stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 2 (119) Luty 2015

CROSS

ISSN 1427-728X

ROK XIII

Nr 2 (119)

Luty 2015 r.

MIESIĘCZNIK

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ,

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,

666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

Skład, druk, oprawa i kolportaż:

EPEdruk Spółka z o.o.

ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje


Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

 

Rok na goalballowym boisku

Konrad Andrzejuk

W grupie siła

Piotr Dudek

Wiadomości

Na szlakach edukacji turystycznej

Antoni Szczuciński

„Łuczniczka” strzela w dziesiątkę

Andrzej Szymański

Meksyk – piękno z bolesnym piętnem

Stanisław Niećko

Napoleon i hemoroidy

BWO

Technika jazdy na nartach dla zaawansowanych

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard  

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Na szczytach marzeń

Barbara Zarzecka

 

Na początek

aaa

 

goalball

 

Rok na goalballowym boisku

Początek roku jest nie tylko dobrym momentem do postawienia sobie nowych celów na przyszłość, lecz również okazją do podsumowania minionych dwunastu miesięcy. Przyjrzyjmy się, jak przebiegał rok 2014 na goalballowych boiskach.

Zaczęło się od modyfikacji przepisów. Tradycyjnie już co cztery lata ogłaszana jest nowa wersja regulaminu gry w goalball. Tym razem zmiany były dość znaczne. Po wieloletnich dyskusjach zniesiono w końcu ograniczenie liczby rzutów, które z rzędu może wykonać zawodnik. Oprócz tego trener zyskał większy wpływ na przebieg meczu – wprowadzono dodatkową przerwę na żądanie oraz możliwość dokonania jeszcze jednej zamiany zawodnika. Poza tym zmodyfikowano wiele mniej znaczących przepisów. Jak przyjęli te zmiany sami goalballiści? Chyba bez większych emocji, przyćmiła je bowiem inna kwestia.

Największe ekscytacje wzbudziła dyskusja na temat plagi oszustw. O tym, że niektórzy zawodnicy próbowali ułatwiać sobie grę, podglądając, wiadomo było od dawna, jednak stanowiło to tabu, o którym nieczęsto wspominano. Głównym założeniem goalballu jest gra bez użycia wzroku. Przed meczem zawodnikom zakleja się oczy specjalnym plastrem, następnie pod kontrolą sędziego zakładane są nieprzepuszczające światła gogle. Mimo to są gracze, którzy do perfekcji opanowali sztukę podglądania i wypaczają ideę sportowej rywalizacji. Dzięki nowoczesnej technice stało się możliwe zdemaskowanie oszustów. Analiza materiałów wideo przeprowadzona podczas najważniejszej imprezy minionego roku – mistrzostw świata, które odbyły się w czerwcu w fińskim mieście Espoo – pozwoliła na odkrycie sposobów, których chwytają się nieuczciwi gracze. Podglądanie udowodniono m.in. Mohamedowi Mokrane z Algierii, który tuż przed mistrzostwami był gwiazdą turnieju w Supraślu, opisanego na łamach „Crossu”. W celu uniknięcia takich incydentów zaczęto dokładniej zaklejać oczy zawodników dodatkowymi plastrami.

Sprawa podglądania nie była jednak tak ważna jak same wyniki rozgrywek. Mistrzyniami świata zostały Amerykanki po finałowym zwycięstwie nad reprezentantkami Rosji. Brąz przypadł Turczynkom, które w meczu o 3. miejsce wygrały z Japonkami. W finale turnieju mężczyzn Brazylijczycy mieli okazję do zrewanżowania się Finom za przegrane złoto igrzysk paraolimpijskich w Londynie. Canarinhos wykorzystali swoją szansę – pokonali gospodarzy aż 9:1 i wywalczyli tytuł mistrzów świata. Udowodnili tym samym, że ich dobry występ w Londynie nie był dziełem przypadku i że również w Ameryce Południowej goalball stoi na najwyższym, światowym poziomie. Brązowy medal powędrował do reprezentacji USA, która w ostatecznej rozgrywce zwyciężyła Litwinów. Był to kolejny turniej, który nasi sąsiedzi – niegdyś niepokonani – zakończyli poza podium.

Czas jednak wspomnieć o Polakach. Nasi reprezentanci niestety wciąż stoją w miejscu, znów bowiem nie zakwalifikowali się do mistrzostw świata. Do tej pory biało-czerwoni rywalizowali o tytuł najlepszej drużyny globu tylko raz – i to w dodatku aż 29 lat temu. Polacy stracili też szansę na walkę o kwalifikacje do igrzysk paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Nic w tym dziwnego, skoro jedynym turniejem reprezentacji Polski w 2014 roku były mistrzostwa Europy dywizji B, rozgrywane we wrześniu na Węgrzech. Od drużyny, która nie zagrała żadnego meczu od niemal roku, nie można zbyt wiele wymagać. Mimo to biało-czerwoni udali się na Węgry w bojowych nastrojach, chcąc udowodnić, że z Polakami należy się liczyć.

Nasi panowie w swej grupie trafili na Portugalię, Izrael, Ukrainę oraz Rosję. Do rywalizacji przystąpili znacznie osłabieni, ponieważ dwóch naszych zawodników – Marcin Gibuła i Łukasz Eitner – nie otrzymało grupy startowej podczas klasyfikacji medycznej i tym samym nie zostało dopuszczonych do gry. Oznaczało to, że trener Robert Prażmo miał do dyspozycji jedynie czterech graczy, a co gorsza, nie było wśród nich żadnego centra. Rolę tę musiał wziąć na siebie najbardziej doświadczony zawodnik reprezentacji – Marek Mościcki.

W pierwszym meczu nasza drużyna zmierzyła się z ekipą Portugalii – beniaminkiem, który po raz pierwszy w historii zakwalifikował się do europejskiej dywizji B. Polacy, mimo drobnych problemów ze zgraniem i komunikacją wewnątrz drużyny, stanęli na wysokości zadania i pokonali swych rywali 16:8. Kolejne mecze przeciwko znacznie silniejszym zespołom Ukrainy i Izraela nie układały się już tak pomyślnie. Naszym zawodnikom zabrakło sił i doświadczenia w walce z mocnymi rywalami. Oba spotkania zakończyły się przegraną Polaków 3:13. Ostatnią szansą na dobre miejsce w grupie był mecz z Rosją. Nasi wschodni sąsiedzi od lat nie mogą zbudować silnej męskiej drużyny. Na szczęście nie popisali się również w meczu z naszą ekipą. Biało-czerwoni, po zwycięstwie z Rosjanami, zakwalifikowali się do ćwierćfinału, w którym czekali na nich utytułowani i bardzo doświadczeni reprezentanci Słowenii. Mimo że nikt nie dawał naszym większych szans w tym meczu, Polacy pokazali, że mają serce do walki i napędzili swym rywalom stracha. Dobra i konsekwentna gra drużyny dowodzonej przez Marka Mościckiego sprawiła, że jeszcze na 30 sekund przed zakończeniem meczu na tablicy wyników widniał remis. Kiedy zdawało się, że sensacja wisi w powietrzu, szans na półfinał pozbawił graczy znad Wisły Zlatko Mihajlović, który ustalił wynik spotkania na 8:7 dla naszych rywali. Słoweńcy cieszyli się z awansu do pierwszej czwórki zawodów, zaś Polakom pozostała walka o miejsca 5-8. I znów przeciwnikiem Polski była Portugalia, która w ćwierćfinale uległa Szwecji. Tym razem Portugalczycy stawili nam większy opór i do przerwy przegrywali różnicą tylko dwóch bramek. W drugiej połowie Polacy powiększyli przewagę i zakończyli mecz na swoją korzyść wynikiem 11:7. Dla naszych zawodników oznaczało to powtórkę sprzed dwóch lat – walkę o 5. miejsce, w dodatku z tym samym rywalem – Węgrami. Jedyną różnicą było to, że tym razem nasi przeciwnicy występowali w roli gospodarzy, więc niesieni dopingiem kibiców, mogli sprawić biało-czerwonym większe problemy. Po wyrównanej pierwszej połowie spotkania Polacy wywalczyli minimalną przewagę i wyszli na prowadzenie 5:4. W drugiej części meczu, po kilku skutecznych akcjach, zwycięstwo Polski wydawało się niezagrożone. Jednak przy stanie 4:9 Węgrzy zaczęli odrabiać straty i zbliżyli się ponownie do naszych na dystans jednej bramki. Polakom udało się utrzymać prowadzenie – zwyciężywszy 9:8, zostali 5. drużyną dywizji B.

Wynik ten, w sytuacji osłabienia naszej drużyny, należy uznać za sukces. Niemniej jednak oznacza on stagnację. To już kolejny rok, kiedy reprezentacja Polski nie poprawia swojej gry. Nic zresztą dziwnego. Nikt już chyba nie wierzy w coroczne obietnice zwiększenia środków finansowych do poziomu, który wystarczyłby na udział w większej liczbie turniejów. Zawodnicy zdają się podchodzić do gry w reprezentacji z coraz mniejszym entuzjazmem, a to nie wróży dobrze na przyszłość.

Na krajowych boiskach rok 2014 obfitował w turnieje dla młodzieży. Oprócz corocznych mistrzostw Polski juniorów odbyły się również międzynarodowe turnieje młodzieżowe w Dąbrowie Górniczej i w Warszawie. Stawianie na młodzież daje duże nadzieje na poprawę sytuacji. Być może nowe pokolenie goalballistów zdoła zbudować silny zespół, który będzie w stanie osiągać sukcesy na arenie międzynarodowej.

W 2014 roku po raz pierwszy w historii tytuł mistrzów Polski wywalczyła drużyna z Białegostoku, która zwyciężyła ekipy Lublina i Katowic. Również Puchar Polski trafił do stolicy Podlasia. To najbardziej udany sezon białostoczan, mimo że nękają ich poważne braki kadrowe. W tym roku drużynę opuścił wieloletni center – Tomasz Sokół. Wciąż brakuje nowych zawodników. To zresztą problem nie tylko tej drużyny. Na brak graczy nie narzekają chyba jedynie teamy z Wrocławia. Dwa zespoły pod okiem trenera Wacława Falkowskiego ciągle rosną w siłę. Pojawiają się wciąż zawodnicy z dużym potencjałem, a ich ciężka praca jest przekuwana w pierwsze sukcesy. Młody zespół z Dolnego Śląska wywalczył brązowe medale Pucharu Polski.

Warto wspomnieć o graczach, którzy wyróżniali się w minionym roku. Trzeba wymienić Marcina Lisowskiego z Katowic, który podczas mistrzostw Europy zaliczył bardzo udany debiut w reprezentacji Polski. Ten trochę niedoceniany dotąd chłopak staje się coraz większym zagrożeniem dla rywali. Najlepszym zawodnikiem Wrocławia pozostaje Marcin Lubczyk, jednak coraz szybsze postępy robią jego koledzy z drużyny, dzięki czemu gra zespołu zyskuje na stabilności. W ekipie Bierutowa swoją pozycję umacnia Damian Hortecki, który przez ostatni rok znacząco się rozwinął i był jednym z autorów niewątpliwego sukcesu: jego ekipa wywalczyła drugie miejsce Pucharu Polski.

Plany goalballistów na 2015 rok są ambitne. Pojawił się pomysł rozegrania aż czterech turniejów mistrzostw Polski. Jeżeli uda się zrealizować te zamierzenia, będzie to krok naprzód. Po kilku latach zastoju być może zdołamy rozruszać polski goalball. Czy ten plan się powiedzie? Oby. Miejmy nadzieję, że wizja debiutu paraolimpijskiego Polaków w Tokio w 2020 roku nie będzie mrzonką. Aby tak się stało, pracę trzeba zacząć już dziś.

Konrad Andrzejuk

W styczniowym numerze „Crossa” w artykule zatytułowanym „Goalballiści w słabej formie” (tabela wyników) pominęliśmy zwycięzcę I Pucharu Polski w Goalballu – drużynę z Białegostoku, która zdobyła 18 p. Bardzo przepraszamy.

Redakcja

 

Na początek

aaa

 

kręgle

 

W grupie siła

Drużynowe mistrzostwa Polski w kręglach klasycznych odbyły się tym razem w Raciborzu. Między 11 a 12 grudnia 2014 roku na tamtejszej czterotorowej kręgielni licznie pojawili się najlepsi niewidomi gracze, ponieważ w tym samym miejscu i czasie trwało zgrupowanie kadry narodowej naszych kręglarzy.

Zawody mogły być rozegrane w randze mistrzostw, ponieważ spełniony został warunek uczestniczenia w nich co najmniej trzech klubowych ekip. Na podobnych zasadach rywalizowano w mikstach, czyli w parach różnej płci. Oczywiście składy wystawiane były w każdej kategorii oddzielnie. Zabrakło tylko teamów do obsadzenia mistrzowskiego turnieju par.

Rozgrywki drużynowe w kręglach klasycznych różnią się od niedawno opisywanych MP w bowlingu. Tutaj obowiązujące zasady są prostsze. W każdej ekipie startuje troje zawodników – po jednym z kategorii B1, B2 i B3. Do gry dopuszczane są również niepełne drużyny dwuosobowe. Każdy z graczy ma do wykorzystania godzinę, by w czterech seriach oddać po 30 rzutów. Wśród ośmiu męskich składów triumfowali kręglarze z „Pogórza” Tarnów, którzy zwyciężyli „Karolinkę” Chorzów i olsztyński klub „Warmia i Mazury”. Złotą drużyną żeńską została reprezentacja „Karolinki” Chorzów, srebrną – „Omegi” Łódź, a brąz trafił do „Łuczniczki” Bydgoszcz. Najbardziej spektakularne pojedynki miały miejsce podczas starcia dwóch pierwszych ekip. Okazało się, że na 360 rzutów oddanych przez trzy zawodniczki różnica punktowa decydująca o kolorze zdobytego krążka wyniosła zaledwie jeden punkt.

W drugim dniu zawodów rozgrywki nabrały tempa i bardziej pasjonującego charakteru, ponieważ przyszedł czas na walkę systemem pucharowym. Dwuosobowe załogi mierzyły się bezpośrednio z rywalami z sąsiedniego toru. Zwycięzcy potyczek przechodzili do następnego etapu, a przegrani odpadali z rozgrywek. Niektórzy mieli okazję po raz pierwszy uczestniczyć w takiej rywalizacji. Niewątpliwie może się ona bardzo podobać: tempo gry jest szybkie, poszczególne pojedynki trwają krótko i na bieżąco śledzi się wyniki – kto prowadzi, a kto schodzi z toru. Szczególnie silnych emocji dostarczały tzw. rzuty zwycięstwa, rozgrywane w przypadku remisu. Aby rozstrzygnąć o wygranej, dwoje graczy z każdej drużyny musiało oddać jeszcze po jednym rzucie. Koncentracja i opanowanie zawodników były maksymalne, gdyż moment decydował o ostatecznym wyniku.

Do ścisłego finału dostawały się cztery ekipy, w składzie których znajdowali się zazwyczaj kadrowicze. Nikogo nie zdziwiło więc zwycięstwo Reginy Szczypiorskiej i Szczepana Polkowskiego z „Moreny” Iława w kategorii B1 oraz Ireny Curyło i Alberta Sordyla z „Pogórza” Tarnów w kategorii B3. Natomiast w B2 ogromnym zaskoczeniem był awans do finału drużyny „Pionka” Włocławek, czyli Jolanty Lewandowskiej i Marcina Siudowskiego, ponieważ żadne z nich nie należy do kadry. Tymczasem potrafili oni wytrzymać napięcie finału. Rzutami zwycięstwa pokonali Annę Barwińską i Grzegorza Nowaka i tym samym otworzyli sobie drogę do najważniejszego trofeum. Do ostatecznej rozgrywki stanęli z teamem „Karolinki” Chorzów – Marią Harazim (aktualna mistrzyni Europy) i Teodorem Radzimierskim. Tego ciężaru niestety już nie udźwignęli, jednak zdobycie srebrnego medalu to dla nich i tak wielki sukces. Z ogromną satysfakcją kibice obserwowali ich radość. Takiego spełnienia sportowego można życzyć wszystkim amatorom kręgli w rozgrywkach 2015 roku.

III Drużynowe Mistrzostwa Polski w Kręglach Klasycznych

11-12.12.2014 r., Racibórz

Drużyny męskie

1. „Pogórze” Tarnów (1684 p.) – Jan Kawecki B1, Stanisław Fortkowski B2,

Albert Sordyl B3

2. „Karolinka” Chorzów (1656 p.) – Marek Zwolenkiewicz B1, Teodor Radzimierski B2, Zbigniew Strzelecki B3

3. „Warmia i Mazury” Olsztyn (1498 p.) – Jerzy Dołowy B1, Mieczysław Kontrymowicz B2, Rafał Chaberski B3

Drużyny żeńskie

1. „Karolinka” Chorzów (1446 p.) – Barbara Szypuła B1, Maria Harazim B2, Magdalena Kajzer B3

2. „Omega” Łódź (1445 p.) – Mieczysława Stępniewska B1, Anna Barwińska B2, Monika Grzybczyńska B3

3. „Łuczniczka” Bydgoszcz (1293 p.) – Karolina Rzepa B1, Mirosława Malcherek B2, Kornelia Pigla B3

Wyniki Mix Tandem

B1

1. Regina Szczypiorska, Szczepan Polkowski – „Morena” Iława

2. Mieczysława Stępniewska, Wiesław Nastarowicz – „Omega” Łódź

3. Karolina Rzepa, Patryk Iks – „Łuczniczka” Bydgoszcz

B2

1. Maria Harazim, Teodor Radzimierski – „Karolinka” Chorzów

2. Jolanta Lewandowska, Marcin Siudowski – „Pionek” Włocławek

3. Barbara Dołowy, Mieczysław Kontrymowicz – „Warmia i Mazury” Olsztyn

B3

1. Irena Curyło, Albert Sordyl – „Pogórze” Tarnów

2. Zofia Sarnacka, Rafał Chaberski – „Warmia i Mazury” Olsztyn

3. Emilia Sawiniec, Grzegorz Kanikuła – „Hetman” Lublin

Piotr Dudek

 

Na początek

aaa

 

wiadomości

 

Szachy

Open Praga 2015

W dniach od 9 do 16 stycznia 2015 roku w stolicy Czech, w hotelu Olympik, odbył się licznie obsadzony otwarty turniej szachowy Praga 2015, będący częścią XIV Międzynarodowego Festiwalu Szachowego Czech Tour 2014/2015.

Hotel Olympik położony jest w zacisznej, biznesowej dzielnicy Praga 8, 200 metrów od stacji metra Invalidovna. Centrum czeskiej stolicy dzielą od hotelu cztery stacje. Praga 8 rozciąga się w północnej części miasta, na wschód od Wełtawy. Obejmuje kilka mniejszych dzielnic. Wśród nich znajduje się Nowe Miasto z placem Wacława o pięknej secesyjnej zabudowie i Muzeum Narodowym. Plac ten to także miejsce ważnych w historii Czech przełomowych momentów – m.in. aksamitnej rewolucji. Praga 8 chlubi się wieloma zabytkami, znajdującymi się na światowej liście UNESCO.

W praskim turnieju rozegrano dwa główne openy – A i B, turniej szachów szybkich oraz turniej blitza.

W openie A, który rozegrano systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund, wzięło udział 193 zawodników (w tym pięciu członków kadry Stowarzyszenia „Cross” – Piotr Dukaczewski, Andrzej Migala, Ryszard Suder, Jacek Stachańczyk i Tadeusz Żółtek), a w turnieju B – 95.

Najwyżej z naszych zawodników – na 28. miejscu, z sześcioma punktami – uplasował się Jacek Stachańczyk. W ubiegłym roku to samo miejsce, także najlepsze wśród kadrowiczów Stowarzyszenia „Cross”, z tą samą liczbą punktów, zajął Piotr Dukaczewski. Stachańczyk przegrał tylko jedną partię z arcymistrzem Henrikiem Teske z Niemiec, z pozostałych ośmiu cztery wygrał i cztery zremisował. Piotr Dukaczewski zdobył pół punktu mniej od Jacka. Na początku nowego sezonu szachowego zaprezentował w Pradze słabszą formę niż w roku ubiegłym. Przegrał trzy partie, pięć wygrał i jedną zremisował. Dobrze grał Andrzej Migala. Zdobył pięć punktów. On jeden spośród crossowych zawodników nie stracił na rankingu ELO. W końcowej punktacji także on jeden zajął wyższe miejsce w stosunku do posiadanego numeru na liście startowej turnieju. Andrzej znany jest  z tego, że lubi remisy. W Pradze odnotował ich pięć. Poza tym wygrał trzy partie, a dwie przegrał. Nie błyszczeli w Pradze pozostali dwaj zawodnicy  Stowarzyszenia „Cross” – Ryszard Suder i Tadeusz Żółtek. Suder cztery partie wygrał, cztery przegrał i jedną zremisował, a Żółtek z czterema uzyskanymi punktami stracił na ELO najwięcej, bo aż 37 punktów.

Turniej szachowy Praga 2015

(XIV Międzynarodowy Festiwal Szachowy Czech Tour 2014/2015)

9-16. 01. 2015 r., Praga

1. am Aleksandr Nosenko (Ukraina)   8 p.

2. am Alexandre Danin (Rosja) 7,5 p.

3. im Sergei Griszczenko (Rosja) 7 p.

...

28. Jacek Stachańczyk 6 p. 

46. Piotr Dukaczewski 5,5 p.

83. Andrzej Migala 5 p.

95. Ryszard Suder 4,5 p.  

118. Tadeusz Żółtek 4 p.

M. Dębowska

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Na szlakach edukacji turystycznej

Jak rozwija się projekt „Zobaczyć więcej”, realizowany przez Związek Kultury Fizycznej „Olimp” i dofinansowany przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych? Wygląda na to, że dobrze. Na szkoleniach animatorów – organizatorów turystyki, którzy wspólnie z przewodnikami, pilotami wycieczek przygotowywali atrakcyjne programy wypraw i pomagali w ich realizacji – nadszedł czas na sprawdzenie wiedzy i doświadczenia nabytego w czasie długich miesięcy pracy.

Uczestnicy projektu, podzieleni na grupy, otrzymali zadanie polegające na przygotowaniu programów różnych form aktywnego spędzania czasu. Rajdy, obozy, wycieczki... I chociaż mieli za sobą wiele podobnych imprez, to stres dał się niejednemu we znaki. Okazało się jednak, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Ochotnikom energii starczyło jeszcze na ukończenie kursu pierwszej pomocy.

Kiedy wszystkich ogarnął smętek, że to już koniec nauki, prezes Piotr Łożyński ogłosił niespodziankę: raz w każdym z kolejnych pięciu miesięcy uczestnicy projektu będą spotykali się na turystycznych weekendach. Zapowiedź kontynuacji szkoleń stała się faktem – i tak od listopada zeszłego roku uczestnicy spotkali się w Białymstoku, Węgierskiej Górce, Wieliczce, Zakopanem

i okolicach Olsztyna. Zjazdy wszystkim sprawiły radość, bo jest to przecież okazja do rozwijania nabytych umiejętności. Każde takie spotkanie oznacza dwa dni pięknej turystycznej przygody. Podróż do Białowieży, pętla beskidzka – to niezapomniane przeżycie obcowania z naturą w najczystszej postaci. Wycieczka do kopalni soli i na Wawel przeniesie uczestników w odległe czasy i pozwoli zachwycić się owocami pracy ludzkich rąk. A jeśli pogoda dopisze, Rusinowa Polana i kulig po puszczy przypieczętują projekt wspólną zabawą. Wszystko to pod okiem doświadczonych przewodników i w grupie, która rozsmakowała się w wędrowaniu.

Tak czy inaczej, projekt dobiega końca. Wielu mogło podnieść swoje umiejętności, współdziałając z organizatorami. Przed absolwentami szkolenia cały rok 2015. Oby nie utracili ducha wędrówki.

Antoni Szczuciński

 

Na początek

aaa

 

kluby

 

„Łuczniczka” strzela w dziesiątkę

Kiedy wchodzi się do siedziby Pomorsko-Kujawskiego Klubu Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Łuczniczka”, oczy robią się okrągłe jak spodki. Tu, na Krasińskiego 3 A, mają istny pałac! Dwieście metrów kwadratowych, około dziesięciu mniejszych i większych pomieszczeń. Pokoje biurowe, własna kuchnia, dwie duże sale, gdzie można pograć w showdown, postrzelać z broni śrutowej, rozegrać turniej szachowy czy warcabowy.

Brakuje tylko basenu, a przydałby się, aby rozruszać sekcję pływacką. I to wszystko na parterze. Niewidomi nie muszą się wspinać po schodach i skręcać nóg.

Taki raj „Łuczniczka” ma dopiero od półtora roku. Przez bardzo długi czas klubowicze gnieździli się w maleńkim pomieszczeniu należącym do okręgu Polskiego Związku Niewidomych przy ul. Powstańców Wielkopolskich. Pod koniec 2013 roku okręg użyczył im na 10 lat obszerny lokal przy Krasińskiego. Opłacają jedynie media, co kosztuje miesięcznie około 900 złotych. Zarząd klubu chciałby go zatrzymać dla siebie, ale to wymaga administracyjnych zabiegów w toruńskim urzędzie marszałkowskim i bydgoskim urzędzie miasta. Ale na razie cicho sza. Jeśli „Łuczniczka” zostanie pełnoprawnym właścicielem, wtedy na pewno pochwali się całej Polsce.

Początki to „Gryf”

Klub powstał w lutym 1997 roku z inicjatywy bydgoskich entuzjastów sportu i rekreacji: Krystyny Krzemkowskiej, Krystyny Misterek, Jadwigi Henselek i Andrzeja Sargalskiego. Pan Andrzej, z zamiłowania szachista i brydżysta, został jego pierwszym prezesem i obecnie również pełni tę funkcję. Dlaczego „Łuczniczka”? Ano dlatego, że obok herbu i flagi łuczniczka to symbol miasta nad Brdą. Na początku klub zasilali głównie pracownicy bydgoskiej spółdzielni niewidomych „Gryf”. Zresztą do końca lat 90. ubiegłego wieku sporo crossowskich klubów mieściło się przy spółdzielniach.

W zarządzie klubu jest siedem osób. Wspomniany prezes Andrzej Sargalski, wiceprezes i dyrektor biura – Krzysztof Badowski, wiceprezes – Łukasz Skąpski, sekretarz – Georgina Myler, skarbnik – Danuta Biechowska oraz członkowie – Franciszek Herman i Grzegorz Bosek.

Andrzej Sargalski to znany i czynny jeszcze szachista, choć jak powiada, najlepsze lata sukcesów ma już za sobą. Na ostatnich mistrzostwach Polski w swoim mieście zajął 24. miejsce. Rywalizuje z nim Edward Skiera czy Józef Wyrzykowski, ale ogólnie mówiąc, ta dyscyplina sportu nie jest najmocniejszą stroną klubu.

Klub to ludzie

Krzysztof Badowski, krępy 50-latek, pojawił się w „Crossie” kilka lat temu. Jako młody chłopak grał w hokeja na lodzie w Polonii Bydgoszcz. Lata 70. były najlepsze dla rozwoju tej dyscypliny w Polsce. Pan Krzysztof zmagał się na lodowisku ze znakomitymi nazwiskami, zawodnikami Podhala Nowy Targ, Legii Warszawa, Unii Oświęcim czy GKS Katowice. Potrenował i pograł zaledwie kilka lat. Potem zaczęło coś się dziać z jego wzrokiem. Niecelnie podawał krążek kolegom, pudłował, a przecież hokej to gra szybka, dynamiczna i kontaktowa. Słabnący wzrok wyeliminował go z tej dyscypliny, podobnie jak później z pracy zawodowej. Badowski jest pasjonatem biegów długodystansowych. Brał udział w kilkudziesięciu maratonach i półmaratonach. Startował w Rzymie, Berlinie, Wiedniu, Nowym Jorku. Ba, wziął nawet udział w narciarskim maratonie w Jakuszycach. W swojej grupie T12 plasuje się na czołowych miejscach w ogólnopolskich zawodach sportowców z dysfunkcją wzroku. W październikowym poznańskim maratonie był drugi w swej kategorii. Zameldował się trzeci na mecie stukilometrowego, czteroetapowego Biegu Pokoju Pamięci Dzieci Zamojszczyzny. Bieg ten wygrał w swej kategorii Tomasz Chmurzyński, również z „Łuczniczki”. Ten 45-letni mężczyzna ma na koncie wiele sukcesów w kraju i za granicą. Cztery razy startował w biegach maratońskich na paraolimpiadach. W Atlancie zdobył srebrny medal. Jego rekord życiowy to 2 godz. 28 minut na tym dystansie.

Tomek zaczął biegać w 1989 roku. – Na początku swej przygody ze sportem popełniłem duży błąd. Po roku treningu mój pierwszy trener namówił mnie na bieg maratoński. To zdecydowanie za szybko dla tak młodego organizmu, nieprzygotowanego do morderczego 42-kilometrowego wysiłku. Po latach, można powiedzieć, wyczynowego biegania zdecydowanie ograniczył starty w biegach maratońskich. – Zawsze uważałem, że dwa starty rocznie w maratonach to maks. Teraz zajmuję się trenowaniem młodych chłopaków z naszego klubu oraz organizacją, wraz z Krzysztofem Badowskim, corocznego Biegu na Szwederowie – opowiada Tomek Chmurzyński.

A Krzysztof Badowski dodaje: – W pierwszym biegu na dystansie 10 km, zorganizowanym na wariackich papierach na bydgoskim osiedlu, pobiegło 30 osób, w większości niewidomych i słabowidzących. W piątym już ponad 500 – wspomina. Jest to ogólnopolska impreza biegowa o Puchar Polski niewidomych i słabowidzących. Poza tym na dystansie 2 km biegną bydgoscy gimnazjaliści, na 800 m uczniowie szkół specjalnych, na 100 m skrzaty, a uprawiający nordic walking – na 4 km. Do biegu pod szyldem „Poczuj to, czego nie widzisz” udało się im zaprosić widzących przewodników, znane osobistości z Bydgoszczy. Na przykład prezesa Express Media SA Tomasza Wojciekiewicza czy wykładowców Kujawsko-Pomorskiej Szkoły Wyższej, byłego olimpijczyka, kolarza Marka Leśniewskiego. Patronat honorowy nad imprezą obejmuje prezydent miasta i marszałek województwa.

Championi i ich osiągnięcia

W „Łuczniczce” szkolenia prowadzi się w 11 sekcjach: kręgle klasyczne – bowling, brydż sportowy, szachy, warcaby stupolowe, taniec sportowy, biegi i narciarstwo biegowe, strzelectwo, pływanie, nordic walking, showdown, turystyka. Klub liczy 350 członków, z czego czynnych jest około 200. Dużym zainteresowaniem cieszą się wycieczki, zarówno po województwie kujawsko-pomorskim, po kraju, jak i te zagraniczne – do Szwecji, do Berlina. Od lat klub współpracuje z Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym nr 1 im. Louisa Braille`a. Zaprzyjaźnieni wychowawcy i nauczyciele Kazimierz Fiut i Maria Posert zapoznają młodzież z dyscyplinami sportu, w których rywalizują członkowie „Łuczniczki”.

Obok biegaczy największe sukcesy osiągają zawodniczki i zawodnicy uprawiający kręgle klasyczne i bowling. W kat. B1 Mariola Maćkowiak i Karolina Rzepa. W B3 Honorata Borawa – zawodniczka ze ścisłej kadry. Na ostatnich MP we Wrocławiu panie Mariola i Honorata wygrały swe konkurencje. Również na mistrzostwach Europy w kręglach klasycznych (czerwiec, Tomaszów Mazowiecki) Karolina Rzepa zdobyła w B1 srebro, a Władysław Wakuliński złoto w B2.

Showdown to domena Oli Chrzanowskiej. We wrocławskich MP zajęła drugie miejsce i w nagrodę pojechała w grudniu na międzynarodowy turniej do Holandii. Sam wyjazd do jednego z najbogatszych krajów w UE i kosztowanie holenderskich serów – to wyróżnienie.

Nie można pominąć państwa Ewy i Grzegorza Bosków. Nieźle strzelali w półfinale MP, a na ostatnich mistrzostwach naszego kraju w nordic walking (sierpień, Złotoryja) zajęli drugie i trzecie miejsce na dziewięć startujących osób.

Co dalej?

W ubiegłym roku członkowie klubu brali udział w 88 startach w Polsce i za granicą. Z ME przywieźli dwa medale, a w kraju zdobyli 34, w tym 5 złotych. To kolosalny postęp, ponieważ rok wcześniej medali było tylko 21. – Aż się boję pomyśleć, co będzie w roku 2015! – powiedział „Expresowi Bydgoskiemu” Krzysztof Badowski. I dodał: – Staramy się przełamywać bariery mentalne i ruchowe. Ułatwiamy niewidomym sprawdzanie się w dyscyplinach dotąd niedostępnych dla tej grupy zawodników. Nowym projektem będzie triatlon, stanowiący wyzwanie dla osoby niewidomej i jej przewodnika, pokonujących ten morderczy dystans (pływanie 800 m, tandem – 40 km, bieg – 10 km). Planujemy również stworzenie grupy zawodników w sekcji wspinaczkowej. Wybieramy się też na narty do Jakuszyc, na Bieg Piastów – czytamy w bydgoskiej prasie.

Działaczom klubu bardzo pomagają bydgoski ratusz, urząd marszałkowski i lokalne media. Prezydent Bydgoszczy Rafał Bruski miał nawet okazję być w nowym lokalu i zapoznać się z showdownem. Rozegrał krótkie spotkanie z osobą niewidomą. Wyniku nie podano. Na spotkaniu podsumowującym ubiegły rok reprezentująca ratusz Katarzyna Drzewiecka odczytała list z jego gratulacjami, a wiceprzewodniczący rady miasta Jan Szopiński podbudował zebranych , mówiąc: – Każde takie podsumowanie w innych klubach ma na celu zliczenie sukcesów, ale wasze jest szczególne. Dajecie przykład, że można być ze sobą nie tylko dla medali i rekordów, że razem można pokonać największe przeciwności losu, ułomności organizmu. Należy podziwiać wasze samozaparcie, waszych opiekunów i trenerów.

I podziwiamy.

Andrzej Szymański

 

Na początek

aaa

 

turystyka

 

Meksyk – piękno z bolesnym piętnem

Od zawsze pragnąłem tam pojechać. Pamiętając doskonale wspaniałe westerny z lat 60. z Johnem Waynem, np. „Rio Bravo”, które rozgrywały się na zachodnio-południowym pograniczu USA, należącym wcześniej do Meksyku, wymarzyłem sobie tę niezwykłą krainę – magiczną, pełną olśniewającego, egzotycznego piękna. 

Specyficzny, osobliwy posmak, oczarowanie przeżyte w młodości pozostało na zawsze. Ponadto wciągała wyjątkowa, ogromnie dramatyczna historia tego kraju, kultura przedkolumbijska, Majowie, Aztekowie, podbój przez hiszpańskich konkwistadorów pod wodzą Corteza, powstanie nowego, metyskiego narodu o wielkiej żarliwości religijnej. Zagadką jest ten lud powstały w spektakularny, a zarazem okrutny, wręcz nienaturalny sposób: poprzez podbój i w dużej mierze zbrodnie. No i uroda Meksyku, jego tropikalna przyroda, niesłychana różnorodność kulturowa, zapierające dech w piersiach pejzaże, architektura pohiszpańska miast i miasteczek, egzotyka ich uliczek, wspaniałość katedr i kościołów oraz niesamowite zabytki pozostałe po Majach, Aztekach i innych ludach indiańskich.

Tropikalny początek

Po dwunastu godzinach lotu turystów z Europy lądujących w Cancun na wybrzeżu karaibskim, na Jukatanie, obezwładnia temperatura – 38°C, a do tego olbrzymia wilgotność powietrza. Widok turkusowego morza, lazurowego nieba i szmaragdowych lasów oszałamia i odwraca uwagę od szoku klimatycznego. Nie darmo Morze Karaibskie słynie z najwspanialszych błękitów. Cancun to niedawno powstałe megawczasowisko, które zdążyło już zdeklasować sławne Acapulco, leżące z drugiej strony półwyspu, u wybrzeża Pacyfiku.

Hotele o kosmicznej budowie przypominają kolosea – i to do entej potęgi: kilka recepcji, mnóstwo „tematycznych” restauracji z menu z różnych stron świata. Wewnątrz przeogromne przestrzenie, z góry zwisają żywe liany, kwiaty, mnóstwo fontann, palm i wszelkich egzotycznych roślin. Sklepy z pamiątkami i nie tylko, butiki. Karta do pokoju ma dołączoną mapkę hotelu (!), by w nim nie zbłądzić. Z okna apartamentu na 15. piętrze roztacza się oszałamiający widok na Zatokę Meksykańską. Na balkonie wanna z jakuzzi – to już przesada... Restauracje z rybami i owocami morza oferują przeróżne pieczone ryby, sałatki z krabów, ośmiorniczek, krewetek i małży św. Jakuba, duszoną langustę, świeżo wyciskane soki, owoce, sałatkę z papai, mango, ananasów i marakui. Nie darujemy sobie oczywiście tequili z limonkami w oszronionych solą kieliszkach, która szybko stawia na nogi po trudach podróży. Nawet te znane owoce, jak pomarańcze, banany czy granaty, smakują zupełnie inaczej, bo są świeże i naturalne.

Zmęczenie podróżą pryska na plaży. Wszędzie mnóstwo zieleni, przeróżnych, nieznanych mi kwiatów, palmy kokosowe z zielonymi „dyniami” orzechów. Fruwają dziwne, kolorowe ptaki, śpiewają i pogwizdują w nieznajomy i nieoczekiwany sposób. W krzakach obsypanych amarantowym kwieciem są i skromne, wszędobylskie wróbelki. Jednak na powitalny franciszkański okrzyk odćwierkują nie jak ziomale, a obco – po hiszpańsku czy w jakimś majańskim narzeczu. Plaże z parasolami z liści palmowych, piasek jak kasza manna, rozkoszna, orzeźwiająca woda o przeźroczystej, kryształowej toni.

Majowie przedkolumbijscy

Nazajutrz rano wyruszamy do Chichen Itza, jednego z miast – ośrodków kultury Majów, a później Tolteków, którzy ich podbili. Kultury obu tych ludów uległy połączeniu w X wieku. Ruiny Chichen Itza pokrywają obszar 8 km2. Na całym terenie, częściowo tylko wydartym wszechwładnej, żarłocznej dżungli tropikalnej zwanej selwą, rozrzucone są tysiące niezliczonych rzeźbionych kamieni, kolumn i wielu ruin – pozostałości po dawnych mieszkańcach. Wszędzie widoczne szczątki i zarysy monumentalnych budowli, tworzące potężne niegdyś miasto, teraz również robią imponujące wrażenie. Majowie nie stworzyli jednolitego państwa. Ich cywilizacja zorganizowana była w formie miast-państw, tworzących luźne, zmienne w czasie związki gospodarczo-polityczno-obronne. Coś na kształt greckich polis.

Spośród licznych ruin Chichen Itza kilka budowli przetrwało w stanie niemal nienaruszonym, jak Świątynia Kukulkana, Świątynia Wojowników, Caracol czy Grób Wielkiego Kapłana. Symetrycznie zbudowana Świątynia Kukulkana jest miejscem, gdzie rozpoczynał się marsz śmierci, w którym brali udział wróżbici zwani chilanes, kapłani i ofiary przeznaczone do wepchnięcia w śmiertelną otchłań źródła życia – cenotes. W czasie uroczystości kapłani zstępowali ze schodów piramidalnej świątyni, niosąc bogate dary. Kiedy wśród łomotu tunkul, jazgotu piszczałek i żałosnych dźwięków fletów procesja doszła do celu, do cenotes wrzucano dorodne dziewczęta czy jeńców – wojowników, dla przebłagania gniewnych bogów żyjących w jej głębinach. Świątynia ma kształt piramidy wysokiej na 35 m, o bokach liczących u podstawy 60 m szerokości. Na jej wierzchołek prowadzą z czterech stron strome, szerokie schody. Niedaleko znajduje się cenota. Stojąc metr od krawędzi okrągłego jak studnia, średnicy kilkudziesięciu metrów zbiornika wodnego, zaglądam w jego tajemniczą czeluść. Odległość od powierzchni wody do moich stóp to około 20 m. Wrzucony do wnętrza człowiek na pewno nie mógł się wydostać na powierzchnię bez pomocy z zewnątrz. Cenotes służyły do składania ofiar z ludzi. Na najwyższej kondygnacji Świątyni Wojowników stoi posąg, tzw. Chac Mool, wykonany z kamienia. Przedstawia postać ludzką w pozycji półleżącej, podpierającą łokciami tułów. To bóstwo wyobrażające rytualny stół, na którego gładką i płaską powierzchnię rzucano bijące jeszcze serca ofiar. Ściany budowli zwanej Tzompantli pokryte są setkami wykutych w kamieniu czaszek jeńców wojennych, którym ścięto głowy lub zawodników, którzy wygrali w pelotę i w nagrodę zostali ofiarowani bogom.

Świątynia Wojowników to istne arcydzieło sztuki architektonicznej. Wzniesiona na czterech stopniach tarasu, z prowadzącymi do niej szerokimi schodami, wzbudza zachwyt. Czworoboczne kolumny ustawione są w rzędach po piętnaście. Wszystkie zachowały wyblakłe wizerunki wojowników. Caracol to cylindryczny budynek, w którego wnętrzu kapłani obserwowali gwiazdy, próbując wyjaśniać kwestie związane z upływem czasu. To dowód na to, że majańscy kapłani byli doskonałymi obserwatorami gwiazd, co wykorzystywali do sporządzania skomplikowanego kalendarza. Swoją wiedzę zapisywali pismem obrazkowym w księgach ze sklejonych wstęg błon celulozowych pozyskanych z liści agawy. Można je zobaczyć w Muzeum Archeologicznym w Ciudad de Mexico. W przeważającej większości zostały one popalone przez hiszpańskich konkwistadorów. Świątynne place miast są zbudowane z zadziwiającą akustyką. Wypowiedziane na górze półgłosem słowo jest na dole doskonale słyszane na całym placu.

Niezwykła była rytualna gra w piłkę – pelota. Na boisku o wymiarach około 50 x 200 m grano kauczukową piłką lanką wielkości średniej kapusty. Piłkę wolno było uderzać tylko biodrami i tułowiem, z wykluczeniem rąk i nóg. Boisko ziemno-trawiaste było obudowane kamiennym obramowaniem, na którym zasiadali widzowie, a wzdłuż boiska biegali sędziowie czuwający nad prawidłowym przebiegiem gry. Wysoko, kilka metrów nad poziomem boiska, na bocznym murze umieszczony był krąg kamienny z otworem wielkości dużej główki kapusty, przez który należało przerzucić odbijaną piłkę. Ta drużyna (grały dwa kilkuosobowe zespoły), która pierwsza tego dokonała, wygrywała i szła na śmierć przez ścięcie głowy czy też wyrwanie żywcem serca z piersi. Była to nagroda, gdyż zawodnicy od razu szli do raju, do bogów.

Pełni tych niezwykłych wrażeń, od których aż szumi i kręci się w głowie, przejeżdżamy do innej „studni” krasowej – cenoty Ik Kil, gdzie nie topiono chyba ofiar. Zagospodarowana turystycznie, oferuje cudowną kąpiel w źródlanej, chłodnej, brylantowej wodzie. Po takich przeżyciach jedziemy do Meridy na nocleg. Zatrzymujemy się jeszcze w niewielkim mieście Izamal, gdzie zwiedzamy urokliwy klasztor dominikański Matki Boskiej Jukatańskiej. Kościół i rozległe budowle klasztorne z wysokim ozdobnym parkanem pomalowano na jednolity, złoty kolor. Na dziedzińcu stoi duży pomnik Jana Pawła II, który swego czasu odwiedził to miejsce.

Następnego dnia jedziemy do Celestum. Miejscowość leży nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej. Wybrzeże podmokłe, z charakterystycznymi lasami namorzynowymi. W labiryncie lagun płyniemy motorówką wśród niezrażonych tym stad flamingów, pelikanów, czapli, kormoranów i innych ptaków wodnych. Woda lagun – to różowa, to znów czerwona jak cegła – harmonizuje z barwą żerujących tu niezliczonych kolonii flamingów, z dziobami jak fajki. Na „korzeniogałęziach” namorzynów wiszą duże termitiery jakiejś nadmorskiej odmiany tych owadów.

Jedziemy do Uxmal, gdzie w dżungli na dużych, wydartych lasowi połaciach oglądamy centrum religijne Majów i pozostałości po kolejnym ich mieście. Znajdują się tu m.in. tzw. Pałac Gubernatora (ogromna, największa budowla przedkolumbijska w Ameryce), Świątynia Wróżbity oraz Czworokąt Mniszek – zespół budynków przypominających klasztor. Na murach kolosalnej budowli wygrzewają się w słońcu wspaniałe iguany, jakże inne od jaszczurek spotykanych w Europie. Są piękne, majestatyczne i pełne godności. Wyłaniające się z dżungli mury całkiem dobrze zachowanej budowli pozwalają wyobrazić sobie, jak wyglądały, gdy tętniło tu życie. Przede wszystkim jednak budzi uznanie stosowanie łuku w konstrukcjach sklepień i zwieńczeń. Co ciekawe, nie jako wycinka koła, a trójkątnego. Świadczy to o pewnej wiedzy ze statyki budowli, której nie posiadali budowniczowie piramid i świątyń egipskich i greckich.

Egzotyka

W drodze do Campeche wędrujemy wiele kilometrów pieszo przez gęstą dżunglę. Łatwiej iść, bo posuwamy się ścieżką tapirów i polujących na nie i inne zwierzęta jaguarów. Mimo to i tak trzeba pomagać sobie maczetą. Liany i palmy, kakaowce i mahoniowce, filodendrony, drzewa kauczukowe i ogromne paprocie, bananowce i mangowce, palmy kokosowe z ogromnymi jak arbuzy orzechami. Z gałęzi zwisają to papaje, to awokado, limonki lub mandarynki. Na polanie rośnie trzcina cukrowa. Nasycenie wszelkich dóbr natury robi niesamowite wrażenie. Raczę się jakimiś kwaskowatymi owocami prosto z drzewa. Współbiesiadujące wielobarwne papugi drą się przeraźliwie, przekrzywiając łebki. Obok, w uwitym na krzakach gniazdku, siedzi koliberek, kilka innych, jak ważki, fruwa obok, spijając długimi, lancetowatymi dzióbkami nektar z pomarańczowych i niebieskich kwiatów o odurzającym zapachu. Las rozbrzmiewa nieujarzmioną dodekafonią gwizdów, świstów, małpich pohukiwań, wrzasków, abstrakcyjnych głosów. Dzikość i nieokiełznanie. Wywołany klaskaniem odzywa się z głuszy quetzal – kolorowy, z przewagą zielonego ptak, symbol wolności, bo ginie w klatce. Jego głos wywołuje przejmujące wrażenie. Kiedyś Indianie polowali na niego dla przepięknych długich, zielonych piór. Pióropusz Montezumy, który Cortez wysłał królowi Hiszpanii, był z piór tego ptaka. Kopię pióropusza można oglądać w Muzeum Archeologicznym.

Nagle ścieżkę przecina kolorowy gad, długi jak wąż mojej pralki. Na moment zatrzymuje się na środku, my też. Na szczęście po chwili znika w zaroślach. Byłby problem, gdyby zwinął się w kłębek i przyjął postawę obronno-atakującą z głową wyciągniętą w naszą stronę. To wąż koralowy, którego ukąszenie daje tylko 8-12 godzin czasu na zastrzyk z antidotum.

Dzisiejsi Majowie

Następnego dnia jedziemy do Palenque w stanie Tabasco. Droga jest asfaltowa o dobrej, ale dość wąskiej nawierzchni. Nie przeszkadza nam to, ponieważ całymi godzinami nie spotykamy żadnego innego samochodu. Dziko i pusto. Cały czas gęsta, zielona selwa. Z rzadka, gdzieniegdzie obok drogi pojawiają się malutkie osiedla – wioski o groteskowej i prowizorycznej zabudowie. Kilka, dosłownie 2-3, malutkich i niskich niby-domków z obszernymi otworami jedynie na okna i drzwi, skleconych z kamieni. Wewnątrz wiszą hamaki, jest jakieś palenisko, garnki. Niektóre chaty, jak za dawnych czasów, to koliście wbite w ziemię kije, przeplecione suchymi liśćmi palmowymi i oblepione gliną, dach palmowy. Mieszkają w nich współcześni Majowie. To nie tyle bieda, co krańcowy, naturalny minimalizm. Jest przecież ciepło, a dżungla zawsze wyżywi. Ma to niezwykły, egzotyczny urok. Indianki kołyszą w hamakach swoje niemowlęta,coś pitraszą, ich starsze dzieci baraszkują obok. Mężczyźni w dżungli na polowaniu, inni odpoczywają wśród drzew, paląc papierosy. Nie jest rzadkością szopa z napisem „Farmacia”, na widok której rozpłakałby się mój przyjaciel aptekarz. No i czasem hotelik jak z uciesznej bajki, o górnolotnej nazwie, np. Victoria, Ritz, Las Vegas. Obłędnie wymalowany, z fikuśną a wyrafinowaną architekturką: portalikami, tarasikami, arkadowymi ganeczkami i krużgankami. Wszystko za małe i za niskie jak na nasze gusta, wszak Majowie i Metysi są dość niewysocy.

W Palenque zwiedzamy monumentalne pozostałości miasta opuszczonego przez Indian w X, a odkrytego dopiero w XVIII w.: Świątynię Inskrypcji, wspaniały Pałac Królewski z mnóstwem korytarzy i kolumn pokrytych płaskorzeźbami, świątynie Słońca i Księżyca z licznymi inskrypcjami, datowane na VII wiek. Mimo pewnych problemów, do tej pory zaliczam wszystkie piramidy-świątynie, wdrapuję się na nie po stromych schodach o wysokich stopniach. Niesamowite jest morze zielonej dżungli widziane z wysokiej piramidy. Spędzamy w niej emocjonujący czas w rozległym, kilkukilometrowym parku zwierząt, gdzie buszują jaguary (czarne i cętkowane), oceloty, tapiry, dziki pekari. Małpy szaleją na drzewach wraz ze stadami – nie wiedzieć czemu – aż tak kolorowych papug, tukanów i innych barwnych dziwo-ptaków.

Nazajutrz wyjeżdżamy do stanu Chiapas, do Parku Narodowego Aqua Azul, gdzie rzeka spływająca z gór po skalistym podłożu tworzy wielokilometrowe błękitne kaskady, otoczone zieloną dżunglą. Urzeczeni kolorowymi widokami, dojeżdżamy wieczorem do stolicy tego indiańskiego stanu, do San Cristobal. Zwiedzamy m.in. „hiszpańskie centrum” skupione wokół głównego placu (zocalo): katedrę, majestatyczny barokowy kościół Santo Domingo – wszystkie obiekty zbudowane przed wiekami przez Hiszpanów. Wczesnym rankiem wyprawiamy się do San Juan Chamule – wioski zamieszkałej przez Majów zachowujących tradycyjny styl życia (uprawa roli i rękodzieło), w tym autentyczny indiański strój i biało-czerwone sarapes – kapelusze z liści palmowych.

Tu zostajemy wpuszczeni do ich świątyni p.w. św. Jana, gdzie synkretyzm religijny przybrał bardzo specyficzną formę – religia Majów i chrześcijaństwo stworzyły konglomerat dość odległy od naszej wiary. Przypadek Indian Chamula omawiany jest na wszystkich uczelniach teologicznych, pewnie także i na naszym KUL-u. Nie wolno fotografować, bo to zakłóca więź żywych ze zmarłymi z rodziny. Tydzień wcześniej maczetą zabito Francuza, który zlekceważył ten zakaz. Wchodzimy do jaskrawego i kolorowego kościoła. Nie ma tu księdza, ołtarza, mszy świętej. Naokoło przy ścianach stoją figury „naszych” świętych z przydanymi im drugimi imionami bóstw indiańskich, ubrane w zmieniane okresowo i prane stroje. Cała posadzka wysypana jest jakimś zielskiem. Majowie w rodzinnych grupkach siedzą, stoją lub klęczą, modląc się mantrycznie, paląc kadziło z drzewa kadzidłowego i pijąc destylat alkoholowy pulque z agawy, tu jedynie pędzony specjalnie do tego celu. Pijanych nie widzę. Od czasu do czasu któraś z Indianek ucina głowę kogutowi i spuszcza ofiarną krew do kielicha, a koguta wkłada do torby. W ogóle tutejszy katolicyzm, praktyka religijna Meksykanów, kultywuje pewne elementy dawnej wiary przedchrześcijańskiej. Hiszpańscy dominikanie, chrystianizując w XVI wieku Meksyk, nazwany wówczas Nową Hiszpanią, pragnęli, by proces ten przebiegał bezkolizyjnie i sprawnie. Dlatego też świadomie dopuścili do transpozycji pewnych elementów dawnej wiary do chrześcijaństwa, bacząc oczywiście, by nie tworzyć herezji, jednocześnie bazując na potrzebach religijnych ludzi jednakowych przecież w każdej kulturze.

Jak Meksyk – to kaktusy i tequila

Po opuszczeniu Jukatanu pejzaż zmienia się bardzo. Pojawiają się góry porośnięte kaktusowymi „lasami”. Kaktusy wielkości olbrzymich drzew, niektóre jak żydowskie świeczniki obrzędowe – siedmioramienne menory. Inne o grubych, owalnych blaszkach liściowych, oczywiście pokrytych kolcami, jak ogromne zielone placki lub jak słupy i kolumny podpierające meksykańskie niebo, to znowu kule kolczaste nieporównywalne z niczym, jak żywo-twory wylazłe z ziemi, straszące skupionym bezruchem na spalonej słońcem czerwonej ziemi. Płyniemy wielkim kanionem Sumidero. Jego brzegi wznoszą się miejscami na wysokość 1200 m. Na wąskich brzegach rzeki wygrzewają się olbrzymie krokodyle. Trzeba bardzo uważać, by nie wypaść z łodzi. Za burtą łypią na nas z wody złowrogo i łakomie wypukłe ślepia ich pobratymców. Na kryształowo-błękitnym niebie sylwetki wielkich orłów i sępów wypatrują w dole ofiar, krążąc z majestatyczną pewnością siebie. Nocujemy w Tehuantepec, skąd nazajutrz jedziemy do Mitli – centrum religijnego Misteków i Zapoteków, ludów równoległych Majom. Po drodze odwiedzamy fabrykę mezcalu. To destylat podobny do tequili, wytwarzany z agawy. Degustacja z „zakąską” w postaci ćwiartki pomarańczy z żywą larwą robaka żerującego na agawie. Smakuje bardzo oryginalnie. I jak wszędzie, w każdym sklepie, bazarowym kramie, każdej firmie – ołtarzyk z wizerunkiem Matki Boskiej z Gwadelupy, krzyżem i obrazem „naszego” papieża, św. Jana Pawła II. No i duży kielich z mazcalem lub tequilą stojący przed obrazami. Po drodze do Oaxaco zwiedzamy Monte Alban, starożytną stolicę Olmeków, potem Zapoteków i w końcu Misteków, położoną na szczytach ściętych wzgórz. Piękna panorama na ogromną przestrzeń z pozostałościami rozległego indiańskiego miasta. Wielkie piramidy, nieco inne niż Majów, także boisko do gry w piłkę, obserwatorium astronomiczne, tzw. Ściana Tancerzy.

Pohiszpańskie cudowności i nostalgia

Trasą widokową, jedną z najpiękniejszych w świecie, z serpentynami zamykającymi strachem oczy, wiaduktami rozpiętymi szaleńczo nad przepastnymi wąwozami o konstrukcji rzymskich akweduktów, prowadzącą przez góry Sierra Madre, zdążamy do Oaxaca – miasta przez wielu uznawanego za kwintesencję meksykańskości. Widoki przyprawiające o zawrót głowy, niemożliwe do opisania. Natomiast Oaxaca, stolica stanu o tej nazwie, to średniej wielkości prowincjonalne miasto o nieprzepartym uroku. Pohiszpańska architektura z zachwycającą katedrą, której wnętrze kapie złotem. Także wspaniały kościół św. Dominika. No i te uliczki kolonialnej starówki, niesłychanie kolorowe, tchnące duchem meksykańskiego południa. Nie darmo mówią, że być w Meksyku i nie widzieć Oaxaca to tak, jak być w Rzymie i nie widzieć Watykanu. Bo oprócz obiektywnego piękna ma czar i urok egzotycznej prowincjonalności. Otacza go magia jakiejś melancholii i nostalgii za czymś nieokreślonym. To ten czarodziejski smutek południa, zwany też smutkiem tropików, opisywany przez Camusa. A przecież na zewnątrz i na co dzień Meksykanie są ludźmi wesołymi i otwartymi, kochającymi muzykę i zabawę. W miastach na placu zocalo odbywają się stale kolorowe fiesty z muzyką, śpiewem i tańcami. Ten paradoks jest charakterystyczny dla Latynosów i Iberów.

Oaxaca zachwyca! Nogi spętane zmęczeniem grzęzną w upale, a mimo to nie przestajemy krążyć klimatycznymi uliczkami, pamiętającymi czasy konkwistadorów, a kamienne domy, niewysokie, najwyżej jednopiętrowe, kamieniczki z dającymi chłód zielonymi, ukwieconymi patiami tańczą gorące hiszpańskie flamenco. Przystajemy przy zalewających feerią kolorów straganach bazarowych z miedzianymi Indiankami oferującymi stroje, torby i biżuterię w kolorach, które zmuszają do zmiany wyobrażenia o barwach. W małej kawiarni pijemy kakao przyrządzone z ziaren kakaowca i kory cynamonowej, mielonych przy nas. Jakże inaczej smakuje od pitych dotychczas. Są też stragany spożywcze z owocami, kurczakami w czekoladzie na ostro i różnymi meksykańskimi specjałami. Szokują wysypane w metrowe stożki smażone pasikoniki, które miejscowi wcinają z torebek, spacerując po mieście. Tak, tu jedzą owady. Smażą stosy tortilli i zawijają w nie przeróżne warzywno-mięsne nadzienia. Tortilla – meksykański chleb – to placki z kukurydzy. Ma on „polityczną” cenę, bo ustaloną na stałe po poważnych tarciach społecznych. Jest ona niezmienna, bez względu na wahania cen kukurydzy.

Nocujemy w hotelu z ciosanych kamieni, pamiętającym jeszcze czasy kolonialne, co dostarcza wielu refleksji. Architektura z portalikami, pełna balustrad, balkoników, kolumienek, krużganków. Ażurowe, pięknie rzeźbione drzwi i okna, kolorowe szybki. Na dole kipiące zielenią i kwiatami, wyłożone ceramicznymi płytkami patio. Do odpoczynku w chłodzie zapraszają zabytkowe, finezyjne kanapy. Wszystko kolorowe. Szemrzą w ciszy kamienne fontanny, przenosząc w inny, zamierzchły czas, gdy Meksyk był Nową Hiszpanią. Nazajutrz meldujemy się w Puebli – starym mieście o kolonialnym charakterze, zwanym miastem aniołów. Szczególne obiekty to Plaza de Armas, stare miasto z kolonialnymi domami, kościół Santo Domingo, kaplica Różańcowa. Pueblo to centrum rejonu, w którym działała w 1910 r. i później rewolucyjna partyzantka ludowa Emiliana Zapaty i Pancho Villi. Do dziś funkcjonuje tu kawiarnia „Rewolucja”, ciesząca się powodzeniem. Na placu zocalo – tutejszym rynku – trwa częsta w Meksyku fiesta.

Następnego dnia jedziemy do Cholula, zwanego miastem kwiatów. Zwiedzamy okazały kościół z czasów konkwisty, zbudowany na azteckiej piramidzie – największej piramidzie świata, większej od grobowca Cheopsa. To tu w 1520 r. Cortez wymordował 2000 Indian, za co później królowie hiszpańscy Izabela i Ferdynand wytoczyli mu proces o ludobójstwo. Przechodzimy kilkusetmetrowymi wąskimi tunelami wewnątrz piramidy, kontemplując monumentalność budowli. Z jej szczytu podziwiamy kilkadziesiąt kościołów zbudowanych z materiału z częściowo rozebranej piramidy. Cortez planował budowę 365 kościołów. W katedrze w Cholula znajduje się piękny, z dużym artyzmem wykonany obraz z trzema postaciami Pana Jezusa. Tak początkowo Indianie wyobrażali sobie Trójcę Świętą. Podziw wywołuje górująca nad miastem i okolicą słynna para wulkanów Popocata- petl i Iztaccihuatl.

Wieczorem docieramy do Acapulco i lokujemy się w hotelu Copacabana (obie nazwy znane nam chociażby z superprzebojów muzyki rozrywkowej). To popularny kurort nad Pacyfikiem, w którym kiedyś mieli rezydencje najsłynniejsi aktorzy Hollywood. Wieczorem idziemy oglądać niesamowity pokaz skoków ze „skały śmierci” – La Quebrada. Sportowe skoki z trampoliny czy wieży to niewinna zabawa. Tu chodzi o to, by tak skoczyć z około 40 m do wąskiego przesmyku oceanicznego między skałami, aby nie zawadzić  o nie i nie zostać rozerwanym. Skaczą młodzi chłopcy od 8 do 30 lat, stale ci sami, uprawiający ten mrożący krew w żyłach wyczyn. Po dwudniowym wypoczynku w Acapulco wyjazd w kierunku Mexico City. Ale po drodze wizyta w Taxco, zwanym srebrnym miastem. Do dziś istnieją tu czynne kopalnie srebra, a miasto słynie z pięknych wyrobów jubilerskich. Cała zabudowa to gąszcz białych („srebrnych”) domów krytych czerwoną dachówką, z plątaniną magicznych uliczek i zaułków. Ale najwspanialszy jest słynny z fantazyjnej architektury kościół świętej Pryski, zbudowany w połowie XVIII wieku przez Hiszpana, który wzbogacił się na srebrze. Jego architektura i wnętrza oszałamiają swym przebogatym i finezyjnym wystrojem. Kościół ten jest przykładem kolonialnego budownictwa w stylu baroku hiszpańskiego, zwanego churriqueresco. Wewnątrz trzy pary bliźniaczych ołtarzy z niewiarygodną ilością rzeźb pokrytych złotem. W zakrystii obrazy z tamtego okresu, o ogromnej wartości artystycznej, autorstwa Cabrery, malarza indiańskiego z ludu Zapoteków, przedstawiające sceny z życia Matki Bożej.

Miasto Meksyk i Matka Boska z Guadelupe

Wieczorem dojeżdżamy do miasta Meksyk. Pisarz Carlos Fuentes nazwał Meksyk „miastem świadomej niepamięci”. Mieszkańcy wolą nie rozpamiętywać trudnej, wielowiekowej historii. Żyją dalej i z tego życia korzystają najpiękniej jak potrafią. Metropolia liczy ponad 20 milionów mieszkańców, szczyci się 12 milionami turystów rocznie, 7 milionów pielgrzymów odwiedza co roku Matkę Boską z Guadelupe. W tym tłumie na ulicach napotyka się rozkrzyczanych ulicznych handlarzy, zapaśników w maskach, figurki Świętej Śmierci, mariachi, tequilę i tyle potraw, że trzeba życia, by spróbować wszystkich.

„Oto przybyłem do krainy najczystszego powietrza” – krzyknął Cortez, gdy w 1519 r. ze szczytu góry pierwszy raz zobaczył teren, na którym teraz leży miasto. Od czasów konkwisty wiele się zmieniło i w mieście jest szarobury smog. Meksyk leży w dolinie (choć położonej wysoko – 2240 m n.p.m.) i spalinom trudno się stąd wydostać. Nowożytna historia rozpoczęła się, kiedy Cortez przypłynął tutaj z Kuby. Po podbiciu Azteków, w 1521 r. zburzono leżącą tu stolicę Tenochtitlan, a jeziora w dolinie zasypano. Współczesny Meksyk wciąż odczuwa skutki tej decyzji, bo w wielu miejscach po prostu się zapada. Są tu budynki tak krzywe, że aż dziw, że jeszcze stoją. Zapada się także jeden z największych zabytków – Katedra Metropolitalna na głównym placu miasta – zocalo.  Zapada się także główny cel pielgrzymów z całego świata – bazylika Matki Boskiej z Guadelupe, położona w północnej części miasta. To właśnie tutaj prostemu Indianinowi Juanowi Diego ukazała się Najświętsza Panienka, tym samym dając znak tubylcom, by przeszli na katolicyzm. Dziś Meksykanie zwracają się do niej w codziennych modlitwach, umieszczając jej wizerunek na obrazach oraz milionach koszulek, długopisów, zeszytach szkolnych czy nawet go tatuując. Cudowny obraz „Virgencity” – jak tu nazywa się Matkę Boską z Guadelupe – został przeniesiony do nowego kościoła obok. Jest to wizerunek Matki Boskiej, która ukazała się Indianinowi Juanowi Diego, odbity na jego sukni – poncho. Nie jest on namalowany ludzką ręką. Poncho jest wykonane z włókna agawy – sizalu – które starzejąc się, po 40 latach ulega samorozpadowi. W tym przypadku tak się nie stało. Oglądając wizerunek w powiększeniu, badający go uczeni ujrzeli w oczach Matki Boskiej postać klęczącego przed nią Juana, biskupa i inne postaci, które wówczas były obecne przy tym wydarzeniu. To odpowiednik obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej w Polsce, tak w znaczeniu religijnym, jak i narodowym. Spotyka się go dosłownie wszędzie, także w zakładach pracy, w sklepach, na ulicach, bazarach. Wielkim kultem otoczony jest też święty Jan Paweł II. Pomniki stoją w każdym, nawet niewielkim mieście, na placach przed miejscowymi katedrami. Obok bazyliki Matki Boskiej stoi potężny pięciometrowej wysokości pomnik „naszego” papieża, św. Jana Pawła II. Na piersi jego widnieje płaskorzeźba Matki Boskiej, jak na sukni Indianina Juana.

Obok Matki Boskiej z Guadelupe Meksyk żyje jeszcze piłką nożną i zapasami w stylu wolnym lucha libre.

Mariachi – meksykański folklor

Wieczorem idziemy na plac Garibaldiego posłuchać i zobaczyć przesławnych mariachi. To swoisty folklor meksykański, będący kwintesencją tutejszego stylu życia. Wyłącznie męskie zespoły muzyczne (trąbki, gitary i skrzypce plus wokal grających) w charakterystycznych obcisłych strojach i w kapeluszach, emanujące męskością typu macho, grają porywającą, latynoską muzykę. Wiele kawałków znanych na całym świecie, jak np. „La cucaracha”, „Quantanamera”, „Besame mucho”, a także dwie melodie, które nie wiedzieć jakim cudem były popularne w czasie okupacji niemieckiej w Warszawie i z odpowiednim tekstem śpiewane jako antyniemiecki folklor warszawski: „Teraz jest wojna” i „Siekiera, motyka”.

Muzealia

Kolejny dzień w stolicy poświęcamy na zwiedzanie. Nie do ogarnięcia jest wielość wrażeń i informacji z Muzeum Antropologicznego, zawierającego największą kolekcję pamiątek archeologicznych w Meksyku: dawne figury bóstw, ludzi i zwierząt wyrzeźbione w wulkanicznej skale, narzędzia, w tym niezwykle ostre noże z obsydianu – półszlachetnego kamienia wulkanicznego, stoły kamienne do składania ofiar z ludzi, elementy wyposażenia świątyń i domów majańskiej elity. Wszystko to świadczy o wysokim poziomie tamtejszej cywilizacji oraz o kunszcie rzemieślników i ówczesnych artystów.

Ogromu wrażeń dostarcza zwiedzanie Pałacu Narodowego. Ten historyczny obiekt został zbudowany w 1523 r. na ruinach pałacu króla Azteków Montezumy i stał się oficjalną rezydencją zdobywcy Meksyku Hernana Corteza. Konstrukcja pałacu ma kształt fortecy i onieśmiela wręcz swym ogromem i monumentalnym pięknem. Potem rezydowali tu wicekrólowie Nowej Hiszpanii, w końcu prezydenci Meksyku. Jego mury, a zwłaszcza fundamenty, są niemymi świadkami historii tego kraju. Nad głównymi schodami podziwiamy porażające swą wymową i pięknem freski zatytuowane „Meksyk przez wieki” – gigantyczne dzieło największego na świecie malarza muralisty Diego Rivery, żyjącego w latach 1886–1957. W niesłychanie plastyczny sposób, z ogromnym artyzmem i realizmem ukazuje on w ogromnych malowidłach naściennych całą historię Meksyku, od czasów przedkolumbijskich do współczesnych włącznie.

Ostatni dzień w mieście Meksyk to zwiedzanie odległego o około 50 km ośrodka religijnego i politycznego Azteków – Teotihuacan. Warto było, chociaż z wielkim trudem, wejść na przeogromną Piramidę Słońca, by naładować się magiczną energią i podziwiać wspaniałe widoki, w tym na stojącą obok, niższą trochę Piramidę Księżyca i Świątynię Pierzastego Węża.

Wieczorem lecimy do Cancun, gdzie odpoczywamy po przebogatych we wrażenia dniach. Przez pozostały czas plażujemy nad bajecznymi wodami Zatoki Meksykańskiej. Lecz nie opuszcza nas oszołomienie i oczarowanie baśniowymi miastami Majów i Azteków, ich piramidalnymi świątyniami, urzeczenie ich magicznymi pałacami w zielonej dżungli, zauroczenie egzotyką napęczniałą jak meksykańska fasola w chili con carne. I tak już zostanie, a muzyka mariachios z placu Garibaldiego, która uwodzi zaborczo, na zawsze – nigdy nie wybrzmi, bo gra ją nawet cisza do rytmu upływającego czasu… I tylko do Matki Boskiej z Guadelupe prośby zanoszę, by był to czas zdrowia dla moich bliskich, przyjaciół i dla mnie.

Stanisław Niećko

 

Na początek

aaa

 

zdrowie

 

Napoleon i hemoroid

Od wieków niektóre choroby uważano za wstydliwe, czyli takie, do których nie wolno się przyznawać, a w szczególności publicznie o nich mówić. Ten rodzaj dyskrecji przysparzał chorym cierpień znoszonych w milczeniu (niektóre dolegliwości uznawano bowiem za dopust boży), nierzadko przyczyniając się do ich śmierci. Wraz z rozwojem cywilizacji i medycyny, większość chorób wyszła z ukrycia, ułatwiając szybką diagnozę i skuteczne leczenie. Okazuje się jednak, że niektóre nadal pozostają w „konspiracji”, będąc swoistym tabu.

To, co jest wstydliwe w jednym kraju, w innym nie powoduje takich emocji. Wynika to między innymi z różnic kulturowych. Na liście wstydliwych chorób nie ma u nas na przykład otyłości, która jest uważana za taką w wielu krajach. Nie jest też dla nas wstydliwe mówienie o chorobie nowotworowej – swojej lub kogoś bliskiego. To zresztą stało się w Polsce od niedawna, w czym m.in. zasługa publicznego ujawniania przez wiele osób, w tym tzw. celebrytów, charakteru swojej choroby i walki z nią, często zwycięskiej. Tymczasem w zestawieniach międzynarodowych wstydliwych chorób pojawia się rak płuc i odbytu. Depresja, o której ostatnio wiele się mówi, straciła w Polsce taki status. Za to, dla odmiany, nie informujemy bliskich, że jesteśmy nosicielami choroby zakaźnej.

Prof. Teresa Rzepa, psycholog ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej oraz dermatolodzy prof. Ryszard Żaba i dr Oliwia Jakubowicz z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu, zbadali ponad 500 osób i ustalili listę dziesięciu chorób, które wzbudzają w Polakach największy wstyd. Są to: kiła (syfilis), AIDS, grzybica, choroby skóry twarzy, łuszczyca, trądzik, opryszczka narządów płciowych, choroby odbytu, wszawica łonowa, rzeżączka.

– Przeważnie wstydzimy się chorób przenoszonych drogą płciową – być może dlatego, że o nich mówi się za mało – komentuje prof. Rzepa. – Jest to więc wyzwanie zarówno dla mediów, jak i dla lekarzy, by przerwali milczenie. Ponad 100 pacjentów Kliniki Dermatologii i Wenerologii UM w Poznaniu jako najbardziej wstydliwe schorzenie z tej grupy określało syfilis. – Jednak w tym przypadku doznawany wstyd może funkcjonować jako mechanizm obronny przed napiętnowaniem i ostracyzmem, a tym samym hamować przed ujawnieniem prawdy nawet w relacjach z najbliższymi osobami – komentuje prof. Rzepa. Z podobnych powodów (choć nie jest to choroba przenoszona drogą płciową) za wstydliwą uchodzi łuszczyca. Jest nieuleczalna, choć można ją kontrolować. Typowe objawy to suche krostki pokryte srebrzystą łuską, ułożone symetrycznie po obu stronach ciała. Łuszczyca to także chore stawy, które bolą. Toczący się w nich proces zapalny może prowadzić do zniekształceń, a nawet inwalidztwa. Dermatolodzy nazywają łuszczycę chorobą duszy i ciała. Nie jest zakaźna, jak sądzi wiele osób, które boją się kontaktu z „zarażonymi”, skazując ich tym samym na społeczną izolację. Podobnie ma się rzecz z grzybicą stóp. Ludzie często uważają ją za „chorobę z brudu”, co nie jest prawdą, bo można się nią zarazić na basenie czy w klubie fitness. Przez wielu z nas stopy są uznawane za część ciała bardzo intymną, więc wstydzimy się pokazać je lekarzowi. Jako ciekawostkę można podać fakt, upubliczniony przez tabloidy, że jeden z aktorów grających w popularnym serialu „M jak miłość” w czasie zdjęciowych sesji nie zgodził się, by eksponowano jego bose stopy. Przyglądanie się stopom, będącym u Polaków w nie najlepszej kondycji, jest dla nich żenujące. Szacuje się, że na grzybicę stóp i paznokci cierpi 15-30 procent dorosłych w naszym kraju. Jest chorobą zakaźną, zazwyczaj leczy się ją kremami lub maściami.

Badani jako chorobę wstydliwą określili także trądzik, chociaż mają świadomość, że jest niezakaźny i przemijający. Doświadczany wstyd bierze się u nich, zdaniem psychologów, z faktu, że doznali różnych form dyskryminacji z powodu zmian na twarzy lub posądzenia o brak higieny i niezdrowy styl życia.

Do najbardziej wstydliwych chorób odbytu należą w Polsce hemoroidy. To niezwykle częsta przypadłość nękająca ludzi od wieków. W starożytności Hipokrates, uważany za ojca medycyny, opisał operacyjne leczenie choroby hemoroidalnej. W jego dziełach jest mowa o specjalnych wziernikach, które służyły do badania chorych. Hemoroidy operowano też w okresie średniowiecza. Jan z Ardenu opisał te metody, a jego rysunki dokumentujące zabiegi można oglądać w Muzeum Brytyjskim w Londynie. Dla Francuzów, skądinąd światowej sławy proktologów, hemoroidy mają nawet znaczenie historyczne. Niewykluczone bowiem, że to właśnie za ich sprawą Napoleon przegrał bitwę pod Waterloo. Miał tak silne dolegliwości, iż nie był w stanie usiedzieć na koniu. Dowodził na leżąco i w efekcie Francuzi ponieśli sromotną klęskę.

Odsetek skarżących się (dyskretnie) na hemoroidy osób wyraźnie koreluje z wiekiem. W populacji 30-latków dotyczy to 30 proc. z nas, 40-latków – 40 proc., 50-latków – aż połowy itd. Hemoroidy (inaczej guzki krwawnicze) to wbrew powszechnej opinii jak najbardziej prawidłowa część naszej anatomii. W zdrowej postaci przypominają „poduszeczki” umieszczone wewnątrz kanału odbytu, w których tkwią sploty drobnych naczyń krwionośnych – zarówno żył, jak i tętnic. Ich zadanie polega prawdopodobnie (bo nie jest do końca wyjaśnione) na uszczelnianiu (na spółkę z mięśniami zwieracza) kanału odbytu. Problem z hemoroidami zaczyna się wówczas, gdy pokrywająca je błona śluzowa ulega zmianom, a krew w połączeniach żył i tętnic zalega na miejscu. W efekcie guzki mogą się powiększać, krwawić, a w zaawansowanej postaci choroby wypadać na zewnątrz. Główną tego przyczyną są zaburzenia rytmu wypróżnień: zarówno zaparcia, jak i biegunki. Hemoroidom sprzyja siedzący tryb życia, np. zawodowe prowadzenie samochodu, dźwiganie ciężarów, nieprawidłowa, zawierająca zbyt mało błonnika dieta. Powodem dyskomfortu, choć przejściowego, może być ciąża.

Przeciętnie jedna na sto porad udzielanych przez lekarzy rodzinnych dotyczy dolegliwości hemoroidalnych, choć zapewne jest to problem większości pacjentów. Ale bariera wstydu bywa trudna do pokonania. Leczenie hemoroidów zależy od stopnia zaawansowania choroby. Jeśli zmiany są niewielkie, wystarczy sięgnąć po maść lub czopki dostępne w aptece bez recept. Różnią się one składem, dlatego specjalista lekarz proktolog dopasuje najlepsze, w zależności od objawów. W tym przypadku brak recepty działa jednak na niekorzyść klienta, zwiększając u niego poczucie wstydu. Bywa – mówią farmaceuci – że zanim człowiek wydusi z siebie, o co chodzi – kręci się nerwowo, zerkając czy osoba stojąca za nim nie usłyszy. Dlatego polska firma Tołpa zaczęła sprzedawać żel na okolice odbytu w samoobsługowej drogerii Rossmann. Żel stoi wśród balsamów do ciała. Przez sąsiedztwo kosmetyków na cellulit czy rozstępy można mieć wrażenie, że hemoroidy to dolegliwość z tej samej grupy.

Przy większych, bardziej kłopotliwych hemoroidach stosuje się leczenie zabiegowe. Najprostsze, a przy tym całkiem skuteczne jest „łapanie” nabrzmiałych guzków w lateksowe pętelki. Po ich zaciśnięciu, pozbawiony dopływu świeżej krwi „żylak” po pewnym czasie degeneruje się i odpada. Jeśli choroba jest jeszcze bardziej rozwinięta, hemoroidy się wycina. Robi się to w ramach tzw. procedury jednego dnia, w znieczuleniu. Operacja nie jest więc bolesna, chociaż przez kilka dni po niej można się czuć nie najlepiej. Ale i stosując odpowiednie leki przeciwbólowe (np. specjalne plastry), udaje się w miarę komfortowo przeżyć rekonwalescencję. Pełny komfort (czego nie można odnieść do zawartości portfela, bo zabieg wyciągnie z niego 2-3 tysiące złotych) daje natomiast nowoczesna operacja usunięcia hemoroidów tzw. metodą Longo. Nazwa pochodzi od nazwiska wynalazcy, włoskiego chirurga z Palermo. Stosuje się ją od 1993 r., jest mało inwazyjna. Polega nie na wycinaniu samych guzków, lecz na odcięciu do nich dopływu krwi. Do odbytu wprowadza się specjalną jednorazową rurkę zwaną staplerem, a następnie jednym pociągnięciem wycina się cały pas błony śluzowej nad hemoroidami. Ponieważ jest ona pozbawiona zakończeń nerwowych pacjenta, po zabiegu nic nie boli.

– Nieleczenie hemoroidów nie wiąże się z żadnymi poważniejszymi konsekwencjami dla zdrowia – uspokajają proktolodzy. Zwlekanie z terapią potrafi jednak bardzo uprzykrzyć życie (zabrudzona bielizna, nieprzyjemny świąd i pieczenie itp.). Ponadto nawracające krwawienia mogą oznaczać, że jakiś czas temu winowajcą były wyłącznie nieleczone hemoroidy, ale potem doszła do tego inna groźniejsza choroba: rak jelita grubego. W ostatnich latach zajmuje on jedno z pierwszych miejsc na liście chorób nowotworowych nękających Polaków. Wykryty w początkowym stadium, jest łatwy do wyleczenia, w późnym grozi koniecznością wykonania tzw. stomii, czyli sztucznego odbytu. Dla wielu osób wiąże się to z taką traumą, że zaczynają się izolować od otoczenia. Tracą chęć do aktywnego życia zawodowego i towarzyskiego. Stąd ciągłe apele lekarzy nagłaśniane przez media (choć, niestety, ciągle jeszcze mało skuteczne), by jeśli hemoroidy sprawiają nam kłopoty (zwłaszcza częste krwawienia powinny być sygnałem) przełamać wstyd i udać się do specjalisty. Kolonoskopia, czyli badanie jelita grubego (ostatnio jest zalecana jako obowiązkowe po skończeniu 50. roku życia) wykluczy lub potwierdzi groźną chorobę. Jej początkiem mogą być polipy wykryte w jelicie, które się profilaktycznie usuwa.

W przypadku wstydliwych chorób niezwykle ważna jest relacja między lekarzem i pacjentem. Praktyka pokazuje, że obie strony wymagają edukacji. Brak czasu dla pacjenta, często obojętność i zniecierpliwienie nie sprzyjają wyjawianiu wstydliwych sekretów. Potrzebne jest stworzenie atmosfery wzajemnego zaufania. O tym, że jest to możliwe i przynosi świetne efekty, można się przekonać, wysłuchując opinii pacjentów z całej Polski, którzy byli diagnozowani i leczeni w warszawskim Śródmiejskim Szpitalu na Solcu. Nestor polskiej proktologii, zmarły niedawno dr n. med. Maciej Grochowicz, który przez 40 lat był także dyrektorem tej placówki, stworzył w niej – pierwszy w kraju – pododdział proktologii (dawniej „podpinano” ją do chirurgii, co nie zawsze wychodziło na zdrowie pacjentom). Personel medyczny, który tam pracuje, cechuje nie tylko wysoki profesjonalizm, ale także (a może przede wszystkim) niezwykły takt, kultura i serdeczny stosunek do pacjentów. Nic dziwnego, że kiedy jesienią ubiegłego roku rozeszły się słuchy, że w ramach oszczędności NFOZ zamierza proktologię włączyć do oddziału chirurgii, byli i aktualni pacjenci skrzyknęli się, organizując przed szpitalem pikietę (pokazywała ją telewizja) w obronie tej placówki. Jak podnosili w swoich wystąpieniach – jedynej w kraju, gdzie nie muszą się wstydzić swoich dolegliwości.

BWO

 

Na początek

aaa

 

ruszajmy się

 

Technika jazdy na nartach dla zaawansowanych

Wielu aktywnych sportowo Polaków nie wyobraża sobie zimy bez wypadu w góry i szusowania na stokach. Aby nie stwarzać zagrożenia dla siebie i innych zjazdowców, należy najpierw opanować podstawowe umiejętności narciarskie opisane w poprzednim numerze. Gdy pozna się je w teorii i praktyce, można opuścić oślą łączkę i zająć się nauką jazdy właściwej. 

Nadal jednak pamiętajmy o powtarzaniu lekcji z instruktorem, częstych ćwiczeniach i doskonaleniu techniki jazdy.

Do podstawowych technik poruszania się na nartach zaliczamy metodę skrętów równoległych oraz jazdę na krawędziach.

Skręty równoległe

Opanowanie skrętów równoległych powinno przebiegać fazowo. Uczymy się wybranych elementów po kolei, co pozwoli nam płynnie i bezpiecznie zjeżdżać z góry.

Łączenie nart z pozycji płużnej do równoległej jest fazą przejścia z jazdy kątowej do równoległej. Niezbędne będzie opanowanie skrętu z pługu, półpługu i poszerzenia kątowego.

Skręt z pługu polega na rozpoczęciu łuku płużnego: po przejechaniu linii spadku stoku łączymy narty poprzez ich zjechanie się lub dosunięcie wewnętrznej narty. Gdy narty jadą równolegle, obniżamy pozycję i nabieramy prędkości, po czym rozpoczynamy cały skręt w przeciwną stronę.

Skręt z półpługu jest trudniejszym elementem. Należy podwyższyć pozycję i odsunąć lub odstawić nartę zewnętrzną w stosunku do zamierzonego skrętu. Następnie, zwiększając ugięcie tej nogi i kierując kolano do środka, wykonujemy ruch skrętny, jednocześnie przesuwając tyły nart. Gdy przekroczymy linię spadku stoku, łączymy narty do układu równoległego i przyjmujemy pozycję dostokową. Narty prowadzone są ślizgiem (suwają się). Z czasem stopniowo przechodzimy do zakrawędziowania narty zewnętrznej, a następnie obu nart jednocześnie.

Skręt z poszerzenia kątowego polega na kątowym ustawieniu narty, połączonym z wbiciem kijka i odciążeniem NW (nisko – wysoko). Pozwala to na łatwe rozpoczęcie skrętu. Następnie przejeżdża się linię spadku stoku w ustawieniu równoległym, zostawiając ślad ślizgowy. Skręt ten pozwala łatwiej rozpocząć zmianę kierunku jazdy i wytracić prędkość, dzięki czemu początkujący narciarz ma większe poczucie bezpieczeństwa i kontroli. Jest również stosowany przez wprawionych zjazdowców jako skręt sytuacyjny. Należy najpierw odstawić nartę górną do ustawienia kątowego i przygotować do wbicia kijek przeciwny, następnie wbić kijek i przenieść ciężar ciała na nartę zewnętrzną, potem dołączyć drugą nartę do pozycji równoległej. Skręt rozpoczyna się przez rotację nóg; należy pochylić się do środka stoku i, obniżając pozycję, pogłębić skręt. W końcowej fazie ślad ślizgowy może być zastąpiony śladem ciętym (krawędziowym).

Pomocne będą ćwiczenia, takie jak: unoszenie narty górnej podczas jazdy, odstawianie nart do półpługu bez dociążania i z dociążaniem. W trakcie jazdy półpługiem wykonuje się łączenie nart z wykorzystaniem ześlizgu skrętnego (ćwiczymy na jedną stronę, a potem na drugą); to samo z przejechaniem linii spadku stoku (na zmianę – raz w jedną, raz w drugą stronę). Warto również przećwiczyć odstawianie nogi i przyjmowanie pozycji dostokowej w miejscu (bez nart i na nartach) oraz podczas jazdy – odstawianie narty do ustawienia kątowego i dostawianie drugiej do jazdy równoległej.

Kontrolowanie prędkości i zatrzymanie się – są to elementy, które pozwalają nam w wielu momentach bezpiecznie poruszać się na stoku.

Do wytracania prędkości oraz wysokości można zastosować ześlizgi. Jest to przemieszczanie się nart prostopadle lub skośnie w stosunku do linii stoku i kierunku jazdy. Wykonuje się je na wyratrakowanym śniegu. Mogą one posłużyć do całkowitego wytracenia prędkości. Wyróżniamy ześlizg skośny, który uzyskamy, kiedy zmniejszymy układ dostokowy i poziom zakrawędziowania. Kolana odwiedzione są do stoku, natomiast ciało kieruje się zgodnie z ruchem. Ześlizg boczny z kolei polega na przyjęciu pozycji dostokowej w poprzek stoku i zsuwania się w dół. Poziomem zakrawędziowaniu regulujemy prędkość ześlizgu. Do ćwiczeń ześlizgu należy wybrać dobrze przygotowany, a nawet zmrożony stok.

Ćwiczenia pomocnicze polegają na wyczuciu poziomu zakrawędziowania. Początkowo należy przećwiczyć zmianę kąta zakrawędziowania w miejscu, następnie w ruchu i w wyznaczonej strefie. Na dość stromym stoku trzeba balansować poprzez ciągłe zmiany poziomu zakrawędziowania.

Do zatrzymania lub wytracenia prędkości może nam posłużyć skręt dostokowy. W tym celu należy odciążyć narty WN (wysoko – nisko), a następnie wywołać skręt rotacją nóg. Skręt należy kontynuować aż do samoistnego zatrzymania w poprzek stoku. Poziom nachylenia dostokowego powinien być stosowny do nachylenia stoku. Na bardziej stromych zboczach pogłębiamy układ dostokowy.

Bardzo ważne jest opanowanie szybkiego zatrzymania, tzw. skrętu stop. Służy on do gwałtownego zatrzymania, np. przed przeszkodą, której nie jesteśmy w stanie minąć. Jadąc w skos stoku lub w linii spadku stoku, wykonujemy szybkie odciążenie WN i jednocześnie rozpoczynamy dynamiczną rotację nóg do ustawienia poprzecznego nart w stosunku do kierunku jazdy. Układ dostokowy i zakrawędziowanie muszą być mocno pogłębione.

Skręt równoległy (NW) rozpoczynamy, jadąc w skos stoku lub kończąc poprzedni skręt w pozycji niskiej. Pierwszą czynnością jest wykonanie odciążenia NW (przejścia do pozycji wysokiej) z jednoczesnym wbiciem kijka od strony promienia skrętu. Skręt wyprowadza się poprzez rotację nóg i przyjmuje pozycję dostokową. Należy kontynuować skręt przez pogłębienie pozycji i zakrawędziowania. Dąży się do uzyskania określonego kierunku jazdy poprzez dozowanie rotacji nóg i wielkości ślizgu. Gdy już to osiągniemy, powtarzamy ruch w przeciwnym kierunku. Przy dużej prędkości w drugiej fazie skrętu można uzyskać ślad cięty, co jest swoistym połączeniem z jazdą na krawędziach.

W celu szybszego opanowania tej techniki warto zastosować ćwiczenia pomocnicze i doskonalące ruch i wyczucie jazdy: przećwiczyć w miejscu wbicie kijka z jednoczesnym odciążeniem, następnie to samo podczas spokojnej jazdy bez zmian kierunku. Przećwiczyć zmianę krawędzi podczas jazdy. Następnie ćwiczyć odciążenie NW w skręcie dostokowym. Doskonalić skręt przez jazdę z kijkami pod pośladkami, zastosować odciążanie podskokiem, próbować skrętów z coraz ostrzejszego najazdu i z jazdy w linii spadku stoku oraz skrętów na jednej narcie. Przy problemach z nauką odciążania należy wykorzystać jazdę przez garby z usztywnionymi nogami i w ten sposób uzyskać samoistne odciążanie i dociążanie.

Mimo tendencji do jazdy na krawędziach i mimo szerokiego wyboru nart taliowanych trzeba zaznaczyć, że jazda skrętami równoległymi NW jest najbardziej uniwersalnym sposobem jazdy na nartach. Pozwala na łatwe i bezpieczne opanowanie tej umiejętności. Zaawansowani narciarze stosują jazdę sportową, gdy prowadzą cięty ślad na całej długości łuku, a jako odciążenie stosują tzw. odbicie.

Jazda śmigiem. Śmig polega na jeździe blisko linii spadku stoku. Jest to dynamiczna jazda z szybką, łagodną zmianą kierunku. Wykonuje się krótki skręt dostokowy i obniża pozycję wraz ze zwiększeniem zakrawędziowania. Następnie wbija kijek i odciąża NW, wprowadzając narty w ślizg rotacją nóg, oraz obniża pozycję, aby kontynuować skręt. Można zastosować podobne ćwiczenia jak przy skrętach NW, ale próbując prowadzić jazdę śmigiem.

Jazda na krawędziach

Narty taliowane ułatwiają jazdę na krawędziach, co może być pewnym zagrożeniem. W czasie jazdy po łuku nie wytraca się prędkości i początkujący może stracić kontrolę nad przebiegiem zjazdu. Dlatego naukę tego elementu rozpoczynamy po opanowaniu skrętów i manewrów równoległych.

Jazda polega na prowadzeniu nart równolegle na mocno zakrawędziowanych i dociążonych nartach. Ślad po skręcie jest cięty i wyraźny, przypomina dwie szyny. Wpływ na promień skrętu jest niewielki i uzyskujemy go poprzez zwiększenie dociążenia narty dolnej.

Po opanowaniu zaprezentowanych technik narciarskich jesteśmy w stanie w pełni kontrolować to, co się z nami dzieje na stoku. Elementy te trzeba doskonalić i często wracać do ćwiczeń metodycznych. Następnie możemy zacząć doskonalić styl jazdy, co jeszcze bardziej poszerzy nasze umiejętności narciarskie i pozwoli cieszyć się bezpieczną, płynną i ładną jazdą.

Krzysztof Koc

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Złożone końcówki hetmańskie

Szachiści nie przepadają za końcówkami hetmańskimi. Mają one trochę zagadkowy charakter. Rozgrywa się je bardzo długo, trudno zapamiętać oceny bardzo licznych pozycji elementarnych, a jeszcze trudniej opanować panujące w nich zasady. Chciałbym ułatwić to zadanie i przedstawić ogólne wskazówki dotyczące rozgrywania tego typu końcówek. Ograniczę się do praktycznej strony zagadnienia, pominę rzadko występujące sytuacje typu hetman i pionek przeciwko hetmanowi, a skupię się na kilku ważnych wskazówkach dotyczących pozycji, gdy najsilniejszej figurze towarzyszy liczniejsza piechota.

 

Pozycja króla

Bardzo ważna jest ochrona króla przed szachami i to zarówno w obronie, jak i przy realizacji przewagi. Odsłonięty król w obronie to groźba wymiany hetmanów i przejście do przegranej pionkówki. Odkryty monarcha przy przewadze to ciągły strach przed wiecznym szachem.

A. Karpow – R. Waganian

Budapeszt 1973

Białe: Kg1, Hb4, a3, f3, f4, g2

Czarne: Kg8, Hh5, b5, f7, h6

Gdyby zdjąć z szachownicy pionki na skrzydle hetmańskim, to uratować partię byłoby dość łatwo. Przy ich obecności, po 52.He7!, czarne wpadły niemal w zugzwang. Wskutek odkrytej pozycji króla nie można uniknąć wymiany hetmanów i jednocześnie obronić pionka b5. Oto możliwe warianty:

52...Hf5 (Lub 52…Hd5) 53.He8+ Kg7 (53...Kh7 54.He4) 54.He5+ H:e5 (Również w wersji 54...Kg6 55.H:f5+ K:f5 56.g3 pionkówka jest przegrana) 55.fe5 Kg6 56.f4 Kf5 57.g3 h5 58.Kf2 Kg4 59.Ke3! K:g3 60.f5 h4 61.e6 i pionki dochodzą jednocześnie, ale hetmany się zaraz wymieniają: 61...fe6 62.fe6 h3 63.e7 h2 64.e8H h1H 65.Hg8+ Kh3 66.Hh8+ 52...Hg6 53.He8+ Kg7 54.H:b5 52...Kg7 53.He5+

W partii czarne wybrały 52…Kh7 i po 53.g4 Hh3 i poddały się, gdyż po utracie drugiego pionka 54.H:f7+ Kh8 55.He8+ Kg7 56.Hd7+ Kg8 57.Kf2 Hh2+ 58.Ke3 dalsza gra nie miała sensu. Trochę więcej problemów miałyby białe po 53...Hg6 (zamiast 53…Hh3) 54.He4 f5, na co nie wolno grać 55.H:f5? H:f5 56.gf5 i czarne ratują się dzięki oddalonemu wolnemu pionkowi. Białe zapewne odpowiedziałyby spokojnie 55.Hd3 lub forsownie 55.Hb7+ Kg8 56.H:b5 fg4 57.f5! Hg5 58.He8+ Kg7 59.Hg6+! H:g6 60.fg6 K:g6 61.a4.

A. Alechin – S. Reshevsky

Amsterdam 1938

Białe: Kg2, Hc2, a3, f3, g3, h2

Czarne: Kh7, Hd7, f7, g6, h6

Przy białym pionku na f2 pozycja byłaby wygrana. W partii, przy słabej ochronie króla, nie udało się uniknąć wiecznego szacha 44.Ha2 Na razie król jest jeszcze bezpieczny i można ruszyć wolniakiem. Niewiele dawała centralizacja hetmana: 44.He4 Hd2+ 45.Kh3 Hd7+ 46.g4 h5 i ochrona króla staje się mniej liczna 44...Kg8 45.a4 Hc6 46.a5 Ha6 Teraz, aby przerwać blokadę, hetman będzie musiał opuścić drugą linię. Czarne tylko na to czekają 47.g4 Próby szybkiego dalszego marszu wolniaka mogły zakończyć się katastrofą: 47.Hd5 He2+ 48.Kh3 h5 49.Ha8+ Kg7 50.a6? g5! i białe dostają mata 47...g5 48.Kf2 Hd6 49.Kf1 Ha6+ 50.Kg2 Kg7 51.Hb2+ Kg8 52.Hb8+ Kg7 53.He5+ Kg8 54.Kf2 Białe trochę poprawiły pozycje swoich figur, ale do wygranej to za mało 54...Ha7+ 55.Ke2 Ha6+ 56.Kd2 Hc4! Teraz trudno jest uciec królowi przed prześladowaniami 57.Hf5 Hd4+ 58.Ke2 Hb2+ 59.Kd3 Hb3+ 60.Ke2 Hb2+ i zgodzono się na remis.

Przy bardzo zaawansowanym wolnym pionku są jednak nieliczne sytuacje, kiedy król strony silniejszej odważnie może powędrować na środek szachownicy:

G. Maroczy – E. Bogolubow

Drezno 1936

Białe: Kh2, Hd6, c7, f3, g2, h3

Czarne: Kh7, Kc4, b5, f7, g6, h4

Gdy biały hetman stoi na przekątnej b8-h2, król jest bezpieczny. Jeśli jednak pionek c7 ma dojść do przemiany, to trzeba się hetmanem ruszyć i opuścić ważną magistralę. Białe dobrze policzyły wariant i postanowiły udać się królem na długą wędrówkę aż do pola b7. Tam znajdzie bezpieczne schronienie. W daniu wiecznego szacha czarnym przeszkadza własny pionek b5 44.Hd7! Hf4+ 45.Kg1 Hc1+ 46.Kf2 Hc5+ 47.Ke2 Hc2+ 48.Ke3 Hc5+ 49.Ke4 i czarne poddały się. Dalej mogło nastąpić 49...Hc2+ 50.Ke5 Hc3+ 51.Kd5 Hc4+ 52.Kd6 Hf4+ 53.Kc5 Hc1+ 54.Kb6! (Pionek b5 jest białym potrzebny do ukrycia się przed szachami. Po nieostrożnym 54.K:b5? Hb2+ wygrana stawała się wątpliwa). 54...He3+ 55.Kb7 i szachy się kończą.

Aktywny hetman

Wiadomo, że figura stojąca w centrum ma większą siłę rażenia od bierki znajdującej się na skraju szachownicy. „Silniejszy”, czyli scentralizowany hetman, jest gwarantem sukcesu.

F. Marshall – G. Maroczy

Ostenda 1905

Białe: Kg1, Ha1, a3, e5, f2, g3, h2

Czarne: Kh7, Hc2, a5, b5, e6, f7, g6, h6

Różnica w aktywności hetmanów jest ogromna. Mimo równowagi materialnej czarne nie miały problemów z wygraną 35...a4! Bardzo silne posunięcie uniemożliwiające teraz i w przyszłości przeprowadzenie wyzwalającego b2-b4 36.f4 Kg8 Zgodnie z zasadą „nie spieszyć się” w sytuacjach, gdy przeciwnik nie ma aktywnych możliwości 37.h3 h5 38.h4 Kg7 Białe znalazły się w zugzwangu i muszą ponieść straty 39.Kh1 Inne kontynuacje nie zmieniały wyniku: 39.Ha2 Hd1+ 40.Kf2 Hh1 41.Ke3 Hg2 czy 39.Kf1 Hh2 39...Hf2! 40.Hg1 H:b2 41.Hc5 Ostatnią nadzieją białych jest wieczny szach po czarnych polach, ale nieprzyjacielski król jest solidnie chroniony 41...b4! 42.f5 Lub 42.He7 b3 43.Hf6+ Kg8 44.Hd8+ Kh7 45.He7 Hb1+ z następnym Hf5 i pionek b3 szybko dochodzi do pierwszej linii 42...ef5 43.e6 ba3 44.ef7 Jeśli 44.e7, to a2 44...K:f7 Za cenę kilku pionków białe zdołały osłabić pionowe przykrycie wrażego króla, ale „wieczniaka” nie ma 45.Hc7+ Ke6 46.Hc6+ Ke5 47.H:a4 Również i po 47.Hc7+ Ke4 48.Hf4+ Kd3 49.Hd6+ Ke2 50.He6+ Kf2 szachy się szybko kończyły 47...a2 48.He8+ Kd5 49.Hd7+ Ke4 50.Hc6+ Ke3 51.Hc5+ Hd4 Dobre było także 51...Ke2 52.Hc4+ Ke1 53.He6+ Kf2 52.Ha3+ Hd3 i białe poddały się. Po 53.H:a2 Hf1+ 54.Kh2 Hf2+ powstawała beznadziejna pionkówka.

A. Panczenko – M. Grabarczyk

Katowice 1991

Białe: Kh2, Hd5, a2, b3, c4, f2, g3, h4

Czarne: Kg8, Hc8, a5, c5, f7, g6, h5

Silna scentralizowana pozycja hetmana pozwoliła białym powiększyć przewagę materialną bez angażowania króla 33.He5! Czarne mają teraz kłopoty z obroną pionków a5 i c5 33...Kh7 Lub 33...Hc6 34.Hb8+ Kg7 35.Ha7 i jeden pionek ginie 34.Kg1 Przed rozpoczęciem polowania na piechotę biały król profilaktycznie broni punktu f2 34...Kh6 Jeśli 34...Kg8, to też 35.He7 Kg7 (35...Hf5 36.Hd8+ i 37.H:a5) 36.Ha7 35.He7 Hf5 Rozpaczliwe szukanie kontrszans. Na 35...Kg7 nastąpiłoby 36.Ha7 36.Hd8 Hb1+ 37.Kh2 Hb2 38.Hf8+ i czarne poddały się.

Wolny pionek

Jeśli obie strony mają wolnego szybkiego pionka, to o wyniku decyduje jego większe zaawansowanie. Jest to ważniejsze od ilości pionków. Pod pojęciem „szybkiego” wolniaka rozumiemy pionka, na którego drodze do przemiany nie stoi nieprzyjacielski król.

J. Awerbach – W. Zurachow

Mińsk 1952

Białe: Kh2, Hc7, a4, f3, g2, h3

Czarne: Kf6, Hd5, a5, b6,

Pozycja czarnych tylko pozornie wydaje się przegrana. Udało im się wyrobić wolniaka i wtedy zaczęły się wyścigi: 1...b5! 2.ab5 Jeśli 2.H:a5, to He5+ 3.Kg1 Hd4+ 4.Kf1 ba4 i czarny pionek gwarantował remis 2...H:b5 Nie wolno grać 2...He5+? 3.H:e5+ K:e5, bo po 4.h4 a4 5.h5 a3 6.h6 Kf6 7.b6 powstawała nowa końcówka hetmańska, tym razem łatwo wygrana dla białych 3.Hd6+ Kf7 4.h4 Jedyna nadzieja białych to równoczesna promocja, ale czarnym sprzyja fakt, że oba pola przemiany a1 i h8 leżą na jednej przekątnej. Ponadto ich król może utrudnić marsz białego wolniaka. Teraz, zgodnie z analizami am. Awerbacha, ratowało partię 4...Hb4! 5.Hd5+ Kg7 Król powinien zajmować pola na drodze białego wolniaka. Trzeba tylko uważać, aby nie wpaść w siatkę matową 6.He5+ Kh7 7.f4 a4 8.h5 a3 i po 9.Hf5+ Kg7 10.Hg6+ Kh8 11.Hf6+ Kg8 12.h6 Hb2! białe muszą dawać wiecznego szacha. W partii, po błędnym 4…a4? 5.Hf4+ Ke6 6.Hg4+ Kd6 7.Hg6+ Kc7 8.h5 He5+ 9.Kh3 czarne przegrały (9...a3 10.h6 a2 11.Hg7+).

B. Larsen – U. Andersson

Sztokholm 1975

Białe: Kh2, Hg2, a5, b6, g3, h5

Czarne: Kf5, Hb3, d4, e5, f7, g7, h6

W tej partii obok „szybszego” pionka pewne znaczenie miały także groźby matowe 71.a6!? H:b6 Po 71...e4 był możliwy wariant 72.b7 d3 73.g4+ Kf6 (73…Kg5 74.Hg3) 74.Hg3 Hb2+ 75.Kh3 d2 76.Hd6+ Kg5 77.b8H H:b8 78.H:b8 d1H 79.He5+ z matem 72.Hb7 Ha5 73.a7 i czarne poddały się, gdyż po 73...Ha2+ 74.Kh3 na szachownicy nieuchronnie pojawi się drugi biały hetman.

Ryszard Bernard

 

Na początek

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w warcaby

Tym artykułem chciałbym rozpocząć nowy temat, dotyczący gry w pozycjach klasycznych. Klasyka należy do jednej z najtrudniejszych pozycji do gry z uwagi na mnogość zasad obowiązujących na poszczególnych etapach rozgrywania partii. Dodatkowym utrudnieniem dla grających są niekończące się możliwości kombinacyjne i często zaskakujące poświęcenia. Dlatego te pozycje najczęściej grają zawodnicy doświadczeni i dobrze przygotowani teoretycznie.

Natalia Sadowska (Polska) – ViktoriaMotriczko (Ukraina)

Bacoli Open 2014, Włochy

1. 34-29 19-23 2. 40-34 14-19 3. 45-40 10-14 4. 32-28

Białe w tym debiucie odchodzą od utartych ścieżek i od razu otrzymują trudniejszą pozycję.

4... 23x32 5. 37x28 18-23! 6. 29x18 12x32 7. 38x27

Pionek rzucony na pole 27 w zasadzie przesądza o tym, że grana będzie klasyka, ponieważ inaczej trudno byłoby białym uaktywnić długie skrzydło.

7... 7-12

Czarne nie atakowały 7... 17-21, co doprowadziłoby do uwolnienia się białych od złego pionka 27, 8. 42-37 21x32 9. 37x28

8. 41-37 1-7 9. 46-41 12-18 10. 42-38 7-12 11. 37-32 19-23 12. 41-37 14-19 13. 47-42 17-21 14. 33-28

Białe, zajmując pole 28, wyszły z propozycją gry pozycji klasycznej. Czarne mogły wybrać plan gry z silnym centrum po zagraniu na 26 i przygotowaniu wybicia pionka 28, jednak przyjęły propozycję białych i zagrały:

14... 20-24

Powstała symetryczna pozycja, w której obie strony są związane w centrum i kontrolują te same punkty na warcabnicy. Zajęte pola – 27 przez białe i 24 przez czarne – w znacznym stopniu ograniczają swobodę gry i możliwości wymian po obu stronach. Dlatego w tej sytuacji niezwykle ważną rolę odgrywa tempo. Ujemne tempo oznacza zapas rezerwowych posunięć. Obecnie czarne mają -1 tempo i dalsza gra w znacznym stopniu będzie polegać na wymuszaniu na przeciwniku wymian dających dodatnie tempo.

15. 39-33 5-10 16. 44-39 10-14 17. 34-30?

Ważne zagranie w klasyce, którego celem jest zdążyć z zajęciem pola 25 i wymusić wymianę 14-20, na której czarne „zarobią” +4 tempa.

17... 21-26 18. 50-45 11-17 19. 27-22 18x27 20. 31x11 16x7!

Poprzez bicie 6x17 stan tempa zmieniłby się na korzyść białych.

21. 30-25 12-18 22. 40-34 8-12!

Bardzo dobre zagranie. Czarne zachowały możliwość zagrania 7-11 i ustawienia olimpika, co daje im dodatkowe możliwości kombinacyjne i zwiększa aktywność krótkiego skrzydła.

23. 34-30 7-11! 24. 49-44

Białe zmierzają na pole 40, w celu ustawienia bardzo niebezpiecznej groźby 27-22 i 25-20.

24... 11-17!

Jedyny, ale bardzo skuteczny sposób obrony przed zagrożeniami planowanymi przez białe.

25. 37-31 26x37 26. 42x31

Białe, chcąc uzyskać aktywność, zdecydowały się na wymianę, po której ich tempo zwiększyło się do +6.

26... 18-22

Po tym zagraniu powstała groźba 24-29 i białe są zmuszone do kolejnej niekorzystnej dla nich wymiany.

27. 31-27 22x31 28. 36x27

Teraz tempo białych zwiększyło się do +8. Jest to już niebezpiecznie wysokie tempo, które daje białym możliwość przełamania klasyki. Gdyby im się to udało, uzyskałyby przewagę pozycyjną.

28... 2-7 29. 44-40 13-18

Czarne przygotowały się do ewentualnego ponownego zajęcia pola 23, gdyby białe zdecydowały się na plan 30. 39-34 i 31. 34-29.

30. 48-42 9-13 31. 42-37 4-9

Na 31... 7-11 białe przygotowały kombinację 32. 27-21 17x26 33. 28-22 18x27 34. 32x21 26x17 35. 25-20 14x34 36. 40x16.

32. 37-31 6-11

Zadaniem czarnych jest utrzymanie ograniczonej aktywności białych.

33. 31-26 11-16 34. 40-34

 

Białe dążyły do tej pozycji, ustawiając bardzo niebezpieczną groźbę 35. 34-29, 36. 27-22, 37. 28-23, przed którą, jak mogło się wydawać, nie ma obrony. Jednak czarne znalazły piękne poświęcenie i to białe znalazły się w bardzo trudnej sytuacji.

34... 16-21 35. 27x16 7-11 36. 16x7 12x1

Czarne poświęciły pionka, dzięki czemu zlikwidowały ostatnią kolumnę i białe zostały całkowicie pozbawione aktywności. W klasyce są jednak duże możliwości kombinacyjne i w nich białe szukają szansy obrony.

37. 34-29 23x34 38. 45-40

Nie można od razu grać 38. 28-23 19x37 39. 30x8 3x12 i białe są na biciu.

38... 34x45 39. 28-23 19x37 40. 30x8 3x12 41. 38-32 37x28 42. 33x4 1-6!

I białe nie mogą obronić damki. Trzeba by oddać pionki 25 i 26, co daje przegraną pozycję.

43. 43-38 12-18 44. 4x11 6x17 45. 38-32 15-20

Konieczne zagranie, skoro nie można było postawić damki z powodu 46. 25-20.

46. 39-33 17-22

Znów nie można było postawić damki.

47. 33-29 45-50 48. 29-23 50-28?

Niedokładne zagranie, które otwiera drogę do remisu. Lepsze było 48... 20-24.

49. 32-27

Od razu przegrywało 49. 23-19 28x37 50. 19x10 37x5 51. 25x14 5x32.

49... 28x19 50. 27x18 19-8 51. 35-30 8x35 52. 26-21

Nie można było grać 52. 18-12 z powodu 35-40 53. 12-8 14-19.

52... 35-49 53. 21-16

Po 53. 21-17 49-44 czarne forsownie wygrywają a) 54. 18-12 44x11 55. 12-8 11-2 56. 8-3 2-30 57. 25x34 20-25 b) 54. 17-12 44-40 55. 18-13 40x7 56. 13-8 7-2 z takim samym zakończeniem.

54. 16-11?

Błąd, który ostatecznie zdecydował o przegranej. Nie można również było grać 54. 18-12 44-40 55. 12-8 14-19. Białe mogły zremisować po 54. 18-13 44-17 a) 55. 16-11 17x6 56. 13-8 b) 55. 13-9 14x3 56. 25x14 17-28 57. 16-11.

54... 44x6 55. 18-12 6-11 56. 12-8 11-2

I białe poddały się. Mogło jeszcze nastąpić 57. 8-3 2-30 58. 25x34 20-25 59. 3x20 25x14.

Poniżej fragment partii z tego samego turnieju.

Mateus Blito-Carvalho (Brazylia) – Piotr Paluch (Polska)

W tym przypadku białe mają +6 temp, ale ostatnim posunięciem 42. 31-26 zajęły drugi narożnik, co rekompensuje im przewagę temp. Pozornie lepiej wyglądająca pozycja czarnych jest przegrana z powodu braku rezerwowych posunięć, np.: a) 42... 23-29 43. 34x23 18x29 1) 44. 27-21 16x27 45. 32x21 13-18 46. 28-23 19x28 47. 30x10 2) 44. 27-22 12-18 45. 22x11 16x7 46. 32-27 7-11 47. 26-21 11-16 48. 21-17 18-23 49. 28-22 b) 42... 16-21 43. 27x16 18-22 44. 25-20 22x42 45. 20x20 42-47 46. 20-15 47-41 47. 15-10 41x45 48. 10-5 z wygraną pozycją. Te warianty czarne najwyraźniej przeliczyły i pozostało im zagrać:

42... 24-29?

co doprowadziło do szybkiego zakończenia partii.

43. 30-24 19x39 44. 28x8 12x3 45. 27-21 16x27 46. 32x43

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

 

Na początek

aaa

 

kultura

 

Na szczytach marzeń

Simone Moro – jeden z najbardziej znanych himalaistów na świecie – nie raz dokonał niemożliwego. Na swoim koncie ma m.in. zdobycie Mount Everestu w 48 godzin (razem z zejściem) czy nagrodę Unesco Fair Play za uratowanie kolegi podczas wspinaczki na Lhotse. Przede wszystkim słynie jednak z zimowych wejść na ośmiotysięczniki. To on jako pierwszy o tej porze roku postawił stopę na szczytach: Sziszapangmy (z Piotrem Morawskim, w 2005 r.), Makalu (z Denisem Urubko, w 2009 r.) i Gaszerbrum II (z Corym Richardsem i Denisem Urubko, w 2011 r.).

Wyprawy te opisuje w wydanej w styczniu br. książce „Zew lodu. Ośmiotysięczniki zimą: moje prawie niemożliwe marzenie”. Co ciekawe, książka powstała podczas wspinaczki na Nanga Parbat, ośmiotysięcznik, którego – podobnie jak K2 – pomiędzy 21 grudnia a 21 marca nie zdobył jeszcze nikt.

Choć zimowa wspinaczka wydaje nam się wielką brawurą, „Zew lodu” utwierdza nas w przekonaniu, że himalaista podczas takich wypraw częściej kieruje się rozsądkiem niż my w codziennym życiu. „Trzeba wręcz maniakalnie przestrzegać ścisłych reguł postępowania i samokontroli, jeśli chodzi o godzinę wejścia na szczyt, tempo oraz czynności i fazy wspinania” – pisze Moro. „Wszystkie decyzje należy podejmować wyłącznie w sposób racjonalny, nigdy pod wpływem przeczucia czy impulsu, kiedy to pragnienie osiągnięcia sukcesu czy przerost ambicji zaćmiewają umysł. Kto dąży do wygranej za wszelką cenę, może zginąć albo w najlepszym wypadku ledwo ujść z życiem” – dodaje.

„Zew lodu” nie jest jednak instruktażem wspinaczki wysokogórskiej ani zbiorem sprawozdań z wypraw. Ze względu na sposób narracji przypomina bardziej pamiętnik lub książkę przygodową. Obok relacji ze zdobywania szczytów mamy trochę refleksji o życiu i opowieści o ludziach, z którymi Simone dzieli hobby. Dużo dobrego mówi o polskiej szkole wspinaczkowej, wspomina m.in. Jerzego Kukuczkę, Krzysztofa Wielickiego czy Macieja Berbekę. Ale życiowe credo Simone’a Moro brzmi: podążać dalej niż wiodą ślady pozostawione przez wielkich mistrzów.

Książkę może z zainteresowaniem przeczytać i profesjonalista, i ten, kto o wspinaczce wie niewiele. Autor nie zanudza nas fachowymi terminami, nie opisuje każdego swojego kroku, podejścia. Choć niejednokrotnie podkreśla, że podczas takich wspinaczek trzeba zaplanować każdy szczegół. „Alpinizm jest niemalże perfekcyjną ekspresją wolności. To nie tylko sport, ale również, a może przede wszystkim, forma ucieczki, odkrywania samego siebie, eksploracji, przygody i kontemplacji” – pisze Simone.

I choć nie ma w tych słowach nic odkrywczego i może je powtórzyć każdy sportowiec, wstawiając zamiast słowa „alpinizm” nazwę swojej dziedziny, to pasja Simone’a jest tak zaraźliwa, że nieraz ma się ochotę odłożyć wszystko i ruszać w góry. Po wolność i przygodę!

Barbara Zarzecka

 

Na początek

„Zew lodu. Ośmiotysięczniki zimą: moje prawie niemożliwe marzenie” Simone Moro wydała Agora w styczniu 2015 r. Książka dostępna jest również jako ebook (epub lub mobi).