją 36.fe5 S:e4 37.S:e4 G:e4 38.Gd3! Ten ruch Anand przeoczył – białe skutecznie się bronią, zachowując przewagę materialną 38...G:g2+ 39.H:g2 gh2 40.G:g6 W:g6 41.Sg3 W:g3 42.He4 Wg4 43.Ge7! (43…W:e4 44.Gf6+ Hg7 45.Wb8+ G:b8 46.Wd8x) 1–0

Na początku roku z wielkim zainteresowaniem śledziliśmy przebieg supersilnego turnieju szachowego w Holandii, w którym świetnie wystartował polski arcymistrz Radosław Wojtaszek. Polak wygrał pojedynki z aktualnym mistrzem świata Magnusem Carlsenem oraz z bardzo groźnym Fabiano Caruaną i był w ścisłej czołówce turnieju. Niestety, w środku imprezy przegrał niespodziewanie z potencjalnie słabszym rywalem, co zapoczątkowało dalsze niepowodzenia. A winne porażki były „jeżowe” komplikacje:

Obrona hetmańsko-indyjska

R. Wojtaszek – B. Jobava

Wijk aan Zee 2015

1.d4 Sf6 2.c4 e6 3.Sf3 Gb4+ 4.Sbd2 0–0 5.a3 Ge7 6.e4 d6 7.Ge2 c5 8.b3 cd4 9.S:d4 b6 10.0–0 Gb7 11.Gd3 Sbd7 12.He2 We8 13.Gb2 Gf8 14.Wad1 a6 15.f4

Białe: Kg1, He2, Wd1, Wf1, Gb2, Gd3, Sd2, Sd4, a3, b3, c4, e4, f4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, We8, Gb7, Gf8, Sd7, Sf6, a6, b6, d6, e6, f7, g7, h7

Ta pozycja różni się trochę od poprzednich, przede wszystkim ustawieniem białych bierek. To właśnie sprawiło, że czarne zagrały mniej typowo 15...e5!? Z uwagi na pozycję wieży e8 i hetmana e2 to właśnie uderzenie w centrum jest najbardziej efektywne 16.fe5 Po 16.Sf5 ef4 17.W:f4 g6 18.Sg3 Se5 figury czarnych stawały się bardzo aktywne 16...S:e5 17.Gb1 b5?! Posunięcie typowe dla struktury „jeża”, ale trochę przedwczesne. Lepiej wyglądało 17...g6 z dalszym Gg7 18.cb5 d5!? Czarne dolewają oliwy do ognia. Centrum się otwiera, pozycja staje się coraz bardziej skomplikowana i nasycona zaskakującymi motywami taktycznymi 19.Sc6! Hb6+ 20.Gd4?! Do lepszej końcówki prowadziło 20.Kh1 H:b5 (Słabsze 20...Sed7 21.a4 ab5 22.ab5 G:c6 23.bc6 H:c6 24.ed5 H:d5 25.Se4 z korzystnymi dla białych komplikacjami oraz 20…S:c6?! 21.bc6 H:c6 22.G:f6) 20… H:b5 21.H:b5 ab5 22.S:e5 G:a3 23.G:a3 W:a3 24.Sd3 de4 25.Sc5 e3 26.Wfe1 20...Gc5 21.Hf2 Sfg4?! Daje ponownie przewagę białym. Równość pozycji zapewniało 21...G:c6 22.G:c5 H:b5 22.G:c5 H:b5 23.Sa7! Mało oczywiste, ale bardzo silne posuniecie przynoszące zysk ważnego tempa 23...W:a7 24.Hd4 Waa8 25.a4 Hc6 26.ed5 H:d5 27.Se4 H:d4+ Przez dłuższy czas białe grały bardzo silnie, ale w końcówce zaczęły się błędy. 28.G:d4?! Po 28.W:d4! Se3 29.We1 S:g2 30.K:g2 f5 31.b4 powstawała trudna dla czarnych pozycja. Teraz szanse znów się wyrównują 28...S:h2! 29.Wf5?! Prowadzi do kłopotów. Prawidłowe było 29.Wf4! Sg6 (29...Shg4 30.Sd6; 29...Seg4 30.Sd6) 30.W:f7! (Przypuszczam, że tego ruchu białe się nie doliczyły) 30...K:f7 31.Sd6+ Kg8 32.K:h2 Gd5 (32...We7?! 33.S:b7 i 34.Ge4) 33.S:e8 W:e8 34.G:g6 hg6 35.b4 Gb3= 29...Wad8! 30.Sc5 Ciekawy wariant 30.K:h2 G:e4 31.G:e4 Sg4+ 32.Kg3 W:e4 33.Wf4! W:f4 34.K:f4 dawał też szanse na remis 30...Shf3+?! Lepsze 30...Gc8! 31.Wf4 g5 32.We4 f5 31.gf3 S:f3+ 32.Kf2 W:d4 33.W:d4? Prowadzi do dalszych strat. Komputer poleca trudny do znalezienia ruch 33.Wd3! W:d3 34.G:d3 Sd4 35.Wh5 Gc6 36.G:a6 i sytuacja wcale nie jest jeszcze jasna 33...S:d4 34.S:b7 We2+ 35.Kf1 Wb2! 36.Wd5 W:b1+ 37.Kf2 Se6 (38.Sc5 Wb2+ 39.Ke3 g6 40.S:e6 W:b3+ 41.Kf4 fe6 itd.) 0–1

Ryszard Bernard

 

Na początek

aaa

 

Gramy w warcaby

Kontynuując temat gry w pozycjach klasycznych, przedstawię kolejne zasady oraz niuanse, jakie zdarzają się w tych pozycjach. Poniżej dwa przykłady partii rozegranych na mistrzostwach Europy w Tallinie w 2008 r.

 

Aleksander Safonow (Rosja) – Władimir Milszin (Rosja)

1. 34-29 19-23 2. 40-34 14-19 3. 45-40 10-14 4. 50-45 5-10 5. 29-24 20x29! 6. 33x24 19x30 7. 34x25 18-22!

Ostatnie wymiany miały na celu przejście białych do planu gry na okrążenie, dlatego czarne zamierzają budować silne kolumny na krótkim skrzydle.

8. 32-27 12-18 9. 37-32 7-12 10. 31-26 22x31 11. 26x37

Ostatnią wymianą białe „zgubiły” dwa tempa, aby przygotować się do klasyki. Dla białych dodatkowym argumentem za takim planem gry są bandowe pionki na krótkim skrzydle. Czarne przyjęły wyzwanie i zagrały:

11... 13-19!

Lepiej wygląda 11... 14-19, ale czarne zostawiają sobie podwieszonego pionka na 10, z planem zagrania na 15 i asekuracji zajętego pola 24.

12. 38-33 15-20 13. 42-38 8-13 14. 47-42 10-15 15. 32-27 2-8 16. 37-32 17-21!

W klasyce bardzo istotne jest, by odpowiednio wcześnie zdążyć zająć pole 26 i tym samym zmusić białe do wymiany za +4 tempa.

17. 33-28 21-26 18. 41-37 11-17!

Czarne muszą zdążyć kolejnym pionkiem na pole 21.

19. 37-31 26x37 20. 42x31 17-21!

Jeśli białe zaatakują 21. 31-26, to po 20-24 22. 26x17 12x21 długie skrzydło białych będzie pozbawione aktywności.

21. 46-41 6-11

Czarne nie spieszą się z zajęciem pola 26, ponieważ po ostatnim zagraniu 6-11 pole działania białych jest jeszcze bardziej ograniczone.

22. 41-37 1-6

Dodatkowo ważną rolę odgrywa „olimpik”.

23. 40-34 20-24 24. 34-30 15-20

Czarne przygotowują przeprowadzenie pionka 4 na 15, z możliwością wybicia na 29.

25. 44-40 4-10 26. 39-34 24-29!

Zagranie Gestema, które ma na celu blokadę dużej grupy pionków na krótkim skrzydle.

27. 43-39 20-24 28. 49-44 10-15 29. 48-43 12-17!

To zaskakujące zagranie wprowadza wiele zagrożeń ze strony czarnych. Na 30. 31-26 nastąpi oczywista odpowiedź 17-22. Nie można też zagrać 30. 39-33, na co czarne przygotowały piękną kombinację 30... 18-22 31. 27x18 23x12 32. 34x23 17-22 33. 28x26 19x50 34. 30x10 15x4. Białym pozostała jedyna odpowiedź:

30. 27-22 18x27 31. 31x22 8-12

Teraz białe znalazły się w trudnej sytuacji, gdyż zagrożony jest pionek 22. W związku z tym decydują się na rozbicie klasyki, co jednak nie rozwiązuje ich problemów.

32. 32-27 23x41 33. 36x47 17x28 34. 34x32 12-18 35. 38-33

Po ostatnich wymianach czarne wywierają dużą presję na osłabione długie skrzydło białych.

35... 11-17 36. 40-34 21-26!

Dużym błędem byłby atak 36... 17-22 37. 34-29 22x31 38. 29x20 15x24 39. 32-27 21x32 40. 33-29 24x33 41. 39x26 z dużą przewagą białych.

37. 33-29 24x33 38. 39x28 18-22 39. 27x18 13x33 40. 43-39 33-38! 41. 32x43

Lewa strona białych została dramatycznie osłabiona, co w praktyce przesądza o wyniku partii.

41... 26-31 42. 43-38 31-37 43. 34-29

Powstała możliwość kontrataku białych, więc czarne decydują się na piękne poświęcenie, po którym ich obrona jest nie do przejścia.

43... 19-24! 44. 30x10 15x4 45. 45-40 16-21 46. 39-33 17-22 47. 44-39 21-27 48. 29-23 9-14

Nie można było grać 48... 27-31, na co białe odpowiedziałyby 49. 23-18 22x13 50. 38-32.

49. 39-34 27-31 50. 33-29 22-27 51. 23-18 31-36 52. 18-12 6-11 53. 38-33 37-41 54. 29-23 14-19!

Konieczne. Po 54... 41-46 55. 34-30 damka ginie.

55. 23x14 41-46 56. 47-41 46x30 57. 35x24 36-41 58. 40-34 41-46

I białe poddały się.

 

Patrick Martin (Francja) – Biern Vinkel (Holandia)

1. 32-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 31-26 7-12 4. 26x17 12x21

Już na początku białe straciły 4 tempa i będą zainteresowane dążeniem do pozycji klasycznej. Czarne natomiast powinny utrzymać pozycję otwartą.

5. 36-31

Białe zamierzają zająć pole 27, które jest potrzebne do budowania klasycznej pozycji.

5... 19-23! 6. 37-32 1-7 7. 41-37 7-12 8. 46-41 21-26 9. 34-29 23x34 10. 39x30 11-17 11. 44-39 17-21!

Białe mają problemy z aktywnością na długim skrzydle z powodu podwieszonego pionka 41.

12. 50-44 18-23 13. 41-36 12-18 14. 30-25 20-24 15. 33-28 14-19 16. 31-27 10-14

Powstała pozycja klasyczna, w której w nieco lepszej sytuacji są białe z uwagi na –2 tempa. Jednak w środkowej części partii na skutek gry na wymuszenia wymian z dodatnim tempem wszystko jeszcze może się zdarzyć.

17. 39-33

Dobrze byłoby zająć pole 30 jak najkrótszą drogą, np.: 17. 40-34 i na 24-29 odpowiedzieć 18. 34-30.

17... 14-20 18. 25x14 9x20

Czarne zwiększyły tempo do +6 w zamian za kontrolę pola 25, co rekompensuje im przewagę temp.

19. 44-39 8-12 20. 28-22

Białe szukają możliwości zmuszenia czarnych do kolejnej wymiany za +4 tempa, stąd zagranie Gestema.

20... 4-9 21. 33-28 5-10 22. 39-34 10-14 23. 34-30 20-25 24. 38-33 25x34 25. 40x20 14x25!

Czarne oceniły, że zdążą zagrać pionkiem 15 na 24, zanim białe zbudują kolumnę 34-45. Po biciu na pole 25 czarne ponownie kontrolują oba narożniki, co daje im przewagę niezależnie od tego, że mają większe tempo.

26. 43-39 15-20 27. 49-44 12-17 28. 22x11 6x17 29. 44-40 20-24 30. 42-38

Przegrywało 30. 39-34 24-30 31. 35x24 19x39 32. 28x8 39x28 33. 32x12 21x41 34. 12x21 16x27.

30... 17-22 31. 28x17 21x12 32. 33-28 12-17!

Zadaniem czarnych jest zachować kontrolę pól 25 i 26. Ostatnim zagraniem czarne zmierzają na pole 21, żeby nie dopuścić do wymiany 37-31.

33. 47-42 17-21! 34. 39-34

Mogłoby się wydawać, że czarne znalazły się w trudnej sytuacji, bo grozi im strata pionka, a nie mogą grać 34... 24-30 35. 35x24 19x39 36. 28x8 3x12 z powodu 37. 37-31 26x28 38. 38-33 21x32 39. 33x4. W klasyce są jednak piękne i zaskakujące rozwiązania. Białe spotkała niespodzianka:

34... 26-31! 35. 37x17 24-30 36. 35x24 19x39 37. 28x8 3x12

Czarne z pionkiem mniej posiadają sporą przewagę, gdyż pionek 39 ogranicza krótkie skrzydło.

38. 42-37?

Białe miały spore szanse na remis po 38. 40-34 39x30 39. 38-33, 40. 48-43, 41. 42-38.

38... 18-23 39. 40-34 39x30 40. 38-33 30-34 41. 48-43 25-30 42. 27-22

Przegrywało 42. 33-29 23-28 43. 29x40 30-35 44. 32x23 21x41 45. 36x47 35x44.

42... 30-35 43. 33-28 35-40 44. 28x19 9-13 45. 19x8 2x13 46. 32-28 40-44 47. 28-23 21-27! 48. 22x31 44-50!

Po 48... 44-49 49. 23-18 byłby remis.

49. 31-27 50-17 50. 37-31 17-12 51. 23-19 13x24

I białe poddały się.

Jan Sekuła

 

Na początek

aaa

 

kultura

 

Ali Największy

„Kiedy jest się tak wspaniałym jak ja, trudno jest być skromnym” albo „Jestem największy. Mówiłem tak nawet wtedy, gdy jeszcze o tym nie wiedziałem” – to jedne z najczęściej cytowanych przechwałek Cassiusa Marcellusa Claya, znanego później jako Muhammad Ali. Jego sukcesy wskazywały na to, że jeśli nawet nie miał racji, to na pewno był bliski prawdy. Już jako osiemnastolatek, na olimpiadzie w Rzymie w 1960 r. pokonał w finale wagi półciężkiej Zbigniewa Pietrzykowskiego, zdobywając tym samym złoty medal.

To i kolejne jego zwycięstwa opisał Przemysław Słowiński w książce „Największy. Opowieść o Muhammadzie Alim”, która powinna być pozycją obowiązkową dla każdego fana boksu i lekturą uzupełniającą dla tych, którzy o tym sporcie wiedzą niewiele.

Książce daleko do typowej sportowej biografii. To raczej niezwykle złożona, wielowątkowa opowieść: jedna dygresja ciągnie się nieraz kilka ładnych stron i nie zawsze dotyczy boksu. Autor bardzo wyraźnie rysuje nam tło kariery Alego, barwnie opowiada o Ameryce lat 60. i 70. – o Czarnych Panterach, rasizmie, hazardzie w Las Vegas, hippisach, wojnie w Wietnamie. O historycznych już dla nas wydarzeniach, zjawiskach i nurtach społecznych, o ludziach, których nazwiska nie są nam obce. Na kartach książki spotkamy znanego pastora Martina Luthera Kinga, przywódcę ruchu afroamerykańskiego Malcolma X, prezydenta Kennedy’ego, polskiego boksera Lucjana Trelę czy przestępców, takich jak Charles Manson.

Ale przede wszystkim poznamy osobowość i poglądy Muhammada Alego. Bokser, jak na dobrego muzułmanina przystało, gardził przemocą. Za odmowę służby wojskowej i wyjazdu na wojnę do Wietnamu został skazany na 5 lat pozbawienia wolności i 10 tysięcy dolarów grzywny. Dzięki wysiłkom opłacanych sowicie adwokatów nie spędził w kryminale ani godziny, jednak władze sportowe pozbawiły go licencji bokserskiej. Mimo to jasno wyrażał swoje poglądy: „Nienawidzenie kogoś z powodu koloru jego skóry jest złe. Nie ma znaczenia, jakiego koloru jest nienawiść. To totalna bzdura”.

Na ringu nie był już jednak taki łagodny, lubił prowokować przeciwnika, obrażał go przed walką, a podczas starcia stosował takie sztuczki, jak: polegiwanie na linach, przytrzymywanie, ściąganie głowy rywala w dół, szarpanie i popychanie. By w ostateczności położyć rywala na deski.

W sumie Muhammad Ali stoczył 61 walk, wygrał 56 pojedynków (z czego 37 przez nokaut). Poniósł tylko 5 porażek. Jako jedyny bokser w historii zdobył trzykrotnie tytuł mistrza świata wszechwag. Ale jego wielkość tkwi głównie w tym, że na przekór wszystkim nigdy nie wyparł się swoich przekonań.

Barbara Zarzecka

***

Biografia „Największy. Opowieść o Muhammadzie Alim” Przemysława Słowińskiego dostępna jest w wersji dźwiękowej w bibliotece przy ul. Konwiktorskiej 7 w Warszawie. Czyta Roch Siemianowski.

 

Na początek