stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych Stowarzyszenie kultury fizycznej sportu i turystyki niewidomych i słabowidzacych

Nr 1 (130) Styczeń 2016

CROSS 1/2016

ISSN 1427-728X

ROK XIV

Nr 1 (130)

Styczeń 2016 r.

miesięcznik

INFORMACYJNO–SZKOLENIOWY

STOWARZYSZENIA KULTURY FIZYCZNEJ

SPORTU I TURYSTYKI NIEWIDOMYCH

I SŁABOWIDZĄCYCH „Cross”

Adres redakcji:

00-216 Warszawa

ul. Konwiktorska 9, tel.: 22 635 57 94

tel. kom. 668 764 654,
666 725 040

e-mail: redakcja@cross.org.pl

Redaguje zespół w składzie:

Marta Michnowska

Redaktor naczelna

Anna Baranowska

Zastępca redaktor naczelnej

Grażyna Wojtkiewicz

Korekta

Opracowanie graficzne:

Studio Graficzne Novelart

 Skład, druk, oprawa i kolportaż:
EPEdruk Spółka z o.o.
ul. Konwiktorska 9, 00-216 Warszawa

Miesięcznik dofinansowuje

Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

 

 

Redakcja nie zwraca tekstów niezamówionych

 

aaa

 

Spis treści:

 

265 dni do paraolimpiady w Rio

Andrzej Szymański

Zaczęło mi brakować czasu

Andrzej Szymański

Finisz na pełnych obrotach

Mirosław Jurek

Obronione tytuły

Grzegorz Modrzyński

Pucharowe potyczki

Piotr Dudek 

Częstochowa na koniec sezonu

Wojciech Puchacz

Wiadomości

Dla przyjaciół Piter

Beata Niedziela

Fekalny przeszczep

(BWO)

Snowboard – jak się przygotować?

Krzysztof Koc

Gramy w szachy

Ryszard Bernard   

Gramy w warcaby

Jan Sekuła

Na końcu świata

Barbara Zarzecka

 

aaa

 

igrzyska

 

265 dni do paraolimpiady w Rio

Tyle ich pozostało od  14 grudnia 2015 roku, czyli od dnia, w którym w Centrum Olimpijskim w Warszawie odbyła się konferencja poświęcona przygotowaniom zawodników niepełnosprawnych do udziału w igrzyskach paraolimpijskich w Rio de Janeiro. Spotkanie było podsumowaniem realizacji projektu „Olimpijczyk”.

Do Centrum przy Wybrzeżu Gdyńskim 4 przybyli znamienici goście: minister sportu i turystyki Witold Bańka, pełnomocnik rządu  ds. osób niepełnosprawnych Krzysztof Michałkiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego Andrzej Kraśnicki, sekretarz generalny PKOl Adam Krzesiński i, rzecz jasna, prezes Polskiego Komitetu Paraolimpijskiego Łukasz Szeliga. Zaproszono też byłych paraolimpijczyków, weteranów igrzysk  i tych, którzy wyjadą do Brazylii  we wrześniu 2016 roku. 

Krótko o paraolimpiadach

Zaczęło się w Rzymie w 1960 roku. W igrzyskach wystartowało wtedy 400 niepełnosprawnych zawodników. Nasi nie brali w nich udziału. Po raz pierwszy osiemnastoosobowa ekipa polskich sportowców wystartowała w Heidelbergu w 1972 roku. Potem co cztery lata zdobywali medale. Toronto, Arnhem, Nowy Jork, Seul, Barcelona, Atlanta, Sidney, Ateny, Pekin, Londyn... Właśnie w stolicy Wielkiej Brytanii Polska w klasyfikacji medalowej uplasowała się na bardzo wysokim 9. miejscu wśród 74 krajów medalistów. Piąte miejsce w Europie z 36 medalami (w tym 15 złotych) to naprawdę Mount Everest.

W Rio de Janeiro w igrzyskach paraolimpijskich weźmie udział 4300 sportowców ze 179 krajów. Zdobywać będą medale w 23 dyscyplinach (w sumie 528 konkurencji). Doszły dwie nowe: kajakarstwo i triathlon. Na 21 obiektach sportowych będą walczyć głównie lekkoatleci (ponad 1000 zawodników) i pływacy (600). Najmniej zawodników wystartuje w triathlonie – 60 osób. Z kraju nad Wisłą do Brazylii poleci prawdopodobnie około 100 sportowców i 50 osób towarzyszących – trenerów, działaczy, lekarzy, masażystów i przewodników. Wylądują w Brazylii 1 września, a wylecą 20 września. Igrzyska potrwają od 7 do 18 września. Polski Komitet Paraolimpijski będzie odpowiadał za logistykę związaną z występem naszej reprezentacji: akredytację, zgłaszanie do kwalifikacji, transport, ubezpieczenie, wyposażenie w stroje narodowe itp. 

Współpraca, czyli sukces

Dwa lata trwały rozmowy między PKOl a Komitetem Paraolimpijskim. Dotyczyły współpracy między tymi organizacjami. Andrzej Kraśnicki, szef PKOl, mówi: „Będziemy się wzajemnie wspierać, wykorzystywać doświadczenia, forsować na forum parlamentu zadania dla wszystkich sportowców, niezależnie od sprawności. Jako starszy brat podzielimy się z PKPar-em doświadczeniami metodologicznymi, użyczymy im bazy sportowej, wystąpimy w strojach narodowych tej samej firmy. To porozumienie wyszło od Łukasza Szeligi, ale decyzja została podjęta wspólnie, dla dobra polskiego sportu”.

Porozumienie podpisano w błysku fleszy. Andrzej Kraśnicki i Łukasz Szeliga wymienili się dokumentami, a w tym czasie minister sportu i turystyki  Witold Bańka udzielił krótkiego wywiadu reporterowi „Crossa”. Pan minister zakończył już karierę sportową. Był znakomitym sprinterem, zdobył brązowy medal w sztafecie 4x400 m
na mistrzostwach Europy. Na pytanie, jakie działania Ministerstwo Sportu i Turystyki może obiecać niepełnosprawnym sportowcom na kilka najbliższych lat, odpowiedział:

– Podstawowa sprawa to zapewnienie finansowania dla tej grupy sportowców i zależy nam, aby to się udało. Ważne są kwestie szkoleniowe, konsultacje ze środowiskiem trenerskim sportu niepełnosprawnych. Będziemy słuchać opinii osób funkcjonujących w tym środowisku od lat i poznawać potrzeby szkoleniowe, dostęp do bazy sportowej, jej infrastruktury. Jestem otwarty na moich niepełnosprawnych kolegów.

– Uprawia Pan wciąż sport? Przecież trzy lata temu jeszcze Pan startował.

– Staram się od czasu do czasu biegać w godzinach rannych. Nie lubię tego rannego biegania, ale musiałem się przestawić ze względu na pracę w ministerstwie do późnych godzin wieczornych. Nie wypada, by minister sportu nie ruszał się, nie dawał przykładu zdrowego trybu życia.

Oprócz głównego punktu konferencji – podpisania porozumienia o współpracy między komitetami – dla uczestników przygotowano bardzo interesujące wykłady. Pierwszy z nich dotyczył kariery dwutorowej sportowców, czyli odnajdywania się zawodników wyczynowych na rynku pracy po zakończeniu sportowej rywalizacji. Kolejny odnosił się do roli kobiet w sporcie paraolimpijskim, a ostatni, przygotowany przez Centralny Ośrodek Medycyny Sportowej, objaśniał zadania medycyny w opiece nad sportowcami, badania i analizy realizowane w projekcie „Olimpijczyk” oraz przybliżał przygotowania do igrzysk w Rio.

Wśród zaproszonych gości znalazło się trzech niewidomych kolegów sportowców. Weteranem jest Rysiek Kożuch z Poznania, rocznik 1951. Startował w Toronto w 1976 roku. Zdobył złoto na 60 m i w pięcioboju. Nie zakończył na lekkiej atletyce, od trzydziestu lat jeździ na tandemie, teraz jednak raczej zamyka stawkę ścigaczy. Szczupły, wyprostowany, o zdrowej cerze – po prostu okaz witalności. Podał przykład nierównowagi finansowej w swojej dyscyplinie – kolarstwie: „Na kadrę idzie rocznie 800 tys. złotych, a na 30 klubów 80 tys. złotych. Z drugiej strony sponsor, niezależnie czy prywatny, czy państwowy,  finansuje najlepszych,  a nasi są w światowej czołówce. Tutaj na piedestał są wynoszone medale”.

25-letni Rafał Sitek z Krakowa trenuje wioślarstwo. Pływa w osadzie czwórka ze sternikiem, w której dwie dziewczyny są niepełnosprawne ruchowo. Na mistrzostwach świata nie uzyskali kwalifikacji do Rio. Powalczą pod koniec kwietnia na zawodach we Włoszech.

Zupełnie ze sportu wypadł pływak Marcin Ryszka. Ostatnie trzy złote medale zdobył na mistrzostwach świata w Turcji w 2011 roku. Ma 25 lat i zakończył przygodę ze sportem. Pracuje w krakowskim stowarzyszeniu „Nie widzę przeszkód” i wraz z innymi promuje teraz akcję nacisku na TVP Sport, by igrzyska niepełnosprawnych były szerzej prezentowane na ekranach telewizorów. Czy to się uda, zobaczymy za dziewięć miesięcy.

Andrzej Szymański

 

aaa

 

gość numeru

 

Zaczęło mi brakować czasu 

Rozmowa z szefem Komitetu Para-
olimpijskiego Łukaszem Szeligą, absolwentem AWF w Krakowie, Uniwersytetu Jagiellońskiego, olimpijczykiem, reprezentantem Polski w narciarstwie zjazdowym, trenerem.

– Jest Pan od pół roku szefem Komitetu Paraolimpijskiego i już zrobił Pan rewolucję!

– Trudno tak powiedzieć. Wsparcie PFRON w zorganizowaniu tej grudniowej konferencji, obecność ministra sportu, podpisanie porozumienia z PKOl – to są bardzo ważne dla nas sprawy. Wspieranie się,  współpraca i korzystanie ze wspólnych doświadczeń prowadzą do obopólnych korzyści. Nigdy nie spotkałem się  z niedocenianiem niepełnosprawnych sportowców w społeczeństwie.

– Na jakim etapie są przygotowania do paraolimpiady?

– Zostało 265 dni do Rio. Wchodzimy w ostatnie makrocykle. W niemal każdej dyscyplinie trzeba zbudować formę właśnie na dzień startu. Nie jest to proste. Zawodnikom musi dopisywać zdrowie, a my im wcześniej zapewnimy warunki do ostatecznych przygotowań…

– A ilość pieniędzy na przygotowania będzie wystarczająca?

– Jest ich zawsze za mało, ale jesteśmy dziś w dwa razy lepszej sytuacji niż rok wcześniej, właśnie dzięki projektowi „Olimpijczyk” i dotacjom z PFRON.

– Na czym program „Olimpijczyk” się zasadza?

– Skromnie mówiąc, ja go wymyśliłem, ale wprowadzenie w życie trwało dwa lata. Przede wszystkim na dogadaniu się z PFRON – a budżet tej instytucji jest cztery razy większy niż ministerstwa sportu.

– W Londynie, cztery lata temu, było 36 medali. W Rio ten rekord zostanie pobity?

– Chcielibyśmy, by rezultaty były podobne. A na przyszłość cieszymy się ze współpracy z Centralnym Ośrodkiem Medycyny Sportowej. To bardzo ważne.

– Czy kadra niepełnosprawnych sportowców się odmładza?

– To kolejny etap pracy Komitetu Paraolimpijskiego. Zależy mi na tym, by stworzyć systemowe rozwiązania przekładające się na wzmożoną aktywność sportowców amatorów. Marzę o zbudowaniu szerokiej podstawy  sportu niepełnosprawnych. Zresztą to nie jest tylko problem Polski. Brytyjczycy przeznaczają olbrzymie pieniądze na sport wyczynowy niepełnosprawnych, ale też wspierają kluby amatorskie.

– Jak minęło Panu pół roku urzędowania na nowej posadzie?

– Zaczęło mi brakować czasu. Dużo obowiązków i odpowiedzialności. Mam nadzieję, że uda mi się sprostać zadaniom, które są przede mną. Wyznaczyłem sobie cel, by poprawić jakość tego sportu i stworzyć lepsze możliwości rozwoju moim kolegom, przyjaciołom, zawodnikom i trenerom; do ostatnich zresztą się zaliczam.

– Nie pojeździ Pan w tym sezonie na nartach?

– Nie będę miał czasu na narty zjazdowe!

– W mediach kiepsko pokazywane są zmagania sportowców niepełnosprawnych. Czy coś się zmieni podczas paraolimpiady w Rio?

– Budujemy nić porozumienia między PKPar-em  a TVP Sport. Będą obszerniejsze relacje. Dyrektor programowy TVP Sport Włodzimierz Szaranowicz jest w pełni otwarty na nasze sugestie.

Rozmawiał Andrzej Szymański

aaa

 

kolarstwo

 

Finisz na pełnych obrotach 

 Koniec roku był bardzo pracowity dla kadry kolarzy Związku Kultury Fizycznej „Olimp”. Sezon startowy zakończyli w połowie listopada zawodami torowymi w Manchesterze, następnie odbyli badania w Instytucie Sportu, odebrali nagrody na dwóch galach, uczestniczyli w treningach na torze i w nagraniach materiału filmowego dla TVP, po czym wyjechali na dwutygodniowy obóz sportowy na wyspę Gran Canaria.

Ubiegły rok zapisał się w historii „Olimpu” jako jeden z najbardziej udanych pod względem osiągnięć sportowych. Zasłużone na tym polu osoby zostały uhonorowane podczas związkowej Gali Mistrzów Sportu 2015, która odbyła się w Dadaju w dniach 28-29 listopada. Nagrody odebrali medaliści mistrzostw świata, Europy i Polski, a także osoby wspierające sportowców – działacze, trenerzy, mechanicy i pracownicy „Olimpu”.

 Badania w Instytucie Sportu odbyły się w ramach programu Klub Polska, skierowanego do czołowych sportowców w naszym kraju. Część miejsc w projekcie przyznano paraolimpijczykom i nasi kolarze znaleźli się w tym elitarnym gronie. Badania obejmowały wydolność tlenową i beztlenową, analizę krwi, moczu i składu masy ciała, konsultacje dietetyczne oraz testy psychologiczne. Jest nadzieja, że program będzie kontynuowany w 2016 roku i stanie się ważnym elementem monitorowania treningu oraz opieki medycznej nad kadrą paraolimpijską.

Kolejna uroczystość odbyła się 4 grudnia na torze BGŻ BNP Paribas Arena w Pruszkowie, gdzie miało miejsce ogólnopolskie podsumowanie sezonu kolarskiego. Był to następny znakomity rok dla tej dyscypliny w Polsce, obfitujący w spektakularne sukcesy Michała Kwiatkowskiego i Rafała Majki w prestiżowych wyścigach UCI World Tour oraz w medale mistrzostw świata i Europy. Łącznie kolarze zdobyli w tych imprezach 31 krążków, a dwanaście dodali do tej puli parakolarze. Warto przypomnieć, że tandem Iwona Podkościelna – Aleksandra Tecław wywalczył dwa złote medale na szosowych MŚ (wyścigi na czas i ze startu wspólnego). Takie same trofea zdobył Rafał Wilk (klasa handcycling), a tandem Marcin Polak – Michał Ładosz to mistrzowie świata w szosowym wyścigu na czas i brązowi medaliści w torowym wyścigu na 4 kilometry. Anna Harkowska (klasa WC5) uzbierała kolekcję czterech srebrnych medali (3 km i scratch na torowych MŚ oraz wyścig na czas i ze startu wspólnego na szosie), a Renata Kałuża (handcycling) dwukrotnie zajęła 3. miejsce na szosowych MŚ. Te dokonania budzą wielki szacunek i nic dziwnego, że parakolarze zostali docenieni przez władze Polskiego Związku Kolarskiego i bez kompleksów mogli stanąć w szeregu najwybitniejszych postaci tego sportu w Polsce. O szczególnej roli kolarstwa mówił wręczający pamiątkowe statuetki podsekretarz stanu w Ministerstwie Sportu i Turystyki Ryszard Szuster, który przypomniał, iż to właśnie kolarze zdobyli dla Polski pierwszy medal olimpijski po odzyskaniu niepodległości – na igrzyskach w Paryżu w 1924 roku. Wszyscy zebrani wyrazili nadzieję, że podczas igrzysk olimpijskich i paraolimpijskich w Rio de Janeiro polscy zawodnicy nawiążą do tych wspaniałych tradycji i zdobędą kolejne medale.

 Aby nadzieje stały się rzeczywistością, nie wystarczy marzyć, trzeba ciężko pracować. Kadra kolarska „Olimpu” po uroczystej gali nie rozjechała się do domów, tylko przedłużyła pobyt w Pruszkowie, aby potrenować kilka dni na torze. Miłym przerywnikiem w żmudnych ćwiczeniach było nagranie materiału filmowego dla programu TVP „Pełnosprawni”. Kolarze ZKF „Olimp”, pomimo wielkich sukcesów w 2015 roku, dotychczas nie byli pupilami tej redakcji i miejmy nadzieję, że właśnie nastąpił pozytywny przełom.

Kolejną porcję ciężkiej pracy zawodnicy wykonali na obozie treningowym, który odbył się między 8 a 22 grudnia na wyspie Gran Canaria. Ta ostatnia w 2015 roku akcja szkoleniowa została sfinansowana ze środków PFRON, przekazanych Polskiemu Komitetowi Paraolimpijskiemu na realizację projektu „Olimpijczyk”. Był to pierwszy pobyt kolarzy „Olimpu” na Wyspach Kanaryjskich i zapisze się on w naszej pamięci jako bardzo udany. Gran Canaria oferuje kolarzom znakomite trasy treningowe i wspaniały klimat – słońce, temperatury nieco powyżej 20°C i chłodny, orzeźwiający wiatr. Dodając do tego bardzo dobre warunki zakwaterowania i wyżywienia, uzyskujemy niemal idealny obraz zgrupowania. Jedynym mankamentem był brak w naszej ekipie fizjoterapeuty, co być może uda się naprawić następnym razem. W najbliższych planach kolarskiej kadry paraolimpijskiej są styczniowe konsultacje na torze w Pruszkowie, lutowe zgrupowanie na Kanarach i ponownie torowe treningi stanowiące finalny element przygotowań do marcowych mistrzostw świata na torze w Montichiari. 

Mirosław Jurek

 

aaa

 

­showdown

 

Obronione tytuły

To był bez wątpienia najlepszy rok w historii polskiego showdownu. Nasi zawodnicy startowali z sukcesami w czterech międzynarodowych turniejach zaliczanych do rankingu IBSA.

Na turnieju w Druskiennikach na Litwie Elżbieta Mielczarek zdobyła złoty medal, a Krystian Kisiel srebrny. Natomiast w holenderskiej Bredzie zwyciężył Adrian Słoninka, który w polskim finale pokonał Krystiana Kisiela; wśród pań ponownie bezkonkurencyjna okazała się Elżbieta Mielczarek. W maju na najważniejszej imprezie roku, czyli rozgrywanych w Seulu IBSA World Games, Elżbieta wywalczyła brązowy medal, a pod koniec listopada nasza najlepsza zawodniczka triumfowała w szwedzkim Hangen w prestiżowym turnieju European Top Twelve. Przypomnijmy, że było to już trzecie zwycięstwo wrocławianki w tych zawodach. Rywalizuje w nich ze sobą dwanaście kobiet i tyluż mężczyzn najwyżej sklasyfikowanych w europejskim rankingu IBSA. O ile do sukcesów Eli zdążyliśmy się już przyzwyczaić, o tyle miłą niespodzianką było trzecie miejsce Adriana Słoninki. To jego pierwszy medal na zawodach tej rangi. Takie rezultaty świadczą jednoznacznie, że Polska dołączyła do europejskich potęg w tej dyscyplinie.

Zakończeniem tego wyjątkowo dobrego sezonu były piąte mistrzostwa Polski, które odbyły się w Dolnośląskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym
nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących we Wrocławiu. Wzięło w nich udział 12 kobiet i 16 mężczyzn z ośmiu klubów. Zawodnicy zostali podzieleni na cztery trzyosobowe grupy damskie i cztery czteroosobowe męskie. Najlepsza dwójka z każdej z nich awansowała do ćwierćfinałów, gdzie uczestnicy grali ze sobą w dwóch czteroosobowych grupach. Panie i panowie, którzy uplasowali się na trzecich pozycjach w swoich grupach podstawowych, walczyli o miejsca 9-12, natomiast ci mężczyźni, którzy zajęli w nich ostatnie lokaty, walczyli o miejsca 13-16.

Do sporych przetasowań doszło w czołówce kobiet. Z ubiegłorocznej najlepszej czwórki do półfinału dostała się tylko jedna zawodniczka. Niezawodna Elżbieta Mielczarek – bo o niej mowa – pokonała w walce o finał Mariolę Parobczak, natomiast Patrycja Bożek – chyba największa rewelacja turnieju – rozprawiła się z Agnieszką Bardzik. W pojedynku o trzecie miejsce Mariola Parobczak pokonała Agnieszkę Bardzik 2:0. W finale zmierzyły się zatem obrończyni tytułu Elżbieta Mielczarek z młodziutką reprezentantką „Ikara” Lublin Patrycją Bożek. Od początku starcia zawodniczka gospodarzy zdominowała grę. Patrycji należą się jednak wielkie słowa uznania za fantastyczną obronę i ogromne serce do walki, które nie raz pokazała podczas całego turnieju. Ostatecznie zwyciężyła Elżbieta Mielczarek wynikiem 3:0. W ten sposób po raz kolejny potwierdziła się wyrażana pół żartem, pół serio opinia, że w mistrzostwach Polski kobiety walczą o drugie miejsce, bo Ela jest poza zasięgiem. Zawodniczka z Wrocławia zdobyła już czwarte mistrzostwo Polski z rzędu.

W półfinale mężczyzn obyło się bez większych niespodzianek. Jedynym nowicjuszem w tej stawce był Ariel Kiresztura, który dołączył do trójki ubiegłorocznych medalistów z Wrocławia. W meczu półfinałowym uległ on jednak Krystianowi Kisielowi. Drugim finalistą został aktualny mistrz Polski Adrian Słoninka, po wygranej z Łukaszem Byczkowskim. W tzw. małym finale Łukasz Byczkowski pokonał Ariela Kireszturę 2:0. Do finałowego pojedynku przystąpili Adrian Słoninka i Krystian Kisiel – zawodnicy „Sprintu” Wrocław. Podobnie jak w przypadku kobiet mecz rozgrywany był do trzech wygranych setów. Początek każdego seta to błędy ze strony obu finalistów i długie wymiany piłek. Po dwóch niezwykle zaciętych setach był remis 1:1, jednak już w dwóch kolejnych odsłonach do roboty ostro wziął się Adrian. Mimo nerwowych początków ostatecznie pokonał swojego klubowego kolegę 3:1 i tym samym obronił tytuł sprzed roku. W sumie był to już czwarty triumf tego zawodnika w mistrzostwach Polski. Podobnie więc jak w ubiegłym roku, choć w nieco zmienionej kolejności, na wszystkich stopniach podium stanęli zawodnicy z Wrocławia.

Podczas mistrzostw odbyły się wybory do komisji showdown. Znaleźli się w niej przedstawiciele wszystkich klubów, które mają swoich reprezentantów w kadrze Polski. Przewodniczącym został Łukasz Skąpski, wiceprzewodniczącymi Ariel Kiresztura i Michał Wrzesiński, funkcję skarbnika powierzono Jolancie Szubie, natomiast członkami zwyczajnymi zostali Joanna Pożarycka oraz Adrian Słoninka.

V Mistrzostwa Polski w Showdown

4-6.12.2015 r., Wrocław

Kobiety

1. Elżbieta Mielczarek („Sprint” Wrocław)

2. Patrycja Bożek („Ikar” Lublin)

3. Mariola Parobczak („Warmia i Mazury” Olsztyn)

4. Agnieszka Bardzik („Syrenka” Warszawa)

5. Monika Szwałek („Sprint” Wrocław)

6. Aleksandra Chrzanowska („Łuczniczka” Bydgoszcz)

7. Karolina Grzegrzółka („Syrenka” Warszawa)

8. Joanna Pożarycka („Warmia i Mazury” Olsztyn)

9. Jolanta Szapańska („Łuczniczka” Bydgoszcz)

10. Martyna Hołub („Sprint” Wrocław)

11. Patrycja Kaza („Syrenka” Warszawa)

12. Joanna Setera („Sprint” Wrocław)

Mężczyźni

1. Adrian Słoninka („Sprint” Wrocław)

2. Krystian Kisiel („Sprint” Wrocław)

3. Łukasz Byczkowski („Sprint” Wrocław)

4. Ariel Kiresztura („Zryw” Słupsk)

5. Łukasz Skąpski („Łuczniczka” Bydgoszcz)

6. Adam Wołczyński („Sprint” Wrocław)

7. Wiktor Wójcik („Ikar” Lublin)

8. Przemysław Knaź („Podkarpacie” Przemyśl)

9. Patryk Iks („Łuczniczka” Bydgoszcz)

10. Zbigniew Murawski („Łuczniczka” Bydgoszcz)

11. Łukasz Cichy („Łuczniczka” Bydgoszcz)

12. Tomasz Winkler („Sprint” Wrocław)

13. Mateusz Papierski („UKS” Laski)

14. Wacław Karczewski („Ikar” Lublin)

15. Daniel Kuźniar („Podkarpacie” Przemyśl)

  1. Roland Świstek („Łuczniczka” Bydgoszcz)

Grzegorz Modrzyński

 

aaa

 

bowling

 

Pucharowe potyczki

 W drugiej połowie listopada Katowice po raz trzeci w tym roku gościły bowlingowców Stowarzyszenia „Cross”. Kręgielnia Grawitacja „przyciągnęła” 44 niewidomych i słabowidzących zawodników na III Indywidualny Puchar Polski w Bowlingu. Zawody trwały dwa dni: w piątek odbyły się eliminacje, a sobota należała do finalistów.

Aby zakwalifikować się do rozgrywek finałowych, zawodnicy musieli uzyskać co najmniej czwarty wynik z sumy sześciu gier. W tym roku wśród kobiet znacząco wzrosły szanse na udział w finale, ponieważ po raz pierwszy panie miały swoją oddzielną kategorię. Do tej pory rywalizowały z mężczyznami, przy czym dostawały dodatkowe 60 punktów handicapu (po 10 do każdej gry). W sumie do finału weszło więc 12 pań, wśród których należy wyróżnić nasze dwie medalistki zeszłorocznych mistrzostw świata w Seulu. Karolina Rzepa z „Łuczniczki” Bydgoszcz uzyskała wynik 797 p. (w jednej z gier ugrała ich aż 170). To świetny rezultat całkowicie niewidomej zawodniczki, grającej przy barierce. W kategorii B2 Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) pobiła swój dotychczasowy rekord, będący jednocześnie rekordem Polski. Zagrała 1097 p., co było drugim rezultatem katowickiego Pucharu.

Męskie kwalifikacje przebiegły bez niespodzianek. Niemal wszyscy, którzy przeszli dalej, należeli do bowlingowej kadry. Tak się złożyło, że przez trzy dni poprzedzające start kadrowicze w pobliskim Bytomiu ćwiczyli rzuty pod opieką trenera. Przełożyło się to na rozgrywki w Katowicach. W kat. B1 eliminacje bezapelacyjnie wygrał Zdzisław Koziej. Zawodnik z „Hetmana” Lublin wciąż jest w doskonałej formie, co pokazał na treningach, a podczas pucharowych zmagań tylko potwierdził (924 p.). Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) również wysoko wygrał z rywalami, uzyskując 1165 p. W B3 zwyciężył aktualny mistrz Europy Grzegorz Kanikuła z „Hetmana” Lublin, jego rezultat to 1088 p.

Rywalizacje półfinałowe wyglądały tak samo jak gry w turniejach czy na mistrzostwach Polski. Grano wspomniane sześć gier – trzy na jednym torze, kolejne trzy na innym. W głównych zmaganiach regulamin był zupełnie odmienny. O awansie decydowała suma punktów tylko z dwóch gier. Dodatkowym utrudnieniem w kategoriach B2 i B3 był system cross-line, czyli gra na parze torów. Pierwszy rzut i ewentualną dobitkę oddaje się wtedy na jednym torze, a kolejny na torze obok (przy tym samym podajniku). W ten sposób gra się 20 tzw. ramek, aż skończą się całe dwie gry. Zadanie nie jest łatwe, ponieważ każdy tor ma swoją specyfikę i trzeba umieć się szybko dopasować do nowych warunków. Systemem amerykańskim grają osoby pełnosprawne. Zawodnicy z dysfunkcją wzroku również muszą się do niego przyzwyczajać, ponieważ mistrzostwa Europy czy świata osób niewidomych i słabowidzących rozgrywane są właśnie takim systemem.

W rywalizacji finałowej zasada była prosta: zwycięzca eliminacji gra ze zdobywcą miejsca 4., zaś osoba z miejsca 2. z graczem z 3. lokatą. Wygrani w tych pojedynkach walczą potem o złoto. Kto z nich przegra, musi zadowolić się srebrnym krążkiem. Pozostali dwaj finaliści grają o brąz. W kategorii B1 oczywiste było, że wśród mężczyzn wygra Zdzisław Koziej. Jego wynik w pierwszym starciu to niesamowite 368 p. W walce o tytuł najlepszego zawodnika Pucharu Polski Szczepan Polkowski musiał więc ulec naszemu mistrzowi Europy. Wśród kobiet Karolina Rzepa triumfowała z dużą przewagą na każdym etapie. W kolejnych kategoriach wygrane nie były już takie oczywiste i spektakularne. W B2 wygrał Stanisław Poświatowski („Jaćwing” Suwałki), który w pierwszym starciu pokonał Mieczysława Kontrymowicza, a w drugim Janusza Jelenia („Morena” Iława). U kobiet Dorota Kurek („Ikar” Lublin) wspaniałą grą odniosła zwycięstwo nad Jadwigą Dudek, a w walce o złoto pokonała Danutę Odulińską. W B3 Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) miał bardzo dobrą passę. Wygrał z Grzegorzem Kanikułą, a w pojedynku o 1. miejsce – z kolegą klubowym Dominikiem Czyżem. W sumie zagrał w potyczkach finałowych cztery gry, z czego trzy były powyżej 200 punktów. Bezkonkurencyjna w swojej kategorii B3 była Honorata Borawa („Łuczniczka” Bydgoszcz), która – podobnie jak jej klubowa koleżanka – wygrywała wszystkie etapy, począwszy od eliminacji po dwa finałowe starcia.

Całe zawody prowadził sędzia i jednocześnie trener kadry – Przemysław Antuszewicz. W przyszłym roku czekać go będzie poważne wyzwanie – przygotowanie reprezentacji na indywidualne mistrzostwa świata, które z dużym prawdopodobieństwem odbędą się u nas, w Warszawie.

III Indywidualny Puchar Polski w Bowlingu

20-21.11.2015 r., Katowice

Kobiety

B1

1. Karolina Rzepa  („Łuczniczka” Bydgoszcz) 270 p.

2. Katarzyna Świątek („Łuczniczka” Bydgoszcz) 204 p.

3. Magdalena Rataj („Łuczniczka” Bydgoszcz) 157 p.

4. Grażyna Krysiak („Karolinka” Chorzów) 155 p.

B2

1. Dorota Kurek („Ikar” Lublin) 291 p.

2. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 285 p.

3. Jadwiga Dudek („Pionek” Włocławek) 282 p.

4. Janina Szymańska („Morena” Iława) 0 p. (walkower)

B3

1. Honorata Borawa („Łuczniczka” Bdgoszcz) 362 p.

2. Aneta Łukasik („Karolinka” Chorzów) 247 p.

3. Teresa Bonik („Jaćwing” Suwałki) 321 p.

4. Teresa Ludwik („Karolinka” Chorzów) 0 p. (walkower)

Mężczyźni

B1

1. Zdzisław Koziej („Hetman” Lublin) 325 p.

2. Szczepan Polkowski („Morena” Iława) 268 p.

3. Marek Zwolenkiewicz („Karolinka” Chorzów) 229 p.

4. Marek Podpora („Syrenka” Warszawa) 203 p.

B2

1. Stanisław Poświatowski („Jaćwing” Suwałki) 350 p.

2. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 306 p.

3. Mieczysław Kontrymowicz („Warmia i Mazury” Olsztyn) 325 p.

4. Stanisław Oduliński („Morena” Iława) 306 p.

B3

1. Cezary Dybiński („Warmia i Mazury” Olsztyn) 354 p.

2. Dominik Czyż („Warmia i Mazury” Olsztyn) 287 p.

3. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 379 p.

4. Grzegorz Kanikuła („Hetman” Lublin) 335 p.

Piotr Dudek

 

aaa

 

bowling

 

Częstochowa na koniec sezonu

Turniej bowlingowy pod Jasną Górą nie pierwszy raz był okazją do świętowania zakończenia sezonu na kręgielni. W tegorocznej imprezie, organizowanej przez Stowarzyszenie „Cross” i klub „Jutrzenka” Częstochowa, wystartowało 59 zawodników i zawodniczek reprezentujących 12 klubów. 

Andrzejkowy turniej bowlingowy w ciągu piętnastu lat istnienia wielokrotnie zmieniał lokalizację. Organizowany był m.in. w Katowicach i w Lublińcu. Od pewnego czasu zawody rozgrywane są na nietypowej, bo siedmiotorowej kręgielni sznurkowej w Częstochowie. Przy nieparzystej liczbie torów sprawiają graczom problemy podajniki do kul. Na siedem torów przypada ich cztery i osoby pierwszy raz grające na tym obiekcie mają kłopoty z odnalezieniem miejsca powrotu kuli. Jednakże za wyborem tej kręgielni przemawia niewątpliwie jej lokalizacja w samym centrum miasta. Z dworców blisko jest do kręgielni, hotelu i sanktuarium na Jasnej Górze, co dla osób z dysfunkcją wzroku jest niezaprzeczalnym atutem.

Coraz bardziej widocznym zjawiskiem na turniejach staje się znikoma liczba zawodników i zawodniczek niewidomych z kategorii B1. W tegorocznych rozgrywkach andrzejkowych uczestniczyło ich tylko dziesięcioro. Zabrakło również kilku liderów z kategorii B2 i B3. Nie oznacza to jednak, że nie odnotowano ciekawych i zaskakujących sportowych rozstrzygnięć. Niewątpliwym sukcesem mogą pochwalić się Beata Chraścina z „Hetmana” Lublin, która zajęła niespodziewanie drugie miejsce w kategorii B3 z wynikiem 742 kręgli, oraz Natalia Kloc z „Podkarpacia” Przemyśl, która również zajęła drugie miejsce, ale w kategorii B2 z wynikiem 832 kręgli. Jak powiedziała sędzia zawodów Joanna Staliś, wymienione osoby to objawienia tegorocznej jesieni.

         Wśród pań zwyciężczyniami w poszczególnych kategoriach okazały się niezmiennie dobrze grające: Barbara Sołek z „Podkarpacia” Przemyśl w kat. B1, Danuta Odulińska z „Moreny” Iława w kat. B2 oraz gospodyni turnieju Łucja Grochowska grająca w kategorii B3. Jedynym zawodnikiem, który w trakcie sześciu gier przekroczył magiczną barierę czterocyfrowego wyniku, okazał się Władysław Szymański z „Omegi” Łódź, który uzyskał rezultat 1063 p. Jego rywal Albert Sordyl tym razem zagrał poniżej oczekiwań, zbijając 944 kręgle. Zwycięzcy w kategorii B2 – Januszowi Jeleniowi z „Moreny” Iława – zabrakło 7 p. do tysiąca zbitych kręgli, za to może on pochwalić się najlepszym wynikiem turnieju z jednej gry – 205 p. Jego dwaj klubowi koledzy musieli ustąpić miejsca na podium Janowi Warownemu z Łodzi i Mariuszowi Kozyrze z Lublina. Do stolicy Lubelszczyzny pojechał również puchar za pierwsze miejsce w kategorii B1, w tym roku otrzymał go Krzysztof Tarkowski za 698 zbitych kręgli.

Uroczystość wręczenia zwycięzcom pucharów, medali i dyplomów oraz nagród rzeczowych ufundowanych przez klub „Jutrzenka” Częstochowa była początkiem bardzo udanego wieczoru andrzejkowego. Dobry humor podczas zabawy towarzyszył wszystkim uczestnikom, ponieważ najważniejszym aspektem całego wydarzenia była integracja. To również zasługa sprawnej organizacji i miłej atmosfery stworzonej przez koordynatorkę Jolantę Maźniak i panią Ewę z biura zawodów.

V Turniej Niewidomych i Słabowidzących w Bowlingu

26-29.11.2015 r., Częstochowa

Kobiety

B1

1. Barbara Sołek („Podkarpacie” Przemyśl) 490 p.

2. Marta Chałupka („Jutrzenka” Częstochowa) 417 p.

3. Salomea Walkowiak („Pogórze” Tarnów) 301 p.

B2

1. Danuta Odulińska („Morena” Iława) 866 p.

2. Natalia Kloc („Podkarpacie” Przemyśl) 832 p.

3. Ewa Szlachtowska („Pogórze” Tarnów) 822 p.

B3

1. Łucja Grochowska („Jutrzenka” Częstochowa) 883 p.

2. Beata Chraścina („Hetman” Lublin) 742 p.

3. Jolanta Fijał („Pogórze” Tarnów) 703 p.

Mężczyźni

B1

1. Krzysztof Tarkowski („Hetman” Lublin) 698 p.

2. Stanisław Chmura („Podkarpacie” Przemyśl) 613 p.

3. Franciszek Kała („Jutrzenka” Częstochowa) 509 p.

B2

1. Janusz Jeleń („Morena” Iława) 993 p.

2. Jan Warowny („Omega” Łódź) 905 p.

3. Mariusz Kozyra („Hetman” Lublin) 871 p.

B3

1. Władysław Szymański („Omega” Łódź) 1063 p.

2. Albert Sordyl („Pogórze” Tarnów) 944 p.

3. Artur Kleszcz („Jutrzenka” Częstochowa) 935 p.

Wojciech Puchacz

 

aaa

 

wiadomości

 

Biegi

Sprawdzian w Atenach

Trzech zawodników sekcji biegowej Stowarzyszenia Cross” 8 listopada 2015 r. startowało w maratonie ateńskim. Tak jak legendarny Filippides biegli z Maratonu do Aten. W trudnych warunkach atmosferycznych i na górzystej trasie uzyskali następujące rezultaty: Paweł Petelski – 3:25:26, Jacek Ziółkowski – 3:29:48, Krzysztof Badowski – 4:17:42.

Bieg Niepodległości w Warszawie

W 27. edycji biegu wystartowało 15 tysięcy zawodników. Taki limit wyznaczyli organizatorzy i obejmował on również zawodników nordic walking. Internetowa rejestracja trwała tylko kilkanaście godzin, a listy startowe zostały zapełnione już 12 października. Z powodu tak szybkiego obrotu spraw organizatorzy grzecznościowo przyznali biegaczom z dysfunkcją wzroku 15 numerów startowych. Większość z nich wykorzystali zawodnicy biorący udział w projekcie „Najlepsi spośród nas”.

Na program biegowy realizowany przez Stowarzyszenie „Okulus” z Bydgoszczy większość pieniędzy przyznał PFRON. O wcześniejszych biegach realizowanych w ramach tej inicjatywy pisaliśmy już w miesięczniku „Cross”.  Żeby zostać ujętym w klasyfikacji końcowej, trzeba było wziąć udział w co najmniej trzech z czterech biegów. Przy ustalaniu kolejności brano pod uwagę trzy najlepsze wyniki. Zwycięzca każdego biegu otrzymywał 70 punktów, drugi 60 itd. Wyjątkiem był stukilometrowy bieg w Zamościu, tam punktacja zaczynała się od 90 punktów.

W grupie słabowidzących (T12) w komfortowej sytuacji po trzech biegach był Tomasz Chmurzyński. Przy bezpiecznej przewadze punktowej mógł pozwolić sobie na tzw. bieg przyjaźni, dlatego w warszawskim biegu był przewodnikiem swojego niewidomego klubowego kolegi Rafała Machnikowskiego. Na drugie miejsce przez cały sezon pracował Jacek Ziółkowski, ale o trzecią pozycję trzeba już było rywalizować – walczyli o nią Mariusz Gołąbek i Przemysław Musiał. Podobnie sytuacja wyglądała w grupie niewidomych (T11). Pewny pierwszej lokaty był Adam Kruczkowski. O kolejne rywalizowali Grzegorz Powałka, Mariusz Zacheja i Rafał Machnikowski.

Pogoda w dniu biegu, jak na listopad, była dobra – pochmurno, bez deszczu, chwilami wietrznie. Przed strzałem startera zawodnicy odśpiewali hymn narodowy. Dreszcz i moment wzruszenia. Punktualnie o 11:11 na trasę rusza pierwszy sektor. Za nimi, w odstępach kilkuminutowych, wybiegają kolejne grupy zawodników w tzw. starcie falowym. Pozwala on na bezpieczniejszy przebieg rywalizacji. Jako ostatni na trasę ruszają zawodnicy nordic walking. Każdy przy numerze startowym ma czip, który pozwala na zmierzenie czasu netto (od przekroczenia linii startu do mety). W pakiecie startowym zawodnicy dostali koszulki białe i czerwone. Wraz z upływem czasu żywa narodowa flaga rozciąga się na całej długości trasy. Piękny, niezapomniany widok, aplauz sporych grup kibiców. W tak wyjątkowym dniu nawet w najtrudniejszych momentach uśmiech maluje się na twarzach zawodników. Większość biegnie swobodnie, nie rywalizując, pozostali walczą o zwycięstwo i jak najlepszy czas na kresce.

Po trzydziestu minutach na mecie pojawił się pierwszy zawodnik. To Łukasz Parszczyński z Sochaczewa. Najszybszą kobietą była Iwona Lewandowska z Warszawy. To oni odebrali pamiątkowe sygnety za zwycięstwo. Pozostali po zakończeniu biegu otrzymali pamiątkowe medale. Rywalizacja trwała długo, kolejni zawodnicy dobiegali pojedynczo, potem po kilku, coraz tłoczniej robiło się na mecie.

Wśród zawodników z dysfunkcją wzroku najszybciej pobiegł Gołąbek. Na mecie był po 41 minutach i o 6 sekund wyprzedził Ziółkowskiego. Trzeci, po kilku minutach, dobiegł do mety Musiał. Rywalizacja w grupie T12 rozstrzygnięta. W grupie T11 zwyciężył Kruczkowski. Nie odpuścił i 11 listopada był pierwszy na mecie z czasem 48 minut 26 sekund. Jako drugi bieg skończył Zacheja (czas 50:28). Minutę po nim finiszował Chmurzyński z Machnikowskim. Kontuzja wykluczyła z rywalizacji Powałkę. Stowarzyszenie „Cross“ na mecie reprezentowali jeszcze: Piotr Szymczak z „Omegi“ Łódź (47:40), Wojciech Debner z „Łuczniczki“ Bydgoszcz (48:27) i trzech biegaczy z warszawskiej „Syrenki“ – Wiesław Miech (1:00:55), Sławomir Jeżowski (50:53) i Henryk Groszkowski (54:43). Najlepsi podczas dekoracji otrzymali drobne nagrody rzeczowe.

Klasyfikacja końcowa czwórboju „Najlepsi spośród nas” 

T11

1. Adam Kruczkowski („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Mariusz Zacheja („Syrenka” Warszawa)

3. Grzegorz Powałka („Syrenka” Warszawa)

T12

1. Tomasz Chmurzyński („Łuczniczka” Bydgoszcz)

2. Jacek Ziółkowski („Syrenka” Warszawa)

3. Mariusz Gołąbek („Jantar” Gdańsk)

W konkurencji nordic walking na dystansie 6 kilometrów wystartował czołowy zawodnik „Crossu” , słabowidzący Zdzisław Mądry z „Jutrzenki“ Częstochowa.

„Okulus“ w przyszłym roku chce kontynuować biegowy projekt i dopracować niektóre detale organizacyjno-regulaminowe.

Gratulujemy zawodnikom podjęcia rękawicy w sportowej rywalizacji oraz mistrzowskich tytułów.

Mariusz Gołąbek 

 

Szachy

Paweł Hagner zwycięzcą szachowego ćwierćfinału

W szachowym półfinale mistrzostw Polski mogą brać udział szachiści posiadający ranking ELO powyżej 1700 punktów. Aby dać także szansę tym, którzy tego progu nie przekroczyli, corocznie rozgrywany jest ćwierćfinał mistrzostw. Do rozgrywek półfinałowych awansuje z niego czterech pierwszych zawodników.

Tegoroczny ćwierćfinał rozegrany został w drugiej połowie listopada w Tucholi. Grano systemem szwajcarskim na dystansie 7 rund. Zawody sędziował Ulrich Jahr z Bydgoszczy, a koordynatorem imprezy była Ewa Sargalska.

W pierwszej połowie turnieju stawce przewodził Józef Żełajtys z „Jantaru” Gdańsk. Po czterech rundach miał komplet punktów. Kolejne trzy rundy były już gorsze. W piątej i szóstej zremisował. W ostatniej spotkał się z kolegą klubowym Mieczysławem Kaciotysem, którego remis nie urządzał. Aby awansować do przyszłorocznego półfinału, Kaciotys musiał wygrać partię. I udało mu się. Żełajtys po przegranej znalazł się na piątym miejscu, nie premiowanym awansem.

Swoją szansę wykorzystał natomiast Paweł Hagner z warszawskiej „Syrenki”. Przegrana Żełajtysa otworzyła mu drogę do zwycięstwa w turnieju. W ostatniej rundzie wygrał ze swym konkurentem do pierwszego miejsca – Tadeuszem Gryglewiczem ze „Zrywu” Słupsk.

Awans do półfinału uzyskali: Paweł Hagner, Tadeusz Gryglewicz, Mieczysław Kaciotys i Michał Kruczek.

Ćwierćfinał mistrzostw Polski w szachach

16-23.11.2015 r., Tuchola

1. Paweł Hagner („Syrenka” Warszawa) 5,5 p.

2. Tadeusz Gryglewicz  („Zryw” Słupsk) 5 p.

3. Mieczysław Kaciotys („Jantar” Gdańsk) 5 p.

4. Michał Kruczek („KoMar” Piekary Śląskie) 5 p.

5. Józef Żełajtys („Jantar” Gdańsk) 5 p.

6. Grzegorz Bzowski („Jutrzenka” Dąbrowa Górnicza) 4 p.

7. Józef Wyrzykowski („Łuczniczka” Bydgoszcz) 4 p.

8. Jerzy Jagiełło („Syrenka” Warszawa) 4 p.

9. Kazimierz Zieliński („Łuczniczka” Bydgoszcz) 4 p.

10. Edward Skiera („Łuczniczka” Bydgoszcz) 3,5 p.

 

Taniec

Czternasty raz o taneczny prymat

Na przekór wszystkim niesprzyjającym okolicznościom w ostatni weekend listopada odbyły się już czternasty raz mistrzostwa Polski niewidomych i słabowidzących w tańcu. Dzięki staraniom klubów – niestety już nielicznych, w których się tańczy – do Warszawy zjechały pary taneczne, by podsumować kończący się rok treningów. Dawno minęły czasy, gdy miejscami na podium dzielili się zawodnicy z Wrocławia, Lublina i Warszawy. Z wymienionych klubów jedynie warszawska „Syrenka” wystawia jeszcze większą liczbę par. W tegorocznej imprezie po raz pierwszy pojawiła się para z Łodzi i, co ciekawe, od razu wygrała swoją kategorię. Miejmy nadzieję, że na następnych turniejach pojawią się pary z innych klubów, które trenują podobno tę jakże widowiskową dyscyplinę. W tym miejscu serdecznie zachęcam tancerzy z Krakowa, Przemyśla i Wrocławia do udziału w kolejnych mistrzostwach i zaprezentowania swoich umiejętności. To naprawdę nie jest nic strasznego. Nie myślcie o strojach, brakach w technice czy innych nieważnych przeszkodach. Tylko od nas zależy, czy dyscyplina utrzyma się nad kreską. Na szczęście zarówno MSiT, jak i PFRON patrzą jeszcze przychylnym okiem na rywalizację taneczną i finansują turnieje.

Tegoroczne mistrzostwa odbywały się w miejscach od lat znanych tancerzom. Mieszkaliśmy i trenowaliśmy w ośrodku szkolno-wychowawczym dla dzieci słabowidzących przy ul. Koźmińskiej, tańczyliśmy na sali w szkole przy ul. Bartosika. Blisko 40 tancerzy reprezentowało cztery kluby. Jak zwykle mogliśmy liczyć na bydgoską „Łuczniczkę”, która mimo trudności od kilku lat wystawia swoją reprezentację.

Wszyscy zawodnicy prezentowali się w nieco innych kategoriach startowych niż dotychczas, co wynikało ze stopnia ich znajomości repertuaru tanecznego. Mimo to komisja sędziowska miała sporo pracy przy typowaniu zwycięzców. Sędzia główna Ewa Gomułka podkreślała, że z każdym rokiem widzi u par postępy, gratulowała też szczególnie początkującym zawodnikom odwagi w prezentacjach.

Najwięcej pierwszych miejsc zdobył klub „Syrenka” Warszawa, zarówno w kategoriach juniorskich, jak i seniorskich. Wśród par z dużym stażem w kategoriach zaawansowani i open tańce latynoamerykańskie wygrali Dariusz i Joanna Popławscy, a standardowe Adam i Anna Baranowscy. Wyróżnić należy też Przemysława Rogalskiego i Agnieszkę Zamojską z Łodzi, którzy wygrali kategorię start.

Zwycięzcy w poszczególnych kategoriach

Junior początkujący: Dawid Turliński, Klaudia Muzińska

Junior szkolny: Dawid Sadowski, Klaudia Bieżuńska

Start: Przemysław Rogalski, Agnieszka Zamojska

Początkujący bis: Mariusz Zacheja, Małgorzata Cicha

Zaawansowani latin: Dariusz Popławski, Joanna Popławska

Zaawansowani standard: Adam Baranowski, Anna Baranowska

Open latin: Dariusz Popławski, Joanna Popławska

Open standard: Adam Baranowski, Anna Baranowska

 

aaa

 

Organizacje

VII Sejmik Stowarzyszenia „Cross”

VII Krajowy Sejmik Stowarzyszenia Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Cross” odbył się 21 listopada 2015 r. w Wągrowcu. Delegaci dokonali wyboru nowego składu Rady Krajowej, Komisji Rewizyjnej i Sądu Koleżeńskiego. Tego samego dnia na swoim pierwszym posiedzeniu Rada Krajowa VII kadencji wybrała na prezesa Stowarzyszenia Józefę Spychałę. Obejmującym stery życzymy powodzenia w pracy na rzecz Stowarzyszenia!

Prezydium Rady Krajowej Stowarzyszenia „Cross”:

Józefa Spychała – prezes

Mirosław Mirynowski – wiceprezes

Joanna Staliś – wiceprezes

Jerzy Hanus – sekretarz generalny

Adam Dzitkowski – członek prezydium

Wacław Morgiewicz – członek prezydium

Józef Plichta – członek prezydium

Członkowie Rady Krajowej Stowarzyszenia „Cross”:

Krzysztof Badowski

Kazimierz Curyło

Michał Czarski

Andrzej Gasiul

Anna Grabowicz

Piotr Łożyński

Janina Maksymowicz

Antoni Szczuciński

Komisja Rewizyjna Stowarzyszenia „Cross”: 

Jolanta Maźniak – przewodnicząca

Zofia Sarnacka – wiceprzewodnicząca

Sławomir Gruszkowski – sekretarz

Józefa Juźko

Lidia Piechowicz

Alicja Pogorzelska

Grażyna Woźniak

Sąd Koleżeński Stowarzyszenia „Cross”: 

Irena Curyło – przewodnicząca

Stanisław Piasek – wiceprzewodniczący

Grzegorz Nowak – sekretarz

Janusz Polakowski

Tadeusz Kolbusz

Renata Tomaszewska

Krystyna Krajewska

Zbigniew Olbryś

Stanisław Raczek

Kadencja władz Stowarzyszenia trwa 4 lata.

 

aaa

 

turystyka

 

Dla przyjaciół Piter

„Mnie nie podoba się miasto Moskwa, mnie podoba się Leningrad” śpiewał Wiktor Coj z zespołu Kino. Dźwięki tej kultowej muzyki wciąż słychać na ulicach. Przy Newskim Prospekcie można spotkać chłopaków o azjatyckich rysach, naśladujących swojego idola z lat 80., śpiewających jego piosenki, pijących wino i zbierających drobne. To oni wraz z ulicznymi grajkami, malarzami, kuglarzami, aktorami i innymi artystami tworzą wyjątkowy charakter miasta.

Miasto z polotem, Wenecja Północy. Miasto wielu imion. Piotrogród, Leningrad, Petersburg... Dla przyjaciół Piter. Miasto nierealne. Według legendy zbudowane w niebie i opuszczone powolutku na ziemię – bo któż by budował tak ogromny gród na tak podmokłych terenach. 

Komunikacja

Zanim zaczniemy zwiedzanie, warto zapoznać się z infrastrukturą miasta. Petersburg położony jest na  ponad 40 wysepkach połączonych licznymi mostami, z których największe są w nocy podnoszone ze względu na przepływające statki. Jest to bardzo istotna informacja, ponieważ powrót do hotelu po nocnej włóczędze może często okazać się niemożliwy. Na  opuszczenie mostów trzeba czekać do 5 rano. Do miasta możemy dostać się samolotem, samochodem, pociągiem, a nawet statkiem. W jego obrębie warto poruszać się wygodną komunikacją miejską: metrem, tramwajami, trolejbusami, autobusami, a także prywatnymi marszrutkami i taksówkami. Wizytę w podziemnej kolejce należy zaliczyć do obowiązkowych nie tylko ze względu na wygodę przemieszczania, lecz również wrażenia estetyczne. Budynki metra są bardzo eleganckie, czyste i przestronne, a takie stacje jak Avtovo, Płoszcza­d’, Wos­sta­ni­jaczy czy Narvsaya to prawdziwe dzieła sztuki. Trzeba również wiedzieć, że petersburskie metro jest najgłębiej położonym na świecie. Jedna z najnowszych stacji – Admiralteyskaya – ma aż 105 m głębokości. Podróż w dół ruchomymi schodami trwa w nieskończoność, a uczucie dyskomfortu potęgują tłumy przemieszczających się pasażerów. Z tego względu metrem najlepiej pokonywać długie dystanse, a na zwiedzanie wybrać się poza godzinami szczytu. Na mniejsze odległości polecam przemieszczanie się marszrutkami. Są to dość szybko i sprawnie poruszające się minibusy. Jeżdżą dosłownie wszędzie i zatrzymują się na żądanie pasażera. Kwotę należną za przejazd trzeba zapłacić kierowcy przy wysiadaniu. Marszrutki są nieco droższe od autobusów, za to sporo tańsze niż taksówki.  

Białe noce

Aby rozkoszować się cudownymi białymi nocami, najlepiej wybrać czas między 25 maja a 16 lipca. Dzień wydłuża się wówczas do niemal 19 godzin, a miasto nie zasypia, lecz tylko zwalnia puls i oddaje swoją przestrzeń poszukującym wrażeń turystom. A niecodziennych doznań na pewno nie brakuje. Białym nocom towarzyszą bowiem zjawiska tworzące aurę niesamowitości. Choćby to opisywane przez Brodskiego w esejach: „Bryły budynków, pozbawione cieni, z okolonymi złotem dachami przypominają kruchy serwis porcelanowy. Wokół tak cicho, że można prawie usłyszeć, jak brzęknęła spadająca w Finlandii łyżeczka. Przezroczysty, różowy odcień nieba jest tak jasny, że błękitna akwarela rzeki niemal nie potrafi go odbić”.

Ta niezwykła cisza jest warta kontemplacji. Cisza zastygłego w bezruchu miasta, jakby wszyscy wyjechali i ktoś zapomniał zgasić latarnie. Cisza, bo petersburżanie śpią przecież, a ruch aut, tramwajów i marszrutek jest ograniczony. Cisza, którą przerywają gdzieniegdzie gromady turystów niczym korowody zagubionych w pustym mieście lunatyków.  

Jesienny Petersburg

Równie piękny jest Petersburg jesienią i zimą. Mimo chłodu miasto żyje kawiarnianym gwarem, w którym skrywają się zmarznięci turyści i uliczni grajkowie. Spacerowiczom towarzyszą dźwięki dzwoneczków, przypominające o zbliżających się świętach Bożego Narodzenia. Spacery warto umilać sobie grzanym winem lub herbatą z „prądem” – w takich właśnie knajpkach z muzyką. Kawa, herbata, wino nigdzie nie smakują tak jak w Rosji. Petersburskie lokale bardzo dbają o estetykę podawania napojów i potraw. Dlatego możemy być pewni, że kawę wypijemy z najlepszej jakości porcelany, a wódkę zawsze dostaniemy w kieliszku z nóżką. Petersburskie restauracje oczarują nas klimatem, wystrojem, muzyką, gościnnością, a przede wszystkim pasją. Będziemy rozkoszować się nie tylko rosyjską kuchnią, lecz także manierami kelnerów i wspaniałą atmosferą towarzyszącą podejmowaniu gości. Z pewnością polecą nam specjalność zakładu, podadzą najlepsze przystawki, bez których nie może rozpocząć się uroczysty posiłek, i nie zapomną poczęstować czymś ekstra – wódeczką lub lokalnym samogonem.  W Petersburgu nie brakuje też knajpek, często samoobsługowych, w których można w miarę tanio i szybko zjeść dobry obiad. Wybór jest spory, różne rodzaje zup, pierogi, bliny, desery, kawa, herbata. Są to odpowiedniki naszych barów mlecznych, z oszczędnym wystrojem, dobrą garkuchnią i przystępnymi cenami.  

Punkty obowiązkowe

Jesteśmy w mieście słynącym ze wspaniałych zabytków i choć przyjemnie jest włóczyć się po ulicach i przesiadywać w knajpach, musimy zaliczyć choć kilka sztandarowych atrakcji. Do najważniejszych zalicza się Ermitaż. Aby zwiedzić wszystko, co oferuje nam to wspaniałe muzeum, trzeba by chyba w nim zamieszkać na długie lata. Dlatego skupimy się na najważniejszych punktach.

Przede wszystkim należy wiedzieć, że Ermitaż mieści się w pięciu pałacach. Nazwa z języka francuskiego znaczy „pustelnia”. Głównym budynkiem, wzniesionym dla carycy Elżbiety w XVIII w., jest barokowy Pałac Zimowy. I chociaż kolekcjonowanie dzieł sztuki rozpoczął już Piotr Wielki, to w prawdziwą galerię sztuki przemieniła pałac cesarzowa Katarzyna II. To za jej sprawą francuski filozof Denis Diderot skupował obrazy z kolekcji francuskich, dzięki czemu dziś jest to nie tylko jedno z największych, ale i najbogatszych muzeów na świecie. Nawet jeżeli nie jesteśmy koneserami sztuki, to przechadzając się po muzeum, od razu rozpoznamy najwybitniejsze dzieła, ponieważ nieustannie kłębią się przed nimi wielbiciele malarstwa.

Błysk fleszy odbija się od białej koszuli Lutnisty obojętnie spoglądającego z obrazu Caravaggia. Przed chłopcem otwarta partytura z napisem po włosku: Wiesz, że Cię kocham. Możemy tylko przypuszczać, gdzie myślami jest ten siedzący w ciemnościach młodzieniec, śpiewający samotnie swoje madrygały. Niemało emocji wzbudza przepełniony radością życia Taniec Henriego Matisse`a. Płótno wypełnia pięć nagich, czerwonych postaci na zielonym i niebieskim tle, które zapamiętale tańczą prowansalską farandolę. Niemal słychać dźwięki fletu i tamburyna, a roztańczone sylwetki, trzymające się za ręce, w jednym miejscu na pierwszym planie tworzą przerwę, zapraszając nas do zabawy. Dźwięki migawek aparatów cyfrowych słyszy nieustannie Magdalena Tycjana, rembrandtowska Deane, Biesiadnicy Diego Velázqueza, Haitanka Gaugina i Madonny Leonarda da Vinci. Tłumy gapiów niczym duchy gromadzą się też przed Białym domem w nocy Vincenta van Gogha oraz tajemniczą Kompozycją VII Wassily’ego Kandinsky’ego. I choć w zbiorach muzeum znajdują się dzieła z najodleglejszych zakątków świata, próżno szukać czegokolwiek pochodzącego z Polski. Spacerując, trafimy na chłodną Salę Malachitową, gdzie nieustannie słychać echo stukoczących obcasów, ekstrawagancki Złoty Salon, w którym chciałoby się przysiąść choć na chwilę, zaskakującą gotycka bibliotekę wypełnioną drewnianymi zdobieniami i wreszcie Salę Herbową ze złoconymi kolumnami i carską karetą.

Szczególną rolę w muzeum odgrywają koty, które skutecznie chronią zbiory przed gryzoniami. Koty rezydentami Pałacu Zimowego były już w czasach Piotra I. Są pod doskonałą opieką i mają nawet swoją stronę internetową. W ich utrzymanie można się włączyć osobiście. Każdy, kto adoptuje ermitażowego kota, otrzymuje specjalny certyfikat uprawniający do dożywotniego darmowego wstępu do muzeum.

Opodal Ermitażu znajduje się słynny plac Pałacowy, który był miejscem wielu wydarzeń historycznych, m.in. „krwawej niedzieli” w 1905 roku oraz ukazanego w filmie Październik Siergieja Eisensteina szturmu na Pałac Zimowy w 1917 r. W 1995 był on też planem kilku scen w filmie GoldenEye, opowiadającym o przygodach agenta 007. A dziś jest miejscem imprez i spotkań mieszkańców. Pod łukiem triumfalnym – znajdującym się na południowym krańcu placu symbolu zwycięstwa nad Napoleonem – możemy przemknąć na Newski Prospekt. Jest to reprezentacyjna ulica miasta, która tętni życiem niemal non stop. W codziennym gwarze spieszących do pracy mieszkańców i spacerujących turystów słychać rozmowy we wszystkich językach świata, a w dni świąteczne ulicę opanowują rytmiczne dźwięki defilad i ulicznych imprez. Restauracje, kawiarnie, kramiki z upominkami, księgarnie, butiki i drogerie, a wszystko w otoczeniu kamienic pamiętających XVIII i XIX wiek. Pod numerem 14 znajduje się szkoła, której mur zdobi napis wykonany jeszcze podczas II wojny światowej: Obywatele! Przy obstrzale artyleryjskim ta strona ulicy jest najniebezpieczniejsza. Dalej, pod numerem 17, odnajdziemy barokowy pałac Stroganowów z siedzibą Muzeum Rosyjskiego. Kolejną ciekawostką jest charakterystyczny budynek ze szklaną wieżą – to Dom Książki pod numerem 28, będący mieszanką stylu nowoczesnego i elementów neorenesansowych i barokowych. Naprzeciwko, pod numerem 25, przy kanale Gribojedowa, znajduje się jedna z najpiękniejszych świątyń miasta – sobór Kazański, który w czasach radzieckich pełnił funkcję Muzeum Ateizmu i Religii. Pod numerem 42 odnajdziemy budynek, który odwiedzał Adam Mickiewicz. Ciekawy jest też luksusowy sklep spożywczy ulokowany w uroczej secesyjnej kamienicy pod numerem 56, który przyciąga turystów swoim nietuzinkowym wystrojem. Pod tym samym numerem, na piętrze, mieści się Teatr Komedii. Dalej Ogród Katarzyny II wraz z pomnikiem carycy i most Aniczkowski z posągami mężczyzn ujarzmiających konie. I wreszcie pod numerem 41/42 pałac Biełosielskich-Biełozierskich, w którym mieści się Centrum Informacji Turystycznej oraz Muzeum Historyczne Figur Woskowych.

Na południowym krańcu Newskiego, pod numerem 179, znajduje się Ławra Aleksandra Newskiego. W cerkwi usłyszeć można tajemnicze śpiewy, a po prawej stronie od ikonostasu spotkamy tłumy wiernych oddających cześć relikwiom Newskiego, którego Rosjanie czczą jak świętego. Na przyklasztornych cmentarzach odnajdziemy groby najznamienitszych Rosjan, m.in.: Piotra Czajkowskiego, Modesta Musorgskiego, Nikołaja Rimskiego-Korsakowa i Fiodora Dostojewskiego. Przechadzając się Newskim, nie sposób nie zauważyć bajkowej świątyni z kolorowymi wieżyczkami. To cerkiew Zmartwychwstania Pańskiego, zbudowana z dwudziestu rodzajów dekoracyjnych kamieni, m.in.: jaspisu, rodonitu, porfiru, włoskiego marmuru. Wnętrze świątyni skrywa fragment bruku, na którym w 1881 roku zginął car Aleksander II. 

W delcie Newy

Ponieważ Petersburg zwany jest Wenecją Północy, niemal obowiązkiem jest bliższe poznanie Newy. Szczególnie atrakcyjne jest otwieranie mostów. Ten niesamowity spektakl można podziwiać każdej nocy od kwietnia do listopada. Warto wybrać się na spacer brzegiem rzeki, np. w okolice mostu Dworcowego, gdzie gromadzi się najwięcej osób, lub popłynąć w nocnym rejsie Newą. W romantycznej scenerii oświetlone mosty pękają wpół i otwierają się jeden po drugim, a już po chwili słyszy się syreny pierwszych przepływających statków. Musimy jednak pamiętać o ciepłych ubraniach, bo chłód od rzeki, szczególnie o tej porze, jest przeszywający. Za dnia warto odwiedzić krążownik Aurora, który zakotwiczony jest przy Nadbrzeżu Piotrogrodzkim na Wielkiej Newie, blisko mostu Sampsonijewskiego. O historii statku można posłuchać w ulokowanym na jego pokładzie muzeum, do którego wstęp jest bezpłatny. Wenecki klimat miasta przywołują też liczne mosty i ozdobne mosteczki, których w samym centrum jest ponad 300. Często oświetlają je fikuśne latarenki, ozdabiają misterne rzeźby i ażurowe przęsła. Na wielu wiszą kłódki z inicjałami par i miłosnymi zaklęciami.

Najstarszą budowlą miasta jest mieszcząca się na Wyspie Zajęczej Twierdza Pietropawłowska. Wybudowana jako bastion mający chronić przed szwedzką inwazją, nigdy nie spełniła swej militarnej roli, za to stała się sławnym więzieniem, w którym przetrzymywano m.in. Tadeusza Kościuszkę, dekabrystów, Fiodora Dostojewskiego, Lwa Trockiego czy Maksyma Gorkiego. Charakter militarny utraciła w 1924 roku, kiedy zamieniono ją na muzeum. Najbardziej rozpoznawalnym budynkiem, widocznym niemal ze wszystkich punktów miasta, jest barokowy sobór św. św. Piotra i Pawła, z charakterystyczną dzwonnicą umiejscowioną w 122-metrowej iglicy. W świątyni znajdują się sarkofagi rosyjskich carów od czasów Piotra I.

Miejscem tłumnie obleganym przez turystów jest pomnik Piotra Wielkiego. Nie wiedzieć czemu każdy chce usiąść na kolanach Piotra I, potrzeć jego palec i spojrzeć na śmiesznie małą względem reszty monumentu głowę. Trzeba jednak wiedzieć, że najważniejszym pomnikiem Petersburga jest ufundowany przez Katarzynę II Jeździec Miedziany, który stoi dumnie na placu Senackim. W rzeczywistości wykonany z brązu monument swoją nazwę zawdzięcza pomyłce Aleksandra Puszkina, który poświęcił mu jeden ze swoich poematów. Zgodnie z XIX-wieczną legendą dopóki Jeździec Miedziany stoi w centrum Petersburga, miasto nie zostanie zdobyte przez wrogie wojska. W czasie blokady Leningradu pomnika nie ewakuowano, lecz zamknięto w drewnianej osłonie i osypano ziemią. Pomnik nietknięty przetrwał 900 dni oblężenia, a miasto bohatersko się obroniło. 

Za miastem

Na wyprawę do pałacu Jekateryninskiego, inaczej zwanego Carskim Siołem, warto przeznaczyć trochę więcej czasu. Jest to barokowy kompleks parkowo-pałacowy znajdujący się około 25 km od Petersburga. Z ogromną przyjemnością spaceruje się po pałacowych ogrodach, wśród zmieniających kolory cisów, grabów i bukszpanów, pomiędzy obeliskami, łukami triumfalnymi, mosteczkami i licznymi rzeźbami. W ogrodach obejrzeć można łaźnię turecką zbudowaną na podobieństwo meczetu, Chińską Wioskę, zalesiony zwierzyniec oraz wiele innych atrakcji będących pamiątką po zachciankach carycy Katarzyny II.  W samym pałacu najbardziej oszałamiająca wydaje się bogato zdobiona Sala Balowa o powierzchni ponad 800 m2, w której kilkaset luster potęguje wrażenie nieograniczonej przestrzeni. Jeszcze większe wrażenie robi Bursztynowa Komnata, która jest rekonstrukcją zaginionego podczas II wojny oryginału. Nastrój panujący w jej wnętrzu jest niesamowity. Ciepło płynące z jantaru oraz płomieni ponad 200 świec sprawia, że z tej niewielkiej przestrzeni nie chce się wychodzić.

Na dłuższą wycieczkę warto wybrać się także do „światowej stolicy fontann”, czyli do znajdującego się nad Zatoką Fińską Peterhofu. Ten wspaniały zespół pałacowo-ogrodowy założony przez cara Piotra I przyciąga tłumy turystów, głównie za sprawą rzadko spotykanych pokazów sztuki wodnej.  Symfonie dźwięków płyną z czterech zabytkowych kaskad i 144 fontann, z których co sekundę wypływają 34 tys. litrów wody. Jednak spacerując, trzeba mieć się na baczności, bo woda może wytrysnąć spod alejek lub zza ławki. Przypomni nam o tym pisk dzieciaków biegających wśród podziemnych wodotrysków wokół pałacyku Monplasir. 

Pamiątki

Z jesienno-zimowej wycieczki do Petersburga warto wrócić w futrzastej czapie lub ciepłych rękawiczkach. Jeżeli udzieli nam się klimat świąt, trudno nie kupić świątecznych ozdób lub przepięknie zdobionych kart świątecznych. Dla tradycjonalistów są klasyczne matrioszki lub takie z  podobiznami przywódców politycznych, postaciami z bajek lub ozdobione na sposób zupełnie awangardowy. Pamiątki po ZSRR czy też główki Lenina są dostępne niemal na każdym straganie. Na prezent lub ponadczasową pamiątkę świetnie nadadzą się szachy, które można spotkać w różnych, czasami naprawdę imponujących rozmiarach, ale też zdobne w misterne detale, pięknie rzeźbione lub zupełnie proste.

Beata Niedziela

 

aaa

 

zdrowie

 

Fekalny przeszczep

Temat jest, delikatnie rzecz ujmując, mało atrakcyjny, a przez wiele osób uważany nawet za obrzydliwy. Ale że zgodnie z powszechną wśród humanistów maksymą nic, co ludzkie, nie jest nam obce, jednak się nim zajmiemy. Tym bardziej że coraz częściej na łamach nie tylko medycznych periodyków można przeczytać artykuły o niekonwencjonalnej metodzie leczenia niektórych chorób, zwanej przeszczepami kałowymi.

Chodzi o końcowy efekt przemiany materii w naszym organizmie, czyli po prostu… kupę. Jest nieustannie obecna w naszym życiu: od 19 do 280 gramów na dzień, do blisko 50 kilogramów rocznie. Okazuje się, że będąca dotąd w pogardzie, może skutecznie usunąć wiele dolegliwości układu pokarmowego. Wiedzieli już o tym Chińczycy, którzy w IV wieku p.n.e. wykorzystywali kał w leczeniu objawów zatrucia i ciężkich biegunek. Li Shizhen, słynny XVI-wieczny lekarz i farmaceuta, chorym na biegunkę podawał żółtą zupę, czyli mieszankę sfermentowanych i zasuszonych odchodów. Niemieccy żołnierze podawali, że w czasie II wojny światowej kał wielbłądów stosowany był przez Beduinów jako lek na czerwonkę. Leczenie łajnem od stuleci stosowane jest też w weterynarii. Metodę na „użyźnienie” jelit podpatrzono zresztą u samych zwierząt. Młode słonie, pandy i koale rodzą się ze sterylnymi jelitami. Zjadają stolec swoich matek, aby wprowadzić do nich dobrą florę bakteryjną.

Nasze jelita są siedliskiem dla ponad 100 trylionów bakterii. Tworzą one wyjątkowy związek z naszym układem odpornościowym. Mikroby jelitowe są w stałym kontakcie z częścią układu immunologicznego usadowioną w jelitach. Ten „dialog” pomaga organizmowi odróżniać niegroźne ciała obce, na przykład składniki pokarmu, od groźnych, na przykład salmonelli. Komórki odpornościowe żyjące w tkance wyścielającej jelito nieustannie patrolują swój rewir, będąc w pełnej gotowości do bicia na alarm w razie niebezpieczeństwa. Ale ta bardzo liczna, świetnie zorganizowana armia coraz bardziej się wykrusza. Bywa, że grozi jej całkowita klęska. Największym zagrożeniem dla zdrowia i stabilizacji naszych wewnętrznych lokatorów jest współczesny styl życia w krajach rozwiniętych: wysoko przetworzona żywność, nadmiernie sterylne mieszkania i nadużywanie antybiotyków. Zwłaszcza te ostatnie są u nas zbyt często, nieraz bez powodu, zażywane jako remedium niemal na wszelkie choroby. To sprawia, że nasze jelita, oczyszczone przez antybiotyki z dobrych bakterii, stają się bezbronne wobec różnych zakażeń. Jedno z najbardziej niebezpiecznych powoduje bakteria chorobotwórcza z gatunku Clostridium difficile. Objawami są bóle brzucha, niestrawność i biegunka, która może się pojawiać nawet kilkanaście razy na dzień. Bywa, że pacjenci nawet jedną czwartą życia spędzają w toalecie. CD jest odporna na wszystkie antybiotyki. Ostatnią szansą dla chorych była dotąd wankomycyna. Ale i ona nie zawsze pomaga. Tylko w Stanach Zjednoczonych z powodu zakażenia bakterią CD umiera rocznie 14 tysięcy osób, a na świecie są nią zakażone miliony.

Pierwsze próby leczenia stanów zapalnych jelit przez wlew do odbytu kału pobranego od osób zdrowych podjęto w Stanach na początku lat 60. W kolejnych dekadach próbowali tej metody lekarze w innych krajach, m.in. w Holandii. Nie szło łatwo, głównie z powodu niechęci środowiska medycznego do tak „zawstydzającej terapii”. Wokół sprawy zrobiło się głośniej dopiero po opublikowaniu w 2013 r. przez dr. Maxa Nieuwdorpa na łamach angielskiego periodyku medycznego wyników pierwszej klinicznej próby transplantacji kału. Wyniki badań zachęcały do stosowania tej metody: ponad 90 proc. z grupy zakażonych CD wyzdrowiało po przeszczepie kału. Australijski lekarz Thomas Borody wykonał już ponad trzy tysiące tego typu przeszczepów. Leczy w ten sposób nie tylko choroby zapalne jelit, lecz także przewlekłe zapalenia stawów. W 2012 roku opublikował niektóre wyniki swoich prób. Wyleczył blisko 70 procent z grupy 62 pacjentów cierpiących na wrzodziejące zapalenie jelita grubego, a 24 procentom jego terapia złagodziła objawy tej choroby.

Tak zadowalające rezultaty ośmieliły innych do bardziej konkretnych działań. W 2014 roku niespełna 30-letni amerykański mikrobiolog dr Mark Smith postanowił otworzyć pierwszy na świecie bank mrożonego kału o nazwie Open Biome. Na przedmieściach Bostonu, gdzie znajduje się jego laboratorium, codziennie pobiera się próbki od dawców. Przez jedne drzwi kurierzy medyczni zabierają pudełka zanurzone w ciekłym azocie, przez drugie wchodzą dawcy, z których większość odchodzi z kwitkiem. Przebyte choroby jelit, zbyt częste używanie wyjaławiających antybiotyków, nieodpowiednia dieta – to wszystko dyskwalifikuje przydatność ich „materiału”. Ci, którzy pomyślnie przejdą test, za jedną „porcję” do przeszczepu dostają 40 dolarów. Open Biome trafił na listę najgłośniejszych ostatnio projektów ze styku nauki i innowacyjnego biznesu. Nie da się ukryć, że w tym przypadku powiedzenie pecunia non olet nabiera konkretnego znaczenia. Procedura, do której próbki pobierane są od dawców, została uznana za medyczny przełom. Prestiżowy szpital Cleveland Clinic okrzyknął bakterioterapię fekalną jednym z dziesięciu najważniejszych odkryć medycznych 2014 roku, kiedy okazało się, że zaledwie 50 gramów przeszczepu stolca jest skutecznym lekiem dla cierpiących na groźną infekcję bakterią CD. Sama metoda porównywana jest do nawożenia jałowej ziemi nawozem naturalnym. Wzmocniona i wzbogacona o nowe gatunki wewnętrzna flora sama rozprawia się z bakterią.

Mikrobiom zaprząta obecnie głowy licznych biologów i lekarzy. Próbują oni dowieść, że kompozycja flory wewnątrzbrzusznej oddziałuje nie tylko w przypadku dolegliwości pokarmowych, lecz również depresji, otyłości, choroby Alzheimera czy Parkinsona. Choć na razie nie ma na ten temat wielu badań, z transplantacji stolca korzystają też chorzy na przewlekłe zapalenie jelit, chorobę Leśniowskiego-Crohna, alergie pokarmowe, cukrzycę. Bywa, że ryzykują zakażenie, robiąc to metodą chałupniczą, bez opieki lekarzy. Przeszczep w szpitalu kosztuje kilka tysięcy dolarów i rzadko pokrywa go ubezpieczenie. Mniej zamożni chorzy stworzyli grupę na Facebooku pod kryptonimem Sally Brown (współczesna „żółta zupa” stosowana przez Chińczyków) i dzielą się swoimi doświadczeniami na temat „materiału”. Lekarze, którzy wobec procedury są sceptyczni, posługują się koronnym argumentem, jakim jest brak wystarczającej wiedzy na temat długotrwałych skutków bakterioterapii. Pisano na przykład, że szczupła pacjentka, która dostała lewatywę od dawcy z nadwagą, teraz sama nie może pozbyć się zbędnych kilogramów. Być może to tylko przypadek – spekulują lekarze. Gorzej, jeśli przy okazji dostała dawkę mikrobów, które przyczyniają się do tego, że ich nosiciele przybierają na wadze. Co może być prawdopodobne, trzy lata temu bowiem zespół naukowy Holendra Nieuwdorpa przeprowadził badania kliniczne z udziałem osób cierpiących na zespół metaboliczny (z otyłymi, którzy są o krok od cukrzycy). Przeszczepiono im kał od szczupłych i zdrowych ochotników. Okazało się, że taka terapia odchudzająca działać może także w drugą stronę.

Dr Smith nie lekceważy żadnych zarzutów, ale przekonuje, że ludzie chorzy na CD nie są w stanie normalnie funkcjonować i póki naukowcy nie odkryją skutecznego leku, który im pomoże, przeszczep fekalny jest jedynym rozwiązaniem. Sam chciałby uprościć całą procedurę i zamiast zamrożonych produktów naszych jelit oferować ich zawartość w postaci sproszkowanej, zamkniętej w glicerynowej tabletce. Tyle że będzie to już nie naturalny, ale sztuczny nawóz. Nie wiadomo, czy flora bakteryjna naszych jelit zechce się z nim zaprzyjaźnić.

Ostatnio słowo „ekologia” robi zawrotną karierę. Wraz z dodawanymi do niego określeniami (środowiska, żywności, trybu życia, odpadów itp.) jest odmieniana przez wszystkie przypadki. Teraz mówi się także o ekologii defekacyjnej. Wraz ze zmniejszeniem się liczby gatunków zwierząt, zwłaszcza największych, naturalne nawożenie naszej planety przez ich odchody katastrofalnie zmalało. Skutek jest taki, że środowisko ubożeje, ziemia staje się mniej żyzna, a my szpikujemy ją sztucznymi nawozami. Naturalne szambo podkradają nam również tzw. koprofagi: żuki gnojarze, bakterie, sępy ścierwojady. Kulinarne upodobanie do kupy wykazują też słonie, pandy, koale, hipopotamy – jest ona jednym z pierwszych dań, jakie swoim młodym oferują mamy. Taki posiłek pozwala zbudować w przewodzie pokarmowym właściwą florę bakteryjną.

Odchody mogą mieć wiele innych bardzo przydatnych zastosowań. W Azji, zwłaszcza w Indiach, wysuszone krowie łajno służy za opał. W San Francisco żyje około 120 tysięcy psów, wytwarzających blisko 4 procent odpadów (w całych Stanach zwierzęta „produkują” ok. 10 mln ton odpadów) składowanych na miejskich wysypiskach. Efekt przemiany materii czworonogów przetwarza się w biogaz, który później zasila elektrownie lub ciepłownie. Biomasę w energię przerabia się także w Europie: w Zurychu, Frankfurcie nad Menem i Wiedniu. W Anglii są trzy elektrownie pracujące dzięki spalaniu ptasich odchodów.

Wygląda na to, że porzekadło „w kupie siła”, które mówi o znaczeniu ludzkiej solidarności, pasuje także jak ulał do opisanych wyżej przypadków. 

(BWO)

 

aaa

 

ruszajmy się

 

Snowboard – jak się przygotować?

Snowboard cieszy się coraz większą popularnością. Ta alternatywa dla narciarstwa zjazdowego, mimo trudniejszych początków powodowanych problemami z utrzymaniem równowagi, ma wielu zwolenników. Uważany jest za sport bardziej naturalny, bezpieczniejszy i łatwiejszy od narciarstwa zjazdowego.

Snowboardziści uznają też jazdę na jednej desce za ciekawszą i przyjemniejszą. Dodatkowo wyróżnia ją swoboda jazdy poza trasami i możliwość wykonywania wielu trików i skoków w tzw. freestyle’u. Wielu narciarzy deklaruje, że nie są w stanie zamienić dwóch desek na jedną, warto jednak spróbować, by na własnej skórze przekonać się, która forma zjazdów bardziej nam odpowiada.

Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że bezpieczna jazda wymaga opanowania podstawowych umiejętności technicznych, pokory i wystrzegania się brawury. Do nauki należy stworzyć odpowiednie warunki, stok powinien mieć niewielkie nachylenie i znajdować się w ustronnym miejscu, gdzie będzie dużo przestrzeni i mała liczba jeżdżących. Pierwsze próby najlepiej jest wykonywać w asyście instruktora jazdy. Lekcje z doświadczonym nauczycielem należy powtarzać co jakiś czas, by wyeliminować pojawiające się błędy i ćwiczyć poszczególne elementy. Opis podstawowej techniki jazdy może być w tym pomocny. 

Dobór sprzętu

Do podstawowego sprzętu zaliczamy: deskę snowboardową, wiązania, buty. Ważnym elementem wyposażenia snowboardzisty jest odpowiedni ubiór: bielizna termiczna oraz spodnie, kurtka, czapka, rękawiczki. Nie wolno zapomnieć o istotnych dla zdrowia zabezpieczeniach podczas upadku: ochraniaczach na kolana, pośladki, kręgosłup lub całe ciało (tzw. zbroja), o kasku oraz goglach ułatwiających widzenie.

Przystępując do zakupów, należy znać potrzeby osoby mającej użytkować sprzęt: jej płeć, cechy fizyczne (wzrost, waga, rozmiar buta), przeznaczenie wyposażenia (styl jazdy i stopień zaawansowania) oraz możliwości finansowe (z tym, że nie należy oszczędzać na bezpieczeństwie i pomijać przy zakupie dobrej jakości ochraniaczy i kasku).

Deska snowboardowa jest najistotniejszym elementem wyposażenia. Dobierając ją, należy zwrócić uwagę na jej charakterystykę: szerokość, długość, materiał i sposób wykonania, do jakiego stylu jazdy jest przeznaczona, na jaki wzrost i wagę oraz to, czy deska będzie służyć do jazdy amatorskiej czy profesjonalnej.

Rodzaj (przeznaczenie) deski odpowiada za jej zachowanie się w danych warunkach, podczas konkretnych manewrów. Najpopularniejsze deski to:

all mountain (oznakowanie AM) – jest to kategoria desek najbardziej uniwersalnych. Przeznaczone są dla początkujących i średnio zaawansowanych amatorów. Ich konstrukcja pozwala również na jazdę poza stokiem. Atutem jest to, że nie reagują zbyt gwałtownie i, jak to się mówi, wybaczają wiele błędów. Dzięki temu pozwalają na szybki progres umiejętności, bez zastanawiania się nad tym, gdzie odbywa się jazda;

freestyle (FS) – są to deski miękkie. Sprawdzają się w snowparku i na miękkich, przygotowanych trasach, raczej nie nadają się do jazdy w głębokim puchu;

freeride (FR) – jak sama nazwa wskazuje – przeznaczone do jazdy w świeżym śniegu poza trasami. Ich konstrukcja pozwala na jazdę w każdych warunkach, sprawdza się również podczas szybkiej jazdy po przygotowanych stokach;

jibbing (JB) – deski nieco krótsze, przeznaczone do zabawy i trików, mają podniesione krawędzie, co ułatwia slide po poręczach i murkach. Wzmacniana konstrukcja zapobiega odkształceniom przy upadkach;

buttering (BT) – stosunkowo miękkie, o zredukowanej długości, idealnie sprawdzające się w jeździe zabawowej, wykorzystujące naturalne ułożenie stoku.

Również kształt deski ma znaczenie. Wyróżniamy kształt twin tip (symetryczne deski ze środkiem ciężkości na środku), directional (niesymetryczne, kierunkowe deski z przesuniętym środkiem ciężkości), wide (kształt z poszerzoną środkową częścią dla osób mających duży rozmiar stopy). Jednym z najważniejszych czynników wpływających na właściwości deski jest jej konstrukcja zapewniająca odpowiednie wygięcie i elastyczność. Warunkuje reagowanie na ruchy snowboardzisty. Za uzyskiwane prędkości odpowiada rodzaj ślizgu (tłoczony – najwolniejszy, niewymagający dużej ilości zabiegów konserwujących, spiekany – szybszy, wymagający smarowania. Elektra – najszybszy, ale wymaga specjalistycznych zabiegów i smarowania, używany w deskach wyścigowych). Jednym z najważniejszych parametrów deski jest jej twardość, czyli flex. To wartość podawana najczęściej w skali od 1 do 10, gdzie 1 oznacza deskę bardzo miękką, a 10 bardzo twardą. Sztywność deski wpływa na jej stabilność i prowadzenie. Upraszczając, miękkie deski łatwo się prowadzą, twarde natomiast zapewniają dużą precyzję prowadzenia, mocne trzymanie krawędzi i mają sporą energię, którą odzyskuje się podczas skrętu, ale wymagają od użytkownika większych umiejętności i nie pozwalają na dużą swobodę ruchów. 

Wiązania snowboardowe

Wiązania snowboardowe należy dobrać do konkretnej deski. Zalecane są miękkie wiązania do miękkich desek i odpowiednio – twarde do twardych. Przy wyborze powinno się zwrócić uwagę na kilka komponentów. Jednym z nich jest flex, czyli twardość wiązań, która odpowiada za precyzję prowadzenia i czas reakcji deski na bodziec wysyłany przez użytkownika. Początkującym zalecane są miękkie wiązania. Jednym z istotniejszych elementów jest podstawa. Jest to płyta, do której przymocowana jest reszta wiązania, którą przykręca się do deski. Robi się ją z różnych materiałów, najpopularniejsze są aluminium i tworzywa sztuczne. Należy zwrócić uwagę na amortyzację, jaką zapewniają dane wiązania. Kolejny element to hi back – czyli tak zwana łyżka. Odpowiada za trzymanie boczne buta i odgrywa dużą rolę podczas jazdy na wprost oraz podczas pokonywania zakrętów na tylnej krawędzi. Przy wybieraniu wiązań należy zwrócić uwagę, czy łyżki danych wiązań są dobrze wyprofilowane, czyli czy dobrze przylegają do buta oraz czy ich regulacja pozwala na dobranie odpowiedniego kąta. Kąt, pod jakim nachylona jest łyżka w stosunku do podstawy, odpowiada za pozycję podczas jazdy, co wpływa na poprawność wykonywania manewrów. Należy również zwrócić uwagę na strapy. Są to paski wyposażone w specjalne pompki, dzięki którym przypinamy but do wiązań. Najczęściej występują dwa rodzaje. Przy wyborze wiązań należy zwrócić uwagę na to, z jakiego materiału wykonane są pompki, czy poduszki są miękkie i odpowiednio wyprofilowane, a także czy paski są regulowane w wystarczającym zakresie. Przedni strap może być w kształcie zakładanego na czubek buta noska.

Buty snowboardowe to element wyposażenia, który w największym stopniu odpowiada za komfort i przyjemność z jazdy. Niewygodne, nietrzymające pięty buty mogą zniweczyć korzyści z zakupu najlepszego sprzętu i zaprzepaścić szanse na szybkie postępy w nauce. Twardość butów (flex) należy dobrać tak, by współgrały z twardością deski i wiązań. Przy wyborze ważny jest również rozmiar, jakość wkładki wewnętrznej, rodzaj podeszwy i systemu sznurowania, gdyż buty muszą być dobrze zasznurowane i dopasowane. Podczas wyboru butów należy zwrócić uwagę na elementy wspomagające trzymanie kostki i pięty, takie jak: poduszki wokół kostek, specjalny materiał na pięcie oraz specjalne paski oplatające kostkę. Dobrze dobrany rozmiar to taki, kiedy noga w bucie „nie lata”, ale palce nie dotykają też przedniej krawędzi (najlepiej, gdy odległość dużego palca od krawędzi buta wynosi około 0,5 cm). Za komfort i dopasowanie do stopy odpowiada również wkładka wewnętrzna.

Gogle chronią oczy przed śniegiem, wiatrem i słońcem. Należy zwrócić uwagę na jakość szybki, jej system wentylacji zabezpieczający przed parowaniem, filtry UV oraz kolor dostosowany do panujących warunków świetlnych. Najlepiej, jeśli ramka jest wykonana z miękkiego, odpornego i lekkiego materiału. Pasek wybieramy szeroki, łatwo regulowany, dobre przylegający do głowy i uniemożliwiający zsuwanie się gogli.

Wybierając specjalistyczną odzież, należy zwrócić uwagę na dwa bardzo istotne parametry materiału, z którego jest wykonana. Wodoodporność – im wyższa wartość, tym mniejsza przepuszczalność wody. Parametr podaje się w mm słupa wody, jaki materiał udźwignął i nie przepuszcza w warunkach laboratoryjnych. Drugi równie istotny to stopień oddychania tkaniny, który podaje się w gramach na metr kwadratowy. Oznacza ilość przepuszczonej pary wodnej w ciągu 24 godzin badania w laboratorium. Tu im wyższa wartość, tym lepiej wilgoć i pot będą odprowadzane na zewnątrz. 

Technika czynności podstawowych

Zagadnieniem, z którym mogą mieć problem początkujący, jest zakładanie sprzętu. Na terenie płaskim czynność tę wykonuje się w pozycji stojącej. Należy położyć deskę na śniegu, trzymając za pasek asekuracyjny. Jako pierwszą zawsze wkładamy i zapinamy przednią nogę. Następnie przenosimy na nią ciężar ciała i utrzymując równowagę, wpinamy drugą nogę. Więcej koncentracji wymaga zakładanie deski na stoku. Rozpoczyna się w pozycji stojącej, z twarzą skierowaną do stoku. Trzymając deskę za pasek asekuracyjny, kładziemy ją na śniegu przed sobą, prostopadle do linii spadku stoku. Potem podpieramy deskę przodem buta nogi tylnej w jej środkowej części i wpinamy przednią nogę w wiązanie. Następnie stawiamy tylną nogę powyżej deski, obracamy się z deską tak, aby usiąść na śniegu z twarzą skierowaną w dół stoku. Wbijamy tylną krawędź w śnieg i wpinamy tylną nogę. Całą czynność wpięcia obu nóg można wykonać na siedząco, co preferuje wielu snowboardzistów. 

Podczas pierwszych prób jazdy czekają nas częste upadki. Wielu radzi pomyśleć nawet o dodatkowych amortyzatorach (poduszkach) na pośladki i kolana. Opanowanie bezpiecznych, kontrolowanych upadków i sprawnego wstawania będzie kluczowe w tym okresie. A umiejętność upadania pozwoli nam uniknąć groźnych kontuzji w przyszłości.

Trzeba zwrócić uwagę na to, że upadanie i podnoszenie się może odbywać się w różnych warunkach śniegowych i terenowych, na stokach o różnym nachyleniu. Podnoszenie się z leżenia przodem jest łatwiejsze do wykonania. Należy najpierw przejść do klęku obunóż i ustawić deskę prostopadle do linii spadku stoku, aby podnosząc się, nie zacząć niekontrolowanej jazdy w dół. Wbijamy krawędź deski w śnieg i uginając kolana, przesuwamy ciało nad deskę. Podczas tego manewru cały czas podpieramy się rękami jak najbliżej kolan, a następnie odrywamy kolana od śniegu. Ostatnia faza to odepchnięcie się rękami od śniegu, wyprostowanie kolan i wstanie do postawy pionowej. Z leżenia tyłem również możemy się podnieść. Należy, podpierając się rękami, przejść do siadu tyłem na stoku, ustawić deskę prostopadle do linii spadku stoku i wbić jej krawędź w śnieg. Opieramy ręce na śniegu blisko pośladków i uginając kolana, przesuwamy ciało nad deskę. Aby łatwo wstać, należy wykonać zamach tułowiem i odepchnąć się przednią ręką od śniegu, jednocześnie prostując nogi i tułów.

Upadanie może być bezbolesne, jeżeli wykonamy je w sposób kontrolowany. Ważne jest, by prawidłowe upadanie przećwiczyć wiele razy, tak by odpowiedni ruch stał się nawykowy w chwili utraty równowagi. Upadamy najczęściej do przodu lub do tyłu. Niezależnie jak upadamy, w momencie utraty równowagi trzeba wyraźnie obniżyć środek ciężkości poprzez jak najszybsze ugięcie nóg i tułowia – należy wykonać dynamiczny przysiad. Upadając w przód, tuż przed kontaktem ze śniegiem powinno się wykonać ruch poślizgu w przód przez wyprost nóg, tułowia i rąk dla amortyzacji upadku. Staramy się upaść miękko, przez przedramiona i tułów. W momencie kontaktu kolan ze śniegiem próbujemy podnieść deskę do góry. Całość przypomina nieco ślizg siatkarza po parkiecie, który następuje po próbie odbicia. Kiedy upadamy w tył przez pośladki, staramy się złagodzić upadek przez wykonanie kołyski. W momencie upadania należy przyciągnąć brodę do piersi (w celu uniknięcia uderzenia głową o ziemię) oraz oderwać deskę od śniegu. Pamiętajmy, że zawsze staramy się upadać miękko, jak sprężyna, przyjmując dzięki temu siłę uderzenia stopniowo i na jak największą powierzchnię ciała. Należy unikać punktowego podpierania się rękami, bo to najczęściej kończy się kontuzją. Warto zaznaczyć, że w trakcie jazdy na snowboardzie najbardziej narażone na urazy są kość ogonowa oraz nadgarstki. Ryzyko owych kontuzji można minimalizować, zaopatrując się w odpowiednie ochraniacze, dostępne w specjalistycznych sklepach.

Wyrobienie pozytywnego nastawienia do jazdy technicznej jest bardzo istotne dla wszystkich uprawiających sporty zimowe. Snowboardziści cenią swoją wolność i niezależność. Uważają, że najważniejsza jest dobra zabawa i przyjemność ze swobodnej jazdy. Dobra technika jest im potrzebna do płynnej, jeszcze lepszej jazdy i trików. W kolejnym numerze czeka nas lekcja prawidłowej techniki jazdy, która zagwarantuje nam i innym użytkownikom stoku bezpieczeństwo i kontrolę.

Krzysztof Koc

 

aaa

 

szkolenie

 

Gramy w szachy

Arcymistrzowskie przeoczenia

Tytuł arcymistrza jest najwyższą kategorią szachową. I chociaż pojęcie to w ostatnich latach wyraźnie się zdewaluowało, to jednak wciąż jest symbolem wysokiego szachowego kunsztu. Arcymistrzowie mają jednak też swoje złe dni i popełniają grube błędy wywołujące światową sensację. Czasami wynikają one ze złego policzenia wariantu, niekiedy są efektem niedoczasu, ale najczęściej to skutek chwilowego „zaćmienia umysłu”. Oto przykłady, które nam, zwykłym zjadaczom chleba, dają powód do dumnego stwierdzenia: „Ja bym takiego błędu nie popełnił!”:

M. Czigorin – W. Steinitz

Mecz o mistrzostwo świata, Hawana 1892 

Białe: Kh1, We7, Wf1, Gd6, Se6, a2, b2, d5, h2

Czarne: Kf6, Wd2, We2, Gg6, a7, b7, f5, h4, h7

W decydującej partii meczu białe zamiast wygrać po 1.W:b7 Gh5! 2.Wb3 W:d5 3.Sf4!, podstawiły mata 1.Gb4?? W:h2+ 2.Kg1 Wdg2x i Wilhelm Steinitz obronił tytuł.

L. Szabo – S. Reshevsky

Turniej pretendentów, Zurych 1953

Białe: Kg1, Hc2, Wb1, Wf1, Gb2, Gd5, Se4, a2, c4, e3, f2, g2, h4

Czarne: Kg8, Hc7, Wb8, Wf8, Gc6, Gg7, Sd8, a7, b7, c5, f7, g6, h5

A to kolejny przykład z klasyki. W turnieju arcymistrzów walczących o szachową koronę po 20.Sf6+ G:f6?? białe nie zauważyły mata w dwóch posunięciach (21.H:g6+). Zamiast tego nastąpiło automatyczne 21.G:f6?? G:d5 22.cd5 Hd6 i partia zakończyła się remisem.

A. Alechin – M. Euwe

Mecz o mistrzostwo świata, Rotterdam 1937 

Białe: Kg1, Hh4, Gc1, Sc3, Sg5, a2, b4, e2, f2, g3, h2

Czarne: Kg8, Hd5, Gd7, Ge7, Sf6, a6, b5, e6, f7, g7

Ten przykład nie jest tak jaskrawy, bo stawką był tylko pionek: 25...He5? 26.Gb2? Obie strony nie widzą małej kombinacji 26.Hh8+! K:h8 27.S:f7+ ze zdobyciem pionka. Wariant ten był możliwy jeszcze w następnym posunięciu 26...Gc6? 27.a3? Gd6. Partia zakończyła się remisem.

P. Lapiken – S. Reshevsky

Long Beach 1955 

Białe: Ka2, Hd2, Wd1, Wg1, Gf1, Gh6, a3, b2, c2, e4, f3, h4

Czarne: Kh7, Hc8, Wa8, Wf8, Gg7, Sh5, a6, b5, d6, e7, f7, g6

Po 1.G:g7 czarne postanowiły wtrącić szacha 1…He6+?? Białe odpowiedziały 2.Kb1?? i po długiej walce przegrały. Wynik mógł być jednak odwrotny, gdyby grający białymi znalazł 2.Gc4!! H:c4+ 3.b3 i z uwagi na groźbę 4.Hh6+ Kg8 5.Hh8x czarne traciły hetmana. To przeoczenie można arcymistrzowi wybaczyć, gdyż wygrywający motyw był niezwykle oryginalny.

R. Nicevski – R. Waganian

Skopje 1976 

Białe: Kh2, Hc3, b2, f2

Czarne: Kg4, Hd5, b3, f4, g5

Znany radziecki arcymistrz w lepszej końcówce hetmańskiej podstawił mata w jednym posunięciu 1...Hd1?? 2.Hh3x

 Grającego białymi mistrza międzynarodowego Risto Nicevskiego znałem osobiście z polskich turniejów. W 1996 roku spotkałem go na olimpiadzie szachowej w Erewaniu. Nicevski był korespondentem jednej z macedońskich gazet. Podszedł do mnie i rozmawialiśmy kilka minut. Wypytywał o najbliższe turnieje w Polsce. Następnego dnia przed kolejną rundą sędzia główny ogłosił, że Macedończyk zmarł nagle w nocy. Uczestnicy olimpiady uczcili go minutą ciszy. Miał zaledwie 51 lat…

W. Kramnik – J. Polgar

Londyn 2012 

Białe: Kg1, Hd1, Wa1, Wf1, Gc1, Gg2, Sc3, a2, b2, c4, d3, e3, f2, g3, h2

Czarne: Kg8, He7, Wa8, Wf8, Ge6, a7, b7, c5, d6, e5, f7, g7, h7

Po spokojnych debiutowych posunięciach Judit źle policzyła prosty wariant

11...d5? 12.a3! Dopiero teraz okazało się, że po zaplanowanym 12...d4 13.ab4 dc3 14.bc3 cb4 15.cb4 H:b4 nastąpi 16.Ga3 i ginie jakość. Nie chcąc oddawać centralnego pionka (12…Sa6 13.cd5), czarne zdecydowały się poświęcić figurę 12…dc4 13.ab4 cb4 14.Se4, ale wynik gry był już przesądzony – białe łatwo wygrały.

R. Knaak – T. Luther

Zittau 1989 

Białe: Kf1, Hg6, Wf2, Gf5, a3, c2, h5

Czarne: Kb8, Hf3, Wf8, Gb7, b5, c7, d4, g4, h6

W tej sytuacji czarne nie zauważyły mata po 39…Hd1x. Zamiast tego zagrały 39...Hh3+? Jeden znak zapytania tylko dlatego, że pozycja pozostała wciąż dla czarnych wygrana, chociaż po kolejnych błędach białe uratowały pół punktu. Kiepską jakość partii tłumaczy trochę obopólny silny niedoczas.

A. Szimanow – G. Kamski

Puchar Świata, Tromso 2013

Białe: Kg1, Hd3, Wa1, Wf2, Ga2, Gc1, Se5, b2, c3, d4, e4, g2, h2

Czarne: Kg8, Hh4, Wf8, Wh6, Ga7, Gc8, Sh5, a5, b5, f4, f7, g7, h7

Grający czarnymi zawodnik światowej czołówki nie znalazł prostej, szkolnej kombinacji 20...H:h2+! 21.Kf1 (Do mata prowadzi 21.K:h2? Sg3+ 22.Kg1 Wh1x) 21...Sg3+ 22.Ke1 Hh1+ 23.Kd2 Hg1 z wygraną pozycją. Zagrał 20…Sg3?? Po dalszym 21.Sf3 białe odparły atak i partia zakończyła się ich zwycięstwem.

F. Caruana – M. Vachier-Lagrave

Saint Louis 2014 

Białe: Kg1, He1, Wb1, Wf2, Gd3, Sb5, Se4, a2, e5, f4, g4, h2

Czarne: Ke8, Hc5, Wa8, Wh8, Ga5, Sh6, a7, b7, d5, e6, f7, g7, h7

W tej ostrej pozycji czarne nie mają wyboru. Po wymuszonym i prostym 1...G:e1 2.S:c5 G:f2+ 3.K:f2 0-0 powstawała pozycja gorsza, ale jeszcze do uratowania. Arcymistrz (Elo prawie 2800) zagrał jednak 1...de4?? 2.H:a5 i chyba dopiero teraz spostrzegł, że nie wolno 2…ed3? 3.Sd6+. Zagrał więc 2…0-0 i po 3.Ge2! znów okazało się, że nic nie daje 3...a6, bo 4.Hc7. Z figurą więcej białe łatwo wygrały.

B. Kostic – A. Rubinstein

Karlsbad 1911 

Białe: Kf2, Wa5, Se2, e5, f3, g3, h2

Czarne: Ke7, Wb8, Gc2, D5, g6, h7

W zbiorze przeoczeń nie brak i polskich akcentów: 35...Ke6?? 36.Sd4+ K:e5 i teraz białe się zrewanżowały: 37.S:c2?? Kończyło grę 37.Sc6+. Po dalszym 37...Wb2 38.Wc5 Kd6 39.Wc8 Kd7 40.Wc3 d4 41.Wc4 d3 42.Wd4+ Ke6 43.W:d3 W:c2+ 44.Kg1 g5 czarne uratowały remis w gorszej wieżówce.

R. Wojtaszek – P. Nikolic

Bundesliga 2007 

Białe: Kg1, Wc1, Wc7, Sf5, Sg5, b4, f4, g2, h2

Czarne: Kd5, Wa2, We8, Sd8, Sf6, b6, c5, d4, f7, g7, h7

Nasz czołowy szachista zamiast dać mata w dwóch posunięciach 35.W:c5+! (obojętnie która) bc5 36.W:c5x, zagrał 35.bc5?? i po 35...Wee2 36.Se7+ W:e7 37.W:e7 bc5 czarne się wybroniły i pojedynek zakończył się remisem.

B. Śliwa – B. Malich

Gotha 1957

Białe: Kh2, Wa2, Wh5, b5, f2, g3, h3

Czarne: Kf6, Wb1, Gc5, b6, f3

Wybitny polski szachista z połowy ubiegłego wieku w wygranej pozycji na diagramie stworzył „współmat” 1.g4?? Gd6+…

Ryszard Bernard

 

aaa

 

Gramy w warcaby

Ważnym elementem treningu podnoszącym poziom gry jest analiza partii mistrzów pod kątem umiejętności obserwacji i dokonywania zmiany planu gry. Wygranie partii często wymaga wykazania się twórczymi zdolnościami i pomysłami na przejście do kolejnego etapu realizacji przewagi pozycyjnej. Zawodnicy o wysokim poziomie wyszkolenia znajdują nieraz zaskakujące motywy obrony, a w ich partiach możemy podziwiać dokładność wykorzystywania najmniejszej nawet słabości. Poniżej partie rozegrane na mistrzostwach Rosji w 2005 r.

W. Milszin – T. Tansykużina

1. 32-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 37-32 7-12 4. 41-37 1-7

Bardziej aktywnym zagraniem było 4... 19-23.

5. 31-26 21-27

Czarne podejmują spore ryzyko, decydując się na postawienie klina w sytuacji, gdy mają do obrony jednego pionka mniej i niewyjaśnioną kwestię kontroli pola 23.

6. 32x21 16x27 7. 46-41 19-23 8. 35-30 14-19 9. 40-35 11-17

Czarne już odczuwają brak aktywności na długim skrzydle, dlatego po zagraniu na przeciwległej stronie są gotowe odejść od tematu gry klina.

10. 44-40 7-11 11. 50-44 10-14

Rezerwowe posunięcia czarnych wyczerpały się i w końcu przyszło im zająć pole 14, co przy również zajętym polu 20 jest bardzo dobrą okazją dla białych do rozpoczęcia planu blokowania aktywności długiego skrzydła.

12. 30-25! 20-24 13. 37-31 2-7

Po 13... 17-22 czarne tracą pionka 14. 34-29 23x34 15. 40x20 15x24 16. 33-28.

14. 31x22 18x27 15. 42-37 12-18 16. 48-42 8-12 17. 37-31!

Atak w momencie, w którym czarne nie mają dobrej odpowiedzi.

17... 3-8 18. 31x22 17x28 19. 33x22 18x27 20. 41-37 13-18

W pozycji czarnych powstała słabość w postaci braku kolumny 3-14, co z powodu braku możliwości wymiany znacznie utrudnia grę długim skrzydłem.

21. 38-33

Białe nie pozwalają na zagranie 21... 9-13.

21... 8-13

Białe realizują plan ograniczenia aktywności grupy czarnych pionków na długim skrzydle.

22. 34-30 12-17 23. 39-34 11-16 24. 34-29 23x34 25. 40x20 15x24 26. 44-40 5-10 27. 43-38 18-23 28. 49-43 10-15 29. 43-39

Białe przygotowują kolejny atak na pionka 24, przed czym czarnym trudno jest się bronić z powodu braku kolumn.

29... 13-18 30. 39-34 7-11 31. 47-41!

Wyczekujące posunięcie mające na celu dalsze ograniczanie czarnych w wyborze posunięć.

31... 4-10

Wydaje się, że była mistrzyni świata wyszła obronną ręką, gdyż białym wyczerpały się możliwości dalszego ataku. Po 32. 37-32 17-22 czarne tracą pionka. 33. 32x21 16x27 34. 34-29 23x34 35. 40x20 15x24, ale po 32. 37-32 czarne mogą odpowiedzieć
16-21!, co grozi kombinacją 33... 17-22!
Z tego powodu białym pozostało zagranie:

32. 37-31 9-13 33. 31x22 17x39 34. 34x43 24-29

Plan białych trzeba zmienić, bo czarnym udało się odzyskać aktywność.

35. 41-37 11-17 36. 37-31 18-22 37. 40-34 29x40 38. 45x34 23-29 39. 34x23 19x28

Wydaje się, że czarne nie tylko wyszły z problemów, lecz same przeszły do ataku. To byłaby błędna ocena, bo pionek na 28 jest pozbawiony wsparcia.

Czarne, wychodząc z wcześniejszych trudności, nie do końca rozwiązały problem aktywności zarówno na długim, jak i na krótkim skrzydle. Dodatkowym problemem jest słaby pionek na 28, którego wygrać nie można, ale można go wymienić i uzyskać duże korzyści w ustawieniu pozycyjnym. Białe z dużą precyzją realizują nowy plan.

40. 30-24!

Chodzi o to, żeby nie dać czarnym możliwości obrony pionka 28 z pola 19.

40... 13-18 41. 31-27 22x31 42. 26x37 16-21!

Inaczej groziła strata pionka 28.

43. 38-32 28-33 44. 43-38 33-39 45. 38-33 39x28 46. 32x12 17x8

Do tej pozycji dążyły białe. Ich przewaga polega na kontrolowaniu większej przestrzeni na warcabnicy. Dodatkową słabością w pozycji czarnych są mało aktywne pionki na obu skrzydłach.

47. 36-31! 6-11 48. 37-32 8-13 49. 31-27! 11-16 50. 27-22!

Jeśli czarne zagrają teraz 50... 21-26, to po 51.32-27, będzie to najkrótsza droga do przegranej czarnych.

50... 14-19 51. 25-20 19x30 52. 35x24 13-19

Lepszego zagrania już nie było.

53. 24x13 15x24 54. 13-8 24-29 55. 8-2 29-34

Mogłoby się wydawać, że czarne – z dużym trudem – mają szansę osiągnąć remis. Nic z tych rzeczy. Białym wystarczyły dwa (!) posunięcia, żeby partię wygrać.

56. 2-7! 34-39 57. 7-1!

I czarne poddały się. Grozi 58. 22-17 i nie pomoże poświęcenie pionka 57... 21-27, bo białe pobiją 58. 32x21!, a po 57... 21-26 58. 22-17 grozi ten sam motyw 59. 17-11.

A. Szwarcman – W. Amrilajew

1. 32-28 17-22 2. 28x17 12x21 3. 31-26 7-12 4. 26x17 11x22

Czarne zmieniły plan. W tym debiucie gra się 4... 12x21. Powstał układ 16-22 i białe mogą podjąć próbę złapania przeciwnika na rogatkę.

5. 37-31!

Właśnie w tym celu jest to zagranie.

5... 16-21

Broniąc się przed rogatką, czarne uciekają z pola 16.

6. 31-26 22-27

Nie można było zagrać 6... 21-27, bo po 7. 33-28 22x33 8. 39x28 pionka 27 czarne nie są w stanie obronić.

7. 26x17 12x21

Czarne zwiększyły tempo do +6 i można by mówić o ich przewadze, gdyby nie źle stojące pionki na krótkim skrzydle, które do aktywnych nie należą.

8. 33-29

Białe w prosty sposób nie pozwalają na zagranie 8... 1-7.

8... 8-12 9. 39-33 1-7 10. 44-39

Jedną z wielu metod wygrania pionka 27 jest zbudowanie silnych kolumn na krótkim skrzydle i grożenie zagraniem 29-23.

10... 19-23

Czarne mogły również obronić się poprzez 10... 18-22. Po zagraniu czarne dają w partii przyzwolenie na wymianę 11. 33-28 23x32 12. 36-31 27x36 13. 38x16, która to wymiana jest korzystniejsza dla czarnych, bo rozwiązuje problem mało aktywnych pionków 21 i 27.

11. 41-37 14-19 12. 37-31 10-14 13. 31x22 18x27 14. 29x18 13x22

Tempo czarnych wzrosło już do +8.

15. 50-44 6-11

Czarne nie obawiają się 16. 33-28 22x33 17. 39x28, na co mogą odpowiedzieć 17... 11-16.

16. 46-41 11-16 17. 41-37 2-8 18. 25-30 19-23

Przy tak dużym tempie czarne zajęły jeszcze centralne pole 23 i sytuacja białych stała się bardzo trudna. Białe muszą znaleźć jakiś plan kontrgry. Po 19. 33-29 lub 30-25 czarne po wymianach jeszcze bardziej zwiększą tempo. Na 19. 37-31 czarne odpowiedzą 22-28 i uciekną od złego ustawienia. Przygotowując się do zagrania 37-31, białe musiały pozbyć się pionka 33.

19. 30-24! 20x29 20. 33x24 8-13 21. 40-35 14-20 22. 45-40 20x29 23. 39-33 13-18 24. 33x24 23-18 25. 37-31!

Tylko tak białe mogą ograniczyć napór czarnych.

25... 21-26 26. 44-39 26x37 27. 42x31

Białe odzyskały 4 tempa i ich planem może być okrążenie pionka 28 grożące jego wygraniem.

27... 5-10 28. 47-41 10-14 29. 41-37!

Białe przygotowują się do wygrania pionka 28. Na ewentualne posunięcie 29... 18-23 przygotowały kombinację 30. 24-19 4-10 (lub 14-20) 31. 39-33 28x30 32. 19x8 3x12 33. 35x24.

W tej sytuacji czarne znajdują zaskakującą obronę.

29... 27-32 30. 38x27 12-17

Czarne grożą odegraniem pionka, dzięki czemu uzyskają sporą przewagę pozycyjną. Teraz z kolei białe znajdują piękne poświęcenie, po którym nie tylko są w stanie się obronić, lecz znajdują plan wygrania partii.

31. 24-19! 14x23 32. 43-38 17-21 33. 38-32 7-12 34. 48-42!

Białe doprowadziły do związania w centrum grupy czarnych pionków, których w takim ustawieniu bardzo ciężko jest bronić.

34... 21-26

Groziła kombinacja 35. 31-26 22x31 36. 26x8 3x12 37. 36x27.

35. 35-30 15-20

Nie można było dopuścić do 36. 30-24, co prowadziło do szybkiej przegranej czarnych.

36. 40-35 9-13 37. 42-38 13-19

Czarne nie uwzględniły w swoich analizach całej serii kombinacji.

38. 30-25!

I czarne znalazły się w sytuacji bez wyjścia. Po 38... 4-9 39. 25x14 9x20 40. 39-33 28x30 41. 35x13 18x9 42. 27x7. Jeśli czarne pobiją 39... 19x10, to po 40. 49-43 nie mają obrony przed 41. 34-29.

38... 20-24 39. 25-20 24x15 40. 39-33 28x30 41. 35x13 18x9 42. 27x7

I czarne poddały się.

Jan Sekuła

 

aaa

 

kultura

 

Na końcu świata

Dwumiesięczny pobyt w syberyjskiej tundrze, bez ogrzewania, prądu, bieżącej wody i toalety. Zamiast wygodnego łóżka – legowisko na ziemi, a w menu czaj, twarde jak kamień suchary, surowe mięso i świeża krew. Taką właśnie podróż zafundowała sobie Magdalena Skopek, doktor fizyki, pasjonatka fotografii. Wyprawę tę opisała w książce „Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi”.

Po co młoda kobieta wybiera się w tak ekstremalną, w dodatku samotną podróż? Jak to zazwyczaj bywa w podobnych przypadkach, zaczęło się od ciekawości, która stopniowo wzięła górę nad zdrowym rozsądkiem. „Być może w moim wypadku to nie jest nadmiar męstwa, ale brak rozumu” – odpowiada autorka na komplementy dotyczące jej odwagi. Ale najlepiej sens tej wyprawy podsumowuje jedna z bohaterek opowieści, gadatliwa Asja, ucinając wszelkie dyskusje: „Musi to musi. Koniec. I nie ma co się zastanawiać!”.

Tak więc Skopek „musiała” zamieszkać w czumie, by na własnej skórze przekonać się, jak żyją Nieńcy – naród koczujący na najdalej wysuniętych na północ obszarach syberyjskiej tundry. Sama sprawdzić, czy Jamał rzeczywiście wygląda jak „koniec Ziemi”, jak tłumaczy się tę nazwę w języku Nieńców. Musiała (czyli chciała) pomagać im we wszystkich pracach: gotowała, przynosiła wodę z jeziora, zbierała chrust na ognisko i mech na papier toaletowy, powoziła zaprzęgiem reniferów, a nawet robiła nici z ich ścięgien i wyprawiała skóry. No i najważniejsze – starała się dostosować do zwyczajów panujących wśród tego narodu. Jadła surowe mięso renifera i ryb (i nawet je polubiła), piła świeżą krew prosto z wnętrza zwierzęcia. Miała okazję spróbować jeszcze paru innych „przysmaków” – ale nie zdradzę jakich.

Mimo trudnych warunków: przejmującego zimna, wszechobecnych komarów i braku wygód, do których jesteśmy przyzwyczajeni, niejeden czytelnik pozazdrości jej tej podróży. Autorka z wielką pasją opowiada o codzienności w tundrze i czujemy, że darzy wielkim szacunkiem jej mieszkańców. Czasem gubi się w tym, co jej wolno, a czego nie, czasem czegoś nie rozumie lub nie akceptuje, ale widać, że na tym końcu świata, w zupełnie obcej rodzinie czuje się jak wśród swoich. 

Barbara Zarzecka

Książka Magdaleny Skopek „Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi”, wydana przez wydawnictwo PWN, dostępna jest w postaci e-booka (mobi, epub oraz pdf) oraz audiobooka (czyta Elżbieta Kijowska).