stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 2 (131) Luty 2016

CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 2 (131)

Luty 2016 r. 

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

Wydaje mi się, że coś dobrego robię

Andrzej Szymański

Skaczący we mgle 

Kazimierz Gąska

Jak to z kręglami było 

Wojciech Puchacz

Wiadomości

Rafał Gunajew nie żyje

Teresa Dębowska

Portugalia powiew magii...  

Stanisław Niećko

Przy kominku i winie

(BWO)

Snowboard technika jazdy

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Kruche jak lód

Barbara Zarzeckaaaa

 

aaa

 

wspinaczka

 

Wydaje mi się, że coś dobrego robię 

Jurek Płonka ma 26 lat i pochodzi z Krakowa. Ojciec jest poligrafem, mama pielęgniarką, 32-letni brat jest masażystą, 30-letnia siostra – wizażystką. Brat ma taką samą wadę genetyczną wzroku jak Jurek. Kiedy był dzieciaczkiem dwuipółletnim, okuliści zdiagnozowali u niego degenerację siatkówki. Jednak Jureczek nie miał problemów w podstawówce i gimnazjum. Grał w piłkę, w koszykówkę, jeździł na rowerze, na rolkach. Ale wzrok coraz bardziej siadał…

Ostatecznie Jurek Płonka ukończył technikum akustyczne na Tynieckiej w Krakowie. Odebrał papiery, ale ani godziny nie przepracował w wyuczonym zawodzie. Natomiast swą przyszłość zawodową wiąże, podobnie jak brat, z masażem. Zapisał się do słynnej szkoły masażu na ulicy Królewskiej i teraz ma rok urlopu dziekańskiego.  A urlop wziął, by dokończyć projekt „Korona Europy”.  

A co to takiego Korona Europy”?

Jerzy Marek Jan Płonka ma pasję i nie może usiedzieć na miejscu. Mimo swojej niepełnosprawności (stopień znaczny) zabierał się za uprawianie różnych dyscyplin sportowych, z mniejszym lub większym powodzeniem. W krakowskim klubie kajakarskim „Nadwiślan” był dwa miesiące, po czym zaczął trenować wioślarstwo w klubie „Salwator”. Trzy lata harował, a jego osada zdobyła nawet srebro w międzynarodowych mistrzostwach Polski. Mając 18 lat, rzucił się na głęboką wodę, no może nie dosłownie, ale postanowił przebiec maraton. Aby tego dokonać, trzeba sporo potrenować. W 2009 roku przebiegł po raz pierwszy 42 km 195 metrów w czasie 3 godzin 55 minut. W ciągu kilku lat dokonał tego 13 razy (podobnie jak autor tego tekstu). Wystartował nawet w nowojorskim gigancie (63 tysiące zawodników) i nie wspomina go szczególnie przyjemnie.

– Pojechaliśmy niezłą ekipą: Piotr Pogon, Jacek Pawlikowski, Rafał Pliszka. Liczyłem na wynik w granicach 3,5 godziny. Jednak na 32 kilometrze dopadł mnie rozstrój żołądka i straciłem kilka minut. W tym czasie przebiegło obok mnie z pół tysiąca ludzi. Minąłem metę po 3 godzinach 56 minutach. Nie wspominam biegu zbyt dobrze: tłumy startujących, wąskie ulice, co chwila ktoś ci depcze po piętach… Za to pozostałe imprezy były przyjemne – w Krakowie, Poznaniu, Dębnie, w Atenach, we Wiedniu. Mój rekord życiowy – 3 godziny 43 minuty nie jest superwynikiem, zawsze zostaje niedosyt.

W rozmowie Jurek wspominał o swojej kolejnej pasji – żeglarstwie. Do spółki z kolegami i z pomocą sponsora (PZU) nabyli jacht. Remontowany jest w mazurskiej marinie i latem prawdopodobnie wyruszy w rejs. A na dodatek Płonka chciałby jeszcze skończyć kurs i zdobyć patent płetwonurka.

W 2011 roku grupa młodych krakowian z dysfunkcją wzroku założyła stowarzyszenie „Nie widzę przeszkód”. Prezesem został kolega Jurek. – Promujemy sport i turystykę. Wśród 30 założycieli są osoby grające w piłkę nożną, żeglujące, wiosłujące po rzekach, jeziorach i oczywiście wędrujące po górach. – W Krakowie jesteśmy organizatorem corocznego biegu integracyjnego dla dzieci i młodzieży. Nie żyjemy tylko sportem – chodzimy z niepełnosprawnymi do kin, teatrów, filharmonii. Rocznie w naszych imprezach uczestniczy blisko 300 osób – podkreśla prezes.

Pierwszy zagraniczny wyjazd kilku osób ze Stowarzyszenia to zimowe przejście trzech karpackich połonin na Ukrainie. Dokonali tego wyczynu na nartach „turowych”. Tego rodzaju narty skituringowe to połączenie desek zjazdowych z biegowymi. Narodziły się w Skandynawii i nazywano je dawniej fokami.

Pierwsze wejście wysokogórskie poszło z marszu i od razu na Mont Blanc, najwyższy szczyt Europy – 4810 m n.p.m. – Pomysł zrodził się nagle, po śmierci mojego kumpla, księdza, który umarł na raka w wieku 44 lat – mówi nasz bohater. – Po raz pierwszy wspinałem się na taką górę, po raz pierwszy miałem raki na butach, a ekipę poznałem w samochodzie. Mimo to udało się wejść bez problemu.

Zadał sobie wtedy pytanie: a może spróbować zdobyć najwyższe góry i wzniesienia w każdym kraju europejskim? Zaplecze kondycyjne miał wypracowane przez lata uprawiania sportów, zawsze był aktywny fizycznie. Oczywiście pomysł był wspólny z chłopakami z beskidzkiej i podhalańskiej grupy GOPR. Dotychczasowe wejścia robił z 44-letnim Bogdanem Bednarzem i 40-letnim Pawłem Ząbkiem. Ostatnie 10 szczytów ma zamiar pokonać z 35-letnim Michałem Myszą. Michał nie jest goprowcem, ale ma doświadczenie zdobyte w wysokich górach.

„Koronę Europy” rozpoczęli w listopadzie 2013 roku. Plan był taki, by zakończyć projekt w ciągu roku. Nie dali rady. Wszystko z powodu logistyki wyjazdów i zaplecza finansowego. W niektóre miejsca byli zmuszeni wracać ponownie. Poza tym koledzy wspinacze nie zawsze mieli czas. Pracują, mają rodziny. – Na wstępie poszedłem do banku i otworzyłem linię kredytową na 35 tysięcy złotych. Poza tym, a może przede wszystkim, dopomogli sponsorzy: PZU, Salewa, Dynamit. 

Technika i sprzęt

Ktoś zapyta, jak chłopak z bardzo ograniczoną możliwością widzenia pakuje się w trudny, górzysty teren? Najpierw musiał przejść sporo kursów specjalistycznych, bo idąc z ratownikami w górę, czy schodząc z niej, musi im dorównać wiedzą i umiejętnościami. Potrafić założyć stanowisko, opatrzyć kolegę, obsłużyć detektor lawinowy, rozbić namiot, robić węzełki itp.

– Poruszamy się bez szaleństwa, bezpiecznie. Zdarzało się nieraz, że znajdując się 300 metrów od celu, zawracaliśmy, bo groziło zejście lawiny lub kończył się czas. Z moimi przewodnikami i kolegami przygotowujemy się w szczególny sposób. Oni nakładają gogle, by wczuć się w moją sytuację, by im się wyostrzyły zmysły. Aby mogli na przykład zawiązać w ciemno ósemkę podwójną. W tym projekcie obie strony się czegoś uczą. Ja, prawie niewidomy (widzę jak przez firankę, a kątami oczu odbieram fragmenty rzeczywistości), i oni o wyostrzonym wzroku. Ja nie proszę moich kompanów bez powodów o pomoc. Oni mówią: masz rączki, to się obsłuż – opowiada Jurek.

Technikę marszu mają opracowaną. Najpierw idzie przewodnik, za nim niepełnosprawny z kijkiem. Jeżeli teren jest trudny, to drugi goprowiec asekuruje go związanego liną. – Często trzymam się plecaka osoby prowadzącej. Ale nieraz, gdy nie mogą mi poradzić na jakimś zjeździe, to mówią „peszek”, to znaczy: masz pecha, radź sobie sam. Po trudniejszych eskapadach jestem poobijany, ale chwała Bogu jeszcze się nie połamałem – śmieje się Jurek.

Najbardziej w kość Płonka dostał w Szwecji w 2014 roku przy podejściu na najwyższy szczyt tego kraju – Kebnekause – 2111 m n.p.m. Zima, noc polarna, schronisko gospodarcze na wysokości 800 m n.p.m. Grupa wycofała się z lodowca, bo zaczął sypać śnieg, ostro powiało, temperatura spadła do minus 15 stopni. Szli po potężnych głazach, między nimi śnieg. Wpadali w te dziury po pas. Szybkość poruszania się spadła niemal do zera. – Kolega nie mógł mi pomóc, zamroziło mi twarz, byłem cały mokry. Zatrzymaliśmy się w drewnianej chałupce pod szczytem. W środku było 5 stopni mrozu. Oczywiście mieliśmy ze sobą jedzenie, wodę, gaz. Spędziliśmy dwie noce w tej norze i niestety musieliśmy wezwać helikopter. Ta góra wznosi się za kołem polarnym, niedaleko, jak na warunki szwedzkie, od miasta Kiruna (czyta się Sziruna, dziennikarz wie, bo odwiedził onegdaj tę odległą krainę w Laponii). Wtedy poczułem respekt dla gór – mówi Płonka.

Bardzo trudne było zdobycie najwyższego szczytu Słowenii – Triglav 2863 m n.p.m. Trudne dla osób z uszkodzonym wzrokiem: dużo głazów narzutowych, szczeliny skalne, piargi. Sporo lin, metalowych bolców do chwytania, miejscami trzeba robić własną asekurację. Wchodzi się po bardzo wąskich półkach i uwaga wspinających się musi być ciągle na najwyższym poziomie. Na plecach każdy ma 20-kilogramowy plecak z napojami, żywnością, palnikami, czekanami, kaskami, karabinkami, karimatą pneumatyczną, śpiworem, ubraniem… Oczywiście pomaga sprzęt, ale on się szybko zużywa przy takim tempie zdobywania różnych szczytów. Przecierają się liny, niszczą kurtki, spodnie i buty.

Nie będziemy opisywać wszystkich 36 zdobytych „koronowanych głów Europy”. Jedne wyprawy wymagały dłuższego przygotowania (na przykład na najwyższy szczyt Bośni i Hercegowiny podchodzono aż cztery razy), na inne, jak choćby na Górę Dzierżyńską koło Mińska na Białorusi – 345 m n.p.m. – wjeżdżało się autem. 

Finałowa dycha

W tym roku nastąpi zakończenie trzyletnich zmagań i być może na jesieni Jerzy Płonka będzie pretendował do otrzymania najbardziej prestiżowej wśród podróżników nagrody – Kolosy. Program jest napięty: Szwecja, Hiszpania (Teneryfa), Rosja (Elbrus na Kaukazie 5642 m n.p.m. i Narodnaja na Uralu), Kazachstan (500-metrowy pagórek), Islandia, Turcja europejska (góra wysokości 1031 m n.p.m. znajduje się na granicy bazy radarowej i trudno będzie o zezwolenie), Mount Blanc (ale ten po włoskiej stronie, niższy od głównego szczytu Alp o 200 metrów), szwajcarski Dufourspitze. 

Uff, ale tempo!!!

Rodzicom Jurka imponują wyczyny syna. Cieszą się, że nie siedzi w domu, nie gnuśnieje, a podróżuje. Choć nieraz mówią: zostań trochę dłużej w Krakowie. O pasji niewidomego podróżnika wspominały media, ale sodówka nie uderzyła mu do głowy. Mówi mi na zakończenie rozmowy: – Wydaje mi się, że coś dobrego robię. I mimochodem wymienia plany na rok przyszły – zdobycie góry na granicy Kirgistanu i Tadżykistanu – Pik Lenina, 7134 m n.p.m. Życzymy powodzenia!

Andrzej Szymański

 

aaa

 

skoki narciarskie

 

Skaczący we mgle 

Po zeskoku z belki startowej trzeba rozpędzić się nawet do 100 km na godzinę, precyzyjnie i mocno odbić z progu skoczni, a potem ułożyć ciało i narty tak, by lecieć i lecieć po optymalnej paraboli.
A co, jeśli nie widzi się ani progu, ani miejsca do lądowania? Klimek Murańka, będąc w takiej sytuacji, nie tylko sobie radził, lecz nawet odnosił sukcesy.

Cudowne dziecko

Cała Polska usłyszała o nim po raz pierwszy 31 sierpnia 2004 roku. Dokładnie w swoje 10. urodziny ten szkrab z Zakopanego, mający może 130 cm wzrostu, skoczył z tamtejszej Wielkiej Krokwi na odległość ponad 135 metrów, zaledwie o 4,5 metra mniej od oficjalnego rekordu na tym obiekcie. Potem przyszły kolejne sukcesy i niezwykłe wyniki, nie tylko w kategorii wiekowej. W październiku 2007 roku, konkurując z seniorami podczas letnich mistrzostw Polski na Średniej Krokwi, zajął trzecie miejsce, a w grudniu tegoż roku podczas mistrzostw zimowych – drugie! Chociaż nie startował w nich Adam Małysz, wynik mówił sam za siebie. Nic zatem dziwnego, że od sezonu 2007/2008 Klimek znalazł się w reprezentacji juniorów. 24 stycznia 2008 zadebiutował na Wielkiej Krokwi w konkursie Pucharu Świata. Nie zdobył punktów, ale przeszedł do historii jako najmłodszy skoczek w dziejach, dopuszczony do startu w zawodach najwyższej rangi – w dniu startu miał dokładnie 13 lat, 4 miesiące i 24 dni. A potem zapadła cisza i przez prawie cztery lata niewiele o nim mówiono. Nie wiemy, czy nie potrafił udźwignąć ciężaru sławy, czy może pogubił się trochę, wchodząc w wiek dojrzewania. Efektowny powrót zafundował kibicom dopiero w 2011 roku. Podczas konkursu Zimowego Olimpijskiego Festiwalu Młodzieży Europy w czeskim Libercu wraz z drużyną wywalczył złoty medal.

Nastał rok 2012 i wydawało się, że kariera niespełna 18-letniego Klemensa wreszcie nabiera rozpędu. W lutym podczas mistrzostw świata juniorów zdobył srebrny medal drużynowo, a w rywalizacji indywidualnej był szósty. W marcu na zawodach seniorów w Lahti wraz z drużyną zajął trzecie miejsce oraz zdobył swoje pierwsze punkty w Pucharze Świata. W sezonie tym punkty zdobywał jeszcze dwukrotnie. A potem przyszło lato i cały sportowy świat doznał szoku. 

Salto mortale

Był początek lipca 2012 roku. Podczas treningu na austriackiej skoczni Stams Klemens Murańka miał poważny wypadek. Po wyjściu z progu obróciło go w powietrzu tak, że niemal zrobił salto, a potem z wysoka upadł na plecy. Wszyscy zamarli z przerażenia, ale na szczęście niczego sobie nie połamał ani nie doznał poważniejszego urazu kręgosłupa, co zakrawało po prostu na cud. „Kiedy zacząłem go wypytywać – opowiadał potem reporterowi »Dziennika Polskiego« jego ojciec – przyznał, że ma kłopoty ze wzrokiem, że nie widzi nawet trenera Roberta Matei machającego chorągiewką na progu”. Dopiero teraz wyszło na jaw, że zawodnik od dawna bardzo źle widzi, ale podejrzewano, że ma po prostu dużą wadę wzroku. Badania lekarskie w renomowanej klinice w Krakowie pokazały, że jest znacznie gorzej. Na tablicy czytał tylko górny szereg liter, a jego ostrość widzenia oceniono na jakieś 10-20 procent. Okazało się, że przyczyną jest stożek rogówki, bardzo poważna choroba, polegająca na zmianach w strukturze tej części oka, prowadzących do jej nienaturalnego uwypuklenia. W wyniku choroby krzywizna rogówki przybiera stożkowaty kształt, co prowadzi do różnych zaburzeń widzenia. Najgorsze jest jednak to, że jeżeli w porę nie zatrzyma się procesu wysklepiania, w końcu może dojść do perforacji, czyli pęknięcia rogówki. A wtedy jedynym sposobem na przywrócenie wzroku jest przeszczep.

Okazało się, że młody zawodnik trafił do lekarzy niemal w ostatniej chwili. Gdyby zwlekał jeszcze pół roku, poza przeszczepem nie byłoby już ratunku dla jego wzroku i o karierze sportowej pewnie musiałby zapomnieć. Na szczęście ani na jedno, ani na drugie nie było jeszcze za późno. Chodziło jednak o to, by Murańce pomóc w jak najmniej inwazyjny sposób, by potem nie było przeciwwskazań do poważnego wysiłku na treningach. Taką szansę stwarzał tylko zabieg laserowy, który, mówiąc obrazowo, polega na „zeszlifowaniu” nienaturalnych krzywizn rogówki i nadaniu jej prawidłowego kształtu. Przeprowadzili go specjaliści z Centrum Nowoczesnej Okulistyki Voigt w Krakowie, ale na początek można było zoperować tylko jedno oko. Zabieg przywrócił w nim normalne widzenie i zabezpieczył przed postępowaniem choroby. Pozostała jedynie wada na poziomie minus dwóch dioptrii. Jednak nim do tego doszło, zawodnik musiał korzystać ze specjalnych soczewek usztywniających. Taka soczewka nie ma regularnej powierzchni. Robiona jest według mapy rogówki konkretnego pacjenta i jest całkowicie do niej dopasowana. 

Powrót do gry

Możemy się domyślać, że dopiero gdy przywrócono mu ostrość widzenia, uzmysłowił sobie, jak bardzo ryzykował. Na pytanie dziennikarza „Gazety Krakowskiej”, co poczuł, gdy założono mu soczewki i ponownie zaczął widzieć wyraźnie, odpowiedział: „Prawie się popłakałem. Jak zobaczyłem lekarza i porównałem z osobą, którą widziałem bez soczewek, to stwierdziłem, że to zupełnie dwie inne twarze. Wszystko jest wyraźne. Kiedy wyszedłem na miasto, normalnie nie mogłem dojść do siebie, tak dziwnie się czułem. Jakbym był w jakiejś bajce.(...) Różnica jest gigantyczna. Albo jeszcze inaczej – bardzo gigantyczna.(...) Nawet nie wiem, jak mogłem funkcjonować z takim wzrokiem, jaki miałem wcześniej”. Zaprzeczył, że ukrywał swoją chorobę: „Wydawało mi się, że widzę normalnie” – powiedział. „Czegoś tam nie byłem w stanie doczytać, ale myślałem, że to z czasem przejdzie. Wzrok mi się jednak pogarszał.(...) Z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej”.

Opowiadał też, że wzrok popsuł mu się pomiędzy 16. a 18. rokiem życia, wcześniej przechodził badania okulistyczne i widział bardzo dobrze. Przyznał, że skacząc przez 11 lat, nie miał żadnych poważniejszych upadków, więc możliwe, że ten w Austrii był skutkiem dużych problemów ze wzrokiem. Jednak paradoksalnie teraz, gdy widzi ostro, przeżywa przed skokiem większy stres niż wcześniej, bo wszystko widzi wyraźnie i wie, co go czeka.

Jak to możliwe, że człowiek, który poznaje twarze jedynie z bardzo bliskiej odległości, który czytać może tylko, dotykając nosem książki, a szczyty wielkich gór postrzega jako jedną niewyraźną plamę, bo wszystko spowija gęsta mgła, nie tylko skacze, lecz jeszcze osiąga wyniki? Bo przecież nawet w tym roku 2012, nim wszystko tąpnęło, były takie sukcesy jak srebro w drużynie na mistrzostwach świata juniorów. To naprawdę wprawia w zdumienie. Nie tylko Polaków. Niemiecki magazyn „Der Spiegel” poświęcił naszemu skoczkowi artykuł pod znamiennym tytułem „Lot we mgle”, w którym napisano, że historia Murańki to zapewne najbardziej niezwykły przypadek w dziejach skoków narciarskich.

Każdy groźny wypadek może pozostawić ślad w psychice zawodnika, paraliżować go i w efekcie uniemożliwić wykorzystanie pełni możliwości. W przypadku Klimka Murańki te obawy się nie potwierdziły. Już w 2013 roku, zaopatrzony w twarde i bardzo niewygodne soczewki, zaczął skakać, jakby chciał nadrobić czas. W Libercu, na mistrzostwach świata juniorów w narciarstwie klasycznym, zdobył dwa srebrne medale – jeden z drużyną, drugi indywidualnie. W 2014 na kolejnych mistrzostwach, tym razem w Val di Fiemme, wraz z drużyną wywalczył złoto. W 2015 roku na mistrzostwach świata w Falun, startując już jako zawodnik reprezentacji narodowej, oddał w drugiej serii fenomenalny skok, który zadecydował o zdobyciu przez drużynę brązowego medalu. W tymże roku w Planicy ustanowił też swój nowy rekord życiowy – skoczył na odległość 221,5 metra.  

Optymistycznie

Po tym, jak wyszło na jaw, że przez parę lat Klemens Murańka trenował i startował, ryzykując zdrowie, tu i ówdzie pojawiały się pytania o to, jak to było możliwe. Przecież jako zawodnik reprezentacji juniorów dwa razy w roku przechodził badania w Centralnym Ośrodku Medycyny Sportowej. Pytania takie zadawał m.in. Apoloniusz Tajner, prezes Polskiego Związku Narciarskiego i były trener narodowej kadry. Pojawiały się różne odpowiedzi, przeważnie mało wiarygodne, ale nie będziemy ich tutaj roztrząsać. Myślę, że w historii Klemensa Murańki trzeba widzieć przede wszystkim opowieść o wielkiej miłości do sportu, o determinacji w realizowaniu celów i o potędze marzeń, które są silniejsze niż mgła zasnuwająca oczy. Pocieszający wniosek, jaki z tej historii wynika, jest taki, że mimo swoich obiektywnych ograniczeń potrafimy zdziałać cuda, jeśli tylko o ograniczeniach zapomnimy. Nie tylko w sporcie. A kolejny optymistyczny akcent to fakt, że wiosną tego roku, zaraz po zakończeniu zimowego sezonu w skokach, Klimka czeka laserowy zabieg na drugim oku. Potem wystarczą mu zwykłe szkła kontaktowe, jak przy drobnej wadzie wzroku. I nie będzie już przeszkód, by skakać jeszcze dalej. Tym bardziej że jest już szczęśliwym małżonkiem i tatą, a każdy tata marzy o tym, by kiedyś zobaczyć podziw w oczach syna.

Tymczasem Klimek Murańka został ambasadorem kampanii edukacyjnej „Lepszy wzrok. Lepsze życie”, organizowanej przez firmę Alcon. Akcja ma uświadomić Polakom, jak ważna jest profilaktyka, że nie wolno bagatelizować problemów ze wzrokiem i że w wielu przypadkach medycyna może pomóc.

Operacyjne leczenie stożka rogówki kosztuje około 4 tys. zł. Zabieg ten nie jest refundowany przez Narodowy Fundusz Zdrowia (leczenie Murańki sfinansował Polski Związek Narciarski). Na schorzenie to cierpi 2 proc. populacji. Jego przyczyny nie są znane, podejrzewa się, że związane są z predyspozycjami genetycznymi.

Kazimierz Gąska

 

aaa

 

kręgle

 

Jak to z kręglami było

 Wszyscy znamy mniej więcej historię kręglarstwa w Stowarzyszeniu Cross”, pamiętamy wydarzenia z ostatnich szesnastu lat. Jednak okazuje się, że tak do końca nie jest…

Przygotowując się do rozmowy z Włodzimierzem Sajdychem o kręglach całościowo, o tym, jak było na początku, jak rozwijała się dyscyplina i jaka może być jej przyszłość, przeszukiwałem własną pamięć, a na kręgielni gram od 2000 roku. Szybko okazało się, że pamięć jest zawodna. Na rozmowę podsumowującą dotychczasowe dzieje kręglarstwa w środowisku niewidomych wybrałem się do Łodzi, kolebki tej dyscypliny.

Włodzimierz Sajdych był inicjatorem i przewodniczącym komitetu założycielskiego Stowarzyszenia Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewodomych i Słabowidzących „Cross”, następnie wieloletnim prezesem łódzkiego klubu. Znany wszystkim kręglarzom, jak i wielu szachistom, wśród których uchodzi za ciężkiego rywala. W tym roku świętuje 70. urodziny.

– Skąd wziął się pomysł na zorganizowanie zawodów kręglarskich w naszym Stowarzyszeniu?

– Na początku, jak mówiłem „kręgle”, to machali na to ręką. Pomysł zrodził się – jak to zwykle bywa – przypadkowo. Mieliśmy w Łodzi spółdzielnię niewidomych na ulicy Tamka, przy której działało koło sportowe. Jeździliśmy w okolice Pilicy, na przykład do Smardzewic czy do Spały. W momencie kiedy powstała w Tomaszowie Mazowieckim kręgielnia klasyczna i lodowisko w ramach struktury Ośrodka Sportu i Rekreacji, wynajmowaliśmy sobie tory do gry na godzinę lub dwie i spędzaliśmy w ten sposób prawie każdą niedzielę. Tą drogą wszedłem w kontakt z osobami zarządzającymi obiektem, m.in. Pawłem Ciesielskim i Januszem Śnioszkiem, którzy wspomogli mnie organizacyjnie.

Pierwsze zawody odbyły się w 1998 roku i był to turniej klubowy. Dopiero rok później zorganizowaliśmy I Ogólnopolski Turniej o Puchar Ziemi Łódzkiej. Nie pamiętam szczegółów, bo wtedy jeszcze nie było do dyspozycji komputerów i nie mam zachowanych żadnych danych ani wyników. Dopiero trzeci turniej o puchar, zorganizowany w 2001 roku, został zarchiwizowany elektronicznie. Jako ciekawostkę można wyczytać, iż system rozgrywek wyglądał inaczej niż obecnie. Oto fragment sprawozdania z tych zawodów: „System rozgrywek – 100 rzutów wykonywano w dwóch etapach po 50 rzutów, w systemie łańcuchowym w eliminacjach, a w finale w systemie blokowym. W każdym etapie rozgrywano serię 10 rzutów na każdym z pięciu torów, szósty tor przeznaczony był do rzutów próbnych i rozgrzewki przed konkurencją. Każdy zawodnik wykonywał 100 rzutów punktowanych, a ich suma stanowiła o zdobytym miejscu w danej grupie. W turnieju startowało łącznie 54 zawodników z 11 klubów, w tym Bydgoszcz, Częstochowa, Grudziądz, „Tęcza” Poznań, „Ikar” Lublin, Łódź, Iława, Nysa, Olsztyn, Opole, Radom. Zawodników podzielono na następujące grupy: kobiety B1 – 5, B2 – 19, mężczyźni B1 – 8, B2 – 22”.

Po tych pionierskich imprezach już w 2001 roku zorganizowaliśmy w Tomaszowie Mazowieckim pierwsze mistrzostwa Polski. Chcieliśmy przez to podnieść rangę naszych zawodów. Odbywały się na podobnych zasadach jak wcześniejsze turnieje, ale zmienił się nieco system rozgrywek, ponieważ graliśmy na czterech torach po 25 rzutów. Dopiero bodajże w 2005 roku zwiększono liczbę rzutów do 120.

– Po pierwszych mistrzostwach Polski pojawiła się możliwość sprawdzenia się na arenie międzynarodowej. Jak w tym przypadku udało się nawiązać kontakty z zagranicą?

– Do Trysteny zostaliśmy zaproszeni jako polska reprezentacja z ramienia Stowarzyszenia „Cross”. We wcześniejszych latach podobne zaproszenia na imprezy międzynarodowe otrzymywało Zrzeszenie Sportowo-Rehabilitacyjne „Start”, które jest członkiem IBSA, jednak wtedy nie było jeszcze zainteresowania tą dyscypliną, między innymi z powodu kosztów. Za którymś razem zaproszenie zostało przekazane do ośrodka szkolno-wychowawczego w Chorzowie, w którym działał klub „Karolinka”. Uczniowie z tego klubu jeździli na turnieje zagraniczne. Jednak w momencie, kiedy pojawiła się reprezentacja Polski w kręglach klasycznych, odebraliśmy telefon od pani Czesławy Koniecznej z zapytaniem, czy pojedziemy. Kiedy wyjeżdżałem do Trysteny, miałem pełnomocnictwo, by zaproponować organizację mistrzostw Europy w Polsce. Co ciekawe, za chwilę okazało się, że Chorwacja zrezygnowała z organizacji, a my jako beniaminek będziemy w Tomaszowie Mazowieckim gościć całą Europę już w 2003 roku.

– Proszę spróbować wyjaśnić, kto był prekursorem kręgli klasycznych w naszym kraju. Pojawiały się głosy, że to klub z Chorzowa upowszechnił dyscyplinę wśród niewidomych.

– W szkole być może tak było. Jednak na arenie ogólnopolskiej to klub z Łodzi w 1999 roku jako pierwszy zorganizował zawody o zasięgu krajowym. Zawodnicy z chorzowskiego klubu na naszych zawodach pojawili się w 2002 roku z bardzo widowiskową i niebezpieczną techniką gry na tzw. pady, które podpatrzyli chyba od Chorwatów. W tym okresie pani Czesława Konieczna zdecydowanie nam pomogła, bo złapaliśmy kontakty międzynarodowe. Dzięki niej mieliśmy wiedzę, że takie mistrzostwa są organizowane. Jednak budowanie wspólnej drużyny nie szło łatwo. Były takie sytuacje na wyjazdach zagranicznych, gdzie trzeba było wykazać się dużą dyplomacją, by uniknąć nieporozumień.

– Jak Pan ocenia początki rywalizacji międzynarodowej, a jak jest obecnie?

– Zaczynaliśmy w większości na ostatnich miejscach. Jak było osiem miejsc, to zajmowaliśmy ósme. W 2002 roku zaprosiłem na nasz turniej przed wyjazdem do Trysteny przedstawicieli IBSA, m.in. Jozefa Kolbaskiego. Razem z nim przyjechał jeden z niewidomych zawodników ze Słowacji, który rzucił ponad 600 p. na 100 rzutów. Zastanawiałem się, kiedy my będziemy robić takie wyniki, bo 300, 400 p. w kategorii B1 to były rzadkie przypadki. Teraz takie rezultaty nie są dla nas problemem.

Analizując to, jak na przestrzeni piętnastu lat zmieniły się metodyka treningu, sposób gry w kręgle i wyposażenie techniczne, nie sposób nie zauważyć, że właśnie zawodnicy i zawodniczki z kategorii B1 – osoby niewidome grające z zasłoniętymi oczami – zrobili największe postępy. Warto przypomnieć, że początki gry w bowling w naszym kraju nie przypominały tego, co widzimy obecnie. Jako anegdotę możemy wspominać, jak wyglądała gra zawodników z tej kategorii, kiedy stali w rozkroku i trzymali w obu rękach kulę bowlingową. Taki rzut ani nie miał siły, ani ustalonego kierunku. Sama gra nie przypominała tej typowo bowlingowej. Rzut był bardzo przypadkowy i nie dawał żadnej satysfakcji. Pamiętam, jak w 2004 roku na turnieju bowlingowym w Katowicach Słowak Pavel Kowac grający w kategorii B1 oddawał rzuty z jednej ręki, a linię wyrzutu wyznaczał mu jego kolega, który stawiał obok swój but jako punkt odniesienia do toru. Dopiero w 2008 roku, dzięki kontaktom ze środowiskiem niewidomych w Irlandii, pojawiły się pierwsze zdjęcia ramp do gry. Posłużyły one za materiał poglądowy, jak może wyglądać gra. Dzięki tym informacjom, kilku danym technicznym, zaangażowaniu ówczesnej przewodniczącej sekcji bowlingowej w Stowarzyszeniu „Cross” Ireny Curyło i kilku osób, którym zależało na rozwoju bowlingu w naszym kraju, takie poręcze zaczęły być stosowane również u nas. Od około pięciu lat zawodnicy i zawodniczki z kategorii B1 mogą powiedzieć i pokazać, że potrafią samodzielnie zagrać całą grę. Samodzielnie, ponieważ rola asystenta sprowadza się teraz do informowania, jak wyglądał oddany rzut i ostrzegania przed niepożądanym zdarzeniem.

– Co Pana zdaniem można było poprawić na arenie międzynarodowej w trakcie tych 15 lat? Czy kierunek, który został obrany, był właściwy?

– Myślę, że dobrze nam szło. Może można było więcej osiągnąć przez lepszą organizację. Ja byłem trochę w cieniu tego wszystkiego. Gdy powołano Pawła Ciesielskiego na trenera kadry narodowej, wszedł on do sztabu szkoleniowego. Gdyby został z nami trochę dłużej i zaczął aktywnie uczestniczyć w podkomisji IBSA, moglibyśmy więcej osiągnąć. Na to trzeba mieć czas i osoby do pomocy w nawiązywaniu kontaktów. Były błędy logistyczne na wielu wyjazdach, których można było uniknąć.

– A na arenie krajowej jakie popełniliśmy błędy?

– Myślę, że za wcześnie wprowadziliśmy podział na trzy kategorie startowe. Żeby dyscyplina szybciej się rozwijała, mogliśmy zostać przy kategoriach B1 i B2, a dopiero reprezentacja dzielona byłaby na B1, B2 i B3. Niczemu by nie przeszkadzał taki podział wewnętrzny, a tak była szarpanina przy regulaminach. Można było zrobić prosty podział: nie widzisz – jesteś w B1, pozostali w B2. Byłaby większa konkurencja w B2, wyniki by przez to rosły.

– Czy Pana zdaniem była szansa, by nie wchodzić w struktury PZKręgl, czy jednak było to nieuniknione?

– Według ówczesnych dokumentów było to nieuniknione. Aby dalej otrzymywać dofinansowanie z Ministerstwa Sportu i Turystyki, trzeba było należeć do związku sportowego, a „Cross” związkiem nie był. Gdyby w 1999 roku była uchwała o powołaniu związku sportowego na bazie „Crossu”, podobnie jak ZSR „Start”... Było dużo przeszkód, statut był niejednoznaczny. Musieliśmy się określić, czym chcemy być – stowarzyszeniem czy związkiem. Powstał ZKF „Olimp”. Jednak pojawił się kolejny problem, ponieważ jeśli „Olimp” przejmie wyczyn, to na upowszechnianie może nie być już pieniędzy, bo trzeba będzie starać się o nie lokalnie. W PZKręgl pieniądze są niewystarczające, a jeśli nie ma ich na działalność, treningi, to po co się pchać w kosztochłonne mistrzostwa. Część imprez międzynarodowych była zbyt droga i należało wysyłać tylko najsilniejszych zawodników, tak jak to robiły inne kraje.

– Kiedy patrzy Pan na kręgle z perspektywy czasu, to czy nie ma Pan wrażenia, że dyscyplina powoli się „zwija”?

– Oczywiście, że dyscyplina „zwija się”, bo brakuje działaczy i dopingu. Na początku wszyscy patrzyli na kręgle z podziwem. Było zainteresowanie władz, sam prezes Piotr Dukaczewski na jednych z pierwszych mistrzostw Polski wręczał nagrody i puchary. To była siła w tym czasie. Drugiej takiej sekcji nie było. W jednym z Pucharów Ziemi Łódzkiej uczestniczyło ponad 180 zawodników. Nowi zawodnicy nie mieli możliwości poznania zasad gry, więc dawało im się taką szansę do gry na szóstym torze jako treningowym. Widać wypalenie zawodników. Nie ma zbyt wielu nowych osób. Kadra się nie zmienia, a potrzeba świeżej krwi. Pamiętam, jak kiedyś zawodniczka, która po raz pierwszy zdobyła szóste miejsce, po otrzymaniu dyplomu bardzo się cieszyła, bo to był dla niej sukces. A po pewnym czasie, kiedy wraz ze wzrostem umiejętności zdobyła kolejne puchary, zastanawiała się już, gdzie je postawić. Jednym celem jest gra i rywalizacja, a drugim – chyba nawet ważniejszym – jest integracja środowiska. Dlatego były organizowane wieczorki, uroczyste kolacje z wręczaniem pucharów.

– Przez te 16 lat na pewno było wiele zabawnych i niesamowitych zdarzeń. Co Panu najbardziej utkwiło w pamięci?

– Było tego sporo. Na początek trzeba wspomnieć pierwsze rzuty i turnieje w Tucholi. Jak się rzuciło za lekko, to kula stawała w miejscu, ale jak już doleciała, to jak by nie rzucić i tak minimum było strąconych sześć kręgli. Ta kręgielnia była miejscem zgrupowania kadry Polski przed wyjazdem do Czech w 2006 roku. Po przygotowaniach na tym obiekcie jedna z reprezentantek w kategorii B1 rzucała na mistrzostwach Europy wypracowaną właśnie techniką i z podobną siłą, jednak kule nie dolatywały do kręgli. Taki był efekt tucholskiej kręgielni. Byli tacy zawodnicy, którzy grali w rękawiczkach – po to, by kula lepiej trzymała się dłoni. Inni z kolei smarowali ręce kremem przed grą. Kiedyś na półfinale bowlingowym w Łodzi dzięki sponsorom była do wygrania nagroda rzeczowa – pralka. Ale okazało się, że są dwa półfinały. Odkręcaliśmy sprawę, bo jak podzielić jedną pralkę na dwa półfinały? Na szczęście udało się ją wymienić na dwie kuchnie gazowe. W Tarnowie, na pierwszym szkoleniu z używania barierek do gry w bowling w kategorii B1, Salomea Walkowiak przerzuciła kulę na tor obok do Mieci Stępniewskiej. Z kolei, było to w Tomaszowie Mazowieckim, Leszek Pacut spośród licznych rad kolegów udzielanych nowym zawodnikom wziął sobie do serca taką, że lekkie rzuty dają pewność, że kula wejdzie w środek kręgli. Rzut był tak lekki, że kula dotknęła kręgli, odbiła się i cofnęła.

– Po pewnym czasie pojawiły się inne osoby, które, idąc Pana śladem, zaczęły organizować turnieje. Zaczęły się też turnieje bowlingowe. Kto był tym największym motorem?

– Trudno odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Osoby te, widząc, jak to się rozwija – że ludzie chcą grać – zaczęły organizować swoje imprezy. To trzeba docenić. W zasadzie wszyscy organizowali turnieje profesjonalnie. Ja, kiedy organizowałem pierwsze turnieje, robiłem je trochę na wyczucie. Noclegi były w jednym miejscu, posiłki w innym. Były tarcia, kto z kim i gdzie będzie zakwaterowany. Inni organizatorzy mieli już nieco łatwiejsze zadanie. Pytali mnie o wiele praktycznych aspektów organizacyjnych. Niewątpliwie swój duży udział w rozwijaniu dyscypliny mieli koordynatorzy, tacy jak: Kazimierz i Irena Curyłowie, Joanna Staliś, Janusz Wróbel (w momencie publikacji obecny z nami duchem) czy Michał Czarski.

– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał Wojciech Puchacz

 

aaa

 

wiadomości

 

Biathlon

Pierwszy krok w biathlonie

W 2015 roku ZKF „Olimp” wzbogacił swoją sportową ofertę o nową dyscyplinę, jaką jest biathlon. W marcu na zgrupowaniu w Rymanowie odbyły się pierwsze treningi. W okresie letnim zorganizowano kolejne konsultacje i zgrupowania w Rymanowie i Zakopanem. Niewidomi i słabowidzący zawodnicy trenowali na symulatorach, nartorolkach i łyżworolkach. Ukoronowaniem treningów było grudniowe zgrupowanie w Ośrodku Przygotowań Paraolimpijskich w Jaworowie na Ukrainie.

Cały cykl szkoleń odbywał się w ramach projektu „Pierwszy krok”, dofinansowanego przez PFRON.

Jaworów to miasto powiatowe w obwodzie lwowskim, które liczy ok. 16 tys. mieszkańców. Jest stolicą dużego powiatu. Pierwszy etap budowy ośrodka przygotowań został zakończony w lutym 2015 r. Mieszczą się tu baza noclegowo-żywieniowa, zaplecze odnowy biologicznej, gabinety medyczno-rehabilitacyjne oraz obiekty sportowe. Cały kompleks usytuowany jest na dużym terenie, w górskiej scenerii. Obecnie ośrodek przygotowany jest do treningów w sportach zimowych. Oferuje trasy do narciarstwa biegowego i zjazdowego, wyciągi oraz strzelnice biathlonowe. Zawodnicy nie mają problemów z przygotowaniem nart czy zmianą odzieży i obuwia, ponieważ obok tras narciarskich wybudowano ogrzewane pawilony, wyposażone nawet w suszarki do butów. W hotelu są dwie windy, ich przyciski opisano brajlem, ponadto komunikaty czytane są w języku ukraińskim i angielskim. Osoby niewidome i słabowidzące nie mają również problemu z poruszaniem się i trafianiem do pokoi, gdyż na drzwiach, korytarzach i klatkach schodowych umieszczone są napisy w brajlu i powiększonym kontrastowym druku. Pokoje są duże i dobrze wyposażone w nowoczesne i funkcjonalne meble. Nie mieliśmy problemów z porozumiewaniem się, mimo że personel władał tylko językiem ukraińskim. Pracownicy w czasie całego naszego pobytu byli bardzo serdeczni i starali się, aby treningi w ośrodku pozwoliły  jak najlepiej przygotować się do przyszłych startów w zawodach.

Zgrupowanie odbywało się między 8 a 16 grudnia. Trenerzy od pierwszego do ostatniego dnia prowadzili zajęcia na śniegu, którego w przeciwieństwie do Polski było pod dostatkiem. Dodatkowo ośrodek dośnieżał trasy z armatek i lanc. Dzień zaczynał się śniadaniem, następnie był pięciogodzinny trening narciarstwa biegowego, obiad i po krótkim odpoczynku kolejny pięciogodzinny trening z przerwą na kolację. Niestety, zawodnicy mieli do dyspozycji tylko jeden zestaw do strzelectwa biathlonowego dla niewidomych (w chwili oddawania artykułu do druku dysponujemy już dwoma i czynimy starania o kolejne).

Podczas zgrupowania zawodnicy uczestniczyli w sparingowych zawodach w strzelectwie biathlonowym z trenującymi tam również lwowianami. Barbara Rup w kategorii kobiet oraz Bogdan Konieczny zajęli 1. miejsca. Na dalszych pozycjach uplasowali się: Łukasz Matyka (4) oraz Zbigniew Żygłowicz (5).

Okazywana przez gospodarzy gościnność i ich zaproszenia do odwiedzin zachęcają nas, aby tu wracać. Na pewno warto, gdyż warunki są bardzo dobre, a ceny po przeliczeniu na złotówki porównywalne z tymi w Polsce.

2016 rok to nowe możliwości dla chętnych, którzy dysponują czasem i lubią biegać na nartach i strzelać. ZKF „Olimp” ogłasza kolejny nabór na szkolenia i treningi w biathlonie. Osoby niewidome i słabowidzące mogą zgłaszać się telefonicznie lub osobiście do biura ZKF „Olimp” lub bezpośrednio do Stanisława Sęka,
tel. 605 442 715.

Piotr Sęk

 

aaa

 

z żałobnej karty

 

Rafał Gunajew nie żyje

Taka wiadomość w sobotę 30 stycznia obiegła całą Polskę. Wywołała niedowierzanie, ogromny smutek i żal. Rafał był czołowym szachistą w środowisku niewidomych i słabowidzących. Współtwórcą największych sukcesów reprezentacji Stowarzyszenia „Cross” na arenie międzynarodowej.

Od 2014 roku miał problemy zdrowotne, ale wszyscy ufaliśmy i mieliśmy nadzieję, że uda mu się je pokonać. Los chciał jednak inaczej... Pożegnaliśmy go 5 lutego 2016 roku. Uroczystości pogrzebowe odbyły się w kościele Matki Bożej Różańcowej i na cmentarzu w krakowskich Skotnikach. Rafała żegnała rodzina i przyjaciele z całej Polski.

Po mistrzostwach Polski w 2013 roku, które wygrał w świetnym stylu, przeprowadziłam z nim wywiad („Cross” nr 6/2013). Opowiadał o swych dwóch światach, które wypełniają jego życie – rodzinie i szachach. Byłam wówczas przekonana, że takich rozmów będzie przed nami jeszcze wiele. A sam Rafał był pełen optymizmu i wiary w kolejne sukcesy. Rok 2013 był tego dowodem. Wygrał wówczas indywidualne mistrzostwa Polski i wraz z reprezentacją Polski zdobył srebrny medal drużynowy i medal tego samego koloru za wynik indywidualny na drugiej szachownicy na VII Drużynowych Mistrzostwach Świata w Saragossie.

Ale był to, niestety, ostatni rok jego bogatej kariery. W marcu 2014 roku pojechał na mistrzostwa Polski do Bydgoszczy bronić tytułu mistrza. Po piątej rundzie z powodu problemów zdrowotnych musiał się wycofać z rozgrywek. Do szachów już nie powrócił. Stan zdrowia zmusił go do prowadzenia oszczędnego trybu życia. Szachowe rozgrywki śledził jedynie w internecie.

Rafał urodził się 24 listopada 1976 roku w Kwidzynie. Szkołę średnią ukończył w Prabutach na północy Polski, gdzie wówczas mieszkał. Na studia przeniósł się na południe kraju. Studiował w Wyższej Szkole Biznesu w Tarnowie (studia licencjackie) i Nowym Sączu (magisterskie). Poznał wówczas przyszłą żonę Ewę. Po studiach związał się z Krakowem. Tu urodziła mu się dwójka dzieci – Jasio i Julka. Szachowo związany był z Krakowskim Klubem Szachowym. Od 2003 roku był jego członkiem. Z reprezentacją klubu wielokrotnie grał w rozgrywkach drużynowych. Przez kilka lat był też jednym z klubowych szkoleniowców. Prowadził indywidualne i grupowe zajęcia z juniorami. Uprawnienia instruktora szachowego uzyskał w 2007 roku.

Jednak największe sukcesy odnosił w rywalizacji szachistów niewidomych i słabowidzących. W rozgrywkach międzynarodowych debiutował w roku 1998. Wraz z reprezentacją Polski zdobył wówczas brązowy medal w III Drużynowych Mistrzostwach Świata w Logrono w Hiszpanii. Grał na trzeciej szachownicy i zdobył trzy punkty z siedmiu partii. Odtąd zawsze – do roku 2013 – reprezentował Polskę w rozgrywkach drużynowych, zdobywając wiele medali. Był silnym i skutecznym wsparciem reprezentacji Stowarzyszenia „Cross”.

W latach 2000-2012 wziął udział w czterech olimpiadach szachowych niewidomych, zdobywając cztery medale: dwa drużynowe – złoty (Tarragona 2004) i srebrny (Zakopane 2000) oraz dwa indywidualne – srebrny na trzeciej szachownicy (Madras 2012 – 7,5 p. z 9 partii) i brązowy na czwartej (Zakopane 2000 – 6,5 p. z 9 partii).

Pięciokrotnie reprezentował Polskę na drużynowych mistrzostwach świata. Wraz z reprezentacją Stowarzyszenia „Cross” przywiózł z nich dziewięć medali: pięć za wynik drużynowy – dwa złote (Gelsenkirchen 2001, Eretria 2005), dwa srebrne (Calimanesti 2010, Saragossa 2013) i jeden brązowy (Logrono 1998) oraz cztery indywidualne – dwa złote (2001 – na czwartej szachownicy: 6,5 p. z 7 partii i 2010 – na drugiej szachownicy: 5 p. z 6 partii) i dwa srebrne (2005 – na czwartej szachownicy: 6 p. z 8 partii i 2013 – na drugiej szachownicy: 6 p. z 8 partii). Jeden raz zagrał też w olimpiadzie szachowej FIDE. Było to w Bled w 2002 roku. Powołany został wówczas do gry w męskiej reprezentacji IBCA.

Gorzej szło Rafałowi w międzynarodowych rozgrywkach indywidualnych. W 2010 roku na mistrzostwach świata niewidomych w Belgradzie zajął piętnaste miejsce, a rok później w mistrzostwach Europy na Rodos był dwunasty. Siódme miejsce wywalczył w Dreźnie na I Mistrzostwach Świata Niepełnosprawnych Szachistów (2013).

Przez wiele lat był członkiem kadry szachowej Stowarzyszenia „Cross”. Jednym z elementów szkoleniowych był udział jej członków w otwartych turniejach międzynarodowych. Na nich Rafał potrafił niekiedy błysnąć formą i wygrywać partie z silnymi i utytułowanymi zawodnikami. Na przykład na turnieju w Albenie w Bułgarii w 2012 roku zwyciężył arcymistrza Tunika z Rosji, a w grudniu tego samego roku w Londynie wygrał z arcymistrzem Mac Donaldem, trenerem angielskiej reprezentacji niewidomych i słabowidzących.

W rozgrywkach krajowych był wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski. Cztery razy wywalczył tytuł mistrza Polski – Poznań 2007, Jastrzębia Góra 2009 i 2010, Warszawa 2013. Zdobył też cztery medale srebrne (Zakopane 2000, Polanica-Zdrój 2003 i 2004, Wągrowiec 2008) oraz sześć brązowych – Krynica 1997, Jarnołtówek 1999, Krynica 2005, Zakopane 2004, Krynica 2006 i Warszawa 2012.

W 2011 roku w Mielnie wraz z reprezentacją warszawskiego klubu „Syrenka”, którego był członkiem, zdobył tytuł drużynowego wicemistrza Polski.

1 lipca 2010 roku Rafał osiągnął najwyższy wynik rankingowy ELO w karierze – 2324 punkty. Zajmował wówczas 118. miejsce wśród polskich szachistów. W tym samym roku uzyskał tytuł mistrza FIDE. Od 2005 roku był też sędzią szachowym.

Trudno pogodzić się z jego odejściem. Był sympatycznym i dobrym człowiekiem, życzliwym i uczynnym kolegą. Na długo pozostanie w naszej pamięci. Nie raz jeszcze, wspominając go, uronimy łzę...

Cześć Jego Pamięci! 

Teresa Dębowska

 

aaa

 

turystyka

 

Portugalia – powiew magii... 

Ta iberyjska siostra Hiszpanii jest zachwycającym dowodem na nieograniczoną pojemność pojęcia „piękno”. Tu niewiele trzeba, by oglądać widoki, podziwiać miasta, chłonąć architekturę i historię, od których zamiera w człeku metabolizm. I przeżyć przygody, wzruszenia i olśnienia, które dadzą temat do pieśni tęsknie nuconych potem w domu zimowymi wieczorami przy kominku i butelce porto.

Pomimo wspólnych korzeni, siostrzanego pochodzenia, tego samego „genotypu historycznego” – różni się od siostry dominantki wyraźnie. Zawsze chciała się różnić. Historia pamięta te krwawe walki, Portugalia zwycięsko z nich wyszła. I nawet korrida ma tu inny charakter: bezkrwawych utarczek i gonitw z bykami. Od końca XV wieku, kiedy papież Aleksander VI, słynny Borgia, podzielił ówczesny świat na dwie strefy wpływów: Portugalii przyznał ziemie na wschód i południe od Europy, zaś Hiszpanii na zachód – Portugalia stała się jedną z dwu potęg imperialnych. A wszystko dzięki odkryciom geograficznym, w których przodowała razem z Hiszpanią. To jej synowie, tacy jak Vasco da Gama, Pedro Alvares Cabral, Fernando Magellan i inni żeglarze, gnani nie tylko żądzą bogactwa – złota, diamentów i bezcennych przypraw korzennych – lecz głównie pragnieniem romantycznych przygód, ciekawością poznania nieznanego, wreszcie ambicjami i umiłowaniem ryzyka – odsłonili przed Europą nieznane światy. Ta myśl uderza siłą niezachwianej prawdy, gdy z wysokości 55-metrowego pomnika Odkrywców w Lizbonie (na który wjeżdża się windą) patrzę na upajający widok – rzekę Tag uchodzącą do Atlantyku. Epicka panorama, niewiarygodnie malownicza, budzi wyobraźnię i refleksje. Nie wiem, czy jest gdzieś na świecie równie romantyczny i piękny widok. Ale wiem, co przeżywali wtedy oni, wypływający w Nieznane, mający ten sam obraz przed oczyma.

Portugalia lśni słońcem, pachnie morzem, oliwą i winem. To kraina złocistych plaż z falującymi wydmami, często ukrytych w zatoczkach i u podnóży wysokich, malowniczych klifów. Bajeczna domena ciemnozielonych żywicznych lasów piniowych i korkowych. Tu romantyczni z natury potomkowie wielkich morskich podróżników i odkrywców śpiewają tęskne pieśni o życiu, mając w tle bezkres oceanu. Tu radość życia przeplata się z nostalgią, a tradycje nadal są żywe. „Gdzie ziemia się kończy, a morze zaczyna” – jak pisał Luis Camoes, XVI-wieczny poeta. Wędrujemy szlakami historii. Penetrujemy tajemnicze zamczyska i fortece, okazałe klasztory i opactwa o zachwycającej architekturze, olśniewające świątynie, legendarne siedziby templariuszy, pokryte patyną romantycznej przeszłości czarnoksięskie miasta, zapomniane miasteczka i małe wioski z mieszkańcami o twarzach pooranych upływem czasu, spalonych słońcem na heban. Upojeni przejmującym fado śpiewanym do późnej nocy, przepełnionym saudate (melancholią i tęsknotą), pijemy wino przy blasku świec i zapominamy o prozie życia.  

Kultura i sztuka Portugalii

Najstarsze ślady człowieka odkryte tu przez archeologów pochodzą z neolitu. Czasy rzymskie ostały się w budowlach z Conimbrigi. Wykopaliska odsłoniły domy i gmachy publiczne z podłogami z mozaik obrazujących ówczesne życie, termy, forum, akwedukt. Są trzy główne wytwory, specjalności wyróżniające Portugalię spośród wszystkich krajów świata: romantyczne, pełne nostalgii pieśni fado, kafelki azulejos – pięknie zdobione płytki ceramiczne – i styl manueliński w architekturze gotyckiej.  

Fado

Ta zwana portugalskim bluesem muzyka wokalna wpisana została w 2011 r. na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO. W swej genezie jest mieszaniną piosenek portugalskich żeglarzy, pieśni afrykańskich niewolników i starych ballad mauretańskich. Jest wszechobecna, jest tłem i treścią życia Portugalczyków, wiernie oddającą charakter ich duchowości. Brzmi pasją, ekspresją, żalem, nostalgią i melancholią. Skrystalizowała się w XIX wieku w biednych dzielnicach portowych Lizbony – Alfamie i Mourarii. Pieśni śpiewane są przy akompaniamencie dwunastostrunowej guitarry portuguessa o kształcie mandoliny, która gra melodię prowadzącą, oraz gitary klasycznej, zwanej viola de fado. Nazwa „fado” oznacza los, przeznaczenie. To muzyka i śpiew tak piękne, że przywracają sens życia nawet najbardziej przegranym. Słychać je w kawiarniach i na ulicach. Prekursorką fado była żyjąca w początkach XIX wieku Maria Severa Onofriana. Współczesną królową fado była Amalia Rodrigues, otaczana tu kultem. Dziś najsłynniejszą fadzistką jest koncertująca na całym świecie Mariza.  

Azulejos

To nie jest zwykły materiał czy elementy budowlane – to sprawa narodowa najwyższej wagi. Są wszędzie. Wyłożone nimi są ściany, fasady domów, kamienic, pałaców i świątyń. Z zewnątrz i wewnątrz. Są w hotelach, domach handlowych, na stacjach metra, dworcach. Różnokolorowe, ale i monochromatyczne – niebieskie. Z wypalonej glinki, pokryte lśniącą glazurą. Błyszczą, cieszą oczy i duszę. Trudno w to uwierzyć, nie ujrzawszy, ale płytki te tworzą klimat miast, opowiadają ich historię, zdobią i upiększają, nadając charakteru architekturze. Latem dają miły chłód, tworzą specyficzny nastrój. W Muzeum Narodowym Azulejos w Lizbonie zapoznaję się z techniką ich wytwarzania i historią od czasów spopularyzowania ich przez Maurów. Najstarsze, arabskie, przedstawiały kwiaty, rośliny i figury geometryczne. Później pojawiły się scenki rodzajowe, w kościołach – z życia świętych. W pałacach, budynkach publicznych – bitwy historyczne, łowy, postaci antyczne, biblijne i mityczne. W baroku pojawiły się kaflowe kobierce żółto-niebiesko-białe, którymi wykładano całe ściany. Potem przyszła moda na błękitno-białe. Fascynującym przykładem azulejos są kompleks pałacowo-ogrodowy Fronteira w Lizbonie i kościół Madre de Deus, gdzie mieści się Muzeum Azulejos. Z płytek są figury na ulicach, tablice z nazwami ulic, numery domów, szyldy sklepów, restauracji, reklamy, napisy informacyjne.

Klejnotem Muzeum Azulejos o niewiarygodnym wręcz pięknie jest wielka panorama Lizbony o długości 35 m, obraz z płytek największy na świecie. Ukazuje kolorowy widok Lizbony od strony Tagu, jeszcze sprzed trzęsienia ziemi.  

Styl manueliński

Powstał i rozkwitł w XVI wieku za czasów króla Manuela I. Charakteryzuje się bogatą, wyrafinowaną dekoracją przedstawiającą motywy morskie, m.in. liny, muszle, kotwice, florę i faunę. Inspirację znajdowano w wyprawach morskich portugalskich odkrywców. Najwspanialsze budowle to klasztor Hieronimitów w Lizbonie, wieża Belem, klasztor i twierdza templariuszy w Tomar, klasztor Batalha i opactwo w Alcobacy.  

Wybrzeże Estoril i de Prata. Cabo da Roca

To wybrzeże w części klifowe, z groźnymi skałami i bajecznymi zamkami, mnóstwem wspaniałych plaż. Silne wiatry atlantyckie i ogromne, rekordowe fale sprawiają, że rejon ściąga miłośników surfingu, windsurfingu i kitesurfingu. Największe w świecie, wysokie na 30 metrów fale wściekle biją o klifowe skały. Cały zbryzgany wodą kontempluję dzikość i potęgę natury. Ale zmysłami tylko, bo huk i mocarność fal, szalony wiatr oszałamiają, zatapiając wszelkie refleksje. Megakurortem jest tu Estoril z wodami termalnymi. Pełen pałacowych rezydencji z XIX i XX wieku, luksusowych hoteli, nowoczesnych apartamentowców, wytwornych restauracji, pól golfowych i kasyn. Kilka kilometrów obok Cascais – prastare miasteczko rybackie z kameralną atmosferą, zabytkową starówką, prezydenckim zabytkowym pałacem. I mnóstwem restauracyjek, tawerno-knajpek.

Najpiękniejszy widok całego wybrzeża to przylądek Cabo de Roca, skalisto-klifowy, najdalej na zachód wysunięty kraniec Europy. 150-metrowe strome urwisko, o które biją wściekłe atlantyckie fale, poraża swą potęgą. Nad wszystkim króluje wspaniała latarnia morska. Z kolei na Costa de Prata najpiękniejsze miejsce to Nazare. Tu górne miasto – Sitio – z dolnym miastem łączy kolejka górska. Z górnego Sitio roztaczają się obłędne widoki na Atlantyk i wybrzeże z piękną, szeroką kremową plażą. Na klifie kapliczka i kościółek z rzeźbą Matki Boskiej przywieziony w IV w. z Nazaretu. Na tchnącym urokiem południa ryneczku miejscowe kobiety w tradycyjnych wielokolorowych i warstwowych spódnicach oferują lokalne specjały. Słońce topi wszystko w leniwej atmosferze, a białe kamieniczki w wąskich uliczkach zdają się przysypiać, mrużąc powieki zielonych drewnianych żaluzyjek. W dolnym mieście zaś na plaży żony rybaków, wykorzystując słońce, suszą na specjalnych sitach dopiero co złowione dorsze bacalhau.  

Sintra

20 km od Lizbony, na zboczu góry wśród lasów, potoków i zieleni, leży to bajkowe miasto. Kiedyś było letnią rezydencją królów. Wśród drzew pysznią się wyniosłe pałace, zamki, wspaniałe budowle. Przybywało tu wiele znakomitości, m.in. Luis Camoes. W centrum dominuje królewski pałac o oryginalnej architekturze, z cenną kolekcją mozaik w stylu mudejar. Ukryty za szczytem wznosi się zamek arabski. Obok nieopodal dwa piękne pałace: Palacio de Seteais i Monserrate w stylu chińskim. Ciekawy jest klasztor franciszkanów z celami wykutymi w skałach i pokrytych korą dębu korkowego. Ale najciekawszy jest pałac Pena będący dziełem fantazji księcia Ferdynanda. Każda z wież ma inny styl, kształt i kolor. Tak samo inna jest każda sala: z drewna, kamienia, wikliny, kości słoniowej i azulejos. Panuje tu niewiarygodna mnogość stylów, pomieszanych ze sobą bezceremonialnie: egipski, gotycki, renesansowy, manueliński, mudejarski i dalekowschodni. Wnętrze bogate wspaniałymi meblami, porcelaną, rzeźbami, obrazami, kobiercami. A widoki z tarasów zamkowych na otaczające wzgórza i zamglony Atlantyk – wprost nierealne w swej bajkowości.  

Coimbra

Trzecie co do wielkości miasto Portugalii, jakby tutejszy Kraków. Niezwykle zabytkowa pierwsza stolica kraju i siedziba najstarszego uniwersytetu. Średniowieczną atmosferę miasta ożywiają studenci w czarnych pelerynach snujący się wąskimi uliczkami. Uniwersytet, ulokowany w renesansowym pałacu królewskim, na wzniesieniu, przypomina fortecę. Całość prezentuje imponującą architekturę, wspaniałe pałace, manuelińskie sale wykładowe i słynną w świecie bibliotekę. Zza balustrady 700-letniego uniwersyteckiego Patio dos Escolas podziwiam piękny widok obejmujący miasto i rzekę Mondego. Na starych ulicach Coimbry napotykamy średniowieczne mury, łuki i schody, tajemnicze place zaskakujące nieoczekiwanym, jakby zaistniałym mimochodem bezinteresownym pięknem, nie dbającym w ogóle o należny mu zachwyt.  

Braga

Założona przez Celtów 300 lat przed Chrystusem, stała się później rzymskim miastem Bracara Augusta i ośrodkiem administracyjnym. Bezcenny ośrodek religijny kraju. Posiada liczne wspaniałe zabytkowe pałace, kościoły, nad którymi króluje katedra Se, wspaniały kościół nawiązujący architekturą do fortecy, będący mieszaniną stylów romańskiego, gotyku i baroku. 6 km na wschód od Bragi ulokowany jest najbardziej spektakularny architektonicznie i majestatyczny kościół w Portugalii – Bam Jesus do Monte. Jego fasada jest zielonokremowej barwy. Cały zespół sanktuaryjny składa się z kalwarii, fontann reprezentujących zmysły: wzrok, słuch, smak, powonienie i dotyk. Figury personifikują wiarę, nadzieję i dobroczynność. Z kościelnego wzgórza – zachwycająca panorama okolicy.  

Obides

Prześliczne miasteczko z labiryntem wąskich brukowanych uliczek między białymi domkami o czerwonych dachach, otoczone średniowiecznymi murami robiącymi niesamowite wrażenie. Po przejściu bramy Porta da Vila zanurzamy się w otchłań średniowiecza. Domki toną w girlandach bugenwilli, geranium i wiciokrzewów. Żadnych blokowisk ani nowoczesnej architektury. Zupełny brak samochodów, bezczelnych anten telewizyjnych, żadnych oznak nachalnej współczesności. Mieszkańcy wprawdzie współcześni, ale jakby spatynowani, jacyś „średniowieczni”, z twarzami niczym z obrazów Petera Bruegla. Jak zahipnotyzowani krążymy krętymi uliczkami, wspinamy się po schodkach, bezwiednie, z dziecinną ciekawością zaglądamy do studni o kamiennych cembrowinach, z ręcznymi kołowrotami. Drżąc, utożsamiamy się z dawnymi winowajcami przy okazałym pręgierzu. Naprzeciw niego – przepiękny kościół, zabytkowy, od wewnątrz całkowicie pokryty niebieskimi płytkami azulejos z XV w. Nad miasteczkiem króluje okazały zamek, w którym można zanocować.  

Tomar

Miasto templariuszy, założone w XII w. Ich klasztor został wpisany na listę UNESCO. Siedziba Zakonu Rycerzy Chrystusa łączy w sobie style: gotycki, romański, manueliński i renesansowy. Podziwiamy siedem krużganków z przepięknymi kolumnami w stylach jońskim i toskańskim. Znajduje się tu najsłynniejsze i najwspanialsze okno manuelińskie w całej Portugalii. W starym mieście Tomar – gąszcz średniowiecznych uliczek prowadzących do placu Praca da Republica, gdzie wznosi się wspaniały kościół Igreja Sao Joao Beptista z XV w. o przepięknym portyku manuelińskim. Ciekawa jest też synagoga i renesansowa bazylika.  

Aleobaca

W tym niewielkim mieście wznosi się największy w Portugalii kościół opactwa cystersów – Santa Maria z XII w. Ma 109 m długości. Jest wpisany na listę UNESCO. Surowość reguły cystersów przejawia się w architekturze tego klasztoru. Jest to zwięzły, prosty gotycki styl, zarówno w kościele, jak i w całym klasztorze. W nawie świątyni grobowce króla Pedro I oraz Ines de Castro, romantycznych kochanków spoczywających naprzeciw siebie. Król poślubił swą ukochaną dwórkę w tajemnicy, a ojciec monarchy nakazał ją zgładzić.  

Batalha

Tu w bitwie pod Aljubarrotą 14 sierpnia 1385 r. 6500 Portugalczyków pokonało 31-tysięczną armię Kastylii i uratowało niepodległość dzięki swemu męstwu i geniuszowi wodza Nuno Alwaresa Pereiry. W podzięce za zwycięstwo król Jan I wzniósł klasztor Dominikanów poświęcony Matce Boskiej Zwycięskiej. Jest on zabytkiem o ogromnym znaczeniu historycznym, wpisanym na listę UNESCO. Budowla imponuje swym rozmiarem i pięknem, zachwyca architekturą w stylu manuelińskim. Olśniewające są krużganki z cudownie zdobioną kolumnadą, elewacje i wnętrze, portyki. Znajduje się tu panteon królewski z sarkofagiem króla Jana I i jego żony Filipy. Klasztorne krużganki są pierwszymi w kraju obiektami w stylu manuelińskim. Wkrótce styl ten rozpowszechnił się wraz z rozwojem sztuki i architektury, co było wynikiem odkryć geograficznych i ogromnych bogactw płynących z nowych lądów. Przed klasztorem ogromny pomnik zwycięskiego wodza Nuno Alvaresa Pereiry na koniu. 

Mafra

Niewyobrażalnie wielki zespół pałacowy składający się z kościoła, pałacu i klasztoru budowało 50 tys. robotników. Pałac, długi na 230 m, zajmuje cztery hektary. Wszystko jest ogromne. Wieże wysokie na 68 m. Wewnątrz wielka biblioteka, niezliczoność sal, marmury, zdobienia. Otaczający budowle park ma 20 km obwodu. Król Jan V, który go zbudował po narodzinach dziedzica, wykończył tą inwestycją ekonomię Portugalii i uciekł z całym dworem do Brazylii.  

Fatima

Tutaj 13 maja 1917 r. trójce pastuszków – Łucji, Hiacyncie i Franciszkowi – ukazała się Matka Boża. 13 października 70 tys. ludzi widziało tu tzw. cud słońca – wirujące na niebie cztery ogromne słońca, a Łucja usłyszała od Matki Bożej trzy tajemnice fatimskie, z których trzecia mówiła o zamachu na papieża Jana Pawła II. Maryja, ta Wybrana, Największa Niewiasta w dziejach świata, odcisnęła na nim swe niezmierzone piętno. Jest jedyną żeńską postacią występującą w Koranie i modlą się do niej nawet muzułmanie pospołu z chrześcijanami, co widziałem w Egipcie w Grocie Świętej Rodziny, gdzie według tradycji schroniła się z małym Jezusem i Józefem po ucieczce z Izraela przed Herodem. Fatimę odwiedzają rzesze pielgrzymów, ludzi chorych i niepełnosprawnych, zanoszących prośby do Matki Bożej o zdrowie.

Na ogromnym placu, większym dwukrotnie od placu św. Piotra w Rzymie, znajduje się neobarokowa bazylika będąca sanktuarium Matki Bożej Fatimskiej. Witraże w świątyni przedstawiają sceny objawień. Centrum placu zajmuje Kaplica Objawień, postawiona w miejscu wydarzeń. Nowym obiektem jest bryła bazyliki: prosta, w formie sześcianu, pozbawiona nawet wieży. Na placu stoi piękny pomnik Matki Bożej Fatimskiej, jest także pomnik Jana Pawła II. Na innym miejskim placu odnaleźć można wzruszający pomnik pastuszków w czasie objawienia.  

Evora

Wpisana na listę UNESCO z uwagi na niezwykłe zabytki z czasów prehistorycznych – monumenty megalityczne i kręgi kamienne datowane na 400 lat przed Chrystusem, jaskinie, groty z malarstwem jaskiniowym sprzed 20 tys. lat. Z czasów rzymskich – świątynie Diany, z czasów arabskich – Praca do Giraldo z mauretańskimi łukami. No i późniejsze zabytki, jak gotycka katedra w formie fortecy, pałac biskupi, klasztor przekształcony w zajazd. W kościele św. Franciszka jest Kaplica Kości z czaszkami i piszczelami 5 tys. mnichów. 

Porto

To drugie pod względem wielkości miasto Portugalii zachwyca swą malowniczością, czym konkuruje nawet z Lizboną. Usadowione na obu stromych brzegach wielkiej rzeki Duero posiada mnóstwo miejsc z malowniczymi pocztówkowymi widokami, gdzie stare domy wydają się zwisać nad rzeką. Założone przez Rzymian jako Portus i Cale – co po złożeniu dało nazwę regionowi, a potem królestwu Portugalii – ma wielkie tradycje handlowe i przemysłowe. Świadczy o tym chociażby niezwykły, z 1834 r., budynek giełdy: gdy tam wszedłem, zamarłem z zachwytu. Jego wytworność, piękno i rozmach architektoniczny mówią o potędze gospodarczej miasta. Po pokonaniu przepięknych rzeźbionych marmurowych schodów wchodzę do trybunału handlowego, obok którego jest pokój urzędującego tu wtedy Eiffela, późniejszego konstruktora wieży w Paryżu. Trybunał handlowy zdobią wyszukane meble, ściany pokryte są wspaniałymi wykładzinami, obrazami. Dalej przecudowny salon arabski z galerią, witrażami, pokryty rzeźbami z drewna imitującymi arabskie stiuki. Nad tym owalnym salonem rozciąga się sufit z ornamentami w kolorach niebieskim, czerwonym i złotym. Przesławny z urody jest budynek dworca kolejowego Estacado de Sao Bento. Jego wnętrze wyłożone jest dwudziestoma tysiącami kolorowych płytek azulejos, które przedstawiają sceny wiejskie z życia Portugalczyków, ważne wydarzenia historyczne, scenki dotyczące kolejnictwa. I gdybym z dworca tego miał wyjeżdżać dalej, z pewnością przegapiłbym godzinę odjazdu pociągu. Obie części Porto spinają zachwycające mosty na Duero, których jest sześć, z głównym Dana Maria Pia – dziełem Gustawa Eiffela. Na wodach Duero rabele – starodawne statki z płaskim dnem służące do przewozu tutejszego słynnego wina, wyposażone w maszt z żaglem i dwa rzędy wioseł. A przy ulicach – jak to w Portugalii – kamienice jak renesansowe czy barokowe damy, ustrojone w suknie z kolorowych płytek azulejos. Wspaniałe są kościoły Porto: katedra obronna Se na wzgórzu, skąd roztacza się jeden z najpiękniejszych widoków na miasto, niesamowity gotycki kościół św. Franciszka z dekoracją wnętrza w formie aniołków, zwierząt, wianków i roślin wyrzeźbionych z drewna i pokrytych 200 kilogramami złotego proszku. Wśród nich wyróżnia się niezwykłe w swym artyzmie drzewo Jessego. Przepiękne są też elewacje z azulejos na kościele Igresa do Carmo, całe z niebieskich płytek. Finezja wykonania przewyższa wyobraźnię.

Zakup na targu w Porto ceramicznej figurki koguta z czerwonym grzebieniem i bajecznie kolorowymi piórami wieńczy moją podróż po Portugalii. To ten Gallus z Barcelos – kogut, który jak mówi legenda, mimo że był upieczony, swoim pianiem uratował życie pielgrzymowi zdążającemu do Santiago de Compostela. A mój też jest przecież „upieczony” – w piecu do wypalania glinianych figurek. Więc przyniesie mi szczęście.

Stanisław Niećko

 

aaa

 

zdrowie

 

Przy kominku i winie 

Ogień towarzyszył człowiekowi od zarania dziejów. Ogrzewał, rozświetlał mrok, sprzyjał atmosferze wspólnoty zgromadzonych wokół niego ludzi. Jego magia działa na nas do dziś: jesienią lubimy piec przy ognisku kartofle, w lecie – grillować kiełbasę i mięso, a w zimie, jeśli mamy w domu kominek, usiąść przy nim wieczorem w wygodnym fotelu z książką i kubkiem herbaty. Płomienie, trzask palonego drewna i jego aromat sprzyjają relaksowi i poczuciu bezpieczeństwa. Ale czy także naszemu zdrowiu? Okazuje się, że niekoniecznie.

Dym ze spalania drewna – tłumaczą specjaliści – zawiera setki związków znanych jako rakotwórcze, mutogenne i drażniące dla układu oddechowego. Jego oddziaływanie na nasze płuca jest porównywane z wdychaniem spalin samochodowych. Ogniskowy dym pachnie przyjemniej niż one, ale ma trzydzieści razy więcej rakotwórczych substancji niż na przykład dym papierosowy. W dymie z kominka są tlenki siarki, azotu i węgla oraz rakotwórcze związki – węglowodory aromatyczne, m.in. benzen, formaldehyd i dioksyny.

Produkty spalania drewna, jakie przenikają do powietrza, są tak małe (mniejsze niż jeden mikron), że bez trudu omijają rzęski – zaporę w naszym układzie oddechowym – i przedostają się bezpośrednio do krwiobiegu, powodując zagrożenie dla serca. Zwiększają ryzyko zawału, arytmii, a u osób starszych mogą nawet być przyczyną przedwczesnej śmierci. Dym wywołuje kaszel, nasila objawy astmy, sprzyja przewlekłemu zapaleniu oskrzeli. Zwiększa też ryzyko chorób autoimmunologicznych, m.in. reumatoidalnego zapalenia stawów. Przyspiesza starzenie: nasza skóra wystawiona na stałą ekspozycję związków uwalnianych ze spalania drewna robi się cieńsza, pojawia się na niej więcej zmarszczek.

Kominkowy dym – według lekarzy – szkodzi uszom. W Centralnym Szpitalu Klinicznym w Maputo (stolica Mozambiku) przebadano dzieci, które lubiły wysiadywać przy otwartym ogniu. Okazało się, że częściej zapadają one na zapalenie ucha środkowego i dysfunkcję trąbki Eustachiusza. Liczne analizy w wielu krajach potwierdzają, że dzieci zamieszkałe w domach opalanych drewnem częściej chorują na chroniczne schorzenia dróg oddechowych niż ich rówieśnicy niemający kontaktu z tym rodzajem ogrzewania. Szczególnie u młodych astmatyków pogorszeniu ulega czynność płuc, zwiększa się częstotliwość zapalenia oskrzeli, nasilają się przypadki duszności i świszczącego oddechu. Kanadyjscy lekarze pracujący w Gwatemali zauważyli, że dzieci matek, które w czasie ciąży gotowały na otwartych drewnianych paleniskach, przychodziły na świat w gorszej kondycji (m.in. miały niską wagę). Dym, zdaniem lekarzy, może też powodować toksyczne uszkodzenia układu nerwowego i mózgu u płodów i małych dzieci.

Dym ze spalania drewna przyspiesza rozwój zaćmy. Zauważono to, analizując wyniki badań prowadzonych w 2005 roku w różnych regionach Indii. Ryzyko zaćmy podnosiło się blisko trzyipółkrotnie u mieszkańców domów opalanych drewnem w porównaniu do tych, którzy ogrzewali je gazem. Na dobitkę dym nie wydostaje się całkowicie na zewnątrz przez komin. Znaczna część zanieczyszczeń wraca do domu. Cofanie się dymu jest szczególnie intensywne w mroźne dni, a wtedy najczęściej używamy kominków. Ma ono również miejsce, choć w znacznie mniejszym stopniu, przy paleniu w tzw. kominkach zamkniętych. Dym wraca do mieszkań w czasie otwierania drzwiczek kominkowych. Czy to znaczy, że od teraz właściciele kominków oraz goście powinni zrezygnować z ich używania? Wydaje się, że podobnie jak do wielu innych zastrzeżeń w rodzaju „co szkodzi naszemu zdrowiu” i do tych należy podchodzić z dozą zdrowego rozsądku. Na pewno kominkowy dym nie nadaje się do inhalacji naszych dróg oddechowych, ale by im nie szkodzić, wystarczy po prostu go nie wdychać – czyli siadać w bezpiecznej odległości od paleniska, a od czasu do czasu wietrzyć mieszkanie. Ważny jest też opał spalany w kominku. Im wilgotniejsze drewno, tym mniej ogrzewa, bo sporo energii pochłania odparowanie wody. Co więcej, para wodna w kominie ulega skropleniu i wraz z sadzą tworzy mazistą, agresywną chemicznie powłokę. Dobre wysuszenie drewna jest więc bardzo istotne, podobnie jak jego gatunek. Drewno iglaste zawiera więcej żywic, dlatego ma niższą wartość opałową. Ale drewno liściaste ma dużo większą gęstość, czyli wagę przy tej samej objętości. Dlatego z metra takiego drewna uzyskamy więcej ciepła niż z iglastego. Poza tym mniej żywicy oznacza mniej dymu i sadzy zanieczyszczającej komin.

Mimo że ekolodzy uspokajają, że spalanie drewna nie przyczynia się do wzrostu stężenia gazów cieplarnianych w atmosferze, wygląda na to, że kominek w swojej dotychczasowej, tradycyjnej postaci może się wkrótce stać zabytkiem i będzie można korzystać z niego jedynie sezonowo w daczach i letnich domkach. W miejskich domach zastąpią go kominki z elektrycznym wkładem. Na Zachodzie stało się to już jakiś czas temu. Może są zdrowsze i wygodniejsze w obsłudze od tradycyjnych, ale – co stwierdzają użytkownicy – brakuje im duszy, z „żywego” przedmiotu stają się martwym gadżetem. Trudno odmówić racji tej opinii.

Póki co kominek tradycyjny lub nowoczesny jest częstym rekwizytem wykorzystywanym w filmach, zwłaszcza o tematyce romantyczno-obyczajowej lub z życia tzw. wyższych sfer. Dodają do niego wygodny fotel oraz drinki. Anglicy sączą whisky, a Francuzi wino, najlepiej czerwone wytrawne. I czynią to nie tylko w filmach, lecz także na co dzień: do obiadu i do kolacji. Z pożytkiem dla swego zdrowia. Francuzi jedzą pasztety z gęsich wątróbek, tłuste mięsa i sery, maślane rogaliki – a są na ogół szczupli i rzadko mają miażdżycę. Zaledwie 83 na 100 tys. osób tej nacji umiera z powodu zaburzeń krążenia. Dla porównania: w Stanach Zjednoczonych choroby serca uśmiercają każdego roku 250 ze 100 tys. mieszkańców. Choć Amerykanie mają bzika na punkcie odchudzania i stosują różnorodne diety, są grubi i chorzy. Naukowcy nazywają ten fenomen francuskim paradoksem, sugerując, że świetne zdrowie Francuzów tkwi w południowym zwyczaju codziennego picia czerwonego wina. W jednym z magazynów piszących o dietach przeczytałam, że jest aż 16 powodów, żeby to robić. Oto one.

Po pierwsze, wino zapewnia długowieczność. Dzięki wysokiej zawartości resweratrolu, bardzo silnego przeciwutleniacza, który stymuluje gen długowieczności, wydłuża życie i odmładza. Na razie z pewnością wiemy, że działa tak na myszy: aplikowany im resweratrol przedłużał długość życia tych zwierząt o blisko 30 proc. Po tej informacji Amerykanie, żądni każdych nowinek, wykupili w aptekach cały zapas tabletek z tym specyfikiem (zarejestrowanym notabene jako lek weterynaryjny). Tymczasem, jak wykazały pilotażowe testy, na ludzi resweratrol działa skuteczniej pod postacią trunku. Ważne, jakie wino pijemy: czerwone zawiera go średnio pięć razy więcej niż białe. Czerwone wino poprawia pracę mózgu i usprawnia pamięć. Alkohol pobudza krążenie, a co za tym idzie – odżywia mózg, jest lekarstwem dla serca. Wino bogate jest we flawonoidy, które przeciwdziałają procesom utleniania. Chronią one naczynia krwionośne przed uszkodzeniami, miażdżycą i zakrzepami, podwyższają też poziom dobrego cholesterolu HDL. Flawonoidy mogą też powstrzymać wzrost nowotworów, czyli pośrednio chronić nas przed rakiem. Wino pite do posiłków zwiększa wydzielanie śliny i produkcję enzymów trawiennych, a dzięki temu, że rozszerza naczynia krwionośne, sprawia, że składniki odżywcze szybciej trafiają do krwi. Kwas cynamonowy obecny w trunku sprzyja wydzielaniu żółci, co przyspiesza trawienie tłuszczów.

Angielscy naukowcy pobrali od dwóch tysięcy kobiet próbki krwi, aby zmierzyć oporność na insulinę, poziom cukru i obecność substancji rozpadowych. Okazało się, że panie, w których diecie dużo jest flawonoidów, są mniej narażone na ryzyko cukrzycy oraz chronicznych zapaleń związanych z otyłością, nowotworami i chorobami układu krążenia. Z kolei uczeni Amerykańscy oszacowali, że amatorzy czerwonego wina obarczeni są o 68 proc. większym ryzykiem rozwoju raka jelita grubego. Duńska lekarka, która śledziła losy ponad 30 tys. mężczyzn i tyle samo kobiet, doszła do wniosku, że umiarkowane spożycie alkoholu zmniejsza ryzyko rozwoju zakrzepicy żył głębokich, zatorowości płucnej i zakrzepicy tętniczej u panów.

Wino, jak twierdzi francuski uczony z Instytutu Genetyki i Biologii Molekularnej w Alzacji, zapobiega skutkom siedzącego trybu życia. Obecny w winie resweratrol ponoć potrafi przemienić grubasów w umięśnionych atletów bez konieczności wykonywania żmudnych i męczących ćwiczeń. Na razie sprawdza się to w przypadku szczurów, ale za jakiś czas – kto wie? Czerwone wino na pewno pomaga utrzymać figurę paniom. Jego amatorki po czterdziestce mają lepszą sylwetkę od abstynentek. Do takiego wniosku po 13 latach obserwacji 20 tys. kobiet doszli amerykańscy naukowcy z Bostonu. Dietetycy podejrzewają, że wątroby tych kobiet wykształciły mechanizm pozwalający napoje procentowe natychmiast przerabiać na ciepło, zamiast uzyskaną energię magazynować w postaci tłuszczu.

Inne pożytki płynące z picia czerwonego wina? Zmniejsza ono ryzyko rozwoju choroby Parkinsona u mężczyzn, a u kobiet – skutki osteoporozy, zapobiega próchnicy zębów i zakażeniom górnych dróg oddechowych. Antyoksydanty zawarte w winie wpływają korzystnie na naczynia krwionośne, rozszerzają je, polepszając dostęp krwi do wszystkich organów naszego ciała. Dzięki temu zwiększają libido.

Wspomniane korzyści z picia wina nie oznaczają, że jest ono panaceum na wszystkie dolegliwości. Wiadomo, że codzienne picie alkoholu szkodzi wątrobie, może powodować migreny, przyspiesza rozwój osteoporozy, powoduje nadwagę, a u kobiet w ciąży szkodzi dziecku. Lecznicza dawka czerwonego wina, zdaniem badaczy, to jeden kieliszek dziennie dla kobiet i dwa dla mężczyzn. O tym, że znakomita większość z nas nie przestrzega tej zasady, świadczą ponure statystyki. Według szacunków Światowej Organizacji Zdrowia co roku alkohol jest przyczyną od 20 do 30 proc. przypadków raka przełyku i wątroby, jej marskości, napadów padaczkowych, zabójstw i wypadków drogowych. Powoduje blisko 2 mln zgonów na całym świecie. Wygląda na to, że czerwone wino nie wyjdzie nam na zdrowie, jeśli pijąc je – co zabrzmi może banalnie – nie zachowamy rozsądnego umiaru. 

(BWO)

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Snowboard technika jazdy

Bardziej naturalny, bezpieczniejszy i atrakcyjniejszy od narciarstwa zjazdowego snowboard zdobywa coraz więcej zwolenników. Może, mimo trudniejszych początków na stoku, warto spróbować zamienić dwie deski na jedną? 

Aby jeździć bezpiecznie, należy opanować podstawowe umiejętności techniczne i wystrzegać się brawury na stoku. Pierwsze próby jazdy najlepiej jest wykonywać w asyście instruktora. Oto kilka wskazówek, które mogą się okazać przydatne podczas opanowywania podstawowej techniki jazdy. 

Technika czynności podstawowych

Przyjęcie w czasie jazdy odpowiedniej pozycji ciała zapewni nam komfort, szybką reakcję i dobrą równowagę. W tzw. pozycji podstawowej ciężar ciała powinien być rozłożony równomiernie na obie nogi. Należy utrzymywać proporcjonalne ugięcie w stawach skokowych, kolanowych i biodrowych. Zapewni nam to dobrą równowagę i swobodę ruchu. Biodra i tułów powinny być skręcone w kierunku jazdy pod kątem nieznacznie większym od ustawienia kątów wiązań, ręce rozłożone nieco szerzej niż linia barków, dłonie na wysokości bioder, głowa skierowana w kierunku jazdy.

Przydatną umiejętnością jest poruszanie się w płaskim terenie. Wyróżnia się poruszanie podskokami, krokiem zwykłym i krokiem ślizgowym. Na krótkich odcinkach przy wpiętych w wiązania obu nogach, w terenie płaskim i na stokach o różnym nachyleniu można poruszać się podskokami. Obciążamy przednią krawędź i uginamy nogi. Wykonujemy odbicie w przód, wspomagając ruch rękami. Lądujemy na ugiętych nogach. Do pozostałych kroków zostawiamy wpiętą przednią nogę, tylną należy mieć wolną (wypiętą). W kroku zwykłym poruszamy się chodem z deską ustawioną prostopadle do zamierzonego kierunku przemieszczania się. Dla uniknięcia poślizgu staramy się opierać deskę na krawędzi. W kroku ślizgowym (tzw. hulajnoga) poruszamy się krokiem zwykłym z wykorzystaniem poślizgu. Podczas dłuższego poślizgu nogę wolną stawiamy na podkładce antypoślizgowej.

Do podstawowych czynności snowboardzisty należą zwroty, czyli zamierzone zmienianie ustawienia deski, wykonywane w miejscu w terenie płaskim lub na stoku. Obie nogi pozostają wpięte w deskę. Manewr ten można wykonać przez przetoczenie się z pleców na kolana lub skokiem. W pierwszej metodzie należy najpierw usiąść, mocnym zamachem nóg oderwać deskę od śnie­gu i oprzeć ją tyłem lub dziobem o śnieg, a następnie obrócić tułów o 180 stopni, oprzeć ręce o śnieg i wbić odpowiednią krawędź deski (w tym przypadku przednią), a następnie wstać z leżenia przodem. W odwrotną stronę – z ustawienia przodem do śniegu – trzeba kolejno: przejść do klęku obunóż z podparciem się rękami o śnieg, unieść deskę do góry i wykonać półobrót, opierając tył lub przód deski o śnieg, wykonać skręt tułowia i dokończyć obrót. Zmiany ustawienia deski możemy dokonać również w powietrzu, podczas podskoku. Ważne jest mocne odbicie i mocny skręt tułowia wspomagany zamachem rąk. Zmianę wykonujemy w powietrzu poprzez pracę nóg. Na stoku również możemy wykonać ten manewr, należy jednak stać i lądować na zakrawędziowanej desce. 

Technika ewolucji podstawowych

Do podstawowych ewolucji wlicza się: ześlizgi, jazdę na wprost i w skos linii spadku stoku, skręty ślizgowe, pokonywanie łatwych form terenowych, czyli elementy jazdy, które powinien opanować początkujący snowboardzista.

Ześlizgi są to proste i bezpieczne sposoby przemieszczania się w dół. Wyróżniamy ześlizg prosty – odbywa się wzdłuż linii spad­ku stoku, oraz ześlizg skośny, który odbywa się skośnie do linii spadku stoku.

Ześlizg prosty jest wykonywany na krawędzi tylnej lub przedniej, w ustawieniu deski prostopadle do linii spadku stoku. Ewolucja ta służy również do pokonywania trudnych lub nie­bezpiecznych fragmentów trasy. Aby ją wykonać, należy zmniejszyć nacisk na krawędź dostokową i utrzymywać pozycję podstawową. Szybkość ześlizgu możemy kontrolować poprzez krawędziowanie deski, które jest wypadkową nacisku na krawędź dostokową i kąta ustawienia deski względem stoku. W przypadku frontside’u (ustawienie przodem do stoku) wykonujemy je palca­mi stóp, natomiast backside (ustawienie plecami do stoku) staramy się wykonać piętami.

Ześlizg skośny również wykonywany jest na krawędzi przedniej lub tylnej, na desce usta­wionej prostopadle do linii spadku stoku. Osiągniemy to, gdy podczas jazdy w skos stoku zmniejszymy nacisk na krawędź dostokową lub z ze­ślizgu prostego przeniesiemy ciężar ciała na jedną z nóg. Należy prowadzić deskę ześlizgiem pod wybranym kątem do linii spadku stoku, w kierunku obciążonego końca deski. Prędkość regulujemy zakrawędziowaniem, natomiast kierunek – przez obciążanie przedniej lub tylnej nogi i odpowiednie zakrawędziowanie.

Jazda na wprost to elementarny sposób poruszania się na płaskiej desce w linii spadku stoku. Skokiem lub zmniejszeniem nacisku na krawędź dostokową należy ustawić deskę w linii spadku stoku i przenieść ciężar ciała na przednią nogę. Podczas zjazdu utrzymujemy pozycję podstawową. Deskę należy prowadzić w stałym kontakcie ze śniegiem, amortyzując przy tym występujące nierówności terenu.

Jazda w skos stoku to prosty sposób poruszania się na krawędzi deski skośnie do linii spadku stoku. Należy zmniejszyć nacisk na krawędź dostokową i przenieść ciężar ciała na przednią nogę, a deskę ustawić pod wybranym kątem do linii spadku stoku. Przy zachowanej pozycji podstawowej deskę prowadzimy, obcią­żając odpowiednio krawędź dostokową: palcami naciskamy na przednią krawędź deski (tę, do której jesteśmy przodem – ang. frontside), a piętami na tylną (ang. backside).

Do podstawowych skrętów odpowiednich dla początkujących zalicza się skręty ślizgowe, w których z kolei można wyróżnić skręt ślizgowy, skręt rotacyjny i nisko-wysoko (NW). Skręt ślizgowy rotacyjny jest najprostszym sposobem przekraczania linii spadku stoku, czyli zmiany kierunku poruszania się. Wykonuje się go na małej i śred­niej szybkości. Najlepiej sprawdza się na stoku o małym i średnim nachyleniu. Jadąc w pozycji podstawowej, należy zapoczątkować skręt poprzez rotację tułowia w za­mierzonym kierunku. Zbliżając się do linii spadku stoku, powinno się wyraźnie przenieść ciężar ciała z pięt na palce (skręt frontside) lub z palców na pięty (skręt backside), czyli dociążyć odstokowo deskę aż do zmiany kierunku i sposobu poruszania się, po czym, kończąc skręt, powrócić do pozycji podstawowej.

Skręt ślizgowy jest bardziej agresywny i szybszy. Polega na zmianie obciążenia krawędzi deski. Do wywołania skrętu wykorzystuje się właściwości konstrukcyjne deski. Zasada jest podobna jak w skręcie rotacyjnym: należy przenieść nacisk z krawędzi na krawędź. Wykonujemy nacisk z pięt na palce lub z palców na pięty, a dodatkowo wykonujemy wychylenie tułowia w kierunku środka zamierzonego skrętu, czyli od stoku.

Skręt ślizgowy NW jest sposobem przekraczania linii spadku stoku z wykorzystaniem odciążenia NW na desce prowadzonej śladem ślizgowym. Należy wykonać najazd do skrętu i powoli obniżyć pozycję, a gdy zbliżamy się do linii spadku stoku, wykonać odciążenie NW i zapocząt­kować skręt deski przez zmianę obciążenia krawędzi, czyli nacisku z pięt na palce lub z palców na pięty. Zwiększamy promień skrętu poprzez stopniowe obniżanie pozycji. Jest to skręt, w którym wykorzystujemy również pracę naszego ciężaru ciała.

Kiedy uda nam się opanować wymienione elementy, bez trudu poradzimy sobie na łatwym stoku. Możemy jednak spotkać na trasie różnego rodzaju uformowanie terenu, przez które będziemy zmuszeni przejechać. Wjeżdżając na garb terenowy, należy ruchem amortyzującym ugiąć nogi, a zjeżdżając z niego – prostować. Istotne jest, żeby unikać utraty kontaktu deski ze śniegiem. Z kolei napotykając wklęsłość terenu (tzw. mulda), należy zachować się odwrotnie: ruchem amortyzującym prostować nogi przy wjeździe we wklęsłość, a ugiąć, wyjeżdżając z niej. Gdy znajdziemy się na terenie pofałdowanym, trzeba łączyć tech­niki przejazdu garbów i muld z zachowaniem kontaktu deski ze śniegiem.

Kolejną rzeczą, z którą wielu początkujących ma problem, jest jazda wyciągami. Najważniejsze to zachować spokój, słuchać poleceń obsługi wyciągu i obserwować nadjeżdżające orczyk lub krzesełko. Do wyciągu zawsze zbliżamy się z przednią nogą wpiętą w wiązanie i tylną nogą wolną – wypiętą z deski.

Na wyciągu krzesełkowym należy ustawić się w miejscu wyznaczonym do wsiadania, dziób de­ski ustawić zgodnie z kierunkiem jazdy wyciągu, a w pierwszej kolejności – dotykając ręką krzesełka, spokojnie usiąść. Na wyciągu orczykowym należy: ustawić się po prawej – dla golfy, czyli snowboardzistów jeżdżących prawą nogą do przodu, lub po lewej stronie orczyka – dla regular, czyli snowboardzistów, którzy z przodu wolą mieć lewą nogę; chwycić nadjeżdżający orczyk i włożyć go pod udo przedniej nogi lub pod pośladki, a tylną nogę postawić na podkładce antypoślizgowej. Ważne, żeby w momencie ruszania lekko pochylić tułów do przodu, co przeciwdziała szarpnięciu, a w czasie jazdy kontrolować równowagę. Przed wysiadaniem należy podciągnąć się na orczyku do przodu, uwalniając go, a następnie oddalić się z trasy wyciągu.

Opanowanie prawidłowej techniki jazdy zapewni bezpieczeństwo i komfort nam i innym użytkownikom stoku. Techniczna baza połączona z wyobraźnią i ostrożnością pozwoli wszystkim nam w pełni cieszyć się z aktywnego wypoczynku na stoku.  

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Rafał Gunajew (1976-2016)

In memoriam

To była niespodziewana i bardzo smutna wiadomość. W młodym wieku odszedł od nas mądry człowiek, wspaniały przyjaciel i świetny szachista. Rafał Gunajew był współtwórcą największych sukcesów polskiej reprezentacji. W latach 1998-2013 wywalczył z drużyną grad medali na światowych imprezach najwyższej rangi. Było tam dla Polski i olimpijskie złoto, i dwukrotne mistrzostwo świata. Właśnie w rozgrywkach zespołowych Rafał grał niezwykle skutecznie, przywoził z nich dodatkowe indywidualne medale za wyniki na swojej szachownicy. Chciałbym przypomnieć najciekawsze fragmenty Jego szachowej twórczości:

R. Gunajew – W. Czajczic (Białoruś)

Puchar Świata, Logrono 1998

Białe: Ke3, Sa4, Sc4, a2, b3, f2, g3, h4

Czarne: Ke6, We7, a6, c5, f5, g6, h7 

Już w swoim pierwszym występie w reprezentacji Gunajew zademonstrował umiejętność znajdywania oryginalnych idei. Pozycja dla białych jest dużo lepsza, ale zamiana przewagi w punkt nie jest prosta 52...Kd5+ 53.Kd2!? Sprytna pułapka. Białe „zapraszają” czarnego króla do zajęcia aktywnej pozycji w centrum 53…Kd4? Lepiej było pójść na wariant 53...Ke4 54.Ke2 Kd4+ 55.Se3 i czarne mogłyby się jeszcze długo bronić 54.Sc3 To posunięcie na pewno nie było dla czarnych zaskoczeniem. Król ma odciętą drogę powrotu, ale przecież nie ma czym go zaatakować... 54...We8 55.f4! Teraz pomysł białych staje się jasny: pionek odbiera pole e5, można więc skoczka c4 „oddelegować” do dania mata. Przed jego przerzutem na c2 nie ma obrony 55...Wc8 56.Sa3 c4 57.b4! i wobec nieuchronnego 58 Sc2x czarne poddały się.

I. Jacyszyn (Ukraina) – R. Gunajew

Indywidualne mistrzostwa Europy, Krynica 1999

Białe: Kb1, Hd3, Wh1, Wh7, Gg4, a2, b3, c2, e5, f4, g5

Czarne: Ke7, Hc7, Wc8, Wf8, Gf2, Sd7, a5, b4, d5, e6, f7, g6 

W tej ostrej pozycji atak czarnych okazał się szybszy i skuteczniejszy 32...Sc5! Ofiara pionka za tempo 33.H:g6 Ke8 34.Hh5? Prawidłowe było 34.Hh6, na co nie przechodziło 34...S:b3? 35.Gd1 Sd4 36.Wh8! ani też 34...Se4? 35.c4 bc3 (35...dc4? 36.G:e6!) 36.W:f7! Wygraną czarnym zapewniało tylko 34…Sd3! 35.H:e6+! fe6 36.W:c7 W:c7 37.cd3 W:f4 34...Se4 Efektowniej wyglądało 34...Sd3! 35.Gd1 Hc3, ale i ruch w partii prowadzi do zwycięstwa 35.Gd1 Jeśli 35.c4 bc3 36.Kc2, to 36…He7 z groźbą Ha3 35...Sc3+ 36.Kc1 (36.Kb2 Gd4) 36...S:a2+ 37.Kd2? Lepsze 37.Kb1, ale i to po 37…Sc3+ 38.Kc1 a4 39.Wh8 Ke7 nie zmieniało wyniku 37...Hc3+ 38.Ke2 Gd4 Grozi 39...Sc1x Białe poddały się.

Rafał Gunajew walnie przyczynił się do pierwszego polskiego triumfu w Pucharze Świata w Niemczech. Imponujący wynik 6,5 p. z 7 przyniósł mu dodatkowo złoty medal za najlepszy rezultat na 4. szachownicy.

R. Gunajew – J. Martinez Garcia (Hiszpania)

Puchar Świata, Gelsenkirchen 2001

Białe: Kh1, Hd1, Wa1, Wf1, Gd3, Gg1, Sg3, a2, b2, c3, d4, e4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gc8, Gd6, Sg4, a6, b7, c6, e5, f7, g7, h7

15.Sf5 G:f5 16.W:f5 Swoją pozycyjną przewagę białe stopniowo powiększają aż do momentu, w którym czarne stają się zupełnie bezradne. Technika realizacji takich przewag była silną stroną naszego reprezentanta 16...Sh6 17.Wh5 f6 18.Gc4+ Kh8 19.Ge3 Sg8 20.Hg4 He8 21.Wh3 Wd8 22.Wf1 Teraz już wszystkie figury białych są w ataku 22...Gb8 23.d5 cd5 24.G:d5 f5?! Rozpacz. Czarne chcą wprowadzić skoczka do gry, a 24...Se7? prowadziło do mata 25.W:h7+! K:h7 26.Hh4+ Kg6 27.Wf5! S:f5 28.ef5+ K:f5 29.He4x 25.W:f5 Sf6 26.Hh4 Hg6 27.Whf3 Wfe8 28.c4 Możliwe było już kończące 28.W:f6 gf6 29.Wg3, ale białym się nie spieszy. Na ewentualne 28...Hg4 nastąpi 29.H:g4 S:g4 30.Gg5 Wc8 31.G:b7 itd. Czarne poddały się.

W indywidualnych imprezach Rafałowi brakowało trochę szczęścia. Przeważnie był w czołówce tabeli, ale szanse na medal zaprzepaszczał pechowymi porażkami na finiszu. Szkoda, bo jego poziom gry był zawsze bardzo wysoki.

Obrona sycylijska

R. Gunajew (2204) –  G. Draghici (Hiszpania)

Indywidualne mistrzostwa Europy, Mondariz 2003

Białe: Kc1, He1, Wd1, Wf1, Gd3, Sc3, a2, b2, c2, e4, f5, g2, h2

Czarne: Ke8, Hb6, Wa8, Wh8Gc6, Ge7, a6, b5, d6, e6, f6, f7, h4

1.e4 c5 2.Sf3 d6 3.d4 cd4 4.S:d4 Sf6 5.Sc3 Sc6 6.Gg5 e6 7.Hd2 a6 8.0-0-0 Gd7 9.f4 b5 10.G:f6 gf6 Słabe jest 10…H:f6?! bo 11.e5! de5 12.Sd:b5! 11.S:c6 G:c6 12.He1 h5 Jeśli 12...b4, to 13.Sd5! 13.Gd3 h4 14.Wf1 W plany białych wchodzi ruch f4-f5, ale na natychmiastowe 14.f5 mogło nastąpić 14...Gh6+ 15.Kb1 Gf4 z dalszym Ge5. Ruch w partii ma temu zapobiec 14...Ge7 15.f5 Hb6

16.Wf3 Dużą przewagę dawało 16.fe6 fe6 17.e5!, ale nasz zawodnik wolał rozstrzygać grę pozycyjnymi środkami. Na początek postanawia zdobyć pionka h4 16...0-0-0 17.Wh3 Gf8?! Po 17...b4 18.Se2 e5 19.W:h4 W:h4 20.H:h4 d5 można było liczyć na rekompensatę za pionka 18.W:h4 Gh6+ 19.Kb1 Ge3 20.W:h8 W:h8 21.Hg3 Czarne zostały bez pionka i z dodatkowymi kłopotami 21...Gg5? 22.fe6 fe6 23.H:d6 We8 24.g3 Hb7 25.Wf1 e5 26.h4 Wd8 27.He6+ Gd7 28.He7 Gd2 29.Sd5 f5 30.H:e5 We8 31.Hd6 fe4 32.Sb6+ Kd8 33.Wf7 ed3 34.W:d7+ 1–0

R. Gunajew – M. Pribeanu (Rumunia)

Indywidualne mistrzostwa świata, Goa (Indie) 2006 

Białe: Kg1, Hc2, Wc1, We1, Gf4, Sd2, Sg3, a3, b4, c4, f2, g2, h5

Czarne: Kg8, Hc6, Wc8, We8, Gf6, Sd7, Sg4, a7, b6, e6, f7, g7, h6

Jak wspomniałem, Rafał nie lubił ostrych pozycji, ale jeśli się już w nich znalazł, dawał sobie świetnie radę 25...Gd4 26.Sge4 f5 W tej złożonej pozycji wygrywa zawodnik umiejący lepiej policzyć warianty 27.Sf3! e5? Czarne nie znalazły kontynuacji dających równą grę: 27...Ge5 28.G:e5 Sd:e5 29.S:e5 S:e5 30.Sg3 S:c4 31.S:f5 lub 27...Ge3!? 28.G:e3 fe4 28.S:d4! ed4 29.Sd6 Daje białym przewagę materialną i atak 29...W:e1+ 30.W:e1 Wf8 31.S:f5 Hf6 32.Se7+ Kf7 33.Sd5 Hh4 34.Hg6+ Kg8 35.Gg3 Hg5 36.He6+ Kh8 Lub 36...Wf7 37.Se7+ 37.H:d7 Hd2 38.Wf1 He2 39.Sf4 1-0

R. Gunajew (2260) – M. Nistor (Rumunia – 1925)

Białe: Kg1, Hf2, Wf1, Wf3, Gg4, Sc3, a2, b2, d4, e3, e5, g2, h2 

Czarne: Kg8, He7, Wc8, Wf8, Gg7, Sc6, a6, b5, d5, e6f7, g6, h7

Białe przeprowadziły ciekawą kombinację, która niespodziewanie przyniosła szybkie zwycięstwo 1.S:d5! ed5 2.G:c8 W:c8 3.W:f7 He6 4.Wb7 Wf8? Należało grać 4...Se7 z możliwością długiej jeszcze obrony 5.W:g7+! i czarne poddały się.

Rafał Gunajew miał w swoim dorobku również zwycięstwa nad arcymistrzami:

R. Gunajew – am. G. Tunik (Rosja – 2429)

Albena 2012 

Białe: Kh1, He2, Wa3, Wf1, Gd3, Ge3, Sa5, Sc3, b4, c4, e4, f4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hc7, We8, Ga8, Sb6, Sf6, a6, d6, e6, f7, g6, h5

Białe mają wyraźną przewagę pozycyjną, co na przykład podkreślało spokojne 25.Gd4. Zamiast tego postanowiły forsować grę. Obiektywnie nie była to słuszna decyzja, ale w partii z doświadczonym arcymistrzem komplikowanie pozycji daje największe praktyczne szanse. Czarne szybko się pogubiły i chociaż Polak też popełnił kilka niedokładności, to zachował lepszą orientację w gmatwaninie wariantów 25.e5?! de5 26.fe5? Lepsze 26.c5 Sbd5 27.G:a6 26...Sg4? Czarne unikają komplikacji, ale konieczne było 26...G:b4 np. 27.ef6 G:a3 28.G:g6 fg6 29.f7+ Kh7 30.fe8H W:e8 i czarne stoją nawet trochę lepiej 27.c5! Daje białym przewagę 27…Sd7 28.Gg1 Po 28.G:a6?! Wb8 czarne przejmowały inicjatywę 28...Wb8 29.h3?! Lepsze 29.Sa2 29...Sg:e5 30.Gh2 W:b4 31.c6 G:c6 32.S:c6 H:c6 33.G:e5 S:e5 34.H:e5 Wb2 35.Ge4 Hd7? Szanse na remis dawał czarnym wariant 35…Hc4 36.Hf6 H:f1+! 37.H:f1 G:a3 36.W:a6 Gg7 37.Hg3 Wc8 38.Sd1 Wd2 39.Hf3 Wc1? Po 39...f5 czarne mogły mieć nadzieję na długi opór 40.Wa8+ Kh7 41.H:h5+ Gh6 42.G:g6+! i czarne poddały się, gdyż dostają mata zarówno po 42...fg6 43.Wh8+!, jak i po 42...Kg7 43.He5+ K:g6 44.Hf6+

Obrona francuska

R. Gunajew – am. N. Mac Donald (Anglia – 2454)

London Chess Classic 2012

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gd2, Ge2, Sf3, Sh5, a2, b3, d4, e5, f2, g2, h2

Czarne: Ke8, Hc8, Wc6, Wh8, Gd7, Gf8, Sb4, Sb6, a5, b7, d5, e6, f7, g7, h6

1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sd2 Sf6 4.e5 Sfd7 5.Gd3 c5 6.c3 Sc6 7.Se2 cd4 8.cd4 Sb6 Ryzykowna decyzja. Czarne odkładają na później roszadę i programowe posunięcie f7-f6, dążąc do szybkiej inicjatywy na skrzydle hetmańskim 9.0-0 Gd7 10.Sf3 a5 11.Sf4 Wc8? Gdy skoczek znajdzie się na h5, to całe skrzydło królewskie czarnych zostanie sparaliżowane. Konieczne więc było 11...g6 lub 11...Ge7, aby na Sh5 móc odpowiedzieć g7-g6. Tak grał kiedyś znany rosyjski szachista Berlinski, ale i to nie uchroniło go od kłopotów: 1.e4 e6 2.d4 d5 3.Sd2 Sf6 4.e5 Sfd7 5.Gd3 c5 6.c3 Sc6 7.Se2 cd4 8.cd4 Sb6 9.0–0 a5 10.Sf3 Ge7 11.Sf4 a4 12.Sh5 g6 13.Sf6+!? G:f6 14.ef6 H:f6 15.Gg5 Hg7 16.Hc1! h6 17.Ge3 f5 18.Gb5 Gd7 19.Hc5 Sc8 20.G:c6 bc6 21.Se5 Wa6 22.Gd2 g5 23.Gb4 h5 24.Wfe1 i czarne cudem uratowały remis (Gunajew – Berlinski, mistrzostwa Europy niewidomych, Mondariz 2003) 12.Sh5! h6 13.Ge3 Sb4 14.b3 Wc3 15.Ge2 Hc8 16.Gd2 Wc6

17.a3! Sc2 18.Wa2 S:a3 19.G:a5 Pozycja się otworzyła, ale czarnym brakuje figur ze skrzydła królewskiego i jest to problem, którego nie da się rozwiązać 19...Wg8 20.Gd3 Sa8 21.Gd2 b5 22.G:h6! b4 23.Hd2 Wc3 24.Gh7 Gb5 Lub 24...Wh8 25.G:g7 czy 24...gh6 25.G:g8 25.G:g8 G:f1 26.Hf4 Wygraną dawało też 26.K:f1 gh6 27.Sf6+, ale ruch w partii jest energiczniejszy 26...f5 27.G:g7 Wc1 28.h3 Z szacha z odsłony pożytku nie ma 28...Ge2+ 29.Kh2 G:f3 30.gf3 Wc2 31.W:c2 H:c2 32.Kg2 G:g7 33.S:g7+ Kf8 34.S:e6+ K:g8 35.Hg5+ Kf7 36.Hf6+ Ke8 37.Hd8+ Kf7 38.Hd7+ i wobec nieuchronnego mata czarne złożyły broń. Pogromowa partia! Ciekawostką jest fakt, że pokonany arcymistrz jest trenerem znanego angielskiego niewidomego szachisty Christophera Rossa…

Trzeba wspomnieć o jeszcze jednym talencie Rafała. Miał zadziwiający dar wynajdywania w pozycji niestandardowych idei, co w połączeniu z systematycznym i logicznym myśleniem przynosiło doskonałe efekty. Przy rozwiązywaniu zadań na zajęciach kadry zadziwiał wszystkich błyskawicznym znalezieniem drogi do celu.

Żegnaj Rafale, na zawsze pozostaniesz w naszej pamięci…

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

Najsłynniejszy warcabista wszech czasów, były mistrz świata Tony Sijbrans, jak wielu współczesnych czołowych graczy celowo dążył do otwartych pozycji, w których często poprzez wielokrotne zmiany planu gry przeciwnik gubił się w prawidłowej ocenie pozycji, a mistrz doprowadzał partię do wygranej. Głównym motywem gry w pozycjach otwartych jest walka o centrum, w wyniku której często dochodzi do osłabienia na długim lub krótkim skrzydle. Prowadzenie gry o centrum wymaga bardzo dokładnego manewrowania siłami na obu skrzydłach. Poniżej bardzo interesujące przykłady z mistrzostw świata w 2007 roku.

 

A. Czyżow (Rosja) – G. Valneris (Łotwa)

1. 34-29 18-23 2. 29x18 13x22

Celem takiej wymiany jest odejście od teoretycznych ścieżek i przejście do gry opartej na własnej twórczości. Gdy do takiego planu zmierzają dwaj byli mistrzowie świata, gra będzie bardzo interesująca.

3. 31-27 22x31 4. 36x27

Zajęcie pola 27 ma ograniczać aktywność krótkiego skrzydła przeciwnika.

4... 8-13 5. 41-36 2-8 6. 37-31 12-18 7. 46-41 7-12 8. 41-37 19-23!

Czarne będą dążyć do zajmowania centrum, co ma skutkować ograniczeniem aktywności długiego skrzydła białych.

9. 40-34 20-24 10. 47-41!

Na pierwszy rzut oka to zagranie wygląda na słabe, jednak białe przygotowują się do wybicia przeciwnika z centrum i zajęcia pola 28.

10... 1-7 11. 44-40 14-19 12. 50-44 10-14 13. 34-20 23x34 14. 40x20 15x24 15. 22-28! 17-22

Po 15... 18-23 16. 37-32 białe mogą grać klasykę lub ponownie przygotować wybicie przeciwnika z centrum, co też da białym przewagę.

16. 28x17 12x32 17. 38x27

Białe ponownie zajmują pole 27, grając plan bardzo daleko obliczony.

17... 5-10 18. 43-38 19-23!

W taki sam sposób jak poprzednio białe, tak teraz czarne zajmują centralne pole i gra wymaga twórczych pomysłów, żeby któryś z zawodników mógł uzyskać przewagę.

19. 45-40!

Białe założyły, że klasyki nie będzie, inaczej to zagranie byłoby słabe.

19... 14-19 20. 40-34 10-14 21. 37-32 4-10 22. 41-37 10-15 23. 49-43 14-20 24. 34-29 23x34 25. 39x30

Zwiększenie tempa zobowiązuje białe do ucieczki od klasyki, która byłaby dla nich niekorzystna przez brak możliwości wstawienia olimpika.

25... 18-23 26. 44-39 8-12 27. 31-26 20-25 28. 37-31 25x34 29. 39x30 15-20!

Czarne atakują osłabione krótkie skrzydło białych i rozwiązanie tego problemu trzeba było przewidzieć znacznie wcześniej, gdyż atak wygląda na bardzo niebezpieczny dla białych. A jednak to białe wyszły zwycięsko, nie tylko na tym etapie partii, lecz i w końcowym rozstrzygnięciu.

30. 43-39

Po 30. 30-25 12-18 31. 25x14 9x20 czarne uzyskałyby silny atak.

30... 20-25 31. 39-34

Do tej pozycji dążyli obaj zawodnicy. W ocenie czarnych istnieje możliwość przejęcia inicjatywy. Z kolei białe dysponują kolumną 27-36, na którą grały niemal od początku oraz mają możliwość zajęcia centrum, co jest wystarczającą kontrą neutralizującą przewagę czarnych.

31... 24-29 32. 33x24 23-29 33. 34x14 9x29 34. 32-28!

Po 34. 30-24 29x20 czarne uzyskały dużą swobodę i możliwość ataku na krótkim skrzydle.

34... 25x34 35. 48-43

Czarne wiązały duże nadzieje z zajęciem pola 34 i to byłoby plusem w ich pozycji, jednak białe zdążyły przygotować niebezpieczne taktyczne kontry. Nie można grać 35... 12-17 36. 28-22 17x28 37. 27-21 16x27 38. 31x24. Po 35... 13-19 nastąpiłoby 36. 28-23 29x18 37. 27-21 16x27 38. 31x24. Nie można też grać 35... 3-9 36. 42-37 9-14 37. 38-33 29x49 38. 35-30 34x25 39. 28-23 49x21 40. 26x10. Pozostało:

35... 12-18 36. 28-23 7-12 37. 35-30 34x25 38. 23x34 3-9 39. 38-33 12-17

Po 39... 3-9 była kombinacja 40. 34-30 25x34 41. 43-39 34x43 42. 42-38 43x21 43. 26x10.

 40. 42-38 17-21?

Czarne, chcąc częściowo zneutralizować siłę kolumny 27-36, weszły w związanie półrogatką.

41. 26x17 11x22

Bardzo często przy półrogatce dochodzi do ataku na krótkie skrzydło. W tym przypadku zadanie białych jest ułatwione, ponieważ czarne muszą bronić zagrożonego pionka 22, co jeszcze bardziej osłabia ich obronę.

42. 38-32 6-11 43. 33-29 11-17

Przegrywało 43... 13-19 44. 32-28 22x24 45. 27-21 16x27 46. 31x4.

44. 29-24 17-21 45. 31-26 22x31 46. 36x27 9-14 47. 26x17 14-19 48. 24-20 25x14 49. 43-38 18-23 50. 27-21 16x27 51. 32x21 19-24 52. 17-12 24-29 53. 34-30 13-19

Wymuszone zagranie, gdyż na 53... 23-28 nastąpiłoby 54. 30-24.

54. 12-8 23-28 55. 21-16

I czarne poddały się. Mogło jeszcze nastąpić 55... 19-23 56. 8-2 28-33 57. 2-7 33x42 58. 30-24 29x20 59. 7x47.

 

A. Domczew (Litwa) – J. Ndjofang (Kamerun)

1. 33-28 18-22 2. 38-33 12-18 3. 34-29 19-23 4. 28x19 14x34 5. 40x29 7-12 6. 42-38 13-19 7. 45-40 10-14 8. 40-34 5-10 9. 50-45 8-13 10. 48-42

Tym posunięciem białe opowiedziały się co do kierunku własnego planu gry. Przy braku kolumny 37-48 nie mogą dopuścić do klasyki.

10... 1-7 11. 44-40 20-24 12. 29x20 15x24

Czarne przez zajęcie pola 24 sygnalizują możliwość przejścia do klasyki.

13. 31-27 22x31 14. 37x26

Takie bicie wygląda na bardzo słabe, ale w ten sposób białe bronią się przed klasyką.

14... 10-15 15. 41-37 2-8 16. 46-41 17-21 17. 26x17 12x21 18. 32-27

Przy braku pionków na 48 i 46 białe nie chcą dopuścić przeciwnika na pole 26, co dałoby czarnym argument do gry na wiązanie lub przynajmniej ograniczenie aktywności długiego skrzydła.

18... 21x32 19. 38x27 11-17 20. 36-31 8-12 21. 31-26

Kolejne zagranie na bandę to cena decyzji z 10. posunięcia. Pionek na 26 miał sprowokować ustawienie kolumny 17-8, jednak czarne zmieniają plan i postanawiają opanować centrum, grając na słabości w pozycji przeciwnika, jakimi są mało aktywne pionki na krótkim skrzydle i pionek bandowy 26.

21... 18-22 22. 27x18 13x22

Powstał układ 22-24, który często jest niekorzystny. W tym konkretnym przypadku białe nie mają możliwości wykorzystania tego układu do przejęcia inicjatywy, gdyż są opóźnione w rozwoju.

23. 37-31 7-11 24. 41-36 16-21 25. 49-44

Zagranie mające nie dopuścić do posunięcia 25... 21-27.

25... 12-18 26. 43-38 15-20!

Na pozycyjnie dobre posunięcie 27. 38-32 czarne przygotowały kombinację 27... 24-30 28. 35x15 14-20 29. 15x13 22-27 30. 31x22 17x49.

27. 34-30 11-16 28. 40-34 9-13 29. 30-25

Wydawać by się mogło, że białe przejmują inicjatywę. Ustawiły kolumny 33-44 i 33-42, przy pomocy których nie pozwalają czarnym zagrać do centrum. Poza tym mają możliwość związania długiego skrzydła czarnych. Niespodziewanie czarne zagrały:

29... 21-27!

Na 30. 42-37 przygotowały kombinację 30... 17-21 31. 26x28 18-23 32. 31x22 23x41.

30. 33-28 22x33 31. 31x11 6x17 32. 39x28 18-23 33. 28-22

Nie można było bronić pionka 33. 38-32.

33... 17x28

Po wyrównaniu materiału dominacja czarnych w centrum jest wyraźna.

34. 42-37 3-8 35. 44-39 8-12 36. 34-30 13-18 37. 38-32

Groziło 37... 28-33.

37... 18-22 38. 45-40 12-17 39. 37-31 28x37 40. 31x42 16-21

Czarne zajmują kolejne ważne pola.

41. 47-41 21-27 42. 39-33 4-10 43. 41-37 10-15 44. 37-31 27-32 45. 42-37 32x41 46. 36x47 23-29 47. 33-28 22x33 48. 31-27 33-38 49. 27-21 17-22 50. 21-16 38-43 51. 16-11 43-49 52. 11-7 29-33 53. 7-2 49-16 54. 40-34 22-28 55. 47-41?

Błąd szybko kończący partię. Przegrywało również 55. 34-29 33-38 56. 29-23 38-43 57. 23x32 16x38.

55... 24-29 56. 34x32 16x38 57. 2x24 20x29

I białe poddały się.

Jan Sekuła  

 

aaa

 

kultura

 

Kruche jak lód

To historia pełna czułości, namiętności, przyjaźni i wspólnej pasji. Myślę o niej tak, jak niemal o każdym z ich pokazów: że to takie piękne, romantyczne, wyjątkowe… A przy tym takie delikatne, kruche. Wystarczy jeden moment, by stało się najgorsze.

Mowa o tym, co przydarzyło się Jekatierinie Gordiejewej, rosyjskiej łyżwiarce figurowej, która od 11. roku życia jeździła w parze z Siergiejem Grińkowem. Ich wspólne życie, na lodzie i poza nim, opisała w książce Mój Siergiej. Opowieść o miłości”. Nie jest to wprawdzie żadna nowość, ale opisuje piękne czasy, kiedy to łyżwiarstwo figurowe, tak bardzo podobne do tańca, królowało na szklanych ekranach. Poza tym to książka, która opowiada o czymś więcej niż o sporcie i w ten walentynkowy, zimowy czas będzie po prostu idealna. Po jej lekturze człowiekowi przychodzi do głowy, że taka miłość, taki talent i taka tragedia zdarzają się raz na milion lat, choć przecież zdarzają się co dzień.

Katia i Siergiej byli wyjątkowo utalentowani i ambitni. Czterokrotnie zdobyli tytuł mistrzów świata, zdobyli dwa złote medale olimpijskie oraz serca milionów miłośników jazdy na lodzie. Miłość z pewnością pomagała im w wyrażaniu siebie w tej tak bardzo artystycznej dziedzinie sportu. „Potrafili czule przełożyć wielkie uczucie na język łyżwiarstwa, tworząc niepowtarzalny, przepełniony namiętnością styl, którego maestria wzrosła jeszcze bardziej po narodzinach ich córeczki” – czytamy we wstępie.

Katia pięknie mówi i o łyżwiarstwie, i o swej miłości. W prostych słowach, bez patosu, z czułością opowiada o różnych fazach ich znajomości. „Dla Siergieja i dla mnie wszystko było takie naturalne. Wszystko po prostu się zdarzało. Najpierw byliśmy partnerami w jeździe figurowej, potem przyjaciółmi, następnie bliskimi przyjaciółmi, później kochankami, potem małżeństwem, wreszcie rodzicami”.

Wszystko układało się tak, jak trzeba, byli młodzi, zdrowi, osiągali sukcesy, byli szczęśliwi. „Żyłam w świecie, w którym zawsze robiłam to, co lubię, czyli jeździłam na łyżwach i przez cały czas miałam przy sobie ukochanego mężczyznę” – pisze Katia.

Aż do listopada 1995 r., kiedy podczas rutynowej sesji treningowej Siergiej zmarł na atak serca, a Katia w wieku 24 lat została wdową... „Wiem, że nigdy już nie zaznam takiego rodzaju szczęścia jak z Siergiejem” – pisze w książce. Ale jednocześnie już wtedy widać, że być może znajdzie inny rodzaj szczęścia. „Musisz wyrzucać ją w taki sposób, jak gdyby była kryształowym wazonem” – powiedział kiedyś Siergiejowi jeden z trenerów. Okazuje się jednak, że dziewczyna nie jest wcale taka krucha. To lód jest. I życie. Nie Katia! 

Barbara Zarzecka

Książka Jekatieriny Gordiejewej Mój Siergiej. Opowieść o miłości”, opublikowana przez Wydawnictwo Zysk i Spółka,  dostępna jest w DZdN w dwóch wersjach: Czytak i DAISY (czyta Joanna Jędryka). Warto też po lekturze poszukać w internecie informacji o dalszych losach Katii, która nie porzuciła łyżwiarstwa.

 

***

Możesz wesprzeć działania naszego Stowarzyszenia, przekazując 1% swojego podatku! 

Numer KRS 0000247136

Stowarzyszenie Kultury Fizycznej, Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących Cross”

Deklaracja podatkowa zawiera dwa pola, które są niezbędne, aby przekazać 1% rocznego podatku. W pola te wpisać należy:

• numer KRS organizacji

• przekazywaną kwotę, która nie możenprzekroczyć 1%.

Dzięki Twojemu 1% możemy kontynuować działania na rzecz  osób niewidomych
i słabowidzących w Polsce.

Dziękujemy!