Nr 1 (82) Styczeń 2012
ISSN 1427–728X
ROK X
Nr1 (82)
Styczeń 2012 r.
miesięcznik
INFORMACYJNO-SZKOLENIOWY
STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ
SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH
I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”
Adres redakcji:
00–216 Warszawa
ul. Konwiktorska 9, tel.: 022 635 57 94
tel.kom. 668 764 654,
666 725 040
e–mail: redakcja@cross.org.pl
Redaguje zespół w składzie:
Teresa Dębowska
Redaktor naczelna
Anna Amanowicz
Zastępca redaktor naczelnej
Skład i opracowanie graficzne:
Wojciech Górski
Druk: Wydawnictwa Polskiego Związku Niewidomych Spółka z o.o
Miesięcznik dofinansowują:
Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych
Ministerstwo Sportu i Turystyki
Spis treści:
|
„Cross” wszedł w nowe dwudziestolecie Teresa Dębowska |
|
Anna Amanowicz |
|
Albert |
|
Adam Baranowski |
|
Niepełnosprawni w centrum uwagi Andrzej Szymański |
|
(KAZ) |
|
Słupski „Zryw” wyszedł z cienia Teresa Dębowska |
|
Ryszard Bernard |
|
BWO |
|
Krzysztof Koc |
|
Ryszard Bernard |
|
Jan Sekuła |
„Cross” wszedł w nowe dwudziestolecie
2 grudnia 2011 r., w Centrum Szkoleniowo-Konferencyjnym przy ul. Odrębnej 4 w Warszawie, odbyła się konferencja jubileuszowa z okazji 20-lecia Stowarzyszenia Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross”.
Wzięło w niej udział ponad 200 osób z całego kraju. Zjawili się ojcowie założyciele organizacji, kontynuatorzy dzieła, szefowie klubów sportowych. I oczywiście znakomici goście. Wśród nich reprezentanci władz województwa mazowieckiego: wicewojewoda Dariusz Piątek, dyrektor biura wojewody Jagoda Miszewska, a także przedstawiciele Ministerstwa Sportu i Turystyki: Wojciech Kudlik – dyrektor Departamentu Rozwoju i Promocji Sportu oraz Danuta Redel z Departamentu Sportu Wyczynowego. Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych reprezentował Andrzej Sochaj, zastępca prezesa do spraw finansowych.
Zebranych serdecznie powitał prezes „Crossu” Piotr Dukaczewski. W swoim przemówieniu wspominał narodziny i młodość jubilata, nakreślił oczekiwania związane z jego wiekiem dojrzałym.
Kolejny akt części oficjalnej konferencji był podniosły i wzruszający. Osoby najbardziej zasłużone dla sportu niewidomych i słabowidzących uhonorowane zostały Krzyżami Zasługi, odznakami Ministerstwa Sportu i Turystyki „Za zasługi dla sportu” oraz jubileuszowymi medalami 20-lecia Stowarzyszenia „Cross”. Przed dekoracją odznaczeniami państwowymi odśpiewano Mazurka Dąbrowskiego. Złote Krzyże Zasługi otrzymali: Ryszard Bernard – trener szachistów, oraz Piotr Dukaczewski – prezes „Crossa”. Teresa Dębowska, Jan Nafalski i Włodzimierz Sajdych odebrali Srebrne Krzyże Zasługi, zaś Jerzy Hanus, Wacław Morgiewicz, Józef Plichta i Zbigniew Prokopiuk – Brązowe. Dekoracji dokonał wicewojewoda Dariusz Piątek. Wojciech Kudlik, przedstawiciel MSiT, wręczył zasłużonym działaczom odznaczenia resortowe „Za zasługi dla sportu” – 3 złote, 5 srebrnych i 12 brązowych.
Pamiątkowe, jubileuszowe medale przyznano 46 osobom. Przed ich wręczeniem, którego dokonał wiceprezes Andrzej Sochaj z PFRON, Teresa Dębowska, redaktor naczelna „Crossu”, przedstawiła dzieje Stowarzyszenia na przestrzeni 20 lat.
W końcowych wystąpieniach szacownych gości pojawiły się słowa uznania dla jubilata i zapewnienia dalszego wspierania inicjatyw, które służą rozwojowi sportu osób z dysfunkcją wzroku.
Jeśli jubileusz obchodzi organizacja sportowa, to nawet w części artystycznej pojawiają się stosowne akcenty. Niewidomy balladzista, Roman Roczeń z akompaniamentem gitarzysty Waldemara Lewandowskiego zaprezentował repertuar, w którym przeważały turystyczne przeboje. Nie trzeba było długo czekać, by chór głosów z widowni dołączył do solisty.
Stowarzyszenie „Cross”, skończywszy 20 lat, weszło w kolejne dwudziestolecie.
Teresa Dębowska
Uhonorowani odznaczeniami państwowymi:
Złote Krzyże Zasługi
1. Ryszard Bernard
2. Piotr Dukaczewski
Srebrne Krzyże Zasługi
1. Teresa Dębowska
2. Jan Nafalski
3. Włodzimierz Sajdych
Brązowe Krzyże Zasługi
1. Jerzy Hanus
2. Wacław Morgiewicz
3. Józef Plichta
4. Zbigniew Prokopiuk
Odznaczeni odznaką Ministerstwa Sportu i Turystyki „Za zasługi dla sportu”
Złota odznaka
1. Wacław Morgiewicz
2. Stanisław Sęk
3. Stanisław Piasek
Srebrna odznaka
1. Ryszard Bernard
2. Zbigniew Bomba
3. Piotr Dukaczewski
4. Piotr Łożyński
5. Józefa Spychała
Brązowa odznaka
1. Teresa Dębowska
2. Anna Grabowicz
3. Henryk Groszkowski
4. Jerzy Hanus
5. Mirosław Jurek
6. Roman Kulik
7. Józef Plichta
8. Zbigniew Prokopiuk
9. Włodzimierz Sajdych
10. Andrzej Sargalski
11. Antoni Szczuciński
12. Przemysław Warszewski
Medale 20-lecia Stowarzyszenia „Cross”otrzymali:
1. Ryszard Bernard trener szachowy
2. Zbigniew Bomba „Bryza” Szczecin
3. Michał Czarski „Hetman” Lublin
4. Teresa Dębowska „Syrenka” Warszawa
5. Henryk Dudek „Jutrzenka” Częstochowa
6. Piotr Dukaczewski „Syrenka” Warszawa
7. Antoni Gastoł „Lajkonik” Kraków
8. Jerzy Gorczyński „Cross Opole”
9. Andrzej Góźdź KKT „Hetman” Lublin
10. Anna Grabowicz „Omega” Łódź
11. Henryk Groszkowski „Syrenka” Warszawa
12. Jerzy Hanus „Nadzieja” Kraków
13. Jadwiga Henselek „Łuczniczka” Bydgoszcz
14. Mirosław Jurek trener kolarski
15. Czesława Konieczna „Karolinka” Chorzów
16. Stanisław Kotowski działacz Stowarzyszenia
17. Edward Kozłowski „Victoria” Białystok
18. Roman Kulik „Jantar” Gdańsk
19. Andrzej Luba Kielce
20. Piotr Łożyński „Warmia i Mazury” Olsztyn
21. Stanisław Mazur „Podkarpacie” Przemyśl
22. Zdzisław Mądry „Jutrzenka” Częstochowa
23. Werner Mettel „Zryw” Słupsk
24. Wiesław Miech „Syrenka” Warszawa
25. Tadeusz Milewski „Warmia i Mazury” Olsztyn
26. Wacław Morgiewicz „Victoria” Białystok
27. Jan Nafalski „Jutrzenka” Częstochowa
28. Krystyna Perszewska „Jantar” Gdańsk
29. Stanisław Piasek „Morena” Iława
30. Paweł Piechowicz „Razem na szlaku” Poznań
31. Józef Plichta „Sudety” Kłodzko
32. Janusz Polakowski „Bryza” Szczecin
33. Lubomir Prask „Sprint” Wrocław
34. Zbigniew Prokopiuk „Ikar” Lublin
35. Jan Remplewicz trener lekkiej atletyki
36. Bogdan Rutkowski „Tęcza” Poznań
37. Włodzimierz Sajdych „Omega” Łódź
38. Andrzej Sargalski „Łuczniczka” Bydgoszcz
39. Stanisław Sęk „Podkarpacie” Przemyśl
40. Józefa Spychała „Tęcza” Poznań
41. Antoni Szczuciński „Smrek” Bielsko-Biała
42. Irena Tomal „Smrek” Bielsko-Biała
43. Przemysław Warszewski dyrektor biura
44. Zdzisław Wojcieszyn „Ikar” Lublin
45. Roman Wrześniewski „Jaćwing” Suwałki
46. Julia Zagórowska „Atut” Nysa
Okrągła rocznica powstania organizacji to dobry czas dla wspomnień, refleksji, podsumowań. To również okazja do formułowania wniosków dotyczących dalszego jej funkcjonowania i rozwoju. Redakcja skorzystała z obecności na jubileuszu działaczy i organizatorów sportu osób niewidomych, z których wielu współtworzyło Stowarzyszenie „Cross”, by porozmawiać o czasie minionym i obecnym, i o przyszłości naszej organizacji. Lapidarny zapis rozmów przedstawiamy poniżej.
Anna Amanowicz: – Należy Pan do piątki ojców założycieli Stowarzyszenia (Milewski, Szczuciński, Michalik, Bomba, Groszkowski), do barwniejszych jego postaci i wybitnych sportowców. Na początku lat 90. pełnił Pan również funkcję wiceprezesa. Zadam przewrotne pytanie: czy warto było zakładać „Cross”?
Henryk Groszkowski: – Pytanie raczej z tych retorycznych, więc też retorycznie odpowiem. Wszystko, co służy ludziom, a sport im służy, to oczywiście warto tworzyć. Sport to jedyna wartość, która na starość powoduje, że jesteśmy sprawni, że mamy możliwość profilaktycznego przeciwdziałania goniącej nas niesprawności. Tym bardziej dotyczy to niewidomych. Sam garnę się do sportu, uprawiam kilka dyscyplin, z których lekkoatletyka i kolarstwo przyniosły mi najwięcej satysfakcji i radości. Tak więc w pewnym sensie „Cross” tworzyłem także dla siebie i dla takich jak ja zapaleńców. Zrzeszenie „Start”, które przed 1990 r. miało monopol na organizowanie i rozwijanie sportu osób niepełnosprawnych, nigdy nie podobało mi się, widziałem wszystkie mankamenty tej organizacji. To był najpoważniejszy asumpt do powołania własnej. Jestem wychowankiem Lasek – tam nam wpajano, że człowiek powinien społecznie działać bez względu na to, czy jest całkowicie sprawny, czy ma pewne ograniczenia. A więc działałem i ciągle jestem aktywny.
A.A.: – I Krajowy Sejmik powołał Pana na wiceprezesa „Crossu”, był Pan przecież jego współtwórcą. Jaka jest geneza powstania Stowarzyszenia?
Stanisław Kotowski: – Przed 1990 rokiem Polski Związek Niewidomych był monopolistą, jeśli chodzi o prowadzenie spraw osób niewidomych i słabowidzących, skupiał wszystkie zagadnienia, którymi żyło środowisko. Starał się być dla niego alfą i omegą, a nie radził sobie ze wszystkimi sprawami dobrze. Dlatego z czasem zaczęły wyłaniać się ze Związku organizacje specjalizujące się w określonych dziedzinach, między innymi „Cross”, który od PZN przejął sport. To był właściwy kierunek i powinien być kontynuowany.
Przez te 20 lat Stowarzyszenie pięknie się rozwinęło. Zrzesza mnóstwo klubów, rozwija wiele dyscyplin sportu, współpracuje z organizacjami zagranicznymi. Należy się z tego cieszyć. A przyszłość? Myślę, że przyszłość Stowarzyszenia i innych podobnych organizacji zależy przede wszystkim od finansów. A w tej sferze dzieją się rzeczy dla mnie dziwne. Ja rozumiem, że jest mało pieniędzy, że jest ich niewystarczająca ilość. Nie rozumiem natomiast tego, że nigdy w porę nie wiadomo, kiedy zostaną przyznane i na co będą mogły być przeznaczone. Przyszłość Stowarzyszenia „Cross” można też mierzyć skalą zainteresowania sportem. O ten aspekt jestem spokojny, bo apetyt na sport w naszym środowisku jest ogromny.
A.A.: – Działa Pan w „Crossie” od jego początków. Jak Pan ocenia mijające dwudziestolecie?
Piotr Łożyński: – Dwadzieścia lat to szmat czasu. Pojawia się refleksja, zaduma nad tym, co się udało, co umknęło, odżywają wspomnienia o ludziach, którzy byli na początku, a którzy odeszli, niektórzy na zawsze. Cieszymy się z okazji do spotkania w gronie wielkiej sportowej rodziny. To stosowny moment na spory, dyskusje, burze mózgów. Na opracowanie strategii działania na przyszłość. Cały czas borykamy się bowiem z wieloma problemami, wśród których dominuje sprawa przejęcia od „Startu” „naszych” dyscyplin sportowych: pływania, lekkoatletyki, goalballa. Chcemy zjednoczyć ruch sportowy osób z dysfunkcją wzroku, sami w tej dziedzinie decydować o sobie, prowadzić nie cząstkę, a całość sportu niewidomych i słabowidzących. Ma to głęboki sens i pełne uzasadnienie. Na razie są przeszkody i obawiam się, że walka będzie trudna. Ale cóż, sportowcy przygotowani są na trudy, na walkę, także i na porażki.
Z „Crossem” związałem się od samego początku. Zasiadałem w kilku jego gremiach, m.in. w Radzie Krajowej. Moim sukcesem, jako działacza, jest wprowadzenie w 1996 r. na sportowe salony nowej dyscypliny, jaką jest brydż sportowy. To dyscyplina niewątpliwie elitarna, trudna, ale od 15 lat gramy skutecznie i ciągle się doskonalimy.
A.A.: – W środowisku utrwaliła się opinia, że jest Pan niezwykle skutecznym działaczem, prekursorem kilku dyscyplin sportowych.
Jerzy Gorczyński: – Rzeczywiście, byłem współzałożycielem kilku crossowskich klubów w Polsce, m.in. „Atutu” Nysa, „Pionka” Bielsko-Biała i „Crossu Jastrzębie”. I prekursorem trzech dyscyplin sportowych: warcabów, trójboju i strzelectwa. W czasach, kiedy z braku pieniędzy przestał wychodzić miesięcznik „Cross”, z powodzeniem wydawałem czasopismo „Cross Opole”. Moje zaangażowanie w crossową działalność wynika ze zrozumienia, jak bardzo ważna jest praca dla sportu. Sam bowiem zawodniczo grałem w warcaby, w 2005 r. byłem nawet mistrzem Polski.
To, co w ciągu dwudziestu lat „Cross” zrobił dla osób niewidomych i słabowidzących można określić jednym słowem – sukces! Ludzie wyszli z domów, zapomnieli o syndromie czterech ścian, są wśród innych, bawią się, tańczą, grają, biegają, pływają, rzucają. Odnoszą światowe sukcesy, że wspomnę największy: złoty medal kolarzy tandemowych, Andrzeja Zająca i Dariusza Flaka, na paraolimpiadzie w Pekinie. Trudno zliczyć trofea i dobre lokaty, zdobywane przez naszych sportowców na światowych arenach. Ale w „Crossie” doceniamy nie tylko sukcesy odnoszone na imprezach międzynarodowych. Nasi sportowcy startują i zdobywają laury również na zawodach krajowych i czują się bohaterami. Bo bohaterem jest każdy, kto bierze udział w sportowej rywalizacji.
A.A.: – Mówi się, że pierwszy klub crossowy w Polsce, to Pana dzieło.
Jerzy Hanus: – Rzeczywiście, Kielce pierwsze wyszły z taką inicjatywą, którą podjęły później inne miasta w Polsce. Ponieważ od 1985 r. jestem etatowym pracownikiem kieleckiego okręgu PZN, rehabilitantem, jeszcze przed powstaniem „Crossu” organizowałem wiele imprez, przeważnie szachowych, głównie dla dzieci i młodzieży. Sport najmłodszych najbardziej leży mi na sercu. Stąd moje zaangażowanie w rozwój założonego w Krakowie przez Piotra Stefańskiego klubu „Nadzieja”, którego ideą jest ożywienie sportu w środowisku szkolnym. Razem ze Zbyszkiem Prokopiukiem organizujemy ogólnopolskie zloty dla dzieci i młodzieży. Na zlot przyjeżdża ponad dwieście młodych ludzi, większość w swoich szkołach jest zwolniona z ćwiczeń, a my wyławiamy spośród nich… sportowe talenty!
A.A.: – Pana zaangażowanie w rozwój turystyki w środowisku jest nie do przecenienia. Osiągnięcia „Crossu” w tej dziedzinie to w dużej mierze Pana zasługa.
Antoni Szczuciński: – Wśród piątki prekursorów, którzy tworzyli „Cross”, znalazło się aż trzech organizatorów (Milewski, Michalik i ja) wielkich przedsięwzięć turystycznych pod szyldem PZN: RIN-ów, rajdów gwiaździstych i jesiennych. Ci ludzie, którzy na swoich barkach dźwigali sto procent turystyki Związku, przeszli z nią, jak z posagiem, do „Crossa” i z powodzeniem ją tu ulokowali. Pochodną tej dyscypliny stały się kajaki, tandemy, rajdy piesze. Cieszę się, że „Cross” wrócił do organizowania górskich obozów turystycznych, że popiera spływy kajakowe i inne inicjatywy. Cieszę się, że procentują kursy organizatorów turystyki, na których wygenerowaliśmy gros zapalonych działaczy turystycznych. Jednym słowem, turystyka w Stowarzyszeniu gruntuje się na nowo. To ważne, jako że zarówno w górach, jak i na wodzie, ludzie doskonalą swój charakter, niezbędny w sportowej walce.
Tylko moment trwały wspomnienia, które Teresa Dębowska, z głębi serca, zaprezentowała. A to przecież minęły dwie dekady, których nie da się zamknąć w króciutkim wystąpieniu. Sięgając głębiej wstecz, konstatuję, że praca dla sportowego środowiska zdominowała większość mojego życia. Kiedy byłem młodszy, miałem lepsze zdrowie i wielki zapał (ten zresztą pozostał), sam aktywnie uprawiałem sport, grałem w piłkę, namiętnie wędrowałem. Teraz, kiedy przekroczyłem wiek średni, bardziej uaktywniam swoje możliwości menedżerskie niż zawodnicze. Czyli, wykorzystując doświadczenie i sportowego ducha, dziś pracuję tak, by inni mieli z tego radość i pożytek.
A.A.: – Kajakarstwo, żeglarstwo – to z tymi dyscyplinami w „Crossie” kojarzy się głównie Pana nazwisko.
Stanisław Piasek: – Już na pionierskim posiedzeniu prezydium Stowarzyszenia przydzielono mi funkcję przystosowania nowych dyscyplin sportowych do możliwości niewidomych i słabowidzących. Wówczas to rozpoczęliśmy narciarstwo biegowe, kajakarstwo i żeglarstwo. Te dyscypliny zintegrowały naszą sportową rodzinę. Martwi tylko, że coraz mniej młodzieży do niej się garnie. Współodpowiedzialność za ten stan ponoszą niewątpliwie ośrodki szkolno-wychowawcze, gdzie do sportu nie przywiązuje się należytej wagi. Może receptą jest nawiązanie bliższych kontaktów z nauczycielami w-f w szkołach? Podjęcie ściślejszej z nimi współpracy? Obserwuję też, że młodzi ludzie, którzy mają resztki wzroku, unikają imprez z etykietką – niewidomy. Oni nie chcą uprawiać sportu pod tym szyldem. I z tym też trzeba coś zrobić. Bo jeśli nie znajdziemy sposobu na uaktywnienie młodzieży w sporcie, to nasze marzenia o rozwoju Stowarzyszenia „spalą na panewce”.
A.A.: – Środowisko sportowe to druga Pani rodzina, poświęca jej Pani bodajże więcej godzin i energii niż pierwszej.
Józefa Spychała: – Bardzo się wzruszyłam, kiedy rozpoczęliśmy jubileuszową galę hymnem narodowym. To uświadomiło mi, że nasza praca w Stowarzyszeniu ma również sens patriotyczny. Jestem szczęśliwa, że „Cross” przetrwał tyle lat, że wokół tego dzieła skupiło się wielu zapaleńców, których ciągle przybywa. Przybywa sportowców, pojawiają się nowe konkurencje sportowe. W wielu dyscyplinach weszliśmy na międzynarodową ścieżkę i odnosimy sukcesy. My, działacze, mamy tę satysfakcję, że zrobiliśmy kawał dobrej roboty.
Osobistą satysfakcję mam z powołania do życia poznańskiego klubu, który się rozwija, stara się przyciągać młodzież. Marzy mi się, by przybywało jej więcej i będziemy nad tym intensywnie pracować. Lokal klubowy jest otwarty dla wszystkich – jest się gdzie spotkać, porozmawiać, zdobyć poczucie, że jest się potrzebnym.
A.A.: – Pana domeną od zawsze była i jest obsługa prawna Stowarzyszenia. Jak to się zaczęło?
Jan Nafalski: – Trafiłem na zjazd założycielski Stowarzyszenia z ciekawości, za namową przyjaciela. Ale kiedy na I Krajowym Sejmiku wybrano mnie na przewodniczącego sądu koleżeńskiego, wsiąkłem na dobre. Przy tworzeniu organizacji radca prawny jest zawsze bardzo potrzebny. Pierwszy statut Stowarzyszenia nie był mojego autorstwa, ale już wszystkie zmiany i poprawki do niego ja wprowadzałem. Do moich zadań przypisano obsługę komisji uchwał i wniosków, uczestnictwo w rozprawach sądowych, udzielanie porad dotyczących prawa pracy. Prezes Milewski bardzo był rad, gdy mógł mnie mieć, jak to się mówi, zawsze pod ręką. Byłbym nie fair, gdybym nie wspomniał, że w pracy wspierali mnie Antoni Szczuciński, prawnik, i Teresa Dębowska, osoba bardzo kompetentna. Kiedy byłem zawodowo czynny, bywało, że praca dla organizacji kolidowała z zajęciami zawodowymi, z trudem musiałem to godzić. Dopiero gdy zlikwidowałem kancelarię, rozszerzyłem społeczną działalność, zająłem się również innymi sprawami, m.in. koordynacją imprez sportowych.
A.A.: – Jako trener szachistów, jest Pan lubianym i bardzo szanowanym członkiem sportowej rodziny osób niewidomych i słabowidzących. Odznaczenia, którymi uhonorowano Pana podczas jubileuszowej gali, świadczą, że również cenionym i docenionym.
Ryszard Bernard: – To się zaczęło ćwierć wieku temu. W 1986 roku wyjechałem, jako trener kadry narodowej szachistów, na swoją pierwszą imprezę, czyli I Mistrzostwa Świata Niewidomych Kobiet. Ta impreza zakończyła się wielkim sukcesem: złotym i srebrnym medalem naszych pań. Wówczas po raz pierwszy poczułem dumę, że współpracuję ze środowiskiem niewidomych. W ogóle miałem to szczęście, że w okresie współpracy trafiłem, jak to się mówi, na dobry grunt, na ludzi miłych, zdolnych i kochających szachy. Tylko w takiej sytuacji układa się współpraca i przynosi dobre efekty. Dlatego te wszystkie odznaczenia, które podczas jubileuszu 20-lecia „Crossu” na mnie spadły, przyjmuję w imieniu swoich podopiecznych. Bez nich moich sukcesów na pewno by nie było.
A.A.: – W swoim wystąpieniu mówił Pan, Panie Prezesie, o narodzinach „Crossu”, o jego dojrzewaniu, o osiągnięciu pełnoletności. A przyszłość? A priorytety nowego prezesa?
Piotr Dukaczewski: – Młodzieniec nabrał rumieńców, radzi sobie bardzo dobrze. Czas pomyśleć o wyzwaniach życia dorosłego. Poszerzyć gamę sportów? Bardziej uaktywnić się na arenie międzynarodowej? Nowe władze Stowarzyszenia zechcą zapewne sformułować nowe i ambitne cele. Pyta pani o priorytety? Nie należy ukrywać, że rok 2011 był dla nas rokiem trudnym, wręcz nazwałbym go – kryzysowym. Zatem wyzwaniem na najbliższy czas jest uzyskanie pełnej stabilności finansowej, która pozwoli utrzymać dotychczasowy stan posiadania. Ona jest niezbędna, by skupić się na rozwoju naszej działalności, a nie nad głowieniem się, które z przedsięwzięć i w jakiej kolejności zredukować. To najważniejsza sprawa. Druga dotyczy wspólnego wniosku „Crossu” i „Olimpu”, rozpatrywanego w Ministerstwie Sportu i Turystyki, o rejestrację Polskiego Związku Sportu Niewidomych. Jeżeli rejestracja dojdzie do skutku, otrzymamy szansę przejęcia całości sportu osób z dysfunkcją wzroku. To ambitny plan. Jeśli się uda, możemy stać się w przyszłości potęgą, jeśli chodzi o sport niewidomych, pełnoprawnym członkiem rodziny paraolimpijskiej oraz wszystkich międzynarodowych ruchów sportowych.
Nowe władze Stowarzyszenia „Cross”
Rozpoczęła się szósta kadencja władz Stowarzyszenia Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross”. W dniach 2 i 3 grudnia 2011 r. w Warszawie odbył się VI Krajowy Sejmik Stowarzyszenia, podczas którego 87 delegatów z 36 klubów wybrało nowe władze naszej organizacji na lata 2011-2015: 15-osobową radę krajową, 7-osobową komisję rewizyjną i 9-osobowy sąd koleżeński.
W imieniu redakcji życzymy nowym władzom Stowarzyszenia i wszystkim działaczom, aby ambitne plany i zamierzenia, jakie przed sobą postawią, udało się zrealizować w najbliższej przyszłości.
Rada Krajowa
Prezydium
1. Piotr Dukaczewski prezes
2. Józefa Spychała wiceprezes
3. Andrzej Sargalski wiceprezes
4. Zdzisław Mądry sekretarz generalny
5. Jerzy Hanus członek prezydium
6. Lubomir Prask członek prezydium
7. Zbigniew Prokopiuk członek prezydium
Członkowie
8. Michał Czarski
9. Teresa Dębowska
10. Piotr Łożyński
11. Wacław Morgiewicz
12. Mirosław Mirynowski
13. Stanisław Sęk
14. Joanna Staliś
15. Antoni Szczuciński
Zastępcy członków:
1. Marian Koryciorz
2. Józef Plichta
Komisja rewizyjna
1. Anna Grabowicz przewodnicząca
2. Kazimierz Curyło z-ca przewodniczącego
3. Jolanta Maźniak sekretarz
4. Krzysztof Badowski
5. Janina Miszkiewicz
6. Zofia Sarnacka
7. Zdzisław Wojcieszyn
Zastępcy członków:
1. Alicja Pogorzelska
2. Stanisław Poświatowski
Sąd Koleżeński
1. Janusz Polakowski przewodniczący
2. Ewa Sargalska z-ca przewodniczącego
3. Janina Maksymowicz sekretarz
4. Łukasz Baryła
5. Teresa Bonik
6. Barbara Kacprzak
7. Robert Jarząbkowski
8. Stanisław Mazur
9. Grzegorz Nowak
Zastępcy członków:
1. Danuta Biechowska
2. Jacek Stachańczyk
Pierwsze MP w showdown
Do ośrodka wypoczynkowego „Łucznik” w Sielpi koło Końskich
zawitali pod koniec listopada minionego
roku nasi najlepsi gracze showdown –
z przewodnikami, trenerami i sędziami – na finał pierwszych mistrzostw Polski.
Turnieje półfinałowe odbyły się miesiąc wcześniej w Bydgoszczy i Sielpi.
Niestety, nie wszyscy, którzy wywalczyli prawo gry w finale, mogli przyjechać. W piątek (25.11.2011 r.) na odprawę techniczną stawiło się 19 zawodników i 5 zawodniczek, reprezentujących kluby: „Łuczniczka” Bydgoszcz, „Ikar” Lublin, „Sprint” Wrocław, „Victoria” Białystok i Kielce. Po zamknięciu listy startowej główny arbiter Lubomir Prask przedstawił skład sędziowski. Od pierwszego gwizdka na barkach Agnieszki Głowackiej, Izabeli Jaworskiej, Michała Wrzesińskiego, Tadeusza Rudaka, Macieja Prokopiuka, Zbigniewa Prokopiuka, Jacka Osucha spoczywała wielka odpowiedzialność – wyłonienie pierwszego mistrza Polski showdown. Dyscyplina ta w 2012 r. będzie dyscypliną pokazową na paraolimpiadzie w Londynie, a od 2016 r. już obowiązującą na każdej następnej. Wszyscy uczestnicy mieli świadomość, że tworzą nową kartę historii.
Duże emocje towarzyszyły omawianiu regulaminu. Konieczność sprawdzenia przed każdym meczem wymiarów rakietki i szczelności zasłony oczu zostały jeszcze przyjęte spokojnie, ale w części dotyczącej przepisów gry i ich interpretacji przez sędziego praktycznie każdy zawodnik miał jakieś pytania. Na przykład: – Jaka będzie decyzja sędziego, gdy zawodnik będzie trzymał rakietkę w polu bramkowym? – Co się stanie, gdy drugą ręką w trakcie meczu będzie sprawdzał, gdzie się znajduje jego bramka? Pytań było naprawdę wiele, ale wszystkie niejasności zostały rozwiane przez sędziego głównego Lubomira Praska. On, wraz z innymi polskimi arbitrami, systematycznie szkoli się, obserwuje turnieje zagraniczne i przy każdej sposobności omawia z sędziami międzynarodowymi wszelkie sytuacje nie ujęte w regulaminie. Aby następnego dnia zawody przebiegły sprawnie, przeprowadzono zaimprowizowany mecz, podczas którego przećwiczono przywitanie, przedstawienie zawodników, sędziów, trenerów, zaklejanie oczu, mierzenie rakietek, losowanie, kierunki zmian stron, zachowanie podczas przerw na żądanie, zachowanie publiczności oraz możliwość wejścia i wyjścia z sali. Na mistrzostwach nie ma limitu czasu gry na jeden set, gra się w grupach, każdy z każdym. Meczów jest bardzo dużo i nie można sobie pozwolić na dłużyzny i wyjaśnienia w trakcie gry. Następnie przeprowadzono losowanie grup. Dwóch najlepszych mężczyzn z każdego półfinału zostało rozstawionych na pierwsze miejsca w czterech grupach. Pozostali zawodnicy ciągnęli losy według listy rankingowej z półfinałów. Jako ostatni ciągnął los Łukasz Byczkowski, zawodnik z „dziką kartą”. Łukasz nie mógł przyjechać na półfinały, ale w maju wygrał duży turniej showdown i komisja przyznała mu prawo startu w mistrzostwach. Po przeczytaniu składu grup, zawrzało! Jedni cieszyli się ze składu swojej grupy, inni rozpaczali, bo przecież z grupy wychodzi tylko dwóch do następnej rundy. Do każdego z czterech stołów dolosowano skład sędziowski. Równie sprawnie przebiegło losowanie miejsc w grupie kobiet i dolosowanie sędziego.
Rywalizację turniejową rozpoczęli w sobotę mężczyźni. Każdy mecz rozgrywany był do dwóch wygranych setów. Za zwycięstwo w meczu w stosunku 2:0 zawodnik otrzymywał cztery punkty, zaś za zwycięstwo w stosunku 3:1 nagradzany był trzema punktami. Przegrany otrzymywał jeden punkt. Już w eliminacjach przytrafiły się wielkie niespodzianki. Tomasz Lech, zwycięzca jednego z półfinałów, i Dawid Młodnicki, który był drugi w turnieju eliminacyjnym, nie wyszli z grup! Po obiedzie ośmiu półfinalistów przystąpiło na dwóch stołach do rywalizacji o cztery miejsca w finale. Niektórym zawodnikom przerwa obiadowa i chwila odpoczynku nie wyszła na dobre. Tadeusz Sypień w eliminacjach wygrał wszystkie mecze do zera, natomiast w półfinale wszystko przegrał. Okazało się, że poszedł na krótką drzemkę, ale nie mógł się dobudzić i na mecze w drugiej rundzie wpadł zaspany – prosto z łóżka! Jego refleks i percepcja długo „nie mogły się obudzić”. Razem z nim z turniejem na tym etapie musiało pożegnać się jeszcze trzech zawodników, między innymi Wacław Karczewski, który gra na wysokim poziomie i do tej pory zawsze walczył o najwyższe lokaty na zawodach i na zgrupowaniach kadry. Po zaciętej i wyrównanej walce do finału awansowało po dwóch najlepszych zawodników. Poziom umiejętności finałowej czwórki był bardzo wysoki. Widać było, że to był ich dzień i że nieprzypadkowo pokonali swoich utytułowanych kolegów. Licznie zgromadzona publiczność żywo reagowała na każdy zdobyty punkt. Mocno dopingowali „swojego” zawodnicy z „Łuczniczki” Bydgoszcz. Sędzina Izabela Jaworska musiała ich uciszać pod rygorem usunięcia z sali. Przy takim dopingu gracze wznieśli się na szczyt swoich umiejętności. Po pasjonujących pojedynkach wyłoniono zwycięzcę. Pierwszym mistrzem Polski w showdown został Adrian Słoninka, na drugim miejscu uplasował się Adam Wołczyński, trzeci był Łukasz Byczkowski – wszyscy ze „Sprintu” Wrocław. Czwarte miejsce w finale zajął Łukasz Skąpski z „Łuczniczki” Bydgoszcz.
Równolegle z rozgrywkami mężczyzn przebiegał mistrzowski turniej kobiet. Pięć zawodniczek rozegrało 10 meczów, które wyłoniły najlepszą polską showdownistkę. Niektóre gry pań dostarczyły więcej emocji niż rywalizacja wśród mężczyzn. Sytuacja na stole zmieniała się bardzo dynamicznie i czasami pech jednej, a szczęśliwe uderzenie drugiej decydowały o zwycięstwie. Wśród kobiet mistrzynią Polski w showdown została Marta Woźniak z „Łuczniczki” Bydgoszcz, drugie miejsce zajęła Elżbieta Mielczarek ze „Sprintu” Wrocław, trzecia była Jolanta Szapańska („Łuczniczka” Bydgoszcz).
Tak więc dwa kluby – wrocławski i bydgoski – wzięły wszystkie trofea. Zaskoczyły wszystkich słabe wyniki Lublina, który do tej pory był wysoko notowany w rankingach. Tak jednak w sporcie bywa, i to jest jego dobrą stroną, że nie zawsze wygrywają faworyci. Adrian Słoninka, na przykład, na turnieju półfinałowym zajął dopiero piąte miejsce, a teraz nie miał sobie równych. Ela Mielczarek gra bardzo mądrze taktycznie i jest dobra technicznie, ale nie dała rady świetnie dysponowanej tego dnia Marcie Woźniak.
Na turniej był zaproszony przewodniczący komisji showdown przy IBSA, pan Krister Olenmo ze Szwecji. Niestety, nie dojechał. Szkoda! Byłaby to doskonała okazja do nawiązania kontaktów na najwyższym szczeblu, wymiany doświadczeń i kolejnej lekcji showdown.
Teraz ruszamy na podbój Europy. W lipcu 2012 r. w Mediolanie we Włoszech rozegrane zostaną mistrzostwa Europy w showdown. Musimy się do nich dobrze przygotować. Już w styczniu planujemy udział w zawodach w Pajulahti w Finlandii, w marcu w Paryżu, na przełomie kwietnia i maja w Mediolanie, a w połowie maja – w Sztokholmie. Marzeniem naszym jest zakwalifikowanie się kiedyś do Top Twelve. Jest to turniej najlepszej dwunastki Europy – odbywa się w drugiej połowie roku i mogą w nim uczestniczyć najlepsi zawodnicy z listy rankingowej. Naszym nadrzędnym celem jest udział w mistrzostwach świata w 2013 r. w Słowenii. Czeka nas zatem wiele pracy na zgrupowaniach i turniejach. Mamy tylko nadzieję, że Stowarzyszenie „Cross” zdobędzie fundusze na rozwój tej dyscypliny sportu, a Ministerstwo Sportu i Turystyki wesprze nasze działania.
I Indywidualne Mistrzostwa Polski w Showdown
25-28.11.2011 r., Sielpia
Kobiety
1. Marta Woźniak („Łuczniczka” Bydgoszcz)
2. Elżbieta Mielczarek („Sprint” Wrocław)
3. Jolanta Szapańska („Łuczniczka” Bydgoszcz)
4. Gizela Kołodziej („Sprint” Wrocław)
5. Monika Szwałek („Ikar” Lublin)
Mężczyźni
1. Adrian Słoninka („Sprint” Wrocław)
2. Adam Wołczyński („Sprint” Wrocław)
3. Łukasz Byczkowski („Sprint” Wrocław)
4. Łukasz Skąpski („Łuczniczka” Bydgoszcz)
5-8 Patryk Iks („Łuczniczka” Bydgoszcz)
Tadeusz Sypień („Sprint” Wrocław)
Wacław Karczewski („Ikar” Lublin)
Sławomir Stefanek („Ikar” Lublin)
Co w tańcu piszczy?
Za nami kolejny rok tanecznych zmagań. Rok szczególny, ponieważ zbiegł się z jubileuszem Stowarzyszenia. Już dziesięć lat rozwijamy nasze umiejętności w tej jakże potrzebnej, bo wspomagającej proces rehabilitacji, dyscyplinie sportu. „I ciągle pniemy się wzwyż…” – to cytat z piosenki harcerskiej, który – moim zdaniem – dokładnie odzwierciedla stan naszej dyscypliny. Mimo różnych przeciwności – trwamy.
To dzięki tancerzom ćwiczącym w klubach i występujących na turniejach tanecznych dyscyplina istnieje i nadal się rozwija. Od nas zależy, czy w tym jadącym teraz na luzie samochodzie włączymy wyższy bieg i przyspieszymy, w co wierzę, czy niższy – i zwolnimy. Właśnie teraz potrzebne jest nam wsparcie: namawiajcie znajomych, by podjęli treningi, dopingujcie swoich partnerów, naciskajcie prezesów klubów, by finansowali zajęcia, tańczcie w turniejach i doceniajcie wkład pracy wszystkich pracujących przy dyscyplinie. Kochani, do pracy!
Miniony rok podsumowały dwa turnieje: listopadowy w Bydgoszczy i grudniowy w Chorzowie. Bydgoska „Łuczniczka”, która po raz pierwszy organizowała taneczny turniej, zgromadziła mniejszą niż zwykle liczbę tańczących par, co było między innymi wynikiem zmiany terminu rozgrywek. Ten nowy na szlaku tanecznych zmagań turniej odbył się w dniach 25–27 listopada 2011 r. Kto tam nie był, niech żałuje. Koordynator imprezy Ewa Sargalska oraz gościnny hotel „Akor” zapewnili uczestnikom bardzo dobre warunki pobytu. Plusem było też to, że całość imprezy rozegrano w tym samym obiekcie – nie było konieczności przewożenia uczestników czy przemieszczania się między budynkami. Turniej ten warto organizować w przyszłości właśnie w tym miejscu, gdyż z panujących tam warunków będą zadowoleni tancerze całkowicie niewidomi.
W swojej relacji chciałbym skierować uwagę na pary młodzieżowe – przyszłość naszej dyscypliny. Młodzi tancerze z klubu „Łuczniczka” to uczniowie ośrodka dla dzieci niewidomych i słabowidzących w Bydgoszczy. Taneczne umiejętności doskonalą raz w tygodniu. W ich prezentacjach parkietowych widoczna jest pasja i zaangażowanie. Ola, Ewelina, Kasia, Sebastian i Miłosz zasłużyli na szczególną pochwałę. Słowa uznania należą się Miłoszowi, który, za zgodą komisji tanecznej, tańczy w dwóch kategoriach. Namawiałbym bydgoski klub do kontynuacji turnieju, bowiem (pomimo nietypowej sali tanecznej) może on stać się ciekawą, kameralną i „klimatyczną” imprezą. Podziękowania należą się Marianowi Siwce, którego szkoła tańca była „dobrym duchem” turnieju. Pan Marian był odpowiedzialny za wiele spraw, m.in. za przygotowanie młodych zawodników „Łuczniczki” i prowadzenie imprezy. Reasumując, był to udany turniej i jeszcze raz proszę tych, którzy tutaj nie dotarli, aby odwiedzili gościnną Bydgoszcz w przyszłości i wzięli udział w turnieju „Łuczniczki”.
Ogólnopolski turniej tańca sportowego „Łuczniczka”
25-27.11.2011 r., Bydgoszcz
Junior początkujący
1. Miłosz Jarlak, Aleksandra Chrzanowska „Łuczniczka” Bydgoszcz
Junior średniozaawansowany
1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa
Senior zaawansowany
1. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów
Mix zaawansowany
1. Adam Baranowski, Krystyna Szubartowska „Syrenka” Warszawa
Open
1. Sławomir Jeżowski, Anna Baranowska „Syrenka” Warszawa
2. Marian Rosiek, Janina Rosiek „Karolinka” Chorzów
3. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa
W minionym roku ostatni, podsumowujący turniej odbył się już po raz drugi na śląskiej ziemi, w Chorzowie (9-11 grudnia 2011 r.). I tym razem spotkaliśmy się, dzięki uprzejmości władz miasta, na hali kompleksu sportowego „Hajduki”. Koordynatorem turnieju była niezłomna Czesia Konieczna, która zapewniła nam takie warunki, o jakich nam się nie śniło. Większość uczestników mieszkała w hotelu Bella Notte (radzę obejrzeć ofertę hotelu w internecie), co na pewno pozostanie w ich pamięci na długo. W imieniu własnym, jak i pozostałych tancerzy, dziękuję Czesi za tak przygotowaną imprezę. Turniej, jak wspominałem, był dla wszystkich okazją do zaprezentowania tego, czego nauczyliśmy się przez cały rok na treningach. Na parkiecie widać było postępy u większości par. Prezentowały się one w kategoriach, do których przydzielono je w poprzednim roku. Dzięki temu, w ocenie zaawansowania starzy mistrzowie nie mogą już czuć się bezpiecznie. Skład finałów pokazał, które kluby w Stowarzyszeniu są najsilniejsze tanecznie. W imprezie uczestniczyli zawodnicy z klubów: chorzowskiego, warszawskiego, krakowskiego, lubelskiego („Ikar”), wrocławskiego oraz bydgoskiego. Apeluję do innych klubów, aby zainteresowały się stworzeniem sekcji tanecznej i po wyszkoleniu wysyłały swoich zawodników na turnieje organizowane przez nasze Stowarzyszenie. Miejmy nadzieję, że nowo wybrane prezydium będzie nadal przychylne tańcowi.
O bydgoskich tancerzach już wspominałem, teraz o chorzowianach, gospodarzach imprezy, i o „moich” warszawiakach. Z chorzowskiej „Karolinki” tańczyły dwie pary, starzy wyjadacze: Aleksander, Marcin i dwie Basie. Obserwuję u obu par postęp, widać rękę trenera Michała Nogi. Najliczniejszą grupę w kategorii junior wystawiła warszawska „Syrenka”. Kasia z Dawidem, Szymon z Anią, Czarek z Karoliną, Paweł z Sylwią i Piotrek z Mariką na co dzień uczą się (poza Szymonem) i trenują w ośrodku dla dzieci słabowidzących w Warszawie, pod okiem trenera Marcina Błażejewskiego. Na cotygodniowych treningach przy ulicy Koźmińskiej poznają tajniki tańców standardowych i latynoamerykańskich. Mogę ich wszystkich pochwalić za występ. U każdego z nich mógłbym znaleźć element tańca, który się poprawił. Wszystkich młodych tancerzy zachęcam do kontynuowania treningów i do dalszej pracy nad umiejętnościami.
Na koniec kilka refleksji. Po pierwsze – trzeba doprecyzować regulamin tak, aby wszyscy, szczególnie młodzi tancerze, wiedzieli kto, gdzie i w czym występuje. Jakie i kiedy można łączyć kategorie, ile czasu można w nich tańczyć.
Zachęcam wszystkich do działania na rzecz rozwoju dyscypliny. Szukajcie nowych znajomych chętnych do tej jakże pięknej rywalizacji w tańcu.
Życzę wszystkim powodzenia w obecnym roku, który również może okazać się trudny z racji ogólnej sytuacji gospodarczej. Ale to od naszego zaangażowania ostatecznie zależy, czy taniec jako dyscyplina doczeka lepszych czasów.
Ogólnopolski turniej tańca sportowego
10.12.2011 r., Chorzów
Junior średniozaawansowany
Standard-4
1. Aleksander Wesołowski, Barbara Małek „Karolinka” Chorzów
Latin-4
1. Aleksander Wesołowski, Barbara Małek „Karolinka” Chorzów
Junior szkolny Kombinacja 5T
1. Aleksander Wesołowski, Barbara Małek
„Karolinka” Chorzów
2. Marcin Ranos, Barbara Kozerska
„Karolinka” Chorzów
3. Miłosz Jarlak, Aleksandra Chrzanowska
„Łuczniczka” Bydgoszcz
Mix
Standard
1. Wieńczysław Leszczyński, Katarzyna Leszczyńska „Karolinka” Chorzów
Latin
1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa
Open
Standard-4
1. Dariusz Popławski, Joanna Popławska „Syrenka” Warszawa
2. Wieńczysław Leszczyński, Katarzyna Leszczyńska „Karolinka” Chorzów
3. Sławomir Jeżowski, Anna Baranowska „Syrenka” Warszawa
Latin-4
1. Jakub Woźniak, Alicja Pędowska „Syrenka” Warszawa
2. Sławomir Jeżowski, Anna Baranowska „Syrenka” Warszawa
3. Tadeusz Sypień, Iwona Brociek „Sprint” Wrocław
Senior
Standard
1. Dariusz Popławski, Joanna Popławska „Syrenka” Warszawa
Latin
1. Dariusz Popławski, Joanna Popławska „Syrenka” Warszawa
Senior średniozaawansowany
Standard-4
1. Tadeusz Sypień, Iwona Brociek „Sprint” Wrocław
Latin-4
1. Tadeusz Sypień, Iwona Brociek „Sprint” Wrocław
Niepełnosprawni w centrum uwagi
W ostatni poniedziałek listopada w siedzibie firmy AVIVA (to szósta co do wielkości firma ubezpieczeniowa na świecie, a w Polsce lider rynku ubezpieczeń i inwestycji) odbyło się uroczyste spotkanie pod hasłem „Jesteś w centrum uwagi”, w którym wzięli udział paraolimpijczycy, wybitne osobistości sceny muzycznej i teatralnej oraz przedstawiciele Grupy AVIVA z wiceprezes Dominiką Kraśko-Białek na czele. Celem wieczoru było uhonorowanie kolejnych ambasadorów polskich paraolimpijczyków: Urszuli Dudziak i Wojciecha Pszoniaka.
W ubiegłym roku w Arkadach Kubickiego miało miejsce premierowe tego typu spotkanie, którego bohaterami byli Ryszard Horowitz i Janusz Gajos. Otrzymali tytuły ambasadorów. W gronie uhonorowanych tymi tytułami przez prezesa Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego Longina Komołowskiego znajdują się też: Małgorzata Kożuchowska, Justyna Steczkowska, Anna Popek, Karolina Woźniacka, Maciej Miecznikowski, Paweł Bukrewicz. Już od dwóch lat Fundacja AVIVA prowadzi w Polsce unikatowy program stypendialny, obejmujący 50 niepełnosprawnych sportowców i 18 ich trenerów. Do londyńskiej paraolimpiady Grupa AVIVA wspiera ich sumą około 3 mln złotych. To jedyny sponsor prywatny, oprócz, rzecz jasna, instytucji państwowych: Ministerstwa Sportu i Turystyki, PFRON oraz Totolotka, który przekazuje środki pieniężne na przygotowania sportowców do najważniejszej dla nich imprezy.
W październiku tego roku nasi niepełnosprawni sportowcy znaleźli się wśród bohaterów globalnej kampanii AVIVY „Jesteś w centrum uwagi”. Ich fotografie, wykonane m. in. przez Justynę Steczkowską, zostały pokazane na specjalnym ekranie, umieszczonym na budynku National Theatre w Londynie. W czasie 10-dniowej projekcji zaprezentowano fotografie ponad 10 tysięcy osób z wielu krajów świata.
Tytuł ambasadora Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego przyznawany jest osobom, które na polu zawodowym i prywatnym charakteryzują się wytrwałością i zaangażowaniem w dążeniu do zamierzonych celów. Urszula Dudziak, 68-letnia wokalistka jazzowa, traktująca swój głos jak instrument, która współpracowała m. in. z Komedą, Urbaniakiem, Makowiczem, była bardzo wzruszona przyznaniem tytułu ambasadora. Z jej ust padło mało słów, ale za to wraz ze swym zespołem wystąpiła przed zaproszonymi gośćmi ze znakomitym koncertem wokalnym. Więcej za to mówił Wojciech Pszoniak (69 lat), przede wszystkim o swej niełatwej drodze do najwyższych scen teatralnych. Podkreślił, że niepełnosprawni sportowcy mają swój azymut, wiedzą, po co żyją i do czego dążą. Ambitny artysta też podobnie ustawia się do życia. Pani wiceprezes AVIVY w swym krótkim wystąpieniu zauważyła, iż pracowitość, upór, przełamywanie barier, pokonywanie samego siebie, mogą pobudzać do czynów każdego, nie tylko niepełnosprawnego sportowca.
Na warszawskie spotkanie przybyło kilku niewidomych i niedowidzących sportowców, m. in. pływaczka – Joanna Mendak, kolarze – Korc i Kosikowski z trenerem Mirkiem Jurkiem.
Andrzej Szymański
Bowling
XI Ogólnopolski Turniej w Bowlingu
24-27.11.2011 r., Częstochowa
Kobiety
B1: 1. Mariola Maćkowiak („Łuczniczka” Bydgoszcz) 540 p., 2. Karolina Rzepa („Łuczniczka” Bydgoszcz) 506 p., 3. Edyta Siwek („Jutrzenka” Częstochowa) 495 p.
B2: 1. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 845
p.,
2. Danuta Odulińska („Morena” Iława)
808 p., 3. Helena Okrój („Elcross” Elbląg) 780 p.
B3: 1. Emilia Sawiniec („Hetman” Lublin) 832 p., 2. Łucja Grochowska („Jutrzenka” Częstochowa”) 829 p., 3. Irena Curyło („Pogórze” Tarnów) 781 p.
Mężczyźni
B1: 1. Tomasz Borkowski („Ikar” Lublin) 616 p., 2. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 586 p., 3. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 563 p.
B2: 1. Jan Smoła („Morena” Iława) 913 p., 2. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 897 p., 3. Stanisław Oduliński („Morena” Iława) 884 p.
B3: 1. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 1015 p., 2. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 929 p., 3. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 905 p.
Strzelectwo
Indywidualne MP w strzelectwie pneumatycznym (w pozycji leżąc)
25-27.11.2011 r., Dadaj
Karabin pneumatyczny 60 strzałów
Kobiety
1. Aleksandra Janczek („Karolinka” Chorzów) 600 p.
2. Wioleta Zarzecka („Karolinka” Chorzów) 599 p.
3. Teresa Skrzypek („Omega” Łódź) 599 p.
4. Magdalena Dudowicz (Kielce) 590 p.
5. Edyta Kazberuk („Victoria” Białystok) 588 p.
6. Anna Barwińska („Omega” Łódź) 579 p.
7. Bożena Kruk („Warmia i Mazury” Olsztyn) 573 p.
8. Janina Szymańska („Warmia i Mazury” Olsztyn) 571 p.
9. Małgorzata Musiałek („Podkarpacie” Przemyśl) 562 p.
10. Alicja Tkaczyk („Morena” Iława) 540 p.
Mężczyźni
1. Jerzy Załomski („Pionek” Bielsko-Biała) 598 p.
2. Aleksander Krajewski („Karolinka” Chorzów) 597 p.
3. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 589 p.
4. Adam Kielar („Podkarpacie” Przemyśl) 589 p.
5. Krzysztof Paszyna („Podkarpacie” Przemyśl) 588 p.
6. Jerzy Brusik („Omega” Łódź) 588 p.
7. Marian Inglot („Podkarpacie” Przemyśl) 586 p.
8. Roman Jagodziński („Morena” Iława) 570 p.
9. Dariusz Zarzecki („Karolinka” Chorzów) 561 p.
10. Eugeniusz Barszczewski („Morena” Iława) 557 p.
Odszedł Zbyszek Bomba
3 grudnia 2011 roku, po długiej i ciężkiej chorobie, odszedł nasz kolega Zbyszek Bomba.
Był oddanym działaczem sportowym, znanym nie tylko w szczecińskim środowisku niewidomych i słabowidzących sportowców, ale także na arenie ogólnopolskiej. Na początku lat dziewięćdziesiątych był członkiem komitetu założycielskiego Stowarzyszenia „Cross”. Na I Krajowym Sejmiku Stowarzyszenia, w dniu 7 grudnia 1991 r. w Warszawie, wybrany został do pierwszej rady krajowej tej organizacji.
Był też inicjatorem utworzenia w Szczecinie klubu sportowego niewidomych i słabowidzących. Klub ten powstał w roku 1996 r. i otrzymał nazwę „Bryza”. Zbyszek prezesował mu od chwili powstania. Mobilizował ludzi do społecznego działania oraz aktywności sportowej i turystycznej. W klubie powstawały kolejne sekcje: szachowa, kajakowa, kręgli klasycznych i showdown.
Zbyszek wniósł również wkład do rozwoju kolarstwa tandemowego w naszym środowisku. W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych był organizatorem pierwszych pionierskich obozów sportowych w tej dyscyplinie. Lokował je w Szczecinie, gdzie były dobre warunki zakwaterowania, tereny do kolarskich treningów i fachowcy do poprowadzenia zajęć.
Za pracę włożoną w rozwój sportu i turystyki w środowisku niewidomych i słabowidzących, z okazji 20-lecia Stowarzyszenia „Cross”, Zbyszka Bombę odznaczono srebrną odznaką Ministerstwa Sportu i Turystyki „Za zasługi dla sportu” oraz uhonorowano medalem 20-lecia. Z powodu choroby nie mógł odebrać odznaczeń, a jego kolega, Janusz Polakowski, nie zdążył mu ich wręczyć. Wracając z Warszawy, z uroczystej konferencji jubileuszowej, w pociągu dowiedział się o śmierci Zbyszka.
Zbyszek Bomba był nie tylko człowiekiem sportu. Miał wszechstronne zainteresowania. Grał w szachy, interesował się m.in. krótkofalarstwem. Dzielnie walczył z chorobą, wierzyliśmy, że wygra. Stało się inaczej. Straciliśmy kolegę i przyjaciela.
Koleżanki i koledzy z klubu „Bryza"
Marzy mi się paraolimpiada
Honorata Borawa ma duże problemy ze wzrokiem i wiele lekarskich przeciwwskazań. Jednak nie wyobraża sobie życia bez sportu. Próbowała swych sił w różnych dyscyplinach, w każdej odnosząc znaczące sukcesy. Ten największy, jak dotąd, zanotowała w bowlingu, reprezentując Polskę na mistrzostwach świata w Malezji.
Dwudziestodziewięcioletnia zawodniczka klubu „Łuczniczka” z siedzibą w Bydgoszczy nie wywodzi się jednak z miasta nad Brdą. Pochodzi z Dolnego Śląska. Urodziła się w Zawoni, nieopodal Wrocławia. Tam też ukończyła szkołę podstawową. Później, ze względu na wzrok (wysoka krótkowzroczność i jaskra) zmuszona była przenieść się do wrocławskiego ośrodka szkolno-wychowawczego dla dzieci niewidomych, gdzie „połknęła bakcyla” sportu. Chociaż nie tylko.
W czasie siedmiu lat edukacji Honorata na pierwszym miejscu stawiała taniec towarzyski, później śpiew. Bardzo angażowała się w życie wrocławskiego ośrodka. Była przewodniczącą samorządu szkolnego, przygotowywała i prowadziła wiele okolicznościowych imprez. – Nie umiałam siedzieć bezczynnie. W tańcu, wraz z moim partnerem, pochodzącym z Gorzowa, trzykrotnie sięgaliśmy po mistrzostwo kraju. Niestety, w 2004 r., po ukończeniu nauki, wszystko się rozpadło. Każde z nas wróciło w rodzinne strony, choć to nie do końca precyzyjne określenie. Ja, zamiast do Zawoni, zdecydowałam się na wyjazd do Bydgoszczy. I to był „strzał w dziesiątkę” – zapewnia Honorata.
Tu znalazła pracę, trafiła do „Łuczniczki”. Do tańca towarzyskiego nie wróciła. – Musiałabym z nowym partnerem zaczynać wszystko od początku. Wybrałam kręgle klasyczne i strzelectwo – dyscypliny indywidualne, gdzie sama odpowiadam za wynik – tłumaczy.
Systematyczne treningi szybko zaowocowały wymiernymi osiągnięciami. W kręglach klasycznych wywalczyła dwa tytuły wicemistrzyni kraju i 3. miejsce. Zdobyła też medale w strzelaniu z karabinu oraz pistoletu: w drużynie jeden złoty i dwa brązowe oraz jeden brązowy indywidualnie. Największe sukcesy zanotowała jednak w bowlingu. – Ponad cztery lata temu klub wynajął tory w bydgoskiej kręgielni „XL Bowling” i tak się rozpoczęła moja przygoda z „kulaniem” – wspomina Honorata. – Bardzo mi się to spodobało, a że mogłam zajęcia sportowe łączyć z pracą zawodową (najpierw zatrudniłam się w firmie „Ekon”, później „Gryf”, a obecnie w bydgoskim oddziale Polskiego Związku Niewidomych), a od tego roku również ze studiami na Wydziale Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, systematycznie poprawiałam rekordy życiowe.
Debiutując w mistrzostwach Polski w 2008 roku w Ostródzie, Honorata zajęła 4. miejsce. W następnych było oczko niżej. Pierwszy medal w bowlingu zdobyła w 2010 roku. Gospodarzem mistrzostw była wówczas Bydgoszcz. – Stres był ogromny – mówi zawodniczka. – Startowałam przecież na znanej mi doskonale kręgielni, wszyscy liczyli na dobry wynik.
Nie zawiodła. W kategorii B3 przegrała jedynie z Zofią Sarnacką z Olsztyna. Srebrny medal i dobre wyniki w turniejach ogólnopolskich dały jej zwycięstwo w prowadzonym przez Stowarzyszenie „Cross” rankingu i powołanie do kadry narodowej. – To – przyznaje - jeszcze bardziej zmotywowało mnie do intensywnych zajęć pod kierunkiem popularnego „Dziadka”, Macieja Maćkiewicza z „XL Bowling”.
Miniony sezon w wykonaniu Honoraty był jeszcze bardziej efektywny. W Opolu srebrny medal z ubiegłorocznych MP z Bydgoszczy zamieniła za złoty. Swój rekord wyśrubowała na 1068 p. (6 serii). Witold Pankau i Marek Charęziński, trenerzy kadry, zdecydowali powołać ją do reprezentacji Polski na mistrzostwa świata do dalekiej Malezji. – To była dla mnie niespodzianka, a przy tym ogromne wyróżnienie – mówi.
Sześcioosobowa reprezentacja biało-czerwonych debiutowała w światowym czempionacie. – Wyjeżdżaliśmy do Malezji z nadzieją na dobry wynik. Liczyliśmy, że ktoś z naszej ekipy stanie na podium. Niestety, nie udało się. Najbliżej podium była Jadwiga Szuszkiewicz z „Warmii i Mazur” Olsztyn, zajmując 4. miejsce w kat. B2, zaś jej klubowy kolega Mieczysław Kontrymowicz, w tej samej kategorii, uplasował się na 6. pozycji. W mojej kategorii B3 na starcie stanęło 10 zawodniczek, głównie Azjatki: z Tajlandii, Singapuru, Hongkongu, Chin, Japonii oraz przedstawicielki Finlandii i Australii. Rozpoczęłam obiecująco. Na półmetku, z dorobkiem 461 p., zajmowałam 4. miejsce, tracąc do wyprzedzającej mnie zawodniczki z Hongkongu 2 p, zaś 6 do plasującej się na 2. pozycji Japonki. Przewodziła zdecydowanie późniejsza mistrzyni Khao Chanchiao z Tajlandii – 524 p. Po zmianie toru, stres i emocje związane z szansą zdobycia medalu wzięły górę. „Wykulałam” zaledwie 363 p. i z końcowym rezultatem 824 p. zajęłam 9. pozycję – wspomina swoje dotychczasowe zawody życia Honorata.
W klasyfikacji Alt
Ewent, do której zaliczały się wyniki uzyskane we wszystkich grach
(rywalizowano również o medale w dwójkach, trójkach i zespołach 4-osobowych),
bydgoszczanka zajęła 8. lokatę. – Stres był jednym z czynników, mającym duży
wpływ na taki rezultat, lecz nie jedynym – zauważa reprezentantka „Łuczniczki”.
– Brakowało mi, również moim kolegom i koleżankom, regularności, a to wiązało
się z liczbą godzin spędzonych w kręgielni. Ze względu na skromne finanse,
trenuję zaledwie raz w tygodniu po 2 godziny w bydgoskiej kręgielni „Broadway”,
wcześniej „XL Bowling” w Galerii Pomorskiej. To zdecydowanie za mało. Nasi
konkurenci,
a zwłaszcza Azjaci, „kulają” po kilka godzin dziennie. Przed wyjazdem na
mistrzostwa mieliśmy w Pile kilkudniowe zgrupowanie. Efekty były zadowalające.
Niestety, już na miejscu, mimo iż podłoże torów znacznie się różniło od naszych
w kraju, odbyliśmy zaledwie jeden oficjalny trening. Na dodatkowe ćwiczenia nie
było nas stać. Nie mieliśmy pieniędzy na wynajęcie toru. Koszty wyjazdu też w pewnej
części miałam pokryć z własnej kieszeni. Na szczęście, uzyskałam wsparcie ze
strony pana Rafała Bruskiego, prezydenta miasta, oraz właścicieli hotelu „Akor”
– Mirosławy i Olafa Świądrów. Gorąco im za to dziękuję.
Niewykorzystana szansa na medal, jak zapewnia Honorata, nie zniechęciła jej do bowlingu. – Wręcz przeciwnie – zapewnia - chcę systematycznie podnosić swoje umiejętności, aby za 2 lata w Pradze skutecznie rywalizować o medal mistrzostw Europy. Do tego potrzebne jest jednak większe wsparcie ze strony naszego Stowarzyszenia. Być może moje oraz klubowych koleżanek i kolegów bowlingowe sukcesy, których w tym roku nie brakowało, bardziej doceni nasz bydgoski Urząd Miasta poprzez zwiększenie dotacji? Marzy mi się rywalizacja w bowlingu o medale igrzysk paraolimpijskich. Na razie jest to niemożliwe, gdyż tej dyscypliny nie ma w programie paraolimpiad. Niewykluczone jednak, że w niedalekiej przyszłości to się zmieni. Gorąco dyskutowano na ten temat podczas mistrzostw świata w Malezji.
(KAZ)
Słupski „Zryw” wyszedł z cienia
Konferencja jubileuszowa Stowarzyszenia „Cross” zgromadziła w Warszawie wielu działaczy klubowych z całej Polski. Była okazja do rozmów o ich pracy w terenie, o początkach, o tworzeniu klubów i o tym co jest dziś. Ze słupskiego „Zrywu”, liczącego już kilkanaście lat, przyjechali dwaj jego prezesi: Werner Mettel, twórca klubu, i Mirosław Mirynowski, który obecnie prężnie go rozwija. Pierwszy wspominał lata minione, drugi mówił o chwili obecnej, o planach i zamierzeniach klubu.
Na powstanie „Zrywu” złożyły się cztery dziesięciolecia aktywności sportowej słupskiego środowiska niewidomych i słabowidzących, skupionego wokół tamtejszej spółdzielni i okręgu Polskiego Związku Niewidomych. Lata obfitujące w ciekawe wydarzenia i międzynarodowe sukcesy sportowców. Werner Mettel z rozrzewnieniem wspominał swój złoty medal w trójboju lekkoatletycznym (bieg na 60 m, skok wzwyż i pchnięcie kulą), wywalczony w 1966 r. na I Igrzyskach Europejskich we Francji. Lekka atletyka była jego ulubioną dyscypliną, dla której „na później” odłożył szachy, poznane i polubione jeszcze w szkole w Owińskch. Kochał ruch. Przyjemnością były treningi na słupskim stadionie, odbywane dwa razy w tygodniu pod okiem Krystyny Płończak, w których uczestniczyła również Maria Sobiech, oszczepniczka, brązowa medalistka z igrzysk paraolimpijskich w Seulu (1988). Mettel kilkakrotnie brał udział w lekkoatletycznych mistrzostwach Polski, reprezentował kraj na zawodach międzynarodowych. Jego przygoda z „la” trwała do 1978 roku. Wówczas przyszedł czas na szachy, którym wierny jest do dziś.
Na początku lat dziewięćdziesiątych sport niewidomych i słabowidzących w Słupsku zaczął podupadać. Werner Mettel chciał temu zapobiec. Impulsem do działania było powstanie Stowarzyszenia „Cross”. Za namową Tadeusza Milewskiego, ówczesnego prezesa „Crossu”, podjął wraz z przyjaciółmi starania o utworzenie klubu Stowarzyszenia. Udało się. Powstał „Zryw”. Dziś jego młodzi członkowie zastanawiają się, co ta nazwa może symbolizować. Może miała być impulsem do działania i tworzenia nowej jakości w słupskim sporcie?
Początki
Obok Wernera Mettela współzałożycielami „Zrywu” byli: Jerzy Puchalski, Tadeusz Piotrowski i Maria Myszka. Tworzyli komitet, który opracował statut, doprowadził w roku 1995 do rejestracji klubu i zwołał jego pionierskie walne zebranie. Pierwszym prezesem został Werner Mettel. Był nim do roku 2004. W skład pierwszego zarządu klubu weszli także pozostali członkowie komitetu założycielskiego. Szczególnie nieoceniona w pracy dla klubu okazała się Maria Myszka, która podjęła się prowadzenia całej jego dokumentacji.
Pomocny nowemu zarządowi w rozwoju klubowej działalności był ówczesny słupski okręg PZN (obecne koło powiatowe). Udostępnił swe pomieszczenia na siedzibę klubu, a pan Marian Kamiński, księgowy okręgu, zajął się jego finansami.
Tworzenie sekcji klubowych rozpoczęto od szachów, potem pojawiły się kręgle, kajakarstwo i żeglarstwo. Zawsze jednak dominowała królewska gra. Szachiści, głównie Roman Staruch, Werner Mettel i Zygmunt Myszka, mieli i mają najwięcej osiągnięć. Roman Staruch był kilkakrotnie finalistą mistrzostw Polski, a drużyna cały czas utrzymuje się w lidze.
Do roku 2004 słupski „Zryw” należał w Stowarzyszeniu „Cross” do grona małych klubów. Liczba jego członków mieściła się w przedziale do 50 osób. Był więc przez wiele lat w cieniu dużych, dominujących jednostek.
Nowy rozdział
W roku 2004, po trzech kadencjach, nastąpiła zmiana na stanowisku prezesa. Funkcję szefa klubu objął Mirosław Mirynowski. W krótkich dziejach „Zrywu” nastała nowa era. Młody, energiczny prezes pobudził ludzi do działania, ożywił pracę w istniejących już sekcjach sportowych, zaczął też powoływać kolejne. Przybyło wielu nowych członków. Dziś jest ich już 131.
Szczególnie dynamiczny rozwój przeżywał klub od roku 2009. Wywalczone wówczas dość znaczne dotacje pozwoliły na uruchomienie codziennej, systematycznej pracy w sekcjach. Dniem wolnym od zajęć pozostał tylko piątek.
W poniedziałek spotykają się fani kręgli klasycznych i bowlingu. Zwykle na treningu jest pięć lub sześć osób, ale bywają dni, że grupa ćwiczących powiększa się do dziesięciu, a nawet piętnastu. Z grupy B1 trenuje w „Zrywie” Kacper Basiak, finalista mistrzostw Polski w bowlingu. W rzutach pomaga mu barierka, a że klub posiada niestety tylko jedną, więc wkrótce Kacper będzie musiał się nią dzielić z dwoma innymi zawodnikami z B1, którzy do niego dołączą.
Wtorek to dzień strzelców. Zajęcia prowadzi Adam Kaleta, który na co dzień zajmuje się juniorską kadrą Polski w strzelectwie pneumatycznym stojąc. Sekcja strzelecka „Zrywu” jest bardzo prężna. Dwa razy w tygodniu (drugi raz w czwartek) na dwu- lub trzygodzinne treningi przychodzi zwykle około 15 osób. Od półtora roku klub posiada jeden komplet broni laserowej (bardzo mocno eksploatowany na zajęciach), a od dwóch miesięcy broń pneumatyczną. Pomimo skromnych zasobów sprzętowych wyniki uzyskiwane na zawodach przez członków sekcji systematycznie się poprawiają. W strzelaniu laserowym zdarzają się nawet miejsca na podium.
Środa jest dniem warcabowym. Warcabiści szkolą się pod kierunkiem Anny Chylewskiej, kilkakrotnej medalistki mistrzostw Polski w warcabach stupolowych.
Niezwykle intensywnym dniem jest czwartek. Po raz drugi w tygodniu spotykają się na treningu strzelcy i warcabiści. Zajęcia mają też zaawansowani szachiści. Ich trenerem jest mm Witalis Sapis. Początkujących adeptów królewskiej gry szkoli na sobotnich zajęciach Brunon Studziński.
Słupscy zawodnicy coraz częściej zaczynają „mieszać” w czołówce różnych dyscyplin. – Zaczynają się już nas bać – mówi z dumą obecny prezes.
Klub jest też pierwszym w Stowarzyszeniu „Cross”, który intensywnie propaguje w naszym środowisku nordic walking. Miłośnicy tego sportu spotykają się w soboty (w planach są jeszcze spotkania w ciągu tygodnia) i pod okiem świeżo wyszkolonego instruktora Krzysztofa Ruszkiewicza zgłębiają tajniki chodzenia z kijami. O godzinie i miejscu spotkania zawiadamiani są „esemesami”. Na miejscu zbiórki zjawia się około 10 osób. Na razie chodzą na czas. Maszerują godzinę w określonym kierunku. Jest to zwykle trasa długości około 5-6 km i powrót. Marsz poprzedza obowiązkowa rozgrzewka, kończy – rozciąganie mięśni.
Nordic walking zyskuje w klubie coraz więcej zwolenników, gdyż wspólne marsze to nie tylko intensywny ruch na świeżym powietrzu, ale także możliwość spotkania z przyjaciółmi i pogadania na trasie. W „Zrywie” jest on żartobliwie nazywany „nordic plotking”. Dużym zainteresowaniem cieszą się również imprezy turystyczne i rekreacyjne, organizowane w różnych rejonach kraju.
Młodzi prężni
Tak nazywają członkowie klubu Mirosława Mirynowskiego i Krzysztofa Ruszkiewicza (wiceprezesa). Zgrany tandem, stojący na czele obecnego zarządu, uzupełniają: Brunon Studziński (skarbnik), Zdzisław Potasiński (sekretarz) i Stanisław Huzarski (członek).
Mirynowski, pełniący funkcję prezesa, jest również dyrektorem biura „Zrywu”. Ma wykształcenie wyższe pedagogiczne. Ukończył pedagogikę ogólną i opiekuńczo-wychowawczą. Prowadzi również zajęcia z dziećmi autystycznymi. Żonaty. Żona Izabela aktywnie włącza się w pracę klubu. Mirek bardzo sobie ceni jej pomoc przy konstruowaniu unijnych wniosków. W klubie to on odpowiada za finanse. Krzysztof Ruszkiewicz jest kierownikiem sekcji sportowych. Organizuje codzienne zajęcia w klubie, rozbudowuje sekcje, prowadzi nabór nowych członków. Ma wykształcenie średnie i zamierza się dalej kształcić.
Obaj działają sprawnie i zgodnie. Ich nadrzędnym celem jest zmierzanie do pełnej profesjonalizacji pracy klubu. Zadbali też o jego promocję. Dziś „Zryw” jest już dobrze znany w Słupsku. – Nic się już bez nas nie dzieje – śmieje się prezes. – A z początku było trudno, oj trudno! Nikt nas nie znał, nikt się z nami nie liczył. Dziś dla wielu instytucji jesteśmy partnerami w działaniu. To nas cieszy.
„Zryw” ewidentnie wyszedł z cienia i zaczyna dopominać się o miejsce w czołówce.
Teresa Dębowska
Przeżyjmy to jeszcze raz…
Tekst „Tarragona 2004” to początek serii artykułów wspomnieniowych, dotyczących ważnych wydarzeń związanych z poszczególnymi dyscyplinami naszego sportu. Zaczynając od szachów, wracamy pamięcią przede wszystkim do tej ważnej daty, kiedy to niewidomi szachiści zdobyli najwyższe w swojej historii trofeum – olimpijskie złoto.
Tarragona 2004
Olimpiady szachowe niewidomych, najbardziej prestiżowe rozgrywki drużynowe, rozgrywane są co 4 lata. W zależności od liczby uczestniczących państw, medalistów olimpijskich wyłaniano systemem kołowym („każdy z każdym”), były też eliminacje + finały, a ostatnio boje toczą się przeważnie w systemie szwajcarskim. Od początku (Meschede w RFN w 1961 roku) mecze niezmiennie rozgrywane są na 4 szachownicach.
W pierwszych dwóch edycjach triumfowała Jugosławia, ale były to olimpiady w dość kameralnym gronie (8-9 państw). W 1968 roku do rozgrywek przystąpił ówczesny Związek Radziecki i przez dziesięciolecia miał monopol na złoty medal. Początkowo w bataliach o prymat próbowała brać udział Jugosławia (w 1976 roku, w Finlandii, obie drużyny uzyskały identyczną liczbę punktów i o złocie dla Rosjan zadecydowała punktacja pomocnicza), ale od lat 80. ubiegłego wieku hegemonia ZSRR była coraz większa. W 1988 roku w Zalaegerszeg na Węgrzech, w 6-drużynowym finale Rosjanie wyprzedzili Jugosłowian aż o 4,5 punktu! Mało tego – przez wszystkie te wieloletnie rozgrywki reprezentacja naszych wschodnich sąsiadów nie przegrała żadnego meczu!
Od 1990 roku, też co 4 lata na przemian z olimpiadami, rozgrywane są puchary świata niewidomych. Są to również rozgrywki drużynowe na 4 szachownicach, ale uczestniczy w nich tylko kilkanaście reprezentacji – czołówka państw z poprzedniej olimpiady. I właśnie w tych rozgrywkach, w hiszpańskim Logrono w 1998 roku, nastąpił przełom – Rosja przegrała swój pierwszy mecz! Sprawcami tej sensacji byli Polacy. Piotr Dukaczewski w dramatycznym pojedynku pokonał dwukrotnego indywidualnego mistrza świata Sergieja Kryłowa, partie Tadeusza Żółtka, Jana Tatarczaka i Rafała Gunajewa zakończyły się remisami. Wynik 2,5 - 1,5 poszedł w świat, ale końcowej klasyfikacji to nie zmieniło. Rosja pewnie zdobyła Puchar Świata, Polska musiała zadowolić się trzecim miejscem na podium.
Drugi przełom nastąpił na olimpiadzie szachowej w Zakopanem w 2000 roku. Tutaj wprawdzie złoty medal wywalczyli znowu Rosjanie, ale tuż za nimi (tylko 1 punkt różnicy) uplasowali się Polacy, pokonując w dodatku mistrzów olimpijskich w bezpośrednim meczu! Sprawcami pierwszej olimpijskiej porażki Rosji byli Piotr Dukaczewski (wygrał z aktualnym wówczas mistrzem świata Sergiejem Smirnowem) oraz Tadeusz Zółtek, Ryszard Suder i Rafał Gunajew, którzy zremisowali swoje partie.
Trzecim przełomowym momentem był IV Puchar Świata w niemieckim Gelsenkirchen w 2001 roku. Tutaj, po raz pierwszy w historii rozgrywek drużynowych, Rosja musiała zadowolić się srebrnym medalem. Złoto przypadło Polsce i puchar pojechał do Warszawy. W pamięci pozostanie ostatnia runda tych szachowych zmagań, w której oba konkurujące zespoły grały ze sobą. Polska prowadziła w turnieju. Aby wywalczyć pierwsze miejsce, Rosjanie musieli wygrać 3 - 1. Było to zadanie ponad ich siły, choć oczywiście mecz miał bardzo zażarty przebieg. Zakończył się on remisem 2 - 2 i był to wynik trochę szczęśliwy dla Rosjan, gdyż przy stanie 1,5 - 1,5 (zwycięstwo Piotra Dukaczewskiego, remis Tadeusza Żółtka, przegrana Ryszarda Sudera) Rafał Gunajew w wygranej pozycji „wypuścił” przeciwnika.
Ostatni bastion Rosjan padł trzy lata później na XII Olimpiadzie Szachowej Niewidomych w Tarragonie w Hiszpanii. Dla Rosji były to bardzo prestiżowe rozgrywki. Rosyjscy szachiści chcieli zrewanżować się za porażkę w Pucharze Świata. W olimpiadach przecież zawsze zdobywali złoto. Ale i Polacy byli wyjątkowo silni i zdeterminowani. Turniej przypominał zawody, kto wyżej wygra mecz. W lapidarnym skrócie przedstawiam poniżej ich przebieg.
Rosja gromi do zera Kazachstan, Polska z takim samym rezultatem Rumunię. Oni wygrywają 3 - 1 z groźnymi Ukraińcami, my też uzyskujemy z nimi taki sam wynik. W połowie olimpiady kluczowy mecz Rosja – Polska, po emocjonującym przebiegu, kończy się remisem 2 - 2. Wyścig trwa dalej. Rywale wygrywają z Macedonią 3,5 - 0,5. Polacy rozbijają do zera silną Hiszpanię. I wreszcie przychodzi ostatnia runda. Polska prowadzi w tabeli. Ma pół punktu przewagi i lepszą punktację pomocniczą od Rosji. Oni grają z Chorwacją, my z Czechami. Aby wywalczyć olimpijskie złoto, trzeba uzyskać wynik tylko o pół punktu gorszy od Rosjan. Jeśli oni zrobią 4 - 0, my musimy wygrać 3,5 - 0,5. Jeśli oni 3,5 - 0,5, to nas zadowala 3 - 1 itd. Początkowo gra układa się dla nas pomyślnie. Do połowy rundy Chorwaci trzymali się dobrze, my zaś dość szybko objęliśmy prowadzenie 2 - 0, po zwycięstwach Ryszarda Sudera oraz Piotra Dukaczewskiego. Później było już znacznie gorzej. Łudziliśmy się, że Chorwacja urwie konkurentom chociaż pół punktu i obniży nam poprzeczkę. Niestety, na kolejnych szachownicach przewaga grających z ogromnym animuszem Rosjan stawała się oraz większa i w czwartej godzinie gry stało się już jasne, że wygrają mecz do zera. Tymczasem u nas Rafał Gunajew tylko remisuje i tracimy „wentyl bezpieczeństwa”. Losy złotego medalu olimpijskiego zależą od nestora naszej drużyny Tadeusza Zółtka. On musi wygrać, ale po okresie przewagi w grze środkowej jego sytuacja stopniowo się pogarsza i w szóstej godzinie gry na szachownicy powstaje przegrana końcówka skoczkowa:
T. Żółtek (Polska) – F. Vykydal (Czechy)
Białe: Kc3, Sf7, c4, e4, f5
Czarne: Ke3, Sc5, a6, e5, f6
Białe pionki zaraz zginą jeden po drugim. Pozycja jest do poddania, trudno liczyć nawet na remis, wygranie graniczy z cudem. I cud się zdarza... 49...a5 Można było oczywiście zabrać pionka e4 natychmiast, ale czarne, słusznie, nie chcą wpuścić króla na b4. 50.Sd8 S:e4+ 51.Kb3 Sc5+ 52.Kc3 Teraz najprościej wygrywało 52...Ke4 53.Se6 Sb7 54.Sg7 (54.c5 Kd5) 54...Kf3 i jeden z dwóch wolniaków musi rozstrzygnąć losy partii. Następuje jednak 52...Kf4?? 53.Se6+ Ruch jest z szachem, wymienić skoczków nie wolno, bo po 53...S:e6 54.fe6 biały pionek staje się szybko hetmanem. Czech zmuszony został do oddania figury 53...K:f5 54.S:c5 W tym momencie bałem się, że nawet przewaga skoczka może nie wystarczyć do wygranej. Na szczęście dalej poszło już gładko 54...Kf4 55.Kd3 f5 56.Se6+ Kf3 57.c5 a4 Lub 57...e4+ 58.Kc3 e3 59.Sd4+ Kf2 60.c6 itd. 58.c6 a3 59.Kc3 1–0
Trudno opisać radość naszych zawodników. Olimpijskie złoto stało się faktem. Wręczenie medali, pucharów, Mazurek Dąbrowskiego... Jeszcze dziś, po 7 latach, trudno pisać te słowa bez wzruszenia. W końcowej tabeli Polska i Rosja uzyskały identyczną liczbę punktów: 28,5 z 9 spotkań (średnia meczu to wynik wyższy niż 3 - 1!), ale my mieliśmy lepszy tzw. progres. Za tą dwójką drużyn była już przepaść. Trzecia ekipa na mecie – Ukraina – miała do nas aż 6,5 punktów straty! Dopełnieniem polskiego sukcesu drużynowego był złoty medal Piotra Dukaczewskiego i srebrny Ryszarda Sudera za wyniki indywidualne na szachownicach.
Cztery lata później, w kolejnej olimpiadzie – na Krecie – Rosjanom udał się rewanż. Zajęli dość zdecydowanie pierwsze miejsce. Wygrali (po 12 latach!) mecz z Polską 2,5 - 1,5. Nam ta olimpiada nie wyszła – znaleźliśmy się poza podium, zajęliśmy dopiero 4. miejsce. A jak będzie w 2012 roku, na następnej olimpiadzie w Indiach?
Ryszard Bernard
Piękno i sport
Niewątpliwie wartością estetyczną w sporcie jest piękno ciała w znaczeniu najbardziej prostym i bezpośrednim. W świecie antycznym stanowiło, wraz z walorami moralnymi, ideał doskonałości człowieka. Nowoczesne pojęcie piękna sportu odrzuca tendencję do preferowania jednego „złotego” wzorca proporcji, utrzymującą się dziś wyłącznie na konkursach piękności, ewentualnie kulturystyki.
Uroda zapaśnika wag cięższych musi różnić się od kanonu urody średniodystansowca, tak jak filigranowa gimnastyczka od koszykarki czy kolarki terenowej. Demokratyzacja wzorców pozwoliła na zbudowanie układu różnorodnych acz równowartych typów powabów sportu, dała szansę na daleko idącą indywidualizację w tym zakresie. Dała szansę sportowi osób niepełnosprawnych. Sport ujawnia bowiem znacznie więcej możliwości w dziedzinie estetyki. Piękno cielesności, pojętej statycznie, posągowo, ustępuje właśnie w sporcie – i dzięki niemu – kategorii piękna dynamicznego, a więc urodzie ruchu ciał. To nie sportowiec ma być piękny, niczym nieruchoma rzeźba, lecz jego sportowa akcja, wyładowanie energii, eksplozja siły. Efektowny i efektywny zarazem jest człowiek biegnący, skaczący, podnoszący ciężar, wybijający piłkę, fechtujący szpadę. Piękno staje się funkcją stylu i gracji, ale też mocy i skuteczności działań.
Weźmy przykład meczu piłkarskiego. Jego istota nie polega na prezentacji piękna konstrukcji fizycznej zawodników, nie ma jednego, obowiązującego kanonu urody piłkarza. Bo w gruncie rzeczy nie ma żadnego znaczenia, czy jest wysoki, niski, czy proporcjonalnie zbudowany. Cielesność w tym wypadku traktowana jest instrumentalnie, stanowiąc podstawę do realizacji konkretnych zadań ruchowych, mających prowadzić do realizacji celu gry. Piękny strzał na bramkę musi być celny, piękny finisz pływaka czy biegacza musi być błyskawiczny albo piorunujący, piękny skok narciarski musi być imponujący długością zarazem. To jest niezależne od osobistej urody sportowca. A więc piękno w sporcie okazuje się rozmaite. W gruncie rzeczy każdy z osobna może stać się jego nośnikiem, pod warunkiem wszakże, że stanie na starcie i zaprezentuje przed rywalami i publicznością swoje szczególne, wyjątkowe walory.
Inną warstwę piękna w sporcie kreują całościowo pojęte wydarzenia sportowe: mecze, wyścigi, zawody, w których ujawnia się cała jego dramaturgia. Piękny bieg, piękny konkurs skoków czy piękny mecz zostają wkomponowane w sportowe widowisko, przeżywane w podwójnej perspektywie: przez jego uczestników, czyli samych sportowców, oraz przez obserwatorów (dziś często wielomilionową rzeszę publiczności telewizyjnej i internetowej). W zestawie wartości estetycznych, swoistych dla widowiska sportowego, znajdują się te, które czynią go atrakcyjnym w odbiorze. Przyciąganiu coraz liczniejszej publiczności i dawaniu jej poczucia, że uczestniczy w czymś absolutnie wyjątkowym, służą coraz nowocześniejsze środki: niezwykłość i atrakcyjność architektury stadionów i hal, wysycenie spektaklu sportowego treściami kulturowymi, efektowną muzyką i światłem, tańcem i innymi rekwizytami. W halach i na stadionach tworzy się atmosferę święta, najpełniej ujawnianego w ceremoniach otwarcia i zamknięcia igrzysk olimpijskich i dekoracjach zawodników. Wabieniu publiczności służy także show sportowy, stanowiący taki rodzaj widowiska, w którym dominują pokazy zręczności graniczącej z popisami cyrkowymi, czasem również igranie z niebezpieczeństwem, epatowanie widza bogactwem fizycznych możliwości człowieka.
Tak naprawdę jednak scenerię widowiska zawsze wypełniali i wypełniają przede wszystkim zawodnicy. W dzisiejszym sporcie, poza tworzeniem odpowiedniej dramaturgii meczu, są oni także ucieleśnieniem panującej mody i tendencji estetycznej w zakresie strojów, fryzur, ozdób, gadżetów. Również każdy spektakl stadionowy obfituje w „rekwizyty” o walorach estetycznych. Trudno sobie wyobrazić, by mecze mistrzostw świata mogły być dziś rozgrywane starą, zużytą piłką, a w bramkach wisiały potargane siatki. Producenci sprzętu sportowego prześcigają się w promowaniu nowego wzornictwa piłek, strojów i innych akcesoriów. Dziś właściwie każda prestiżowa impreza sportowa to spektakl, teatr, show.
W początkach ery nowożytnej oprawa sportu była prymitywna, zgrzebna, nieporadna. Dziś, przeciwnie, sport stał się niekwestionowaną areną wszelakiego piękna. Czy jednak to piękno idzie w parze z walorami moralnymi? Rysy pojawiające się na etycznym wizerunku sportu – sztuczny doping, ekstremizacja sportu, agresja, kupowanie meczów, coraz większe pieniądze pompowane w oprawę widowisk, w reklamę, która sprawia, że sportowiec staje się swoistym manekinem, prezentującym określone dobra – każą zastanowić się nad tym, czy nie wzywać w tym zakresie do równowagi? Czy chcemy, by sport był dobry i piękny zarazem, czy tylko dobry, a może tylko piękny? Na to pytanie muszą sobie odpowiedzieć sami sportowcy, ich trenerzy, menadżerowie i kibice.
Źródło: „Kultura Fizyczna” 2009 i 2010
Co nas truje
Chipsy i Red Bull to coraz częściej ulubione menu naszych dzieci, młodzieży i dorosłych. Ziemniaczana przekąska i energetyczny napój biją na głowę nawet słodycze, lody czy oranżady. Co dziesiąty gimnazjalista idzie do szkoły, popijając napój energetyczny. Co piąty pije go kilka razy w tygodniu – alarmuje Mazowieckie Centrum Profilaktyki Uzależnień.
Chipsy są smaczne, chrupiące i ładnie pachną. Tymczasem to największy wróg naszej wagi, a pośrednio – zdrowia. Naukowcy z Harvardu przeprowadzili wieloletnie badania ponad 120 tysięcy ochotników pod kątem ich zwyczajów żywieniowych i stylu życia. Na starcie wszyscy mieli prawidłową wagę. Co cztery lata przybywały im średnio dwa kilogramy, w czym największy udział miały właśnie chipsy: wystarczyło zjeść ich średnio 15 sztuk na dzień, by w tym okresie przytyć o 0,76 kg (dla porównania: słodycze dołożyły im tylko 0,18 kg nadwagi, a ziemniaki w innej postaci – 0,56 kg). W USA od kilku lat rośnie liczba otyłych dzieci i młodzieży: pomiędzy drugim a piątym rokiem życia ich odsetek sięga już 20 procent. Nie lepiej jest u nas. Przed dwoma laty Komisja Europejska wymyśliła program „Owoce w szkole”, w ramach którego dzieci z klas I–III szkoły podstawowej miały bezpłatnie dostawać porcje owoców i warzyw. Polska, podobnie jak inne kraje Unii, zgłosiła się do tego programu. Jabłko, gruszka, rzodkiewka, schrupane na przerwie, miały zastąpić chipsy. Trafiły do nielicznych szkół, m. in. z powodu kłopotów z dostawcami. Chipsy miały zniknąć też ze szkolnych sklepików. Z tym poszło lepiej, co nie znaczy, że ograniczyło to ich konsumpcję, skoro chipsy można nabyć wszędzie poza szkołą i przynieść jako drugie śniadanie. Rodzice często nie zwracają na to uwagi, bo bywa, że sami „przegryzają” chipsy w pracy, nie bacząc na doraźne i przyszłościowe konsekwencje zdrowotne, jakie się z tym wiążą. Tymczasem polscy uczeni dowiedli, że regularne jedzenie tej przekąski znacznie zwiększa ryzyko chorób serca. Ziemniaki, bogate w skrobię, zawierają aminokwas – asparaginę. Ta, pod wpływem wysokiej temperatury, łączy się z węglowodanami, tworząc akrylamid. Jest to związek rakotwórczy, szczególnie niebezpieczny dla dzieci. Po zjedzeniu paczki chipsów będą miały one więcej tej toksyny w organizmie niż dorosły mężczyzna o wadze 80-90 kg. Akrylamid wywołuje przewlekłe stany zapalne, co przyczynia się do rozwoju miażdżycy naczyń krwionośnych. Stany zapalne towarzyszą też m. in. początkom choroby nowotworowej, nadwadze i otyłości oraz typowym dla polskich dzieci – chorobom przyzębia i próchnicy. Jedzenie chipsów dodatkowo nasila więc ryzyko tych schorzeń. Naukowcy wykazali także, że akrylamid łączy się z hemoglobiną, co zakłóca sprawne usuwanie z organizmu tego, już zużytego, składnika krwi. Wywołuje to również stany zapalne. Uczeni sugerują, żeby wyhodować odmiany ziemniaków zmodyfikowanych genetycznie o obniżonej zawartości asparaginy, z których w procesie smażenia będzie powstawać mniej trucizny.
Na puszkach napojów energetycznych czytamy zazwyczaj, że „przezwyciężają zmęczenie, stres, poprawiają koncentrację, samopoczucie, przyspieszają metabolizm”. Są polecane dla menedżerów, kierowców i studentów w okresie wzmożonego wysiłku fizycznego lub intelektualnego. Tylko nieliczni producenci piszą malutkimi literami: niewskazane dla dzieci. Prawo nie zakazuje sprzedaży tych napojów nieletnim, więc piją je na potęgę. Z ankiet zebranych w ciągu ostatnich trzech lat przez Mazowieckie Centrum Profilaktyki Uzależnień wynika, że co 14. uczeń podstawówki idzie do szkoły lub wraca z niej, pijąc napój energetyczny. Co drugi uczeń klasy sportowej przyznaje, że jest zachęcany do jego spożywania przez trenera.
Energetyczne drinki są w 10 procentach sklepików w mazowieckich szkołach. To prawda, że zawarte w napojach: kofeina, teina, teobromina, tauryna, witamina B6 chwilowo zwiększają refleks i wydolność organizmu, przeciwdziałają zmęczeniu. Dzieci piją je więc przed sprawdzianami i egzaminem, przed dyskotekami, podczas długiego grania w gry komputerowe i uprawiania różnych sportów. W szkołach, gdzie w sklepikach nie ma „drinków mocy”, przynoszą je wraz z drugim śniadaniem lub zamiast niego.
Ocenia się, że blisko 90 procent dorosłych wie, że ich dzieci piją różne Red Bulle, ale nie są świadomi ryzyka, jakie się z tym wiąże. Tymczasem dla ucznia podstawówki jedna puszka napoju energetycznego dziennie jest równoznaczna z wypiciem siedmiu kaw. W ośrodku leczenia uzależnień przebywa m. in. 11-letni pacjent, który pierwszego „drinka” wypił w wieku 9 lat, dochodząc z czasem do 1 litra napoju dziennie. Był non stop pobudzony, kręcił się w ławce, bił kolegów, był agresywny wobec rodziców. Ponieważ cierpiał na bezsenność, noce spędzał przy komputerze. Pediatra, dr Paweł Grzesiowski z Narodowego Instytutu Leków przyznaje, że przedawkowanie napojów energetycznych może powodować właśnie takie objawy, a także: drżenie rąk, zaburzenia rytmu serca, drgawki, bóle brzucha, odwodnienie, a w skrajnych przypadkach zatrucie z zaburzeniami świadomości. Spożywana w młodym wieku kofeina może uzależniać psychicznie i fizycznie. Nastolatki, które nadużywają „drinków nocy”, w wieku 20 lat będą miały chorobę wieńcową – prorokuje prof. Mariusz Jędrzejko, dyrektor MCPU, dodając, że 80 procent uczniów uzależnionych dziś od narkotyków i dopalaczy zaczynało właśnie od napojów energetycznych.
Jesienią 2010 roku Dania zaalarmowała Komisję Europejską, że informacje na opakowaniach energy drinków są niewystarczające, postulując, by zakaz ich spożywania objął przynajmniej dzieci do 10. roku życia. Prasa doniosła ostatnio, że w samej Danii oraz Norwegii, a także Południowej Walii, część szkół zakazała uczniom picia napojów energetycznych. Europejska organizacja napojów bezalkoholowych (UNESDA) wydała polecenie, by do końca 2011 roku na puszkach energy drinków znalazły się napisy: „Konsumpcja z umiarem” oraz „Nierekomendowany dla dzieci, kobiet w ciąży i osób wrażliwych na kofeinę”.
Dr Grzesiowski idzie jeszcze dalej – według niego we wszystkich krajach Unii powinien obowiązywać zakaz sprzedaży napojów energetycznych dzieciom. Życie jednak uczy, że odgórne zakazy zazwyczaj niewiele pomagają. Niezbędna jest szeroka kampania, uświadamiająca rodzicom i nauczycielom, że „energy drink” to nie oranżada. Główny Inspektorat Sanitarny zaczął właśnie drugą część badań o zwyczajach zdrowotnych uczniów: 12 tysięcy gimnazjalistów odpowie m. in. na pytania, co jedzą i piją. Wyniki będą przekazane samorządom oraz resortowi edukacji. Ten ostatni twierdzi, że w ramach tzw. programów profilaktycznych, jakie nauczyciele realizują w szkołach, mają oni obowiązek informować uczniów o szkodliwości „śmieciowego” jedzenia (m. in. o chipsach) i picia. Z badań MCPU wynika, że robi to tylko 15 procent pedagogów. Miejmy nadzieję, że wyniki badań zmuszą pozostałych do rozsądnej refleksji i działania.
BWO
Jak ćwiczyć mięśnie brzucha
Trening mięśni brzucha jest bardzo istotny nie tylko dla sportowców, ale również dla osób spoza tego kręgu, które chcą zachować zdrowie i właściwą postawę ciała. Wiele osób ćwicząc mięśnie brzucha nie czyni tego w sposób prawidłowy. Przedstawiam zatem istotę tych ćwiczeń, zachęcając wszystkich do codziennego wzmacniania mięśni brzucha.
Mięśnie brzucha składają się z wielu warstw włókien o różnych kierunkach przebiegu, których skurcz odpowiada za różne ruchy. Większość z nich ma przyczepy na miednicy i żebrach (klatka piersiowa) i generalnie ich skurcz będzie zbliżał do siebie oba te elementy kostne. Zasadniczo odpowiadają one za skłony, skłony ze skrętem i skręty. Wyróżnia się mięsień prosty brzucha (biegnie równolegle do kręgosłupa), mięsień skośny zewnętrzny i wewnętrzny (o skrzyżowanych przebiegach) oraz miesień poprzeczny brzucha (o prostopadłym przebiegu wobec kręgosłupa (dookoła ciała).
Mięsień biodrowo-lędźwiowy jest głównym zginaczem stawu biodrowego i jego skurcz przybliża udo i tułów (skłony w przód, unoszenie nóg w górę), tak jak to ma miejsce przy klasycznych brzuszkach. Jest istotny szczególnie w bieganiu, dlatego rozwijany jest w sportach, w których dominuje ta forma ruchu. Nie jest on mięśniem brzucha, ale często jest utożsamiany z jego pracą (przy ćwiczeniach wzmacniających ten mięsień, brzuch niejednokrotnie musi być napięty). Jego przykurcze niekorzystnie wpływają na kręgosłup. Ponieważ nie wchodzi on w skład mięśni brzucha, wiele nowych programów treningowych pozbywa się wszelkich form, w których ten mięsień jest ćwiczony. To nie zawsze jest korzystne.
Mięśnie brzucha spełniają wiele funkcji w organizmie człowieka. Przede wszystkim odpowiadają za stabilizację tułowia i wyprostowaną sylwetkę. W tej funkcji współpracują z mięśniami grzbietu. Pełnią przeciwstawne funkcje, ale powinno się jednocześnie wzmacniać obie grupy mięśniowe tak, by ćwiczenia nie wpływały negatywnie na kręgosłup. Mięśnie brzucha spełniają także wiele funkcji motorycznych, dzięki nim możliwe są ruchy tułowia, miednicy i klatki piersiowej. Wszystkie razem tworzą ścianę brzuszną i pełnią ważną funkcję ochronną narządów wewnętrznych, podtrzymując je na swoich miejscach i wytwarzając ciśnienie wewnątrzbrzuszne. Mięśnie te również wspomagają niektóre procesy fizjologiczne, szczególnie oddychanie, wydalanie i poród.
Poniżej przedstawiam trzy koncepcje treningu mięśni brzucha. Prawidłowy trening powinien łączyć je wszystkie tak, by ich rozwój był jak najbardziej wszechstronny i korzystny.
• Trening kulturystyczny
Kulturystyka za cel stawia sobie rozbudowę mięśni i ładny ich wygląd. Najważniejsze będzie tu uzyskanie płaskiego brzucha z zarysowanymi pod skórą mięśniami (tzw. „kaloryfer”). Najwięcej zwolenników uzyskały gotowe programy ćwiczeń, skierowane na redukcję tkanki tłuszczowej i rozwój tylko i wyłącznie mięśni brzucha. Przykładem jest „aerobiczna szóstka Weidera” lub system ćwiczeń ABS. Dokładny przebieg programu i opis ćwiczeń łatwo znaleźć w internecie lub poradnikach kulturystycznych. Dają dość szybką (ok. 40 dni), poprawę wyglądu brzucha i całej sylwetki.
• Trening sportowy
Sport dąży do jak najlepszych wyników. Trening mięśni ma na celu rozwój ich siły i wytrzymałości, szczególnie kluczowych w danych dyscyplinach partii, a więc również mięśni zginaczy stawu biodrowego (mięsień biodrowy i biodrowo-lędźwiowy). Ruchy są jak najbardziej obszerne i dynamiczne. Trening tego typu szybko poprawia funkcjonowanie mięśni. Znajdować się tu będą ćwiczenia ciężko i lekkoatletyczne (obszerne brzuszki na skośnej ławeczce, wznosy nóg w zwisie i leżeniu tyłem, ćwiczenia z obciążeniami, ciężarami i na trenażerach).
• Ćwiczenia rehabilitacyjne i korekcyjne
Ich główny cel to przywrócenie sprawności kręgosłupa i przeciwdziałanie jego skrzywieniom. Oprócz wzmacniania, istotną rolę odgrywa rozciąganie mięśni. Kluczowe jest ustabilizowanie lędźwiowego odcinka kręgosłupa tak, aby nie było przegięcia (pogłębienia lordozy) w tym obszarze (uzyskuje się to poprzez np. ugięcie stawu biodrowego). Ćwiczenia mają zazwyczaj charakter statyczny i opierają się na zasadach wzmacniania mięśni brzucha – rozciągania mięśni grzbietu oraz wzmacniania mięśni pośladkowych i tylnej partii uda – rozciągania zginaczy stawu biodrowego i przedniej partii uda.
Wyławiając z tych koncepcji najistotniejsze elementy, trening mięśni brzucha powinien, moim zdaniem, spełniać następujące zasady:
1. Każde ćwiczenie należy wykonywać z ustabilizowanym lędźwiowym odcinkiem kręgosłupa i w większości przy ugiętych nogach.
2. Ćwiczenia statyczne (napinanie mięśni brzucha) łączyć z dynamicznymi i obszernymi ruchami.
3. Należy ćwiczyć również mięśnie zginacze stawu biodrowego, pamiętając o tym, by dokładnie je rozciągnąć, tak aby nie doprowadzić do ich przykurczy.
4. Ćwiczyć należy systematycznie, nie doprowadzając do przeciążeń i przemęczenia mięśni (mniejsza objętość, za to częściej powtarzana).
Przedstawię zestaw ćwiczeń, które bez żadnych pomocy można wykonywać w domu:
• Brzuszki klasyczne
Leżenie tyłem, nogi ugięte do kąta 90 stopni w stawach kolanowych, stopy zaparte bądź luźno spoczywające na podłodze. Wykonujemy skłony tułowia w przód, najpierw unosimy klatkę piersiową tak, aby brzuch napiął się maksymalnie, następnie unosimy cały tułów do siadu skulnego.
• Brzuszki ze skrętem
Ustawienie ciała jak wyżej, stopę lewej nogi należy położyć na prawym kolanie, lewe kolano maksymalnie odchylone w bok. Dłonie na karku, łokcie w bok. Wykonujemy brzuszki (skłony tułowia) ze skrętem w lewo, staramy się dotknąć prawym łokciem lewego kolana. Ćwiczenie wykonujemy również na drugą nogę.
• Brzuszki krótkie
Ustawienie jak w ćwiczeniu I. Należy unieść barki i klatkę nisko nad podłogę, maksymalnie napiąć brzuch, starając się zbliżyć jak najbardziej klatkę piersiową do miednicy. Zatrzymać się w tej pozycji 2-3 sekundy i spokojnie opuścić na ziemię.
• „Scyzoryki o ugiętych nogach”
Leżenie tyłem, uda prostopadle w górę, podudzia równolegle do podłoża, ramiona wzdłuż ciała. Ćwiczenie polega na unoszeniu klatki piersiowej nad podłoże tak, aby dłonie wyprostowanych ramion zbliżyć jak najbliżej do stóp. Istnieją dwa warianty tego ćwiczenia: wolne, z 3-sekundową fazą napięcia, oraz dynamiczne, z szybkimi ruchami podnoszenia i opuszczania barków.
• Leżenie przewrotne-przerzutne
W tym ćwiczeniu (leżąc na plecach) dłońmi można przytrzymać się jakiegoś mebla, następnie unosimy wyprostowane nogi za głowę (tzw. „nakrywka”), po czym wznosimy stopy maksymalnie w górę, aż biodra uniosą się nad podłogę (tak zwana „świeca”). Leżenie przewrotne i przerzutne wykonujemy płynnie na zmianę. W trudniejszej wersji tego ćwiczenia dodajemy jeszcze fazę opuszczania wyprostowanych nóg nad podłogę (ale nie za nisko, by nie obciążać lędźwi, kąt między nogami a podłogą nie powinien być mniejszy niż 45 stopni)
• Wznosy ugiętych nóg w zwisie tyłem
W zwisie na drążku, uginamy kolana i wznosimy je maksymalnie w stronę klatki piersiowej, po czym opuszczamy do stopy, aż do pełnego wyprostu nóg. W tym ćwiczeniu należy dążyć do zaokrąglenia pleców po uniesieniu kolan.
Początkującym polecam jedną serię tych ćwiczeń - od 6 do 12 powtórzeń. Stopniowo zwiększamy liczbę serii od kilku powtórzeń do kilkunastu (np. wersja dla zawansowanych 4 x 12 powtórzeń każdego ćwiczenia).
Krzysztof Koc
Gramy w szachy
Zamknięte centrum
W pozycjach z zamkniętym centrum gra przenosi się na skrzydła. Atakujemy na tym skrzydle, na którym możemy uzyskać przewagę w ilości walczących figur lub na którym mamy więcej przestrzeni. Natarcie jest groźniejsze, jeśli jego celem jest nieprzyjacielski król. Podstawę aktywnej gry stanowi marsz pionków. Atak samymi figurami nie ma szans powodzenia. Figury wkraczają do akcji za piechotą.
Praktyczną realizację tych zasad omówimy na przykładzie typowej pozycji z trzema zablokowanymi pionkami na liniach „c”, „d” i „e”:
Białe: Ke1, a2, b2, c4, d5, e4, f2, g2, h2
Czarne: Ke8, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g7, h7
Taki układ pionków w centrum jest charakterystyczny dla wielu wariantów obrony królewsko-indyjskiej, Benoni czy też partii hiszpańskiej. Białe mają kilka typowych planów:
- atak pionkowy lub figurowo-pionkowy na skrzydle królewskim (najczęściej – marsz pionków „g” i „h”, za którymi idą figury),
- otwarcie pozycji lub linii „f” przy pomocy ruchu f2-f4,
- aktywna gra na skrzydle hetmańskim: otwarcie linii „b” (czasami również i linii „a”) poprzez b2-b4 (często w połączeniu z marszem pionka a2).
Plany czarnych są podobne, ale w ataku na skrzydle królewskim uczestniczą częściej pionki „f” i „g”. Regułą (z licznymi wyjątkami) jest podział ról: jeśli jedna strona gra aktywnie na skrzydle królewskim, to druga gromadzi siły na hetmańskim.
W zależności od wzajemnej pozycji króli, rozróżnić można trzy sytuacje:
A) Jeden z króli pozostaje w centrum
Gdy w centrum są zablokowane łańcuchy pionkowe, król może czuć się bezpieczny i w środku szachownicy. Nie przeszkadza to w prowadzeniu aktywnej gry na skrzydle, jeśli tylko można włączyć do akcji wystarczająco dużo figur.
L. Poługajewski – L. Stein
Tallinn 1965
Białe: Ke1, Hd1, Wa1, Wh1, Gd3, Gh6, Sc3, Sf3, a3, b2, c4, d5, e4, f2, g2, h3
Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gc8, Ge7, Sd7, Sg7, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g6, h7
11.g4 Białe decydują się pozostawić na razie króla w centrum, zająć się profilaktyką i utrudnić czarnym zagranie f7-f5 11…Sf6 Skoczek zmierza na g8, aby odrzucić gońca z h6 12.Se2 Biały skoczek natomiast przemieszcza się na g3, aby zwiększyć nadzór nad polem f5 12…Kh8 13.Sg3 Sg8 14.Ge3 a6 Już w tym momencie możliwe było 14…f5, ale po 15.gf5 gf5 16.S:f5 S:f5 17.ef5 G:f5 18.G:f5 W:f5 19.Sd2 Sf6 20.Hc2 Hd7 21.Se4 białe miały do dyspozycji silne pole e4 Czarne postanawiają więc zagrać to później, a teraz rozpocząć aktywną grę na drugim skrzydle 15.Hc2?! Według o. Poługajewskiego, lepsze było uprzedzające czarnych posunięcie 15.b4. Podczas partii białe obawiały się jednak, że po 15…cb4 16.ab4 f5!? Nastąpi otwarcie centrum, co zagrozi królowi 15…b5! 16.b3 Nie wolno oczywiście 16.cb5?! ab5 17.G:b5? Ha5+ i ginie figura 16…Gd7 17.Ke2 Ostateczna decyzja – król zostaje w centrum. Na razie czuje się tam bezpiecznie… 17…Wb8 18.Whg1 He8 19.Wab1 Gd8 20.Sd2 Gh4! Po krótkich manewrach czarne wracają do ruchu f7-f5. W tym celu wymieniają gońca za skoczka 21.Wbf1 He7 22.Sf3 G:g3 23.fg3 bc4?! Ta wymiana była niepotrzebna. Linię „b” wkrótce opanują białe. Po natychmiastowym 23…f5 czarne miały inicjatywę na obu skrzydłach bez ontr gry u partnera 24.bc4 f5 25.Sh2! Wstęp do umiejętnego przegrupowania sił. Na skrzydle królewskim białe ograniczają się do solidnej obrony, przerzucają natomiast swe figury na drugą część szachownicy, aby zająć niepotrzebnie przez czarne otwartą linię „b” 25…He8 26.Wb1 Sf6 27.W:b8 H:b8 28.Wb1 Hc8 29.Hb2 fg4? Zabierając pionka, czarne pozbawiają się aktywności. Po 29…fe4 30.Gc2 h5 31.Hb7 hg4 ich pozycja była wciąż lepsza 30.h4 Sgh5 31.Sf1 Sg8 Niektórzy komentatorzy zalecali tu 31…S:e4 32.G:e4 Gf5, ale po 33.Gh6! (Przegrywa 33.Hc2? G:e4 34.H:e4 W:f1!) 33…G:e4 34.G:f8 H:f8 35.Hb8 białe powinny wygrać końcówkę 32.Hb6 Wf6 33.Gg5?! Teraz z kolei białe szukają zysków materialnych i sytuacja się komplikuje. Po 33.Hb8! końcówka była bardzo trudna dla czarnych 33…Hf8! 34.G:f6+ H:f6 35.Ke1 Hf3 36.Ge2 Hc3+! Ale nie 36…H:e4? 37.Wb3 i białe odpierają atak 37.Kf2 (37.Ke1? Ga4+) 37…Sgf6?! Czarne postanowiły zaryzykować i nie chcą remisu po 37…Hd4+ 38.Ke1 Hc3+ 39.Kf2 Hd4+ Lepiej było jednak pójść na f6 drugim skoczkiem: 37…Shf6 38.Hb2 S:e4+ 39.Kg2 Hd4 38.Kg2? Po prawidłowym 38.Hd8+ Ge8 (38…Kg7? 39.He7+) 39.He7! czarne miały duże problemy, np. 39…Hd4+ 40.Se3 S:e4+ 41.Kg2 38…Hc2! (38…S:e4? 39.Hd8+) 39.Wb2? A to już jest ostatni i przegrywający błąd. Analiza po partii wykazała, że po 39.Hd8+ Ge8 40.Wb8! H:e2+ 41.Kg1 H:c4 42.H:d6 Hd4+ 43.Kg2 H:e4+ 44.Kh2, mimo przewagi materialnej czarnych, pozycja była niejasna 39…H:e4+ 40.Kf2 (40.Kh2 Hd4) 40…Hd4+ 41.Kg2 Gf5! Czarny hetman i lekkie figury stwarzają groźby nie do odparcia 42.Sd2 He3 43.Hd8+ Sg8 44.Gf1 H:g3+ 45.Kh1 Hf2 46.Gg2 Sf4 i białe złożyły broń.
B) Roszady następują w różne strony
W takich sytuacjach o wyniku decydują szturmy pionkowo-figurowe na skrzydłach. Wygrywa strona, której atak jest szybszy i skuteczniejszy.
W. Liberzon – I. Bolesławski
Rostów nad Donem 1960
Białe: Kc1, Hd2, Wd1, Wh1, Ge3, Gf1, Sc3, Sg1, a2, b2, c4, d5, e4, f3, g2, h2
Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gc8, Gg7, Sb8, Se8, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g6, h7
9...f5 W przypadku natychmiastowej próby dojścia do b7-b5: 9...Sa6 10.g4 Wb8 11.h4 białe są szybsze w ataku. Ruch w partii ma na celu dalsze zamknięcie pozycji poprzez f5-f4 lub też (w przypadku wymiany na f5) uaktywnienie gońca g7 10.ef5 Białe chcą atakować króla i rozpoczynają walkę o diagonalę b1-h7 10...gf5 Błędem byłoby 10...G:f5? 11.Gd3 i białe figury zdobywają ważne pole e4 11.Gd3 a6 12.Sge2 b5 Poświęcenie pionka dla otwarcia linii 13.cb5 Ryzykowna decyzja, po której otwierają się dwie linie na skrzydle hetmańskim. Solidniejsze było 13.Gh6 13...ab5 (13...Ha5!?) 14.G:b5 Sc7 15.Gg5!? Wymiana „czarnopolaków” ułatwi dostęp do nieprzyjacielskiego króla 15...Gf6 16.G:f6 H:f6 17.Gd3 Sd7 18.g4 e4!? Typowa ofiara pionka dla zamknięcia diagonali b1- h7 i opanowania pola e5 przez figury. Po ewentualnym 18...Sb6 19.gf5 G:f5 20.G:f5 H:f5 21.Sg3 pole e4 było w rękach białych (21...H:f3? 22.Hg5+ Kh8 23.Whf1 Hg2 24.Hh6 z licznymi groźbami) 19.fe4 f4 20.Wdf1 f3 21.Sg3 Se5 Do tej aktywnej pozycji dążyły czarne, poświęcając dwa pionki. Sytuacja jest jednak obosieczna, gdyż białe mają też atakujące możliwości 22.Sf5 Kh8 Zabranie jakości 22...S:d3+? 23.H:d3 Ga6 24.H:f3 G:f1 25.W:f1 pozbawiało inicjatywy i prowadziło do porażki 23.Gb1 Ostrożniejsze było 23.Whg1, nie rezygnując z kontroli nad polem c4 23...G:f5 24.ef5? Decydujący błąd. Po 24.g5! Hg6 (Lub 24...Hg7 25.ef5 Sc4 26.f6!) 25.ef5 W:f5 26.h4 Hf7 27.G:f5 H:f5 28.Wd1 białe odpierały atak. Teraz natomiast natarcie czarnych rozwija się błyskawicznie 24...Sc4! 25.Hf4 Po 25.Se4 S:d2 26.S:f6 S:f1 białe traciły całą wieżę 25...S:d5! 26.g5 Do mata prowadziło 26.S:d5 H:b2+ 27.Kd1 H:b1+ 28.Hc1 Hd3+, a 26.H:c4 Hg5+ 27.Kd1 Se3+ kosztowało hetmana 26...S:c3?! Lepsze 26...H:c3+! 27.bc3 S:f4 27.H:c4? Nie wolno 27.gf6, bo Se2+, ale 27.Wf2! pozwalało przedłużyć opór 27...H:g5+ 28.Kc2 Se2 29.Kd1 Wa4! (30.H:a4 Hc1x, 30.Hc2 Wd4+, 30.h4 He3) i białe poddały się.
C) Króle roszują w jedną stronę
Takie sytuacje występują w praktyce najczęściej. Gra może przybierać różnorodny charakter – walka na jednym lub na obu skrzydłach. W typowych pozycjach, powstających w wielu wariantach obrony królewsko-indyjskiej, białe z reguły atakują na skrzydle hetmańskim, czarne – na królewskim:
B. Larsen – R. Fischer
4 partia meczu, 1971
Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Ge2, Sc3, Sd2, a2, b2, c4, d5, e4, f2, g2, h2
Czarne: Kg8, Hd8, Wa8, Wf8, Gc8, Gg7, Se7, Sf6, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g6, h7
10.Wb1 Se8 Obie strony przygotowują piechotę do natarcia 11.b4 b6 Po 11...cb4 12.W:b4 b6 do akcji ruszał pionek a2 12.a4 f5 13.a5 Sf6 Czarne trzymają napięcie w centrum. Po 13...fe4 14.Sd:e4 biały skoczek wkraczał na silną pozycję, a 13...f4 14.Gg4 umożliwiało przeciwnikowi korzystną wymianę białopolowych gońców 14.Ha4 Gd7 15.Ha3 Gh6 16.Gd3 Hc7 17.bc5 bc5 18.ef5?! Wątpliwa decyzja. Białym trudno było wytrzymać nacisk na punkt e4, ale teraz czarne otrzymują linię „g” do ataku. Lepsze 18.Sf3 G:c1 18.Wf:c1 lub 18.a6 18...gf5 19.Gc2 Energiczniejsze było 19.Sb5 G:b5 20.W:b5 Kh8 21.a6 i czarne muszą skierować część sił do obrony skrzydła hetmańskiego 19...a6!? Bardzo ogranicza aktywne możliwości białych 20.Sde4?! Ta operacja wymienna ułatwia przerzut ciężkich figur czarnych do ataku na króla. Lepiej wyglądało 20.Wb6 Sc8 21.Wb1 20...G:c1 21.S:f6+ W:f6 22.Wf:c1 Waf8! 23.Wb6 Gc8 24.Se2? Pogarsza sytuację. Konieczne było 24.f4 ef4 25.Wf1 Sg6 26.Se2 24...f4! Oddając punkt e4, otrzymują czarne pole f5 dla lekkich figur 25.Ge4 Sf5 26.Wc6 Hg7! 27.Wb1 Po 27.G:f5 G:f5 28.W:a6 Gg4 29.f3 Gh3 groźby również stawały się trudne do odparcia 27...Sh4! 28.Hd3 Nie przechodziła obronna kombinacja 28.W:c8 W:c8 29.Hh3, bo Wcf8! 30.H:h4 Wh6 i ginął hetman 28...Gf5! 29.Kh1 f3! Wygrywało też 29...H:g2+ 30.G:g2 G:d3 31.Wg1 S:g2 32.W:g2+ Kh8 33.Sc3 G:c4 itd. 30.Sg3 fg2+ 31.Kg1 G:e4 32.H:e4 Sf3+ 33.K:g2 Sd2 0–1
Obrona królewsko-indyjska
M. Gurevich – V. Bologan
Belfort 1999
1.d4 Sf6 2.c4 g6 3.Sc3 Gg7 4.e4 d6 5.Sf3 0–0 6.Ge2 e5 7.0–0 Sc6 8.d5 Se7 9.Sd2 c5 10.Wb1 Se8 11.b4 b6 12.bc5 W porównaniu z poprzednią partią, białe rezygnują ze wsparcia pionka a2 12...bc5 13.Sb3 f5 14.Gg5 h6 15.G:e7 Białe wymieniają ważnego gońca, ale uzyskują za to dla skoczka ważne pole c6 15...H:e7 16.Sa5 Sf6 17.Sc6 He8 18.Gd3 Wf7 Wstęp do typowego przegrupowania: goniec idzie na obronną pozycję na f8, wieża zajmuje linię „g”, aby wspomagać marsz pionka 19.Wb3 Gf8 20.Hc2 f4 21.f3 Groziło nieprzyjemne 21...f3 21...g5 22.Ge2 Wg7 Posunięcie g5-g4 wymaga jeszcze długich przygotowań: 22...g4?! 23.Wfb1 g3 24.h3 Sh7 25.Wb8 i czarne są sparaliżowane 23.Wfb1 Gd7 24.Wb8 W:b8 25.W:b8 Białe okazały się szybsze, ale i czarne dysponują groźbami na swoim skrzydle 25...Hh5 26.Sd8! Skoczek zmierza na e6, aby wymienić chociaż jedną atakującą lekką figurę. Groźba g5-g4 jest już poważna. Komentujący partię am. Bologan podaje taki przykładowy wariant: 26.Sb5? g4 27.S:d6 gf3 28.G:f3 H:f3 29.Se7+ Kh7 30.W:f8 He3+ 31.Hf2 W:g2+! 32.K:g2 Gh3+ z matem 26...g4 27.fg4 Hh4 28.Hd2! Konieczna jest obrona pola e1. Przegrywało 28.h3? G:g4! 29.hg4 S:g4 30.G:g4 He1+ 31.Kh2 W:g4 28...G:g4 Nie wolno wymienić skoczka – jest on czarnym potrzebny do ochrony pola d5. Po 28...S:g4?! 29.G:g4 G:g4 30.Se6! G:e6 31.de6 He7 32.Sd5 H:e6 33.He2, mimo pionka mniej, białe przeważały 29.Se6 G:e6 30.de6 Hh3 31.Gf3 H:e6 32.Sd5 Sh7? Błąd. W końcówce po 32...S:d5 33.H:d5 H:d5 34.ed5 aktywność białych figur rekompensowała pionka, ale o przewadze trudno było mówić. Teraz natomiast czarne tracą tempo i wpadają w kłopoty 33.Ha5 Sf6 34.Hd8 Wf7 35.Kf1 Kg7 Niedobre było 35...S:d5? 36.cd5 He7 37.Gh5! Wg7 38.Gg4! i białe wygrywają 36.Ke2 Sd7 37.Wb7?! Po wymianie wież bronić się będzie czarnym łatwiej. Więcej szans dawało 37.Hc8!? Hg6 38.Wa8 37…Sb6 38.W:f7+ H:f7 39.Kd3 S:d5 40.ed5 Hb7 41.Kc2 He7 i zgodzono się na remis.
G. Kasparow – T. Georgadze
Mińsk 1979
Białe: Kg1, Hd1, Wa1, We1, Gc1, Gc2, Sc3, Sf3, a2, b2, c4, d5, e4, f2, g2, h3
Czarne: Kg8, Hc7, Wa8, We8, Gd7, Gf8, Sf6, Sg6, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g7, h6
Ta pozycja powstała z partii hiszpańskiej. Gra potoczyła się niepomyślnie dla czarnych, gdyż białym udało się dokonać korzystnej wymiany gońców 17.Ga4! Układ pionków w centrum wyraźnie wskazuje, który goniec jest „dobry”, a który „zły” 17...a6 18.G:d7 S:d7 19.g3 Aktywne działania białych na skrzydle hetmańskim poprzedzone są ograniczającymi, profilaktycznymi posunięciami w drugim rejonie szachownicy 19...Ge7 20.h4 Sf6 21.Sh2 Hd7 22.a4 Hh3? Czarne próbują rozpocząć atak samymi figurami, ale groźby są łatwe do odparcia. Zasługiwało na uwagę 22...a5, co jeszcze bardziej ograniczało gońca, ale przenosiło ciężar gry na drugie skrzydło 23.Hf3 W zależności od sytuacji, białe szykują się zagrać Hf5, Hg4 lub Hg2. Czarny hetman wraca więc do swojego obozu 23...Hd7 24.a5! Wstęp do ruchu b2-b4, który otworzy front na skrzydle 24...Sf8 25.Gd2 Wec8 26.Sf1 Sg4 27.Sa4 Gd8 28.Wec1 Wab8 29.b4! cb4 30.G:b4 h5 31.Sb6 G:b6 32.ab6 He7 33.Ha3 Teraz trzeba dojść do c4-c5 33...Wd8 34.f3 Sh6 35.c5! dc5 36.G:c5 Hf6 37.Kg2 We8 38.Ge3 Sd7 39.Wab1 He7? Przeoczenie, ale pozycja czarnych stała się już strategicznie przegrana 40.H:e7 W:e7 41.Wc7 1–0
Ryszard Bernard
Powrócę do rozpoczętego w numerze 7-8/2011 tematu, dotyczącego planu gry przy układzie kamieni 27 i 29 u białych oraz 22 i 24 u czarnych. Na początku partii, a często i w grze środkowej, jest to układ niekorzystny, chyba że w perspektywie mamy możliwość forsownego uwolnienia się od tego układu. W wymienionym numerze „Crossu” rozpatrywaliśmy plan przeprowadzenia wiązania długiego skrzydła z wykorzystaniem omawianego układu kamieni. Inną możliwością wykorzystania układu 22-24 jest plan związania pozycji przeciwnika w „kleszcze”. Już w debiucie może dojść do tego typu związania. Oto dwa przykłady.
Przykład A:
1. 32-28 18-22 2. 37-32 13-18 3. 41-37 9-13 4. 46-41 4-9 5. 34-30
To posunięcie ma sprowokować ewentualną błędną odpowiedź.
5… 20-24? 6. 32-27!
Pozycja czarnych została złapana w „kleszcze”. Na skuteczność tego związania decydujący wpływ ma kamień 24, który pozbawia czarnych możliwości wymian. W tym przypadku czarne już po trzech następnych ruchach będą zmuszone oddać kamień.
6… 14-20 7. 30-25 10-14
Czarne ustawiły kolumnę 15-24, poprzez którą przygotowały sobie jedyną możliwość wymiany 24-29. W celu pozbawienia czarnych tej możliwości, białe ustawiają kolumnę na linii głównej.
8. 38-32!!
I czarne muszą stracić kamień w zamian za uwolnienie się od związania.
8… 24-29 9. 33x24 22x33
Na 9…20x29 nastąpi 10. 28-23 19x28 11. 32x34
10. 39x28 20x29 11. 28-22 17x28 12. 32x34
Gdyby w miejsce 8…24-29 czarne wykonały ostatnie wyczekujące posunięcie 8…5-10, to po 9. 43-38 24-29 dojdzie do tego samego rozstrzygnięcia.
Przykład B:
1. 32-28 18-22 2. 37-32 12-18! 3. 41-37 7-12 4. 46-41 1-7 5. 34-30 20-24 6. 32-27
W tym przykładzie czarne mają możliwość uwolnienia się od „kleszczy”. Oczywiście przegrywają posunięcia 6…14-20 i 6…15-20, na które białe mają odpowiedź 7. 30-25 i gra zostanie sprowadzona do tych samych wariantów co w przykładzie A.
6… 24-29! 7. 33x24 22x33 8. 39x28
Po 8. 38x29 18-22 białe tracą materiał.
8… 15-20 9. 24x15 19-24 10. 30x19 14x21
Jest to jedyny przypadek, wynikający z opracowania debiutowego, kiedy strona złapana w „kleszcze” ma możliwość uwolnienia się od związania. Do związania w „kleszcze” może dojść w różnych debiutach i na różnych etapach rozgrywanych partii. Podstawowym warunkiem uzyskania przewagi pozycyjnej jest związanie przy układzie kamieni 22-24 u czarnych lub 27-29 u białych. Takie partie na ogół kończą się szybko z powodu nieuniknionych strat materialnych. Poniżej bardzo interesujący przykład partii, rozegranej podczas półfinału mistrzostw Polski Mława 2011.
Sebastian Chrząszcz – Bartek Gronowski
1. 32-28 16-21 2. 37-32 11-16 3. 31-26 7-11 4. 41-37 1-7 5. 37-31 18-22 6. 31-27 22x31 7. 26x37
Po tej wymianie białe oddają inicjatywę i tracą 2 tempa. Lepsze było 7. 36x27.
7… 12-18 8. 37-31
Niedokładność, prawidłowe byłoby 8. 34-30, 9. 40-34 rozwijające krótkie skrzydło.
8… 7-12 9. 34-30 19-23 10. 28x19 14x23 11. 42-37 17-22 12. 30-25?
Posunięcie to pozwala czarnym na zwiększenie tempa do +8.
12… 11-17 13. 25x14 10x19 14. 33-29?
Białe dążą do zniwelowania dużej różnicy temp w najprostszy sposób, co prowadzi do powstania słabości w ich pozycji w postaci układu kamieni 29-35.
14… 23x34 15. 40x29 21-26 16. 45-40
Broniąc się przed próbą ograniczania aktywności długiego skrzydła, należało grać 16. 39-33 z dalszym 17. 32-28.
16… 9-14! 17. 50-45 17-21 18. 40-34 14-20!
Kolumny 15-20 i 8-19 pozbawiają białe aktywności na krótkim skrzydle.
19. 44-40 19-23!
Nadal nie można grać krótkim skrzydłem. Np.: 20. 35-30 prowadzi do katastrofy. Nastąpi bowiem 20…23-28 21. 32x23 20-24 22. 30x19 13x35 X.
20. 39-33 13-19!
Czarne dokładnie wykorzystały niekorzystny dla białych układ 29-35 i doprowadziły do unieruchomienia krótkiego skrzydła. Po 21. 43-39 nastąpiłoby zwią-zanie w „kleszcze” - 21…19-24 z licznie grożącymi kombinacjami.
21. 47-41 21-27
Groźną kolumnę należało zlikwidować.
22. 32x21 26x17
Bicie 22…16x27 doprowadziłoby do serii wymian: 38-32, 31-27, 37-31 i w konsekwencji do zniwelowania ogromnej przewagi czarnych.
23. 37-32 8-13 24. 31-27?
Błąd rozstrzygający o wyniku partii. W trudnym położeniu można było się bronić po 24. 31-26 22-27 25. 32x21 16x27 26. 38-32 27x38 27. 43x32.
24… 22x31 25. 36x27
Po ostatniej wymianie w pozycji białych powstał układ kamieni 27-29. Odpowiedzią czarnych powinno być związanie w „kleszcze” co najmniej z dwóch powodów: 1) w celu realizacji pozycyjnej przewagi; 2) w celu niedopuszczenia do zagrania 33-28, co prowadziłoby niemal do wyrównania.
25… 19-24!! 26. 41-36 3-8 27. 36-31 2-7 28. 46-41 7-11 29. 41-36 5-10 30. 49-44 10-14 31. 31-26 17-21!
Zredukowanie sił białych na długim skrzydle ma doprowadzić do ograniczenia rezerwowych posunięć.
32. 26x17 11x31 33. 36x27 12-17 34. 48-42 14-19 35. 43-39 17-22!
Czarne forsownie realizują pozycyjną przewagę.
36. 27-21 16x27 37. 32x21 8-12 38. 21-16
I nie czekając na odpowiedź czarnych, białe poddały się. Po 38…6-11 39. 16x7 12x1 białe muszą oddać kamień i pozostają z przegraną pozycją 40. 35-30 24x35 41. 29-24 20x29 42. 33x24 19x30 43. 34x25 23-28 44. 42-37 22-27.
Jan Sekuła



