Zimowe igrzyska paralimpijskie! Jak to brzmi! Największa impreza sportowa czterolecia stała się udziałem reprezentacji Polski, w tym trzech zawodników ZKF „Olimp”.
Trójka naszych zawodników już w sezonie 2024/2025 walczyła o punkty Pucharu Świata będące przepustką do udziału w paraigrzyskach. Piotr Garbowski, Błażej Bieńko i Paweł Gil wywalczyli sobie kwalifikację punktową, co nie było łatwym zadaniem. To połowa sukcesu, bo oprócz kwalifikacji punktowej każdy kraj otrzymuje kwalifikację ilościową, najprościej mówiąc − przydział miejsc. Polscy paranarciarze i parabiathloniści otrzymali pierwotnie pięć miejsc, z czego zawodnikom „Olimpu” przypadły dwa miejsca, a trzy kolejne zawodnikom PZSN „Start”. Ponieważ mieliśmy przygotowanych trzech zawodników, musiałem, jako trener, zdecydować o przydziale miejsc w naszym zespole. Po ostatnim starcie w Pucharze Świata w Jakuszycach zdecydowałem, że pojadą Błażej i Piotr. To oni reprezentowali najwyższy poziom sportowy w sezonie 2025/2026. Wiedziałem jednocześnie, że federacje IBU oraz FIS rozdają dzikie karty, więc wystąpiłem z wnioskiem o taką przepustkę dla Pawła Gila, gdyż zasługiwał, aby pojechać i reprezentować nasz kraj na igrzyskach. Finalnie Paweł otrzymał dziką kartę i całą drużyną ruszyliśmy na bezpośrednie przygotowania startowe, które były zaplanowane już dużo wcześniej. 10 lutego, po tygodniowym pobycie w domach, ruszyliśmy z powrotem do Jakuszyc na pierwszą część zgrupowania. Tak jak pisałem w artykule w poprzednim numerze „Crossa”, trasy w Jakuszycach są fenomenalne. W pierwszej części BPS-u skupialiśmy się na odbudowaniu objętości tlenowej oraz siły ukierunkowanej i specjalnej. To ciężkie i bardzo żmudne treningi, trwające czasem trzy, cztery godziny w jednej jednostce. Po pierwszym siedmiodniowym mikrocyklu pojechaliśmy do Warszawy na ślubowanie oraz odbiór strojów reprezentacyjnych, a po powrocie czekał nas kolejny mikrocykl. Cały tydzień w Jakuszycach minął pod znakiem treningów oraz startów kontrolnych w ramach festiwalu Bieg Piastów. Zawodnicy wystartowali w biegach na 30 km oraz 10 km. Prosto z Jakuszyc 22 lutego pojechaliśmy na drugą część zgrupowania, na Słowację, do Szczyrbskiego Jeziora (Štrbskie Pleso). Miejscowość ta leży w Tatrach Słowackich na wysokości 1400 m n.p.m. Udaliśmy się tam z dwóch powodów, pierwszy to właśnie położenie na dużej wysokości, które w treningu na najwyższym poziomie ma duże znaczenie, drugi to specyfikacja tras, które swoją trudnością są bardzo zbliżone do tych w Tesero. W nocy temperatura spadała poniżej zera, a w dzień sięgała powyżej 10 stopni. W rezultacie śnieg stawał się grząski, kopny, zapadał się pod nartami. Tych siedem ciężkich dni zawodnicy przetrenowali solidnie, każdy dawał z siebie sto procent, gdyż zimowe igrzyska paralimpijskie zbliżały się wielkimi krokami.
Jakub Twardowski i Piotr Garbowski podczas biegu na 10 km stylem klasycznym. Fot. Bartłomiej Zborowski
Wczesnym rankiem 2 marca prosto ze Słowacji dwoma busami wyjechaliśmy do Włoch. Naszą siedmioosobową drużynę tworzyli: Piotr Garbowski, Jakub Twardowski, Błażej Bieńko, Michał Lańda, Paweł Gil, Radosław Koszyk i fizjoterapeuta Piotr Mika. Do wioski olimpijskiej w Predazzo mieliśmy ponad tysiąc kilometrów. Przybyliśmy tam na godzinę osiemnastą. Aby wejść do wioski, musieliśmy przejść weryfikację dokumentów oraz otrzymać akredytację. Obyło się bez przeszkód. Brama wejściowa była pilnowana przez żandarmerię wojskową oraz policję. Otrzymaliśmy klucze do pokoi, mogliśmy się rozpakować i rozgościć przed dwoma tygodniami pobytu. Późnym wieczorem udaliśmy się na kolację do głównej stołówki. Podczas igrzysk wszyscy zawodnicy wspólnie jedzą w jednym miejscu, mijają się na co dzień i można poczuć naprawdę rodzinną atmosferę. Chociaż każdy przyjechał tu, aby walczyć, nie czuje się podziałów i wrogości. Sama wioska to budynek wojskowo-policyjny, który na potrzeby igrzysk został przekształcony i przystosowany pod wymagania sportowców.
Od czasu przyjazdu do pierwszego startu mieliśmy pięć dni. Zawodnicy wchodzili w etap superkompensacji, więc sporo odpoczywali po mocno przetrenowanych zgrupowaniach. Wtorek był dniem wolnym, przeznaczonym na spacery czy trucht, bo wypoczynek jest aktywny, nie polega na leżeniu plackiem. Predazzo jest oddalone od tras biegowo-biathlonowych o dziesięć kilometrów. W środę po raz pierwszy zawodnicy stanęli w miejscu bezpośredniej rywalizacji. Był to dzień na zapoznanie się z trasą, ze strzelnicą, ze zjazdami itp. Przewodnicy, wspólnie z serwisantem Pawłem Fundaniczem oraz trenerem Wiesławem Cempą, od samego rana pracowali przy nartach. Odbywały się pierwsze testy smarów, płynów i struktur. Do pierwszego wyścigu mieliśmy jeszcze kilka dni i chcieliśmy być jak najlepiej przygotowani na trudne wiosenne warunki. W czwartek i piątek zawodnicy mieli treningi na pobudzenie, czyli krótkie jednostki z mocnymi akcentami, a popołudnia spędzali na rozciąganiu oraz pracy z fizjoterapeutą.
Piotr i Jakub na mecie po biegu na 10 km stylem klasycznym Fot. Bartłomiej Zborowski
W piątkowy wieczór 6 marca odbywała się ceremonia otwarcia paraigrzysk. Jako reprezentacja nie wzięliśmy w niej udziału w geście protestu przeciw dopuszczeniu do rywalizacji rosyjskich i białoruskich sportowców. Od soboty zawodników czekała rywalizacja z najlepszymi na świecie. Dużo startów, mało odpoczynku − czysty sport na najwyższym poziomie.
Na 7 marca były zaplanowane pierwsze występy w paraigrzyskach. Program zakładał dwa dni startów i dzień odpoczynku, następnie znów dwa dni startów z przerwą jednego dnia i ostatnie trzy dni startów z rzędu. Jako pierwsze odbyły się dwie konkurencje parabiathlonowe. Mieli w nich wystąpić Paweł oraz Błażej z przewodnikami. W sobotę wczesnym popołudniem rozpoczął się sprint biathlonowy niewidomych i słabowidzących na 7,5 km z dwoma strzelaniami. Całe podium zajęli zawodnicy z Ukrainy. Wygrał Oleksandr Kazik przed Iaroslavem Reshetynskim oraz Anatolim Kovalevskyim. Błażej Bieńko zajął świetne 9. miejsce z czystym kontem na strzelnicy, a Paweł Gil był 14. z dwoma niecelnymi strzałami. Następnego dnia zawodnicy rywalizowali na dystansie 12,5 km w biegu indywidualnym z czterema strzelaniami. Tym razem Błażej zajął 7. miejsce z jednym niecelnym strzałem, a Paweł był 12. z sześcioma nietrafionymi strzałami. Złoto zdobył Chińczyk Dang Hesong przed dwoma zawodnikami z Ukrainy − Maksymem Murashkovskyim oraz Dmytro Suiarko.
Poniedziałek był dniem wolnym, a już od wtorku miały zacząć się konkurencje narciarstwa biegowego. W reprezentacji Polski oprócz zawodników ZKF „Olimp” w biegach startowali również zawodnicy PZSN „Start”. Na pierwszy ogień szedł sprint stylem klasycznym. Piotr Garbowski w grupie niewidomych i słabowidzących w eliminacjach zajął świetne 7. miejsce i zakwalifikował się do finału. Błażej Bieńko zdobył bardzo dobre jak na parabiathlonistę 9. miejsce. Z pozostałych polskich zawodników Witold Skupień (pozycja stojąca) zajął 12. miejsce, a Aneta Kobryń (niepełnosprawność wzroku) była siódma. W narciarstwie biegowym, inaczej niż w biathlonie, często wygrywają Amerykanie, Chińczycy i Kanadyjczycy.
Kolejny dzień to bieg na 10 km stylem klasycznym, dzień, który na długo pozostanie w pamięci Piotra i Witolda, bo tylko mogą się zastanawiać, jak by było, gdyby trasa była twarda, zmrożona. Akurat tym razem przez całą rywalizację nie była, padał deszcz, było mokro. Przez wszystkie pozostałe dni, począwszy od pierwszych startów biathlonowych, organizatorzy stosowali chemię, aby trasa pozostawała twarda. Tym razem, z uwagi na brak minusowych temperatur w nocy, tego nie zrobiono. Warunki na smarowanie były zatem bardzo, ale to bardzo trudne, choć i z tym sobie poradziliśmy. Podczas biegu Piotra nie było już praktycznie torów do stylu klasycznego w żadnym miejscu na pętli dwóch i pół kilometra. Największy podbieg wyglądał jak wielka sterta śniegowego błota, w którym zawodnicy zapadali się po kostki. Piotr, po heroicznej walce, zajął 7. miejsce, ze stratą 76 s do brązowego medalisty. Wygrał Amerykanin Jake Adicoff przed Inkki Inolą z Finlandii, brąz zdobył Zebastian Modin ze Szwecji. Witold Skupień zajął 5. miejsce, choć też miał wielkie ambicje i nadzieje na zdobycie medalu. Aneta Kobryń zajęła 7. miejsce, a Krzysztof Plewa był siedemnasty.
Cały sztab nam kibicował! Od lewej: Bartłomiej Puto, Adam Cieślar (serwisant), Michał Lańda, Paweł Fundanicz (serwisant), z tyłu Jakub Twardowski z Piotrem Garbowskim po biegu na 10 km, przed nimi Aneta Kobryń, dalej na prawo Radosław Koszyk, trener Wiesław Cempa, Michał Pol i Piotr Mika (fizjoterapeuta)
Czwartek był dniem wolnym, na trasach praktycznie nie było zawodników. Na piątek zaplanowano ostatnią konkurencję w parabiathlonie, którą był sprint pursuit. Naszych dwóch biathlonistów uplasowało się na 8. oraz 10. miejscu − Błażej z jednym niecelnym strzałem, a Paweł z trzema pudłami. Bieg wygrał Chińczyk Yu Shuang przed dwoma zawodnikami z Ukrainy.
Przedostatni dzień igrzysk to start sztafet w narciarstwie biegowym. Polska reprezentacja wystawiła sztafetę open 4 x 2,5 km. W jej składzie znaleźli się Krzysztof Plewa, Piotr Garbowski, Błażej Bieńko oraz Aneta Kobryń − i w takiej właśnie kolejności biegli zawodnicy. Choć nie była to najmocniejsza sztafeta, bo nie biegł w niej Witold Skupień, to udało nam się wywalczyć 8. miejsce. Tę konkurencję wygrał skład z Chin, przed Niemcami oraz Norwegią.
Ostatnim startem na igrzyskach był bieg długi na 20 km stylem dowolnym. Piotr Garbowski zajął bardzo dobre 8. miejsce, czym udowodnił po raz kolejny, że należy do światowego topu. Wygrał niepokonany Amerykanin Adicoff, przed zawodnikiem z Ukrainy Kazikiem, brąz zdobył Anthony Chalencon z Francji. Witold Skupień w tym samym biegu w swojej grupie zajął 10. miejsce, Aneta Kobryń 8. lokatę, a Krzysztof Plewa startujący na wózku był szesnasty.
Paraigrzyska Mediolan-Cortina 2026 we Włoszech zapiszą się w historii ZKF „Olimp”. Udało nam się wysłać na nie trzech zawodników z niepełnosprawnością wzroku. Osiem lat temu, gdy w Korei pierwsze szlaki przecierał Piotr Garbowski, nikt by nie pomyślał, że w ciągu kilku kolejnych lat uda się zbudować grupę młodych, zdolnych zawodników, którzy będą reprezentowali nasz kraj na zawodach tej rangi. Chciałoby się zdobywać medale, lecz sport wytrzymałościowy to kawał ciężkiej roboty. Często nawet zawodnicy trenujący zawodowo pukają do światowej czołówki dopiero po 10-15 latach solidnego treningu. Wielkie gratulacje dla całego zespołu za osiągnięte wyniki, duże podziękowania dla Stanisława Sęka − prekursora parabiathlonu oraz narciarstwa biegowego w naszym środowisku. Wielkie słowa wdzięczności należą się też fizjoterapeucie Piotrowi Mice, który za startu na start stawiał naszych reprezentantów na nogi.
Sieraków po raz kolejny stał się miejscem rozgrywania mistrzostw Polski osób niewidomych i słabowidzących w kręglach klasycznych. Pod koniec marca do wrzosowej kręgielni przyjechali nasi najlepsi zawodnicy, którzy w sześciu kategoriach walczyli o tytuł mistrza Polski na 2026 rok.
O tym, kto go zdobędzie, decydowała suma dwóch startów po 120 rzutów. W pierwszym walczyło 66 osób, które dwa tygodnie wcześniej w Gostyniu pomyślnie przeszły eliminacje. Spośród nich po sześć najlepszych uzyskiwało prawo do gry w ścisłym finale swojej kategorii. Oznaczało to, że prawie połowa startujących szybko zakończy swój występ. Wśród zawodników, którzy nie awansowali do bezpośredniej walki o tytuł, byli i tacy, których pamiętamy z poprzednich lat jako zwycięzców. Presja była niezwykle duża, wielu startujących nastawiało się na bardzo wysokie wyniki. Kręgielnia w Sierakowie pozwala bowiem uzyskać punktację wyższą nawet o 20 procent niż inne obiekty, co daje szanse na bicie rekordów. W tym roku ich jednak nie oglądaliśmy, a rezultaty w kilku przypadkach bardzo rozczarowały zarówno samym zawodników, jak i obserwującą mistrzostwa publiczność.
W kategorii B1 pań w grach eliminacyjnych najlepszą formę zaprezentowała Karolina Rzepa (557 p.), dla której ta kręgielnia jest zdecydowanie łaskawa. Druga była zwyciężczyni eliminacji z Gostynia Barbara Szypuła (528 p.), a na trzeciej pozycji rundy wstępnej zameldowała się Regina Szczypiorska z Iławy. Warto zaznaczyć, że w tej kategorii znaczenie ma przede wszystkim to, by uniknąć rynien. Pod tym względem niewątpliwą zwyciężczynią była czwarta w eliminacjach Agnieszka Smoła z klubu „Pionek” Włocławek, która podczas całych mistrzostw odnotowała ich tylko sześć.
W finałowej odsłonie mistrzostw Karolina Rzepa wprawdzie nie poprawiła wyniku, bo uzyskała 548 p., jednak jej równa gra na każdym z czterech torów mogła się podobać kibicom. Barbara Szypuła zachowała drugie miejsce, zgarnąwszy tym razem 512 p., a na trzecie awansowała Agnieszka Smoła, która zdobyła 521 p. Należy wspomnieć także o grze Moniki Neubert z Iławy, która do finału zakwalifikowała się z 5. miejsca, a po 240 rzutach zajęła ostatnie szóste miejsce. W fazie eliminacyjnej uzyskała ona największą liczbę pełnych rzutów, bo aż dziewięć. Jej słabszy rezultat w finale to efekt 22 rynien, które obniżyły go do 448 kręgli. W przypadku tej zawodniczki jest jeszcze duże pole do rozwoju. Gdyby zamienić każdy pusty rzut na chociażby trzypunktową zdobycz, wynik łączny oscylowałby na poziomie ponad 1000 p., w pobliżu podium.
Eliminacje zawodniczek z kategorii B2. Od prawej: Beata Chraścina, Jadwiga Szamal, Jadwiga Rogacka i Katarzyna Majewska
W kategorii B2 kobiet zanotowaliśmy kilka niespodzianek. Niekwestionowaną zwyciężczynią eliminacji była Jadwiga Rogacka, która zdobyła 738 p. Każda z jej kolejnych gier przynosiła coraz wyższe wyniki, łącznie z ostatnią na poziomie 200 p. Na drugim miejscu fazę eliminacyjną zakończyła Magdalena Palamar, która uzyskała 684 p. Ta reprezentantka Iławy miała największą liczbę tzw. pełnych (inaczej: dziewiątek), bo aż dziesięć, i gdyby nie jedna rynna, wynik byłby jeszcze lepszy. Z trzecią pozycją po eliminacjach (645 p.) zaczęła finał Irena Zięba, która dwoma punktami pokonała Katarzynę Majewską. Irena Zięba grała równo, nie uniknęła jednak dwóch rynien. Na premiowanych awansem miejscach znalazły się także Barbara Bajorek z wynikiem 621 p., a z wynikiem 617 p. Beata Chraścina.
Tadeusz Kolbusz (po lewej) i Grzegorz Modrzyński w trakcie rywalizacji finałowej kategorii B1
Rzuty finału nieco zmieniły układ tabeli, jednak liderka pozostała ta sama. Jadwiga Rogacka uzyskała 692 p, co było zdobyczą o dwa oczka mniejszą od rezultatu Magdaleny Palamar. Ta również w ścisłym finale nie uniknęła rynny, ale za to zdobyła aż 13 dziewiątek, a jedna z jej gier zakończyła się na poziomie 194 p. − najwyższym w tej kategorii. Z czwartego na trzecie miejsce awansowała Katarzyna Majewska, która 17 punktami pokonała czwartą Beatę Chraścinę, a ta w grach finałowych uzyskała świetne 685 p., lecz eliminacje poszły jej słabo. Można zapytać, czym jest 17 p. na 240 rzutów. Tym właśnie, że nie ma się brązowego medalu. Na ostatnich dwóch miejscach finału uplasowały się odpowiednio Irena Zięba i Barbara Bajorek. Wynik każdej finalistki w B2 przekraczał 600 p.
W kategorii B3 kobiet od samego początku odczuwalne było napięcie związane z rywalizacją. W tym sezonie brakuje na torach wielokrotnej mistrzyni i liderki tej kategorii Ireny Curyło, więc tym bardziej pozostałe panie nie odpuszczają i walczą dosłownie rzut za rzut. Zwyciężczynią eliminacji została Elżbieta Malinowska, która zdobyła łącznie 686 p. Ze swoją imienniczką z Piekar Śląskich Elżbietą Koryciarz wykonały po 9 pełnych rzutów, ale mimo to druga z wymienionych niestety nie dostała się do finału. Drugi rezultat eliminacji należał do Agnieszki Pokojskiej i był gorszy o 12 p. niż wynik liderki. Anna Barwińska i Emilia Sawiniec zdobyły po 651 p. Zgodnie z regulaminem trzecią lokatę uzyskała, dzięki siedmiu dziewiątkom, Anna Barwińska, a jej rywalka czwartą. Przedostatnią zawodniczką, która wywalczyła prawo gry w finale, była Monika Grzybczyńska z wynikiem 648 p., a stawkę dopełniła Ewelina Woszuk ze zdobytymi 626 p. i niestety jedną rynną. Najwyższą punktacją z jednej gry w tej fazie rywalizacji mogła pochwalić się Anna Barwińska − 186 p.
Końcowa tabela wyników tej kategorii może zaskakiwać. Pokazuje też, jak niewiele zawodniczki odbiegały od siebie poziomem. Między pierwszą a szóstą finalistką była tylko 33-punktowa różnica na 240 rzutów. Ktoś zapyta, czy to dużo, czy mało? Można powiedzieć, że to prawie nic. Mistrzynią Polski w tej kategorii, z wynikiem 1340 p., została Elżbieta Malinowska, lecz gdyby nie świetne eliminacje, finałowa gra dawałaby jej dopiero piąte miejsce. Na drugim stopniu podium, ze stratą 7 p., stanęła Anna Barwińska, a na trzecim, z wynikiem 1320 p. i grą finałową na poziomie 669 p., Emilia Sawiniec. Najlepszy finał zaliczyła Ewelina Woszuk, która uzyskała 693 p. Gdyby nie kolejna rynna, która zdarzyła się jej podczas finału, na pewno miałaby jakiś medal, bo brakło jej tylko jednego punktu do podium. Na piąte miejsce spadła Agnieszka Pokojska, której wynik był najniższy w porównaniu do pozostałej piątki. Uzyskała ona 1314 p., z czego finał to 640 p. Mimo dobrej gry finałowej na poziomie 659 p. ostatnia w klasyfikacji, z wynikiem 1307 p., była Monika Grzybczyńska. W jej przypadku zwraca uwagę brak powtarzalności, czego dowodem są dwie rynny, a jednocześnie najwięcej dziewiątek, bo aż dziesięć.
Krzysztof Paszyna (po lewej) i Władysław Wakuliński walczą w finale o tytuł mistrza Polski kategorii B3
Również w kategorii B1 mężczyzn o przegranej decydowały w dużej mierze rynny. Zwycięzcą eliminacji był Tadeusz Kolbusz, który uzyskał 545 p. i jedną ze swoich gier zakończył na poziomie 153 p. Drugi po eliminacjach był Grzegorz Modrzyński z wynikiem 533 p. Za nim, z 12 punktami straty, plasował się Szczepan Polkowski. Słabą grę Szczepana na tym etapie można podsumować wnioskiem: gdyby nie ostatnia gra na poziomie 99 p. i aż 13 rynien, wynik byłby zdecydowanie inny. Do finału awansowali jeszcze trzej reprezentanci „Łuczniczki”: Sylwester Dołasiński (519 p.), Sebastian Szymański (482 p.) oraz Lesław Domin (433 p.). Wielkim nieobecnym finału, do tego na ostatnim miejscu po eliminacjach, był wielokrotny mistrz Europy i Polski Jan Zięba. Uzyskał najniższy wynik tych mistrzostw, wliczając panie − 381 p. Jego 31 rynien świadczy o zdecydowanie słabej formie. W krótkiej rozmowie powiedział, że przyczyną jest m.in. kontuzja prawego mięśnia naramiennego.
Świeżo upieczony mistrz Polski B1 Tadeusz Kolbusz z asystentem Jurkiem na tle tablic wyników
W grach finałowych najlepszy na dystansie 120 rzutów okazał się Szczepan Polkowski, który zagrał na poziomie 574 p., z trzema tylko rynnami. Uzyskał łącznie 1095 p. i wystarczyło to do zdobycia tytułu wicemistrza. Mistrzem Polski na rok 2026 został w kategorii B1 Tadeusz Kolbusz, który zdobył w finale 558 p. i 1103 p. łącznie. Na trzecim miejscu, ze stratą 19 p. do mistrza, znalazł się Grzegorz Modrzyński, z wynikiem gry finałowej 551 p. Pozostałe trzy miejsca przypadły w udziale zawodnikom z Bydgoszczy w takiej samej kolejności, jak po eliminacjach.
W kategorii B2 mężczyzn klasą sam dla siebie był Stanisław Stopierzyński, który eliminacje zakończył z wynikiem 738 p. i aż dziewiętnastoma dziewiątkami. Za nim, z 18 dziewiątkami i wynikiem 714 p., plasował się Teodor Radzimierski, a trzeci był Mieczysław Kontrymowicz, który uzyskał 695 p. W tej kategorii w zasadzie wszyscy zawodnicy mieli wyniki przekraczające 600 p. i do końca gier eliminacyjnych można było tylko zgadywać, kto zajmie ostatnie finałowe miejsca.
Mimo sporej przewagi Stanisława Stopierzyńskiego nad resztą „peletonu” po dwóch grach finału nie było wiadomo, kto zostanie mistrzem Polski, ponieważ przyniosły mu one tylko 332 p., a rywale mieli już na tablicach po ponad 350 p. Po trzeciej grze, którą Stanisław zakończył 205 punktami i nowym rekordem Polski z jednej gry w tej kategorii, rozstrzygnięcia jeszcze nie było. Czterech zawodników uzyskało między 708 a 712 p. Mistrzem Polski na 2026 rok, z rezultatem 1450 p., został ostatecznie Stanisław Stopierzyński, a wicemistrzem zaliczający wielki come back na MP Teodor Radzimierski z dorobkiem o 25 p. niższym. Trzecie miejsce przypadło Mieczysławowi Kontrymowiczowi za zdobyte 1403 p. Czwartemu w stawce Wojciechowi Puchaczowi brakowało tym razem 11 p. do brązowego medalu. Kolejny dobry start i życiowy rekord zaliczył Dariusz Pilipczuk, któremu w grze finałowej zabrakło tylko jednego punktu do 700. Na szóstym miejscu, z bardzo dużą stratą do rywali, mistrzostwa zakończył Mieczysław Wybraniec.
Dekoracja zwyciężczyń w kategorii B3
W najsilniejszej, jak zwykło się mawiać, kategorii B3 mogliśmy oglądać w eliminacjach występ czternastu zawodników. Aby uzyskać awans do najlepszej szóstki, trzeba było zdobyć 682 p. − i taki właśnie wynik uzyskał Daniel Jarząb. Liderem eliminacji, z imponującymi 755 p. i najlepszą pojedynczą grą mistrzostw na poziomie 208 p., był Grzegorz Kanikuła. Co ciekawe, przy tak wysokim rezultacie Grzegorz zdobył tylko dziewięć pełnych. Na drugim miejscu, z wynikiem 740 p. i jedną z gier bliską 200 p., zameldował się Krzysztof Paszyna. Zdobył on jednocześnie w tegorocznych mistrzostwach najwięcej dziewiątek, których było aż osiemnaście! Trzeci wynik miał Władysław Wakuliński za ugrane 733 p. O jeden punkt mniej zdobył Paweł Lonc. Piąty w stawce walczących o mistrzowski tytuł był Albert Sordyl, a szósty wspomniany Daniel Jarząb. Omówienie obu etapów turnieju w Sierakowie ma w tym przypadku znaczenie, bo tylko dwóch zawodników, tj. Grzegorz Kanikuła i Daniel Jarząb, poprawiło później punktację w finałowych 120 rzutach.
Mistrzem Polski na 2026 rok, z wynikiem łącznym 1533 p., został Grzegorz Kanikuła. Finał zaczął ostro, w pierwszej grze uzyskał 204 p., w drugiej 202 i następnie 192 i 180 p., co dało mu łącznie 778 p. Wicemistrzem Polski, z wynikiem 1441 p., w tym grą finałową na poziomie 701 p., został Krzysztof Paszyna. Rzucał on bardzo równo przez cały finał, między 171 a 179 p., jednak to nie wystarczyło do uzyskania najważniejszego tytułu, może między innymi przez to, że w tych 120 rzutach trafił tylko sześć dziewiątek. Trzecie miejsce i tylko o jeden punkt mniej uzyskał Władysław Wakuliński. Chociaż w finale rzucił on trzynaście dziewiątek i łącznie 707 p., nie pokonał Krzysztofa Paszyny. Czwartą lokatę uzyskał Albert Sordyl, który w grach finałowych zdobył 711 p. i łącznie 1422 p. Piąty, po wyraźnie słabszej grze w finale, bo na poziomie 670 p. (o 62 p. mniej niż w eliminacjach), był Paweł Lonc. Ostatnie, szóste miejsce, mimo zdecydowanie lepszej gry na poziomie 710 p., zajął Daniel Jarząb. Do wyższej lokaty zabrakło mu 10 oczek, przede wszystkim za sprawą bardzo słabej pierwszej gry (tylko 152 p.), można powiedzieć, że była to typowa gra na pierwszego kręgla, z której zbyt dużo punktów się nie zbiera.
Podczas ceremonii medalowej koordynatorka mistrzostw Joanna Staliś wręczyła każdej szóstce finalistów okolicznościowe puchary oraz przekazała zwycięzcom nagrody finansowe i rzeczowe.
Dekoracja zwycięzców w kategorii B3
Podsumowując wszystkie starty, należy powiedzieć, szczególnie w odniesieniu do najsilniejszej grupy startowej, że w Sierakowie wygrywają zawodnicy, którzy potrafią zagrać nieco inaczej niż tylko na środkowy kręgiel lub na dużą ulicę. Niejednokrotnie w trakcie mistrzostw zdarzało się, że z dużej ulicy razem z pierwszym spadało pięć kręgli, a z małej ulicy, na skutek rotacji przewróconych już kręgli, spadało ich siedem, osiem, a nawet dziewięć. Potwierdziło się, że kręgielnia w Sierakowie pozwala ugrać około dwadzieścia do trzydziestu procent więcej punktów niż choćby kręgielnia w Gostyniu, gdzie dwa tygodnie wcześniej rozgrywane były eliminacje. W Sierakowie ewidentnie trzeba znaleźć sposób na punkty. I oby ten sposób znaleźli nasi reprezentanci na zbliżające się XXV Mistrzostwa Europy Niewidomych i Słabowidzących w Kręglach Klasycznych, które zostaną tutaj rozegrane od 15 do 24 maja.
XXVI Mistrzostwa Polski Niewidomych i Słabowidzących w Kręglach Klasycznych 25-29.03.2026 r., Sieraków
Tabela wyników - kobiety (w nawiasie wynik eliminacji)
Kobiety
Kategoria B1
1.
Karolina Rzepa „Łuczniczka” BydgoszczB
(557) 1105 p.
2.
Barbara Szypuła „KoMar” Piekary Śląskie
(528) 1040 p
3.
Agnieszka Smoła „Pionek” Włocławek
(512) 1033 p.
4.
Regina Szczypiorska „Morena” Iława
(520) 1022 p
5.
Renata Domin „Łuczniczka” Bydgoszcz
(453) 972 p.
6.
Monika Neubert „Morena” Iława
(504) 952 p.
Kategoria B2
1.
Jadwiga Rogacka „Pionek” Włocławek
(738) 1430 p.
2.
Magdalena Palamar „Morena” Iława
(684) 1378 p.
3.
Katarzyna Majewska „Pionek” Włocławek
(643) 1319 p.
4.
Beata Chraścina „Hetman” Lublin
(617) 1302 p.
5.
Irena Zięba „Debiut” Kielce
(645) 1290 p.
6.
Barbara Bajorek „Sudety” Kłodzko
(621) 1231 p.
Kategoria B3
1.
Elżbieta Malinowska „Hetman” Lublin
(686) 1340 p.
2.
Anna Barwińska „Omega” Łódź
(651) 1333 p.
3.
Emilia Sawiniec „Hetman” Lublin
(651) 1320 p.
4.
Ewelina Woszuk „Pionek” Włocławek
(626) 1319 p.
5.
Agnieszka Pokojska „Morena” Iława
(674) 1314 p.
6.
Monika Grzybczyńska „Omega” Łódź
(648) 1307 p.
Tabela wyników - mężczyźni (w nawiasie wynik elimincji)
Gdzie nie wystartuje, tam zawsze jest pierwsza. Łukasz „Byk” Byczkowski Memorial 2025, Showdown Slovak Open 2026, a teraz także BSC Prague Showdown Cup 2026. Elżbieta Mielczarek nie bierze jeńców i w tym sezonie wygrywa dosłownie wszystko!
Czeski marcowy turniej międzynarodowy BSC Prague Showdown Cup 2026 był trzecim w tym roku. Zagrało w nim 66 zawodników (w tym 26 kobiet) z 16 państw: Czech, Belgii, Bułgarii, Francji, Niemiec, Włoch, Finlandii, Litwy, Słowacji, Szwajcarii, Danii, Grecji, Pakistanu, Libii, Maroka oraz Polski. Nas reprezentowali: Dominika Czuj, Paulina Krupa, Elżbieta Mielczarek, Katarzyna Stenka, Szymon Budzyński, Przemysław Knaź, Krzysztof Sobiło i Daniel Kuźniar. Turniej ten wyróżnia specyficzny system rozgrywek. Jest on bardzo podobny do stosowanego obecnie w rozgrywkach piłkarskiej Ligi Mistrzów i Ligi Europy.
Dominika Czuj podczas jednego z meczów na czeskich zawodach
W pierwszym polskim meczu Krzysztof Sobiło wygrał z Libijczykiem Mohamedem Alhararim, a Szymon Budzyński z Finem Vaino Rihtim. Jeśli chodzi o panów, to niestety żadnemu nie udało się bezpośrednio awansować do najlepszej szesnastki turnieju. Najbliżej był Krzysztof Sobiło, który wraz z dwoma innymi zawodnikami zgromadził na koncie 19 p. W tej sytuacji zdecydowały tzw. małe punkty, a najmniej z tej trójki miał ich właśnie „Prezes” i zakończył pierwszą rundę na dziesiątej lokacie. Dziewiętnasty był Przemysław Knaź, a Szymon Budzyński 24., czyli ostatni z przepustką do jednej trzydziestej drugiej. To nie udało się niestety Danielowi Kuźniarowi.
Świetne mecze pierwszego dnia rozegrały także nasze reprezentantki. Najpierw wspaniale zagrała Katarzyna Stenka, która pokonała Beyrie Apti, i z tą samą Bułgarką wygrała także Elżbieta Mielczarek, w obu przypadkach 2:0. Kroku koleżankom dotrzymała Dominika Czuj, która też rozprawiała się z kolejnymi rywalkami. Elżbieta Mielczarek z kompletem punktów zajmowała drugie miejsce, trzecia była Dominika Czuj, a ósma Katarzyna Stenka, dzięki czemu zapewniły sobie awans do jednej szesnastej finału. Paulina Krupa musiała jeszcze o to zawalczyć i następnego dnia również stanęła naprzeciw Beyrie Apti. Bułgarka poniosła porażkę z trzecią już Polką.
W meczach o wejście do najlepszej szesnastki nasi panowie spisali się bardzo dobrze. Najpierw Szymon stanął naprzeciw Włocha Pietro Finistrelli, z którym w pierwszej fazie turnieju przegrał 0:2. Postanowił się zrewanżować i wygrał bardzo pewnie 3:0. Koncertowa gra „Bu” zrobiła ogromne wrażenie na wszystkich oglądających to spotkanie na żywo. Równie pewnie awans wywalczył Krzysztof, który skrzyżował rakietkę z doświadczonym reprezentantem gospodarzy Petrem Bayerem. „Prezes” wygrał 3:0 i czekał już na kolejną rundę. Bardzo niewiele do powtórzenia sukcesów kolegów zabrakło Przemkowi, który mierzył się z reprezentantem Italii Luciano Florio. Piąty set Włoch rozstrzygnął na swoją korzyść, a Przemkowi pozostała walka o miejsce 19.
Dwaj najbardziej doświadczeni zawodnicy turnieju – Krzysztof Sobiło kontra Petr Bayer (Czechy)
Mecze najlepszej szesnastki pań doskonale rozpoczęły Elżbieta i Dominika. Pierwsza z nich nie pozostawiła złudzeń Bettinie Steffan z Niemiec i pewnie wygrała 3:0. Druga z takim samym rezultatem zakończyła mecz z inną Niemką, Janine Keller. Niewiele do awansu zabrakło Katarzynie, która zmierzyła się z Włoszką Sarą Fappani. Każdy set był bardzo wyrównany. Pierwszy set padł łupem Fappani, a drugi Stenki. Kolejne dwa na swoją korzyść rozstrzygnęła reprezentantka Squadre Azzurra i to ona przeszła dalej. „Rychowi” pozostała walka o miejsce 10. Paulina z kolei postawiła się dużo bardziej doświadczonej Jaanie Pesari z Finlandii i tanio skóry nie sprzedała. Walczyła jak równa z równą, mimo wyniku spotkania 0:3 na korzyść rywalki wstydu nie było (7:11, 9:11, 5:11) i Paula czekała na mecz o miejsce 12.
Jedna ósma turnieju w kategorii mężczyzn obejmowała dwa pojedynki Polaków: Krzysztof Sobiło kontra Jyri Gronlund z Finlandii oraz Szymon Bydzyński kontra Patrick Walterscheidt z Niemiec. „Prezes” w pierwszym secie miał problem z rywalem i wygrał tylko 15:13. Reprezentant Suomi kolejne dwa sety przegrał już bardzo wyraźnie 3:12 i 4:12, a Sobiło awansował do najlepszej ósemki. Dużo trudniejszą przeprawę miał „Bu”, który po dwóch pierwszych setach przegrywał 0:2 (10:13, 8:12). Poskutkowała całkowita zmiana stylu gry, bo dwa kolejne sety padły jego łupem (12:5 i 14:12) i potrzebny był set piąty. A w nim ostre wymiany, dużo nabijania przeciwnika z obu stron i na tablicy wyników remis 9:9. Tę wojnę nerwów wygrał jednak Szymon, bo mecz zakończył tie-break 11:9.
Spotkania jednej ósmej finału kobiet nie były dla naszych pań spacerkiem. Najpierw Elżbieta zagrała z reprezentantką gospodarzy Ivą Karaskovą. O ile dwa pierwsze sety gładko wygrała (11:6 i 11:3), o tyle w dwóch kolejnych Czeszka wrzuciła szósty bieg i bardzo zacięta wymiana piłek zakończyła się jej wygraną 15:13 i 11:9. Zatem w piątym secie podrażniona utratą przewagi Ela zagrała wręcz fantastycznie! 11:2 i 3:2 w całym meczu dla Polki! W drugim spotkaniu najlepszej ósemki Dominika Czuj stanęła za stołem z Belgijką Mai-Li De Raeymaeker. W pierwszym secie celnością imponowała nasza zawodniczka i rozstrzygnęła go 11:7. Ewidentnie nie spodobało się to Mai-Li, która całkowicie zmieniła taktykę, by wygrać dwa kolejne (12:6 i 11:3) i doprowadzić do stanu 2:1. Czwarty set to fantastyczna gra punkt za punkt i wojna nerwów, którą 12:10, jak i miejsce w półfinale, wygrała niestety Belgijka.
Męskie ćwierćfinały nie poszły po naszej myśli. Najpierw Krzysztof Sobiło nie sprostał Finowi Jouniemi Viitamaki (5:11, 5:11, 8:12). Reprezentant Suomi to bardzo niewygodny przeciwnik, zwłaszcza że od jakiegoś czasu gra na zmianę obiema rękoma, powodując u przeciwników dezorientację. I tym razem ta jego taktyka zadziałała. W drugim naszym meczu Szymon Budzyński stanął naprzeciw Pierra Bertranda. Francuz, późniejszy zwycięzca, nie odniósł w turnieju żadnej porażki. „Bu” dzielnie stawiał mu opór, ale wygrał tylko jednego seta. Bertrand zwyciężył 3:1 (11:4, 11:6, 9:11, 11:2). Naszym reprezentantom pozostała walka o pozycje 5-8. Jednocześnie rozgrywane były mecze o niższe lokaty. W nich Daniel Kuźniar pokonał 2:0 Włocha Marco Ferrarę i zajął 29. miejsce, a Przemysław Knaź rozprawił się z Czechem Petrem Bayerem i był 19.
Katarzyna Stenka w meczu przeciwko Janine Keller z Niemiec
W kobiecym półfinale Elżbieta Mielczarek mierzyła się z pogromczynią „Domy”, Mai-Li De Raeymaeker. Planem na ten mecz był odwet za koleżankę. Pierwszy set zaskoczył Elę i padł łupem Mai-Li 12:7. To tylko zmobilizowało naszą zawodniczkę, która nie pozwoliła już sobie na żadną porażkę. 11:3, 11:5, 12:8, w całym meczu 3:1 i finał dla Eli!
Równolegle o prawo gry o miejsca 5-8 walczyła Dominika, która musiała zagrać z pokonaną wcześniej przez Mielczarek Ivą Karaskovą. Czeszka nie stawiła wielkiego oporu, „Doma” pewnie wygrała 3:0 i awansowała do najlepszej szóstki turnieju. – Szkoda, że nie trafiłam na nią w ćwierćfinale, być może teraz grałabym półfinał razem z Elą. Zawsze dobrze mi się gra z Ivą i tym razem nie miałam z nią większych problemów. Za to Mai-Li jest dla mnie strasznie niewygodna i nie mogę jej do końca rozgryźć. Ale co się odwlecze, to nie uciecze, jeszcze poczuje gorycz porażki, grając naprzeciw mnie – powiedziała po tym pojedynku Dominika.
Natomiast Katarzyna Stenka w meczu o 9. miejsce pewnie rozprawiła się 2:0 ze Szwajcarką Noemi Hofmann, a takim samym wynikiem Paulina Krupa zakończyła mecz o 12. lokatę, w którym pokonała Słowaczkę Ivetę Vicenovą.
Rozgrywki mężczyzn o miejsca 5-8 przyniosły nam sporo emocji. Szymon Budzyński stanął naprzeciw Jelle Steuera z Belgii. Zaczął świetnie, dwa pierwsze sety należały do niego (11:8 i 11:4), ale Belg jednak się pozbierał i wygrał dwa kolejne. W piątym secie lepiej nerwy na wodzy trzymał Jelle, który cały mecz wygrał 3:2. Kolejny Polak, Krzysztof Sobiło, mierzył się z Francuzem Franckiem Bouilloux. Ci dwaj dojrzali zawodnicy zafundowali nam bardzo ciekawe widowisko zakończone, niestety, porażką Krzysztofa 0:3. Mecz ten „Prezes” skomentował na gorąco: − To nie jest mój dzień. Nie czuję się najlepiej, coś mi zaszkodziło i mam kłopoty żołądkowe. Gdyby nie to, na pewno stawiłbym większy opór Franckowi, bo lubię z nim grać. Ale to nie zmienia faktu, że dziś był ode mnie lepszy. Chapeaux bas dla niego!
W ostatnim polskim męskim pojedynku spotkali się Szymon i Krzysztof. Lepiej zagrał„Prezes”, który pokonał swojego kolegę 3:0 i zdobył najwyższe wśród naszych mężczyzn 7. miejsce. Szymon wywalczył w turnieju 8. lokatę.
Wśród kobiecych pojedynków nas najbardziej interesowały dwa − mecz o 5. miejsce Dominiki Czuj oraz finałowe starcie Elżbiety Mielczarek.
Najpierw grała „Doma”, naprzeciw niej stanęła Włoszka Sonia Tranchina. Pierwszego seta wygrała przedstawicielka Włoch 12:2, żeby dwa kolejne padły łupem naszej zawodniczki (11:6 i 11:4). Czwarty set to bardzo długie wymiany piłek i wyrównana walka, zakończona ostatecznie wygraną Tranchiny 12:10. Znów o końcowym rezultacie musiał więc zadecydować tie-break. Wojnę nerwów zakończyło zwycięstwo „Domy”, która wywalczyła świetne 5. miejsce.
Finałowa potyczka Eli i Terezy była dla zawodniczki z Czech o tyle szczególna, że po pierwsze rozgrywana przed własną publicznością, a po drugie Tereza nigdy jeszcze nie zwyciężyła w turnieju międzynarodowym, a teraz na to liczyła. Ela nie miała zamiaru jej na to pozwolić. Pierwszego seta wygrała bardzo pewnie 11:1, w drugim to Prikrylova długo prowadziła. Przy stanie 2:7 Ela w porozumieniu z trenerem Szymonem Borkowskim wzięła czas. To pozwoliło na chwilę oddechu i zbudowanie innej strategii na resztę seta. I rzeczywiście to poskutkowało, bowiem nasza zawodniczka doprowadziła do remisu 10:10! Dwie następne wymiany przyniosły dwa błędy Czeszki i Ela prowadziła już 2:0! Trzeci set to wielki spokój i opanowanie Mielczarek, a spore nerwy Prikrylovej. I najlepiej było to widać w samej końcówce meczu, przy stanie 9:2 dla Eli, kiedy Tereza zaliczyła samobójcze trafienie kończące ostatecznie mecz. 3:0 dla Biało-Czerwonej. Wielka radość całej reprezentacji z kolejnego triumfu naszej zawodniczki!
Turniej w Pradze dostarczył nam sporej dawki emocji i przyniósł liczące się wyniki wszystkim naszym showdownistom. Zwycięstwo Elżbiety Mielczarek było tylko zwieńczeniem rewelacyjnego dla nas turnieju.
Najlepsza dwunastka czeskiego turnieju
BSC Prague Showdown Cup 2026 25-29.03.2026 r., Nymburk, Czechy
Kobiety
1. Elżbieta Mielczarek Polska 2. Tereza Prikrylova Czechy 3. Mai-Li De Raeymaeker Belgia (…) 5. Dominika Czuj Polska 9. Katarzyna Stenka Polska 12. Paulina Krupa Polska
Mężczyźni
1. Pierre Bertrand Francja 2. Jouni Viitamaki Finlandia 3. Andrea Lazzarini Włochy (…) 7. Krzysztof Sobiło Polska 8. Szymon Budzyński Polska 19. Przemysław Knaź Polska 29. Daniel Kuźniar Polska
W dniach 13-21 kwietnia w Rowach odbył się półfinał mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących w warcabach stupolowych. Kto z grających wróci tu za miesiąc na majowe mistrzostwa?
Rowy były gospodarzem półfinału po raz drugi. Na oficjalnej liście startowej znalazło się 46 zawodników z 15 klubów Stowarzyszenia „Cross”, w tym dwie zawodniczki, medalistki mistrzostw Polski − Ewa Wieczorek i Grażyna Skonieczna. Przygotowano również listę rezerwową liczącą 11 nazwisk, co świadczy o wciąż rosnącej popularności warcabów. Dla wielu uczestników był to najważniejszy turniej w roku i sposobność do zagrania z najlepszymi. Zgodnie z regulaminem awans wywalczyło dziewięciu startujących, dołączą oni do medalistów z ubiegłego roku, którzy nie biorą udziału w eliminacjach − Leszka Stefanka, Andrzeja Jagieły i Wojciecha Woźniaka. Finały mistrzostw Polski kobiet i mężczyzn od wielu lat odbywają się w tym samym miejscu i czasie, jednak w osobnym turnieju. W tym roku odbędą się również w Rowach, w dniach 10-22 maja.
W dobrych nastrojach przed zakończoną remisem rozgrywką. Mirosław Mirynowski (po lewej) i Andrzej Gasiul z asystentką Grażyną Gasiul
Warcabiści rywalizowali systemem szwajcarskim na dystansie 9 rund z czasem 80 minut na zawodnika plus 30 sekund za posunięcie. W tej formule niemal każda partia mogła otworzyć lub zamknąć drzwi do wymarzonego finału. Jako uczestnik mogłem na własnej skórze odczuć ciężar tych zawodów. Skomplikowane warianty, taktyczne pułapki i kombinacje przygotowane przez rywali to esencja rywalizacji. Nad prawidłowym przebiegiem turnieju czuwał doświadczony sędzia główny Sylwester Flisikowski, wspierany przez żonę Wiolettę. Jego obecność nadała zawodom prestiżu, bo to nie tylko uznany arbiter i czołowy polski zawodnik, lecz także prezes Polskiego Związku Warcabowego. Za organizację wydarzenia odpowiadał koordynator Andrzej Gasiul. Turniej rozpoczął się uroczyście, uczestników przywitali prezes Stowarzyszenia „Cross” Mirosław Mirynowski, jak i gospodarze ośrodka. Sędzia krótko omówił regulamin i życzył wszystkim sportowej walki. W turnieju brało udział sześciu zawodników całkowicie niewidomych, ale zgodnie z zasadami na deskach brajlowskich grali wszyscy półfinaliści, niektóre osoby niewidome miały asystenta prowadzącego zapis. Sala gry była jasna i przestronna, co dla nas ma ogromne znaczenie. Przy stoliku siedziała tylko jedna para zawodników, więc było komfortowo.
U progu 7. rundy. Uścisk dłoni Edwarda Podczasika i Edwarda Twardego, dwóch późniejszych finalistów
Na 23 rozegrane partie pierwszej rundy padły zaledwie dwa remisy (w tym mój). To rzadko spotykane i świadczyło o niesamowitej ambicji uczestników. Ciekawostką tej rundy był też fakt, że system od razu skojarzył ze sobą jedyne dwie zawodniczki. Ale największą sensacją początku turnieju okazał się 91-letni Tadeusz Gryglewicz (,,Zryw” Słupsk). Ten najstarszy wiekiem zawodnik pokazał, że potrafi wygrać z najlepszymi. Jego pierwszym rywalem był były medalista MP oraz obecny reprezentant kadry Polski Mikołaj Fiedoruk („Victoria” Białystok).Zdecydowanie go pokonał, mając na planszy kilka pionów przewagi.
Drugiego dnia rozegrano rundę drugą i trzecią. Wciąż trwała passa Gryglewicza, który znów sprawił sensację i pokonał dużo wyżej notowanego zawodnika, wielokrotnego reprezentanta Polski Andrzeja Sargalskiego („Łuczniczka” Bydgoszcz). Co ciekawe, proponował przeciwnikowi remis po 40. posunięciu, ten nie przyjął go i… przegrał. Runda trzecia nie przyniosła większych niespodzianek ani w tabeli, ani na warcabnicach, wygrywali faworyci.
W czwartej rundzie los skojarzył mnie z Tadeuszem Gryglewiczem. Był to pojedynek, który wymagał dużej koncentracji, bo mój przeciwnik grał bardzo pewnie i czujnie. Walka była na tyle wyrównana, że rywal zaproponował mi remis. Nie zdecydowałem się jednak na podział punktów i ostatecznie zwyciężyłem.
Czwarty dzień zmagań obejmował rundy piątą i szóstą. Po bardzo walecznym początku turnieju tego dnia nastąpił wyraźny spadek tempa, szczególnie w czołówce zaczęła dominować ostrożność. Najlepiej obrazuje to statystyka: na dziesięciu najlepszych deskach padło aż dziewięć remisów.
W szóstej rundzie kluczowa dla układu czołówki turnieju okazała się wygrana Edwarda Twardego („Syrenka” Warszawa) z Ewą Wieczorek („Victoria” Białystok). W tej samej rundzie doszło do pojedynku organizatorów − Mirosława Mirynowskiego i Andrzeja Gasiula − który zakończył się remisem.
Który mocniejszy? Andrzej Sargalski i Ryszard Suder mierzą się wzrokiem przed rozpoczęciem partii. (Ostatecznie obaj w finale!)
Siódma runda przyniosła ważne rozstrzygnięcia w czołówce – swoje partie wygrali Józef Tołwiński, Bernard Olejnik, Andrzej Sargalski oraz Ryszard Biegasik. Te wyniki ostatecznie uformowały grupę walczącą o awans. Na uwagę zasługuje też błyskawiczne zwycięstwo Wieczorek nad Antonim Ignatowskim ("Jaćwing" Suwałki), bo partia trwała niespełna dwie minuty. Moja rozgrywka z Ireneuszem Myszką („Zryw” Słupsk), dwukrotnym mistrzem Polski osób całkowicie niewidomych, miała niecodzienny przebieg. Przez większość czasu grałem jeden ze swoich najlepszych pojedynków ostatnich miesięcy, narzucając własny styl oraz zyskując przewagę dwóch pionów i czasu. Niestety, przy grze na dwóch deskach doszło do błędu technicznego – asystentka oraz sędziowie nie zauważyli rozbieżności w ustawieniu pozycji po jednym z moich ruchów. Nie wiedziałem tego i wykonałem posunięcie oparte na mylnym obrazie sytuacji, co pozwoliło przeciwnikowi na skuteczną kombinację. Rozbity psychicznie tym zamieszaniem, przyjąłem propozycję remisu, choć analiza po partii wykazała, że pozycja nadal była wygrana.
Przedostatnia runda półfinału charakteryzowała się niezwykle wyrównanym poziomem, co potwierdziły remisy na sześciu pierwszych deskach. W tej grupie znalazł się mój pojedynek z arcymistrzynią Ewą Wieczorek. Największą niespodzianką była porażka Mikołaja Fiedoruka („Victoria” Białystok) z niżej notowanym Bogdanem Marszałkiem („Hetman” Lublin), co odebrało pierwszemu szanse na finał i premiowało ambitną grę Bogdana. Ważne zwycięstwo odnotował Krzysztof Furtak („Hetman” Lublin), który pozostawał jeszcze z szansami.
Sportową klasę pokazali również zawodnicy „Zrywu” Słupsk – Mirosław Mirynowski i Jerzy Rutkowski. Swój pojedynek zakończyli remisem jako ostatni na sali. Choć nie urządzał on żadnego z nich, był dowodem walki do samego końca. Wspomnę jeszcze o wyczynie Grażyny Skoniecznej („Syrenka” Warszawa), która po czterech porażkach z rzędu wygrała kolejne cztery pojedynki, a na koniec turnieju zremisowała. Zapytana o taką woltę w wynikach, wspomniała o trudnej sytuacji osobistej i zmęczeniu przed turniejem. Podkreślała, że porażki jej nie zniechęcają, lecz mobilizują do dalszej pracy, a warcaby traktuje jak ambitną zabawę i wyzwanie. Przyznała, że jest osobą twardo dążącą do celu, dla której każda partia, nawet ta przegrana z utytułowaną rywalką jak Ewa, jest cenną lekcją i motywacją do bardziej uważnej gry.
W ostatniej rundzie sytuacja szybko się wyklarowała. Aż siedem miejsc wydawało się niemal pewnych jeszcze przed zakończeniem wszystkich partii. Sześciu zawodników zapewniło sobie promocję dzięki remisom na pierwszych trzech stolikach, natomiast siódma lokata była łatwa do przewidzenia ze względu na wewnątrzklubowy pojedynek „Viktorii” Białystok, w którym Ewa Wieczorek przegrała z Ryszardem Biegasikiem. Mistrzyni wypadła z czołówki, ale za to jej kolega przypieczętował awans.
Ostatnie dwa wolne miejsca były przedmiotem zaciętej walki. W bezpośrednim pojedynku o awans zmierzyłem się z Krzysztofem Furtakiem. Rozegrałem jedną z lepszych partii. Wykorzystałem niedokładność przeciwnika i pewnie wygrałem, co dało mi bilet do finału. Drugie wolne miejsce wywalczył Edward Podczasik, który po najdłuższej, bo ponad czterogodzinnej partii pokonał Ireneusza Myszkę.
Poziom zawodów był wyjątkowo wysoki: zwycięzca zgromadził 13 p., a pozostali finaliści po 12. Dorobek 11 p. okazał się tym razem niewystarczający do zdobycia awansu. Do medalistów z poprzedniego roku w finale dołączą:
Edward Twardy „Syrenka” Warszawa 13 p.
Tomasz Kuziel „Łuczniczka” Bydgoszcz 12 p.
Ryszard Suder „Warmia i Mazury” Olsztyn 12 p.
Bernard Olejnik „Warmia i Mazury” Olsztyn 12 p.
Józef Tołwiński „Victoria” Białystok 12 p.
Edward Podczasik „Atut” Nysa 12 p.
Ryszard Biegasik „Victoria” Białystok 12 p.
Andrzej Sargalski „Łuczniczka” Bydgoszcz 12 p.
Mieczysław Kaciotys „Jantar” Gdańsk 12 p.
Rezerwowy: Dominik Kasperczyk „Atut” Nysa 11 p.
Zapytałem sędziego Sylwestra Flisikowskiwgo o wrażenia po turnieju, swoje doświadczenia i przemyślenia.
− Podejmując się roli sędziego głównego w tak ważnych zawodach, trzeba się liczyć z dużą odpowiedzialnością. Jest to również zdobywanie doświadczenia. Warcaby to dyscyplina, którą lubię i uprawiam od 1988 r. i, jak wiadomo, stały się one naszą pasją rodzinną. Sukcesy jednak nie przychodzą łatwo. Tytuły mistrzów Polski czy medale w mistrzostwach Europy i świata są poparte dużą liczbą treningów, poświęconym czasem i wyrzeczeniami. Jednak jeśli robimy to, co naprawdę lubimy, to nie ma nic piękniejszego. A warto trenować i grać w warcaby, ponieważ kształtują wiele cech, które przydają się w życiu. Dlatego zachęcam do gry już od najmłodszych lat.
Pobyt w Rowach będziemy wspominać bardzo dobrze. Dopisała pogoda, idealna do spacerów nad morzem oraz po Słowińskim Parku Narodowym. Organizatorzy stanęli na wysokości zadania. Posiłki bardzo dobre, uroczysta kolacja udana, a chętni mogli korzystać z relaksu w SPA.
Zwycięzcy otrzymali pamiątkowe puchary, a pozostali finaliści statuetki z napisem upamiętniającym wydarzenie. Na koniec wykonaliśmy pamiątkowe zdjęcia, które będą wspaniałą pamiątką. Organizację turnieju dofinansował PFRON.
W dniach 21-29.04.2026 r. w uroczym pensjonacie Gaborek w Krynicy-Zdroju odbył się półfinał mistrzostw Polski kobiet niewidomych i słabowidzących w warcabach stupolowych. Kto myśli, że warcaby to spokojna gra, powinien zmienić zdanie…
Do plansz zasiadły 42 zawodniczki reprezentujące aż 15 klubów z całej Polski. Rozpiętość wieku − od 42 do 87 lat. I powiem krótko: doświadczenie turniejowe ważyło tyle samo co forma dnia. Tu grały charakter, serce i lata praktyki. Stawka była konkretna − pierwsza dziewiątka jedzie na finał mistrzostw Polski. Wywalczenie takiej przepustki do wielkiej gry to powód do dumy.
Na sali gry podczas 1. rundy turnieju
Od pierwszych pojedynków panował duch prawdziwej sportowej rywalizacji. Chociaż to walka o pierwsze punkty, to emocji i tak nie brakowało. Przez trzy początkowe rundy prowadziła Bożena Dalecka, tuż za nią trzymały się Teresa Bonik i Barbara Gołębiowska-Fryga. Po czwartej widać było jedno – nie było miejsca na przypadek. Na prowadzeniu pewnie stała Bożena Dalecka, która z dorobkiem 7 p. pokazała, że ma zamiar pojechać na finał. Tuż za nią ciasno, niemal ramię w ramię, cała grupa zawodniczek z 6 p. Halina Kasperczyk i Dorota Szela deptały liderce po piętach, a za nimi Barbara Gołębiowska-Fryga i Teresa Bonik − wszystkie grały uważnie, twardo i bez ustępstw. Dalej stawka równie silna: Barbara Wentowska, Helena Poliniewicz i Elżbieta Jagieła − partie w ich wykonaniu były bojem o każde pole. Dziewiąte i dziesiąte miejsca należały do Barbary Kacprzak i Teresy Borowiec. Różnice między zawodniczkami były niewielkie i wszystko jeszcze mogło się zmienić. Po sześciu rundach zaangażowanie startujących pań nie osłabło. Na czele stawki nadal plasowała się Bożena Dalecka prowadząca z imponującym dorobkiem, ale tuż za nią czaiły się już Dorota Szela i Barbara Wentowska. Doświadczenie i zimna krew w kluczowych momentach potrafią odwrócić losy partii. Siódma runda, a w sali gry czuło się wszystko: napięcie, skupienie i tę prawdziwą sportową wolę walki, która nie zna zmęczenia. Czołówka nie odpuszczała ani na chwilę. Ale − im bliżej celu, tym trudniej. Wraz z rosnącym napięciem pojawiają się drobne błędy − takie, które w mniej ważnym turnieju pewnie by się nie zdarzyły. To jednak nie słabość, lecz dowód na to, jak ogromna była presja tej rywalizacji. Bo kiedy walczy się o marzenia, ręka czasem zadrży… A przeciwniczka nie wybacza.
Z czasem emocje tylko rosły
Po ośmiu rundach zrobiło się tak gęsto od emocji, że pionki na planszy zdawały się oddychać razem z zawodniczkami. Tu już nie było zmiłuj się – każda z pań walczyła do ostatniego pionka i ostatniego stuknięcia zegara. Tempo gry – godzina dwadzieścia minut i jeszcze trzydzieści sekund na ruch – pozwalało zajrzeć głębiej w każdą pozycję. To nie była gonitwa, tylko solidna robota przy warcabnicy: pomyśl, rozważ, policz i dopiero wtedy wykonaj ruch. Dorota Szela i Barbara Wentowska bardzo się zrównały, a tuż za nimi czaiły się Helena Poliniewicz i Irena Ostrowska – a wszystkie miały po 11 p. Wystarczyła chwila nieuwagi i w tabeli mogło dojść do nagłej wolty. Ale nie tylko czołówka pokazała charakter. Po zaciętej rywalizacji do finałowego składu MP 2026 dołączyły:
Dorota Szela 12 p.
Barbara Gołębiowska-Fryga 12 p.
Bożena Dalecka 12 p.
Barbara Wentowska 12 p.
Halina Kasperczyk 12 p.
Irena Ostrowska 12 p.
Helena Poliniewicz 12 p.
Danuta Krupecka-Bakalarz 12 p.
Elżbieta Jagieła 11 p.
Kolejne dwie zawodniczki pozostają w rezerwie, to Władysława Jakubaszek i Teresa Bonik. Wyniki każdej rywalizacji można było śledzić na bieżąco na stronie Polskiego Związku Warcabowego.
Nie samą grą warcabistki żyją, dlatego w poniedziałek 27 kwietnia organizatorzy zaprosili panie na uroczystą kolację z tańcami. Twarde rywalki i ich asystenci spotkali się przy jednym stole, by tutaj swoim uśmiechem, serdecznością i życzliwością pokazać, że są prawdziwą wspólnotą. Niespodzianką była wizyta pana Władka − bacy z humorem, takiego, co to nie tylko oscypki sprzeda (jak tu wracać z gór z pustymi rękami), ale i człowieka rozśmieszy tak, że aż łzy lecą.
Od lewej: Barbara Gołębiowska-Fryga, Dorota Szela, Bożena Dalecka, Barbara Wentowska, Halina Kasperczyk, Irena Ostrowska, Helena Poliniewicz, Danuta Krupińska-Bakalarz, Elżbieta Jagieła i sędzia Jan Chrząszcz
Na koniec muszę wspomnieć o arbitrach, którzy czuwali nad prawidłowym przebiegiem turnieju. Sędzia międzynarodowy Jan Chrząszcz jako sędzia główny był ogromnym autorytetem dla zawodniczek. Emanował spokojem, imponował doświadczeniem i zjednywał sympatię sprawiedliwym osądem każdej spornej sytuacji na planszy. Pani sędzia Danuta Skrzyńska to osoba pełna energii, ciepła i profesjonalizmu.
Teresa Borowiec kontra Hanna Wohlert
Koordynatorem imprezy zorganizowanej przez Stowarzyszenie „Cross” był Mirosław Mirynowski. Zadanie dofinansowały Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych, w ramach projektu „Tylko dla mistrzów”, oraz Ministerstwo Sportu i Turystyki.
Półfinałowy turniej pań był pokazem warcabowej odwagi i pasji, której nie zatrzymają żadne obiektywne przeszkody, takie choćby jak brak wzroku. Tu gra się do końca. I właśnie za to należą się zawodniczkom największe brawa.
Wspinaczka osób niewidomych jest w Polsce sportem niszowym, trenuje ją nie więcej jak 40 osób. Tymczasem dyscyplina stanie się niebawem sportem paralimpijskim, więc perspektywy na jej rozwój rosną i warto wiedzieć, czym to się je. Nie może także umknąć uwadze fakt, że pierwszy medal na arenie międzynarodowej wśród wszystkich wspinaczy niepełnosprawnych z Polski zdobyła Agnieszka Kwolek, zawodniczka bardzo słabo widząca.
Sportowy duch
Agnieszka Kwolek do kolejnych aktywności sportowych podchodziła zawsze trochę na zasadzie pokonywania barier, stąd brały się pomysły na robienie nowych rzeczy. Dawniej przez pewien czas był to taniec, potem przez dłuższy okres judo, równolegle przewijały się także wędrówki, w ostatnich latach na szlakach długodystansowych, które przemierza z synem Aleksem. Pierwszą z takich tras mieli zakończyć w ubiegłym roku, ale tak się nie stało, bo w pewnym momencie na plan pierwszy wysunęła się… parawspinaczka. Starty poprzedniego sezonu, do których należało dotrwać bez kontuzji, przesądziły ostatecznie, że wędrówki muszą poczekać.
Wspinaczka wyparła inne sportowe aktywności jakby podstępem. Dwa treningi judo w tygodniu to było za mało, więc Agnieszka rozglądała się za czymś jeszcze. Przypadkiem trafiła na post Centrum Aktywności Outdoorowych „Baza” o wspinaczce osób z niepełnosprawnościami w skałach. Oczywiście napisała, że też tak chce, a oni, że skoro mieszka w Warszawie, to niech zwróci się do Stowarzyszenia „Skocznia”. Wspinaczka ściankowa była jej znana tylko z czasów, kiedy syn był mały i chodzili na ściankę rekreacyjnie. Syn wspinał się też na nieistniejącej już ściance pod biblioteką Uniwersytetu Warszawskiego. Agnieszka nauczyła się wtedy asekuracji, co potwierdził nawet odpowiedni egzamin. Okazało się, że w „Skoczni” była drugą osobą niewidomą, która do nich trafiła. Na pierwsze spotkanie zwykle przychodzi tam dwóch instruktorów, z których jeden dla bezpieczeństwa wspina się z osobą niepełnosprawną, a drugi asekuruje. Jej pierwsze spotkanie było z prezeską „Skoczni” Anną Radziejowską, która teraz jest także menadżerką kadry narodowej osób niepełnosprawnych w parawspinaczce, drugą osobą była jej obecna trenerka Anna Jasiewicz. Agnieszka zakochała się we wspinaniu już po tych pierwszych zajęciach. Adrenalina, wysokość, szybkie zjazdy w dół – na to czekała! Obie instruktorki były chyba zaskoczone, że wykonuje polecenia bez większego lęku.
Przygotowanie do treningu
W maju mijają trzy lata od tego pierwszego spotkania. To nie jest jeszcze długa kariera. Tymczasem już na swoich pierwszych MP w 2024 r. zdobyła złoty medal. Brązowy medal, jaki Agnieszka Kwolek w ubiegłym roku przywiozła z PŚ w Laval we Francji, jest pierwszym wywalczonym w parawspinaczce przez osobę niepełnosprawną w Polsce w ogóle. Jak mówi, ten krążek też zdobyła bardzo szybko. Osoby ze światowego topu, które walczą w takich sportach, trenują po dziesięć i więcej lat. I są dużo od niej młodsze. Złota medalistka z Laval wśród niewidomych ma siedemnaście lat i trenuje od siódmego roku życia. Bo we wspinaczce następuje stopniowa adaptacja mięśni i ścięgien do wysiłku, od czubka palców u stóp po czubki palców rąk, a to wymaga czasu. Poza tym procentuje doświadczenie. To daje Agnieszce nadzieję na długie lata treningu i startów.
Wspina się w kategorii B3. Jej klasyfikacja medyczna wygaśnie w przyszłym roku i zawodniczka będzie musiała ponownie poddać się badaniom. Po cichutku marzy o grupie B2, gdyż dzięki temu będzie mogła powalczyć o udział w IP Los Angeles 2028, bo akurat wspinaczka kategorii B2 będzie na nich debiutować. Te paraigrzyska to jej wielkie marzenie. Chociaż Agnieszka nie ukrywa, że marzy też o wspinaniu w skałach.
Kierunki pracy rąk niewidomego wspinacza opisuje się przez analogię do tarczy zegara
Wspinacza codzienność
Zaczynała od jednych zajęć tygodniowo. Teraz ma trzy razy w tygodniu trening na Arenie Wspinaczkowej „Makak” i dwa razy trening motoryczny, najczęściej w domu. Podciąganie na drążku czy zwisy na palcach na specjalnym przyrządzie (chwytotablicy) to zestaw obowiązkowy. O długich paznokciach na ściance musi zapomnieć, a siniaki przyjmować z godnością. Ważna jest siła, zarówno pleców, rąk, jak i nóg, ale też dobre rozciągnięcie i elastyczność, kiedy np. kolejny stopień znajduje się na wysokości bioder. Dwa dni w tygodniu są wolne od wszelkich zajęć sportowych. To tzw. dni restowe. Bo odpoczynek jest bardzo ważny. Robi się wtedy rozciąganie, rolowanie, dla relaksacji leżenie na kolcach.
Swój dzień dzieli między treningi i pracę w Stowarzyszeniu Dogs for Life, gdzie szkoli się psy asystujące. Ona też ma swojego psa przewodnika, Cyprysa, który cierpliwie towarzyszy jej m.in. podczas treningów. Łączenie aktywności zawodowej ze sportem zawodniczym nie jest łatwe, ale szefowe są wyrozumiałe, godzą się na dostosowanie godzin pracy do grafiku treningów. Agnieszka poświęca na zawody i comiesięczne zgrupowania dużą część urlopu i weekendy. Gdy jedzie do innego miasta, a jest ścianka, to też trenuje, bo każda ścianka ma inną specyfikę i warto zbierać doświadczenia.
Przyznaje, że trenerka Anna Jasiewicz zna ją na wylot. Wie, jakiego może od niej wymagać wysiłku, ale też, że potrzebuje odpoczynku, co dla Agnieszki długo nie było oczywiste. Każdy trening jest przemyślany, ma założenia, które są częścią szerszego planu.
Jej zajęcia rozpoczyna porządna rozgrzewka tych wszystkich partii ciała, które będą używane. Praktykowane są różne formy treningu: wspinanie się w przewieszeniu (gdy ścianka pochylona jest w kierunku wspinacza), ćwiczenia techniczne, np. chodzenie po bardzo małych stopniach, treningi na szybkość, w których wspinacz musi pokonać daną drogę poprawnie i w jak najkrótszym czasie, ćwiczenie trudnych ruchów i „patentowanie” drogi, czyli próba zapamiętania najtrudniejszych elementów, aby później przejść ją czysto w całości. Ścianek w hali „Makak” jest bardzo dużo, drogi wspinaczy czasem się przecinają, trzeba na siebie wzajemnie uważać. Wypadki zdarzają się jednak najczęściej osobom bardzo doświadczonym, które wpadają w rutynę, albo początkującym, które nie potrafią przewidzieć pewnych zagrożeń.
Nie wszystkie chwyty dozwolone
Drogę, którą ma przejść wspinacz, tworzą, z grubsza biorąc, chwyty i stopnie jednego koloru, ułożone w ustalonej konfiguracji. Każdy panel danej ścianki ma dziurki, w które wkręca się chwyty i stopnie. Na jednym panelu (czyli kawałku ścianki) może być kilka dróg obok siebie. Chwyty i stopnie różnią się fakturą, wielkością i kształtem, każdy ich typ ma swoją nazwę. Każda wytyczona droga ma oznaczony stopień trudności. To tzw. wycena drogi. Niewidomi wspinają się na takich samych drogach jak widzący. Przepisy nakazują, by na szczycie ścianki do chwytu topowego dołożyć drugą rękę − wtedy uznaje się dopiero, że droga jest zaliczona. Podczas wspinaczki nogi mogą nawet zwisać, jeśli ktoś ma tyle siły w rękach, ale zawsze trzeba się trzymać choćby jednego chwytu, by uznawać wspinaczkę za kontynuowaną. Dla osoby niewidomej wyobrażenie sobie układu konkretnej drogi jest wyzwaniem, a co dopiero odnalezienie jej wśród elementów, które do niej nie należą. W namierzaniu właściwych chwytów i stopni pomagają precyzyjne wskazówki sight-guide’a. Jest nim najczęściej trener.
W kategorii B3, w której startuje Agnieszka, nie zakłada się opaski na oczy, ale sprawdza się ona świetnie do mocowania słuchawek na głowie
W polskiej kadrze narodowej w parawspinaczce, w której skład wchodzą obecnie dwie niewidome zawodniczki, stosowany jest trzystopniowy system komunikacji, wzorowany na systemie japońskim. Przede wszystkim sight-guide jeszcze z ziemi pokazuje niewidomemu wspinaczowi pierwsze stopnie i chwyty oraz kolejne, do których zawodnik jest w stanie sięgnąć ręką. Następnie, posługując się analogią do tarczy zegara, oznacza kierunki, a także określa odległość od środkowej osi ciała (np. „średnio” oznacza, że wspinacz ma chwyt na wyciągnięcie ręki, a „daleko”, że musi się wychylić w kierunku chwytu) i ewentualnie opisując rodzaj chwytu (np. gdy jest on kierunkowy), prowadzi wspinacza do góry. Stopnie sight-guide komunikuje za pomocą słów, np. „przy kolanie”, „przy kostce”, ale także określa odległość i czy jest to zewnętrzna czy wewnętrzna strona.
Bezpieczeństwo wisi na linie
Są dwa rodzaje asekuracji. W asekuracji górnej, czyli „na wędkę”, lina jest już zawieszona u góry ściany, wspinacz się wspina, a asekurant wybiera linę. Kiedy zawodnik odpadnie od ściany, to ta lina podwieszona na szczycie chroni go przed upadkiem. Ale jest też drugi, zwany asekuracją dolną, kiedy nie ma jeszcze powieszonej wędki. Wtedy wspinacz i asekurant stają przed ścianą, każdy z nich ma na sobie uprząż i zaczepioną tę samą linę. Wspinacz wchodzi kawałek na ściankę do najbliższego stanowiska, czyli miejsca, w którym przyczepia się linę asekuracyjną, sam ją mocuje i wspina się kilka stopni wyżej, do następnego stanowiska. I tak aż do samej góry, do podwójnego stanowiska, gdzie może powiesić sobie linę do górnej asekuracji. Podczas zjazdu pozostaje tylko odczepić linę od stanowisk. Wspinanie się z dolną asekuracją wymaga większego doświadczenia i może skutkować dłuższymi lotami podczas odpadnięcia od ściany. Dolna asekuracja nie jest elementem rywalizacji osób z niepełnosprawnościami, natomiast jeśli trzeba, to Agnieszka w taki sposób zawiesza sobie wędkę do treningu.
Trener i wspinacz mają na biodrach uprząż. Wspinacz sam wszystko zakłada i mocuje. Trener/asekurant i zawodnik sprawdzają się nawzajem − czy lina jest dobrze zawiązana, czy jest odpowiednio przymocowana do przyrządu asekuracyjnego. Oboje mają także na głowach sparowane ze sobą zestawy słuchawkowo-mikrofonowe. Dzięki temu słyszą się doskonale, nawet gdy dzieli ich duża odległość. Na treningu, jak i podczas zawodów stabilizuje się je dodatkowo, bo jak się zsuną, to jest kłopot. Najczęściej podczas wspinania nie zakłada się kasku, chyba że w skałach. Potrzebny jest za to zakup specjalnych butów wspinaczkowych. Ich podeszwy odwzorowują kształt stopy. Buty powinny dobrze przylegać, bo ścisłe dopasowanie pomaga we wspinaczce. Nie chodzi się w nich, ale zakłada i zdejmuje pod samą ścianką. Przy wspinaniu używa się, tak jak w kilku innych dyscyplinach, magnezji.
Na zawodach
Dla osób z dysfunkcją wzroku wyodrębnione są trzy kategorie startowe kobiet i mężczyzn – B1, B2 i B3, z czego tylko B1 startuje w opasce na oczach. Wraz z rozwojem parawspinaczki rośnie liczba zawodników startujących w rywalizacji międzynarodowej. Na zawody w Innsbrucku, które odbędą się pod koniec czerwca, zarejestrowało się łącznie 301 parawspinaczy, z czego 72 to osoby z kategorii B. To dużo więcej, niż w ubiegłym roku.
Asekurant zawsze stoi na dole. Kiedy pełni także funkcję sight-guide’a osoby niewidomej, dostarcza precyzyjnych wskazówek umożliwiających przejście wyznaczonej drogi. Na pierwszym planie Agnieszka z trenerką
Na początek zawodnicy pokonują dwie różne drogi eliminacyjne, a suma zdobytych punktów decyduje o dopuszczeniu do finału. Zarówno drogi eliminacyjne, jak i finałowa tutaj nie przecinają się z innymi. Przed rozpoczęciem rywalizacji organizator dostarcza filmiki z przejściem dróg eliminacyjnych. Zadaniem niewidomego zawodnika jest zapamiętanie jak największej liczby szczegółów, które ułatwią wspinaczkę, najlepsi zapamiętują całe sekwencje ruchowe, które opisuje im sight-guide podczas wspólnego oglądania filmów. Przebiegu drogi finałowej nikt nie zna aż do dnia rywalizacji. Przed jej rozpoczęciem jest tylko 6 minut na to, by podejść do ściany i omówić drogę z sight-guidem. Po tym czasie wszyscy zawodnicy startujący w finale udają się do strefy izolacji i nie mogą kontaktować się z innymi osobami. Ścianka na zawodach ma około 20 metrów. Trudność drogi zwiększa się wraz z wysokością, najpierw jest łatwo, żeby wszyscy wystartowali, a potem zaczynają się schody... Czas na przejście jednej drogi to 6 minut. Mierzy się go od momentu oderwania obu nóg od ziemi. Za każdy dotknięty lub utrzymany chwyt przyznawane są punkty. Zawodnik nie musi przejść drogi do końca, ale oczywiście stara się dojść jak najwyżej. Różnica między zawodnikami polega na tym, jaki kto ma zasięg, na ile potrafi dynamicznie wyciągnąć się w kierunku kolejnego chwytu, zrobić to szybciej i sprawniej, liczy się też siła i doświadczenie. Zawody odbywają się zarówno w zamkniętych obiektach, jak i na zewnątrz, chociaż rzadziej. Może zdarzyć się kontrola antydopingowa jak w innych dyscyplinach sportu.
Agnieszka Kwolek z brązowym medalem Pucharu Świata Laval 2025. Fot. Stowarzyszenie „Skocznia”
Formalne ramy parawspinaczki
W Polsce jest kilka organizacji zajmujących się wspinaczką niepełnosprawnych, z tym że część rozwija tzw. wspinaczkę terapeutyczną, nienastawioną na wyczyn. Początki wspinaczki sportowej na świecie, przede wszystkim osób z niepełnosprawnością ruchową, sięgają lat 50. U nas ten staż jest krótszy o jakieś 20 lat. W Polsce trenuje parawspinaczkę całkiem spora liczba osób. Na ostatnich MP na listach startowych widniało łącznie 54 zawodników z różnymi niepełnosprawnościami, czyli trenujących jest jeszcze więcej. W kadrze Polski, nad którą pieczę sprawuje Polski Związek Alpinizmu, jest obecnie 11 osób, w tym dwie kobiety z kategorią startową B. Jedną z nich jest Agnieszka. Niepełnosprawni trenują m.in. w Krakowie, Katowicach, Gliwicach, Chorzowie, Wrocławiu i oczywiście w Warszawie. W samym Stowarzyszeniu „Skocznia” jest 5 osób z dysfunkcją wzroku. Członkowie kadry Polski mają pokrywane koszty treningów wspinaczkowych oraz koszty zgrupowań, łącznie z usługami trenera motorycznego oraz fizjoterapeuty. Również wszystkie koszty związane z udziałem w zawodach pokrywane są ze środków PZA. Za pozostałe zajęcia i usługi (np. zajęcia motoryczne, z fizjoterapeutą i psychologiem sportu, za usługi dietetyka) płacą z reguły sami.
Do tej pory odbyły się dwa razy mistrzostwa Polski, trzecie odbędą się jak zawsze pod koniec roku, zapewne w listopadzie. MŚ organizuje się co dwa lata, ostatnie były w 2025 r. Już w czerwcu tego roku w Innsbrucku odbędzie się etap PŚ, na ten rok planowane są też ME, choć ich los się waży. Będą także zawody w Korei Południowej i Japonii, ale nie ma pewności, czy polscy reprezentanci na nie pojadą. Dzieje się dużo.
Od czego zacząć?
Kto lubi czuć adrenalinę, może spróbować parawspinaczki. Choć, jak podkreśla trenerka Anna Jasiewicz, nie każdy będzie wspinał się tak jak Agnieszka, przynajmniej nie od razu. Najlepiej napisać do Stowarzyszenia „Skocznia” w Warszawie, które szkoli instruktorów z różnych części Polski i ma kontakt do specjalistów przygotowanych do pracy z osobami niepełnosprawnymi (www.skocznia.org.pl). Lekcje jeden na jeden z instruktorami są płatne, nie są zazwyczaj objęte dofinansowaniami, ale pierwsza, rozpoznawcza lekcja jest darmowa. W „Skoczni” są natomiast prowadzone treningi grupowe, w których można uczestnicz bezpłatnie.
Makrocykl i fizjologia. Jak nie zostać „mistrzem lutego”
W świecie kolarstwa panuje obecnie kult cyferek. Absurdalnie drogie rowery, analiza każdego wata w aplikacji i kolekcjonowanie punktów TSS jak znaczków pocztowych. Zapominamy jednak o najważniejszym: wynik robi organizm, a nie wykres w chmurze. To pierwsza z ważnych zasad, o jakich będzie mowa w tym odcinku, który podsumowuje i kończy cykl porad trenera kolarstwa.
Planowanie to nie matematyka, a biologia. Kluczem do sukcesu jest zrozumienie, jak działa organizm, jakie konsekwencje niesie ze sobą konkretne obciążenie treningowe i jaki będzie czas regeneracji po tym stresorze.
1. Budowa fraktalna, czyli od ogółu do szczegółu
Planowanie zaczyna się „od tyłu”. Wyznaczasz datę startu docelowego. Rok to makrocykl, który dzielimy na logiczne etapy:
Wiosna (rozbudowa): To wyższa intensywność, więcej obciążeń w strefach mieszanych i praca nad progiem AnT.
Lato (starty): Zarządzanie energią i treningi dostosowane pod zbliżające się starty i ich specyfikę.
Jesień (kontrolowane obniżenie formy): Bardzo ważny etap, by organizm mógł się zregenerować przed kolejnym sezonem, a jednocześnie, by nie stracić wypracowanego progu AeT i ogólnej sprawności.
Pamiętaj: twoja pojedyncza jednostka treningowa to ten cykl w miniaturze. Ma rozgrzewkę (przygotowanie), część główną (start) i schłodzenie. Jeśli pomijasz którykolwiek element, twój „fraktal” się sypie.
2. Pułapka wirtualnego wyścigu
Jako trener widzę to co roku: „mistrzowie lutego”. Dzięki trenażerom i wirtualnym wyścigom amatorzy wchodzą w mordercze intensywności w środku zimy. Efekt? W lutym generują rekordowe waty przed telewizorem, a w maju, gdy zaczyna się prawdziwe ściganie, są zmęczeni psychicznie i fizycznie. W moich planach zima to czas na tlen (AeT), motorykę i siłę. Nie bój się nudy na trenażerze – to on buduje twój silnik. Wysokie intensywności zostaw na marzec i kwiecień. Pamiętaj: lepiej być niedotrenowanym o pięć procent niż przetrenowanym o jeden procent.
3. Cztery filary treningu
Twój plan nie może być mieszaniną wszystkiego. Każdy trening musi mieć jasny cel:
Fundament tlenowy (strefa 1-2): Nauka spalania tłuszczu i kapilaryzacja. Wyjście ponad próg AeT tutaj to błąd – zamieniasz trening w śmieciowe kilometry.
Sweet spot i tempo (strefa 3-4): Budowanie wydajności pod progiem AnT. To przesuwanie twoich możliwości „od dołu”.
VO2max (strefa 5): Praca nad „pułapem”, czyli to, co boli najbardziej, ale daje iskrę.
Dynamika (neuromuscular): Krótkie zrywy (6-12 sek.). To budzenie układu nerwowego, wysiłek beztlenowy niekwasomlekowy (ATP fosfagen).
4. Błąd „treningu mastersa”
Największy grzech amatora? Chaos. Wyjeżdżasz na trzy godziny, po drodze robisz przypadkowe sprinty, ganiasz się z kolegami pod górkę, a potem wracasz „ujechany”, myśląc, że zrobiłeś kawał dobrej roboty. To błąd. Jeśli masz dzień na tlen – jedź tlen. Jeśli masz interwały – zrób je precyzyjnie. Mieszanie wszystkiego daje zmęczenie, ale nie daje adaptacji.
5. Regeneracja to też trening
Trening to stresor, wytrąca cię z równowagi (homeostazy). Ale forma nie rośnie w trakcie kręcenia korbą! Rośnie wtedy, gdy śpisz i odpoczywasz (superkompensacja). Jeśli w dni „regeneracyjne” robisz dwugodzinne tempo w 3. strefie, to nie odpoczywasz. Ty tylko kumulujesz zmęczenie.
Sen: 7,5-9 godzin to podstawa. Sypiając 6 godzin, obniżasz swój potencjał o 30 proc.
Paliwo: Jedz więcej w dni ciężkie, pilnuj okna węglowodanowego po treningu.
Core: Twoje nogi wygenerują tylko tyle mocy, ile utrzyma twój tułów. Jeśli „pływasz” w siodełku, marnujesz waty. Odpuść inwestycję w drogą ramę, zainwestuj w trening w siłowni.
6. Technologia vs świadomość
Miernik mocy to świetne narzędzie – jest brutalnie szczery. Tętno jest kapryśne, zależy od kawy, stresu czy temperatury. Ale najważniejsza jest świadomość. Mistrz to nie ten, który ślepo wykonuje plan z TrainingPeaks. Mistrz to ten, który potrafi odpuścić trening, gdy czuje, że organizm mówi „nie”, mimo że komputer twierdzi, że czas na akcent. Rozwijaj czucie własnego ciała – ono rzadko kłamie, licznik czasem tak.
7. Tandem – szczyt synchronizacji
Wspominając o tandemach, widzimy esencję kolarstwa – zaufanie i technologię. Od stalowych konstrukcji po karbonowe ramy z precyzyjnie dopasowaną geometrią oraz wysoką sztywnością. Tu nie ma miejsca na błąd – pilot steruje, zawodnik dostarcza mocy, a obaj muszą być jednością. Ta sama zasada dotyczy twojej relacji z trenerem: to tandem. To on wyznacza kierunek, ty kręcisz, a sukces zależy od wspólnej komunikacji.
8. Okres startowy. Intensywność, nie objętość
Gdy zaczynają się wyścigi, baza musi być już zamknięta. Nie odpracowuj zimowych zaległości w maju! Teraz liczy się jakość. Pierwsze starty traktuj szkoleniowo – to najlepsze „przepalenie”. W tygodniu przed startem docelowym (BPS) luzujemy objętość, ale utrzymujemy intensywność, by organizm był pobudzony, a nie uśpiony.
Złota zasada na koniec: inwestuj w siebie, nie tylko w sprzęt. Najdroższy rower nie pomoże, jeśli śpisz sześć godzin, nie dbasz o dietę i masz zerową sprawność ogólną. To najdroższy sposób na bycie „powolnym i zmęczonym”. Bądź świadomym zawodnikiem. Planuj mądrze, odpoczywaj i pamiętaj, że forma to proces, a kolarstwo to sport dla cierpliwych i pracowitych.
Stabilizacja centralna – fundament bezpiecznego ruchu (cz. 1)
Stabilizacja centralna to zdolność organizmu do utrzymania stabilnego centrum ciała, obejmującego brzuch, miednicę i dolny odcinek kręgosłupa. To właśnie ten obszar decyduje o jakości, płynności i bezpieczeństwie ruchu, stanowiąc jego podstawę. Można więc powiedzieć, że jest fundamentem każdego ruchu wykonywanego na co dzień.
Żołnierska konserwa, a nie wiotka galareta
Stabilizację centralną określa się krótko jako tzw. core (ang. core – rdzeń). Mięśnie core można porównać do cylindra. Od góry tworzy go przepona – główny mięsień oddechowy, od dołu mięśnie dna miednicy, z przodu i po bokach mięśnie brzucha (zwłaszcza mięsień poprzeczny), a z tyłu mięśnie przykręgosłupowe, wśród których szczególnie istotny jest mięsień wielodzielny. Razem tworzą stabilną „żołnierską konserwę”, która chroni kręgosłup i kontroluje ruch.
Układ ten dzieli się na dwie warstwy. Mięśnie lokalne (głębokie) odpowiadają za stabilizację i kontrolę, ale nie za ruch. Działają niemal niezauważalnie, przy niewielkim napięciu, lecz są kluczowe dla prawidłowego ustawienia kręgów i bezpieczeństwa całego układu ruchu. Z kolei mięśnie globalne (powierzchowne) generują ruch i przenoszą siły między odcinkami ciała. Odpowiadają m.in. za zginanie, prostowanie i rotację tułowia. Wspierają również utrzymanie postawy, jednak ich rola stabilizacyjna jest mniej precyzyjna niż w przypadku mięśni głębokich.
Mięśnie globalne są szybkokurczliwe i silne, ale szybko się męczą. Dlatego nie mogą zastąpić mięśni głębokich w stabilizacji. Można więc stwierdzić, że pierwsze odpowiadają za „działanie”, a drugie za „kontrolę”. Prawidłowe funkcjonowanie organizmu wymaga współpracy obu tych systemów. Problem pojawia się wtedy, gdy mięśnie głębokie nie działają prawidłowo. W takiej sytuacji ich rolę przejmują mięśnie globalne, które zaczynają pracować zbyt intensywnie. Prowadzi to do napięć, przeciążeń oraz zaburzeń wzorców ruchowych, co często wiąże się z bólem kręgosłupa. Dlatego tak ważną rolę odgrywa trening stabilizacji głębokiej, który nie polega na maksymalnym napinaniu mięśni. Wręcz przeciwnie – kluczowe jest utrzymanie niskiego poziomu napięcia, około 20-30 procent maksymalnej siły, ale przez dłuższy czas i z dużą precyzją. Nie o siłę i ilość tu chodzi, ale o precyzję i jakość!
Proces nauki aktywacji mięśni głębokich powinien przebiegać stopniowo. Na początku ćwiczenia wykonuje się w pozycjach odciążonych, takich jak leżenie, w których łatwiej jest poczuć pracę mięśni. Następnie przechodzi się do pozycji siedzącej, klęku, aż w końcu do stania i ruchu. Taka progresja pozwala organizmowi stopniowo adaptować się do rosnących wymagań i utrwala prawidłowe wzorce ruchowe.
Istotne jest również połączenie pracy mięśni z oddechem. Mięśnie core współpracują z przeponą, dlatego ich aktywacja często rozpoczyna się na wydechu. Z czasem jednak napięcie powinno być utrzymywane niezależnie od fazy oddechowej.
Budowanie silnego core − część praktyczna
Naszym wyzwaniem jest wypracowanie stabilnego i silnego „rdzenia”, który będzie przypominał solidną konstrukcję, a nie niestabilną galaretę. Tym razem skupimy się na trzech prostych ćwiczeniach wykonywanych w pozycji leżącej. Choć zostaną one opisane oddzielnie, w praktyce stanowią jedną spójną całość.
Ćwiczenia te angażują przede wszystkim mięsień poprzeczny brzucha, mięśnie dna miednicy oraz mięsień wielodzielny. Ponieważ mięśnie głębokie są niewidoczne, a ich praca jest trudna do zaobserwowania, wykorzystamy komendy oparte na wizualizacji. Ostatecznym celem będzie jednoczesne wykonanie trzech poleceń, co pozwoli na skoordynowaną aktywację całego systemu stabilizacji centralnej.
1. Mięsień poprzeczny brzucha
Stanowi jeden z najważniejszych elementów głębokiego gorsetu mięśniowego tułowia. Zbudowany jest z szerokiego, płaskiego pasa włókien biegnących poprzecznie, które rozciągają się od kręgosłupa do kresy białej w linii pośrodkowej brzucha. Mięsień ten otacza trzewia jamy brzusznej, pełniąc funkcję stabilizacyjną i ochronną. Jego działanie można porównać do pasa ortopedycznego, stosowanego w celu odciążenia kręgosłupa i utrzymania prawidłowej postawy ciała.
Ćwiczenie aktywizujące
Aby poczuć, gdzie znajduje się mięsień poprzeczny brzucha i jak powinien się napinać, najpierw lekko zakaszl. Zwróć uwagę na napięcie pojawiające się głęboko w dolnej części brzucha — to właśnie ten mięsień pracuje. Następnie spróbuj świadomie odtworzyć to napięcie w poniższym ćwiczeniu wizualizacyjnym. Żeby ułatwić sobie prawidłowe napięcie mięśnia poprzecznego brzucha, można wykorzystać proste techniki wyobrażeniowe: „Wyobrażam sobie zapinanie zbyt ciasnych biodrówek”, „Wyobrażam sobie pas wokół talii, który delikatnie zaciskam”. Pamiętaj, aby napięcie było subtelne − nie chodzi o wciąganie brzucha na siłę, lecz o aktywację głębokich mięśni stabilizujących. Kontrola palpacyjna pomoże poczuć napięcie w dolnej części brzucha. Ponieważ mięsień ten jest również mięśniem pomocniczym wydechu, należy łączyć jego aktywację z fazą wydechu.
Pozycja wyjściowa: połóż się na plecach, z kończynami dolnymi zgiętymi w stawach biodrowych i kolanowych, stopami opartymi o podłoże (Fot.1 A). W celu kontroli pracy mięśni dłonie spoczywają na brzuchu (Fot. 1 B). Palce wskazujące i środkowe układa się na kolcach biodrowych przednich górnych, przesuwając je około 2 cm do środka i skośnie w dół – w kierunku spojenia łonowego.
Fot. 1 A i B Aktywizacja mięśnia poprzecznego brzucha
Wykonanie: zrób spokojny wdech. Z wydechem delikatnie wciągnij dolną część brzucha (jakbyś chciał zbliżyć pępek do kręgosłupa). Rozluźnij mięśnie. Wykonaj kolejny spokojny wdech, a podczas wydechu ponownie wciągnij brzuch, tym razem znacznie delikatniej − użyj około 30 procent maksymalnego napięcia. Powtórz czynność kilka razy, starając się utrzymywać lekkie napięcie dolnej części brzucha zarówno przy wdechu, jak i wydechu. Pomocne może być mówienie lub recytowanie krótkiego wierszyka, co pozwala utrzymać lekkie napięcie mięśni podczas naturalnego oddechu.
Ważne jest, aby nie wykonywać dodatkowych ruchów kręgosłupem ani miednicą. Celem ćwiczenia jest uzyskanie izolowanego napięcia mięśnia poprzecznego brzucha i utrzymanie go przez około 10 sekund, bez angażowania pozostałych grup mięśniowych.
2. Mięśnie dna miednicy
Tworzą one rodzaj elastycznego „hamaka” podtrzymującego narządy miednicy. Odpowiednia siła i koordynacja tych mięśni wpływa na stabilizację miednicy i dolnego odcinka kręgosłupa.
Najprostszym ćwiczeniem wzmacniającym mięśnie dna miednicy jest wizualizacja tzw. windy między udami. Polega ona na wyobrażeniu sobie, że mięśnie stopniowo unoszą się w górę, podobnie jak kabina windy. Alternatywnie można delikatnie zwężać strumień moczu, jednak nie chodzi o jego całkowite wstrzymywanie − byłoby to maksymalne napięcie mięśni. Ćwiczenie powinno być subtelne i kontrolowane. Kluczowe jest, aby nie napinać pośladków, ud ani innych mięśni powierzchownych, lecz koncentrować się wyłącznie na pracy mięśni głębokich. Prawidłowo wykonane ćwiczenie kończy się lekkim napięciem w dolnej części brzucha, co wskazuje na aktywację mięśnia poprzecznego brzucha.
Ćwiczenie „winda między udami”
Pozycja wyjściowa: Połóż się na plecach na macie, palce dłoni na kolcach biodrowych jak w poprzednim ćwiczeniu. Wyobraź sobie, że między udami znajduje się winda lub umieść tam małą piłkę rehabilitacyjną (Fot. 2 A), zrolowany koc lub gąbkę – staraj się jej nie ściskać.
Fot. 2 A i B. Aktywizacja mięśni dna miednicy
Wykonanie: na wydechu delikatnie „unoś windę” w górę, jakby wjeżdżała na wyższe piętro (Fot. 2 B). Utrzymaj napięcie przez 10 sekund. Oddychaj spokojnie – nie wstrzymuj oddechu. Skup się na kontrolowanym, izometrycznym napięciu. Jeśli odczuwasz napięcie w dolnej części pleców, lekko odsuń stopy od pośladków. Nie napinaj pośladków ani powierzchownych mięśni brzucha.
3. Mięsień wielodzielny
Mięsień wielodzielny to głęboki mięsień grzbietu, który stabilizuje kręgosłup segment po segmencie. Leży tuż przy kręgach i jest szczególnie rozwinięty w odcinku lędźwiowym. Choć rzadko o nim myślimy podczas treningu (bo nie jest widoczny), to właśnie on odpowiada za to, że kręgosłup nie składa się jak domek z kart.
Jeśli kręgosłup potraktujemy jak maszt statku, mięsień wielodzielny pełni rolę śrub stabilizujących go segment po segmencie. Jego główną rolą nie jest siła, lecz kontrola ruchu, utrzymanie stabilności oraz informowanie mózgu o pozycji kręgosłupa (propriocepcja). Działa również wyprzedzająco – napina się jeszcze przed wykonaniem ruchu, chroniąc kręgosłup. Jest kluczowy w zapobieganiu bólom pleców. Jego osłabienie prowadzi do utraty stabilizacji i przeciążeń.
Najlepiej wzmacniać go poprzez spokojne, precyzyjne ćwiczenia stabilizacyjne, a nie duże ciężary. Przykładem jest „martwy robak” w wersji izometrycznej.
Ćwiczenie „martwy robak”
Pozycja wyjściowa: połóż się na plecach na twardym podłożu. Zegnij nogi w stawach biodrowych i kolanowych do kąta 90 stopni. Wyciągnij ręce pionowo w stronę sufitu (Fot. 3 A).
Wykonanie: zrób spokojny wdech nosem, kierując powietrze do dolnych żeber. Podczas wydechu delikatnie przyciągnij pępek do kręgosłupa, bez dociskania odcinka lędźwiowego do podłogi. Kręgosłup pozostaje w pozycji neutralnej. Następnie wykonaj lekkie „podwinięcie miednicy” − wyobraź sobie zbliżanie spojenia łonowego do pępka (jak na Fot. 1 B). Możesz kontrolować palpacyjnie napięcie mięśni poprzez umieszczenie palców pod odcinkiem lędźwiowym L4-L5 (Fot. 3 B). Powinieneś wyczuć delikatne napięcie mięśni przykręgosłupowych.
Ruch: utrzymując stabilny tułów, powoli opuść jedną nogę, aż dotkniesz piętą podłoża, a następnie wróć do pozycji wyjściowej. Utrzymuj napięcie pod palcami przez cały ruch – mięsień wielodzielny powinien pozostawać aktywny.
Fot. 3 A i B. Ćwiczenie „martwy robak”
Warianty
Napięcie izometryczne: spróbuj lekko „przyciągnąć do siebie” dwa sąsiednie kręgi kręgosłupa, bez widocznego ruchu – to bardziej napięcie niż ruch. Jednocześnie wyobraź sobie, że leżysz na ręczniku, ktoś próbuje go spod ciebie wyszarpać, a ty delikatnie dociskasz ciało, żeby go utrzymać na miejscu.
Minimalne ruchy miednicy: bardzo małe przodopochylenia i tyłopochylenia z inicjacją z mięśni głębokich.
Nauka aktywacji mięśni głębokich wymaga czasu i precyzji. Opiera się na wizualizacji, kontroli oddechu, umiarkowanym napięciu oraz stopniowym zwiększaniu trudności ćwiczeń. Najważniejsze nie jest to, jak mocno pracują mięśnie, lecz czy robią to prawidłowo − cicho, ekonomicznie i we właściwym momencie.
Podsumowując, stabilizacja centralna stanowi podstawę prawidłowego funkcjonowania układu ruchu. Mięśnie core, choć niewidoczne, odgrywają kluczową rolę w utrzymaniu stabilności i ochronie kręgosłupa. Ich prawidłowa aktywacja i współpraca z mięśniami globalnymi warunkują nie tylko efektywność ruchu, lecz także zdrowie i komfort codziennego życia. Stabilność jest bowiem bazą mobilności, o której więcej w kolejnym artykule.
Anna Karaś − magister fizjoterapii, technik masażysta, terapeutka zajęciowa, nauczycielka masażu i wykładowczyni akademicka. Autorka i współautorka publikacji z zakresu masażu i terapii zajęciowej, aktywna uczestniczka i prelegentka wielu konferencji i sympozjów z zakresu masażu. Mieszka i pracuje w Szczecinie.
Takim terminem nazywamy rekompensatę w postaci wieży, lekkiej figury i pionka za hetmana. Rzecz jasna, chodzi nie tylko o ekwiwalent materialny, ale też o aktywność figur. Nazwa trafiła do słownika szachowego po poniższej partii.
Białe zagrały bardzo solidnie. Lasker oczywiście grał na wygraną i musiał znaleźć jakiś sposób na skomplikowanie gry. Warto wiedzieć, że w poprzedniej rundzie Ilyin-Zhenevsky wygrał z Capablanką. Wprawdzie miał w pewnym momencie przegraną pozycję, ale zwycięstwo uskrzydliło go i ostatnie posunięcie Laskera potraktował zapewne jako podstawkę.
13...Ha2 Można było oczywiście zagrać 13...b5, ale chodziło o wykorzystanie emocji związanych z możliwością uzyskania kolejnego zwycięstwa z mistrzem świata. 14.Wa1 Hb2 15.Wfb1 Hb1+ 16.Wb1 Wfd8 Program pokazuje jako lepsze 16...Sbd4 17.Sd4 b6 18.c4 a5 19.Se2 Wc7 20.Sc3 Wb8, ale Lasker nie upraszcza, wyczekuje, pozwalając białym na popełnienie błędu przy większej liczbie bierek. 17.c4 Se8 18.f4 Lepsze 18.Sc6 Gc6 19.Ha5 Wa8 20.Sd4 18...a6 19.Kh1 Lepsze19.g4. Białe nie mają żadnego planu gry. 19...Sc7 20.He3 I znowu lepsze jest 20.Sc6 Gc6 21.Sd4 Gd7 22.Hb4 b5 23.e5. 20...Wb8 21.Wd1 Sb4 22.Hc3 22.g4 22...a5 23.Wa1 b6
13...Hb4!! Larsen uważał, że być może lepsze było 13...Hd4, ale dążył on do bardziej skomplikowanej gry przy hetmanach. Wykrzykniki przy tym posunięciu są wyrazem uznania za wybranie walki i komplikacji. Rzecz jasna, podjęcie takiej decyzji związane było z obliczeniami wielu wariantów, gdyż czarny hetman mógł znaleźć się w opałach. Tworzenie takich zawiłych pozycji było niejako specjalnością bezkompromisowego Larsena.
14.Ge3 Sd7 14...Se4? 15.Sd5+- 15.Gc4 15.Sd5? He4 15...Sb6! Można było grać 15...Gc3 16.bc3 Hc3 17.Gh6 Sde5 18.Gf8 Wf8, ale Larsen oceniał powstałą pozycję jako nieco lepszą dla białych. 16.Sa2? 16.Sd5 Sd5 17.ed5 Se5 z bardzo dobrą grą czarnych. Lepsze 16.Gb6 Hb6 17.Sd5= 16...Sc4! 17.Sb4 Se3 18.He2? Lepsze było 18.Sc6 bc6! (18...Sd1? 19.Se7+ Kh8 20.Wad1 Wae8 21.f6 Gf6 22.Wf6 We7 23.Wfd6 We4 24.Wb6) 19.He2 Sf1 20.Wf1 c5!-+ 18...Sf1-+ 19.Sc6 Lub 19.Sd5 Sh2 20.f6!? (20.Kh2 Ge5+ 21.Kh1 gf5 22.ef5 Kh8-+) 20...Gf6 21.Sf6+ ef6 22.Kh2 Wfe8-+ 19...Sg3+?! Lepsze 19...bc6 20.Wf1 c5!-+ z dalszym Wfb8–b4 i naciskiem na pionki b3, b2, e4. 20.hg3 bc6
Ważna pozycja dla oceny całej strategii gry czarnych. Wprawdzie czarne nie mają pełnej rekompensaty materialnej za hetmana, lecz ich pozycja jest wielce obiecująca. Nie mają one słabości. Mają w perspektywie nacisk po linii „b”. Nie widać także, jak białe mogłyby przejawić inicjatywę. Szach na g3 w 19. posunięciu rozbił strukturę pionkową białych, ale kolejność posunięcia jest na białe i wykorzystują one jedyną szansę przejawienia aktywności. 21.b4! Aby uruchomić marsz pionkiem „a”. Jest to jedyna praktyczna szansa.
21...ab4 22.a5 c5 23.Wa2 Nie pomaga 23.Wa4 Ge5 24.g4? (24.b3! Gg3 25.a6) 24...c4! 25.Wb4 (25.Hc4 Wfc8 26.Hf1 Gb2 27.Kh2 Ge5+ 28.Kg1 b3-+) 25...Wa5 26.g3 c3 27.bc3 Wa1+ 28.Kg2 Gc3 29.Wb3 Ge5 z dalszym Wc8. 23...Ge5 24.Hc4! 24.g4? c4! 25.Hc4 Wfc8 26.Hf1 Wc2-+ 24...Gg3 25.b3 Wfb8 26.Kg1 Kg7 27.Kf1 Wa7 28.Ke2 Ge5 Dobre było także 28...h5!?. 29.Kf3 Gd4 30.g4 g5 31.a6 Ge5 32.Wa4 Kf6 33.Kg2 Wh8! 34.Hb5? 34.He2! Gd4 (34...e6 35.fe6 fe6? 36.Wb4!÷) z dalszym h6 i Kg7, aby przygotować e6, choć program nie podziela przekonania Larsena i wydaje się, że pozycja pozostaje jeszcze w równowadze. 34...h5! 35.gh5 35.Hb6 Waa8! 35...g4! 35...Wh5? 36.Hb8! 36.h6 Przegrywa natychmiast 36.Hb6 Waa8 37.Hb7 c4! 38.Wb4 cb3 39.Wb3 Wac8 z decydującym atakiem. 36...Wh6 37.Hb8 Wh2+ 38.Kf1
W obu partiach pozycje powstałe po ofierze pozostawały w równowadze, ale znacznie trudniej było je ocenić i wybrać właściwy plan gry. Oczywiście, taka sytuacja jest bardzo wymagająca dla obu stron, ale gdy chcemy wygrać, to trzeba stwarzać ku temu szanse.
Początek drugiego kwartału roku jak zwykle oznacza powrót do wyczynowej rywalizacji z pełnym impetem. Jednym z pierwszych obowiązkowych punktów w kalendarzu warcabistów Stowarzyszenia „Cross” był półfinał mistrzostw Polski niewidomych i słabowidzących, które w dniach 13-21 kwietnia rozegrano w nadmorskich Rowach. Awans do turnieju finałowego w kolejności zajętych miejsc: Edward Twardy, Tomasz Kuziel, Ryszard Suder, Bernard Olejnik, Józef Tołwiński, Edward Podczasik, Ryszard Biegasik, Andrzej Sargalski, Mieczysław Kaciotys, a pierwszym rezerwowym został Dominik Kasperczyk. To właśnie oni zmierzą się z ubiegłoroczną dwójką finalistów – Andrzejem Jagiełą i Leszkiem Stefankiem – w walce o tytuł najlepszych w Polsce. Dzięki temu, że kilkoro kadrowiczów przekazywało mi zapis półfinałowych partii na bieżąco, za co szczególnie dziękuję Andrzejowi Gasiulowi, koordynatorowi przedsięwzięcia, czytelnicy magazynu mają okazję zapoznać się z naprawdę świeżymi analizami.
Krzysztof Furtak – Mieczysław Kaciotys
1.34-30 19-24 2.30x19 13x24 Po pierwszych ruchach mógłbym w ciemno zgadywać, kto gra czarnym kolorem. 3.39-34 9-13 4.44-39 14-19 5.34-30 20-25 6.33-28? Po uproszczeniach na prawym skrzydle pora zacząć rozwijać lewe. Pion 28 skutecznie blokuje jego wyprowadzenie. Lepiej: 6.32-28 25x34 7.40x20 15x24 8.37-32. 6...25x34 7.40x20 15x24 8.39-34 17-22? Czarne pomagają białym przez wybicie piona 28. Lepszym pomysłem jest wejście do klasyki, które skutecznie zamyka długie skrzydło białych. 8...18-23 9.28x17 12x21 10.31-26 7-12 11.26x17 12x21 12.50-44 1-7 13.44-40 7-12 14.37-31 10-14 15.34-30 4-9 16.31-26 5-10 17.26x17 12x21 18.41-37 8-12 19.46-41 2-8
Mietek, wbrew temu, do czego mnie przyzwyczaił, otrzymał bardzo solidną, centralną pozycję z przewagą siedmiu temp. Czarne kontrolują ważne centralne punkty 27 i 24. 20.49-44 21-26? Zamiast schodzić na bandę i oddawać przeciwnikowi przestrzeń na planszy, warto go naciskać dalej. Grając centrum, w pewnym momencie trzeba wyjść na szóstą linię, na przykład: 20...21-27! 21.32x21 16x27. 21.44-39 12-17 22.39-33 17-21 23.33-29? Wymiana to dobry pomysł, ale wybór padł na złą opcję. Ta zagrana w partii blokuje piony 45 i 40. Odzyskać kontrolę nad punktem 27 można było dzięki wymianie 23.32-27 21x32 24.38x27. 23...24x33 24.38x29 21-27 25.32x21 16x27 26.43-38 11-16 27.40-34 6-11 28.45-40 16-21??
Silniejsza pozycja nie daje komfortu taktycznego! Kombinacja to często ostatni i jedyny ratunek strony będącej w defensywie. Na Mietka szczęście Krzysztof nie znalazł wygranej sekwencji. 29.30-25? 29.30-24! 19x39 30.48-43 39x48 31.38-32 27x38 32.42x33 48x31 33.36x7 i białe nie powinny mieć problemów z dowiezieniem zwycięstwa. 29...10-15? 30.35-30? Konsekwentnie, ale ta sama kombinacja wciąż działała. 30...11-16 31.40-35 8-12 32.29-24?? Teraz to białe padają ofiarą nieuniknionej groźby. 32...18-23 Jeszcze mocniejsze było: 32...27-31! 33.36x27 21x43 34.48x39 18-23 35.42-38 12-17 36.41-36 14-20 37.25x14 9x40 38.35x44. 33.34-29 23x34 34.30x39 19x30 35.25x34 Białe musiały przeoczyć, że podwójna wymiana daje czarnym prostą kombinację. 35...27-31! 36.36x27 21x43 37.42-38 43x32 38.37x28 12-17 0-2
Jerzy Rutkowski – Michał Ciborski
1.31-27 Debiut polski. Choć nazwa brzmi patriotycznie i dumnie, to nie polecam go grać aż do naprawdę wysokiego poziomu i rozumienia gry pozycyjnej. Dlaczego? Od pierwszego ruchu ogranicza wyprowadzenie długiego skrzydła białych. Ta partia dobrze to obrazuje. 1...20-25 2.34-30 25x34 3.39x30 19-23 4.44-39 17-21 5.30-25 21-26 6.33-29? Właściwa gra polega na zostawieniu czarnego piona 23 na jego miejscu (ogranicza on czarnym wyprowadzenie pionów od strony pola 1) i wymianie pionów na prawej stronie planszy, od białych patrząc. 6...23x34 7.39x30 14-19? Teraz ważne, by nie dać białym zagrać 32-28, a tym samym rozwinąć lewej flanki. Można w tym celu zagrać 18-23! lub 7...11-17 8.32-28? 26-31 9.37x26 17-21 10.26x17 12x23. 8.50-44 8.32-28! 10-14 9.37-31! 26x37 10.41x32 i pozbywamy się problemów. 8...10-14 9.44-39 11-17 10.39-33 17-21 11.36-31 6-11 12.49-44 1-6 13.33-28 5-10 14.44-39 11-17 15.39-33 7-11 16.43-39?
29...16-21 Przewaga piona pozwoliła czarnym tę partię wygrać, ale można było zakończyć ją jeszcze szybciej kolejną kombinacją. 29...15-20! 30.24x15 14-20 31.25x5 9-14 32.5x19 13x22! (działa też bicie: 32...13x42 33.41-37 42x31 34.36x27 18x29) 33.23-19 18-23 34.19x28 22x42 0-2
Edward Podczasik – Ewa Wieczorek
1.32-28 18-23 2.34-29 23x32 3.37x28 12-18 4.41-37 7-12 5.47-41 19-23 6.28x19 14x34 7.39x30 1-7 8.44-39 17-22 9.37-32 22-27 Czarne decydują się na wstawienie pola klinowego 27, ale ten pion nie jest ani silny, ani słaby, bo nie izoluje bandowego białego kamienia 26. 10.31x22 18x27 11.32x21 16x27 12.41-37 10-14 13.30-25 12-18 14.50-44 7-12 15.40-34 11-17 16.37-32 6-11 17.32x21 17x26 18.33-28 11-16 19.39-33 20-24 20.44-39 14-20 Lepszy plan to gra do centrum: 20...4-10 21.46-41 14-20 22.25x14 10x19. 21.25x14 9x20 22.46-41 2-7 23.41-37 5-10 24.34-29 18-22 25.28x17 12x21
Po zajęciu przez białe pola 29 czarne przeszły do planu półrogatki. Pozycja jest równa, bo półrogatka nie wiąże wielu pionów, a białe mają możliwość zajęcia centrum. 26.38-32 21-27 27.32x21 26x17 28.43-38 7-12 29.37-32 4-9 30.42-37 13-18 31.32-28 9-13 32.37-32 17-22 33.28x17 12x21 34.32-28 8-12 35.49-43 21-26 36.39-34 3-8 37.38-32 16-21 38.43-38 21-27 39.32x21 26x17 40.48-42 20-25 41.29x20 15x24
Obie strony dość poprawnie zagrywały kolejne ruchy partii. Czarne rozbijały centrum przeciwnika, a białe próbowały je odbudowywać. W ten sposób dotarliśmy do kluczowej dla tej potyczki pozycji. 42.45-40?? Czarne, zgodnie z półrogatkowymi standardami, wyszły ze związania wymianą do przodu i mogą próbować okrążyć samotnego centralnego piona 28 białych. Zazwyczaj kluczem do tego, czy ten plan zadziała, jest pion 45, który ze wspomnianym 28 nie współpracuje dobrze. 42...17-21? Najważniejsze to nie pozwolić, aby białe zaatakowały 34-29: 42...13-19!! 43.42-37 (43.34-29? 19-23! 44.28x30 25x45) 43...18-23 44.38-32 12-18 45.37-31 8-12 46.31-27 10-14 47.36-31 i najlepsze możliwe ruchy prowadziłyby do nieuniknionej kombinacji: 47...17-21 48.27x16 23-29 49.34x23 18x36. 43.42-37 21-26 44.37-32?? 13-19!! Tym razem czarne zagrały prawidłowo, by... 45.32-27 8-13??
...w wygranej pozycji wpaść na przegrywający mostek. 46.27-22 18x27 47.38-32 27x29 48.34x5 2-0
Józef Tołwiński – Jan Biskupski
1.34-30 19-24 2.30x19 13x24 Czyżby strategia inspirowana Mietkiem Kaciotysem? A może odwrotnie? 3.40-34 9-13 4.44-40 17-21 5.31-26 4-9 6.26x17 12x21 7.36-31 21-26 8.31-27 18-22 9.27x18 13x22 10.50-44 22-27 11.32x21 26x17 12.37-32 7-12 13.41-37 1-7 14.46-41 9-13 15.34-30! Mała sugestia, jak grać przeciwko zawodnikom grającym w takim stylu. Bardzo skuteczne jest właśnie atakowanie 34-30. Jeśli czarne regularnie odbijają na pole 24, to uwydatniają słabość pionów 5, 10, 14. 15...12-18 16.30x19 13x24 17.40-34 8-13 18.44-40 7-12 19.49-44 2-8 20.32-28 17-22 21.28x17 12x21 22.37-32 21-26 23.41-37 16-21 24.34-30 14-19 25.30-25 10-14? To posunięcie grzebie piona na polu 5. Znacznie lepiej: 25...19-23 26.25x14 10x19 z wyprowadzeniem długiego skrzydła. 26.33-29? Białe mają tendencję w każdej partii atakować długie skrzydło przeciwnika. Tutaj, realizując ten plan, tylko przeciwnikowi pomagają. (Lepszym rozwiązaniem była klasyka: 26.33-28 i pion 5 nie ma jak wyjść). 26...24x33 27.38x29 21-27 28.32x21 26x17 29.43-38 3-9 30.39-34 18-23? Dlaczego nie: 30...20-24! 31.29x20 15x24 z silną, centralną pozycją? 31.29x18 13x22 32.44-39 9-13 33.34-30 Czarne ruszyły piona 9, więc nie mogą już zrobić wymiany 20-24. Należało to wykorzystać, grając 33.34-29!. 33...19-23 34.39-34 14-19 35.25x14 19x10 36.30-24 13-18 37.34-30 23-28 38.40-34 10-14 39.30-25
To decydujący dla wyniku moment partii. Niesłychanie silny jest biały pion 23. Wystarczy, że białe zajmą 36 i czarne kamienie 11, 17, 22, 27 nie będą mogły nic zrobić. 54.24-19? 54.47-41! 17-21 55.41-36! 21-26 56.25-20 14x25 57.24-19 15-20 58.19-13 20-24 59.13-9 Bez nadziei dla czarnych choćby na remis. 54...17-21 55.19x10 5x14 Białe pomogły czarnym wyprowadzić piona z pola 5, a także nie zatrzymały ich ataku na długie skrzydło. Tej partii wygrać już się nie da. 56.35-30 11-17 57.30-24 21-26 58.38-33 27-31 59.37-32 17-21 60.32-28 31-37 61.28x17 21x12 62.33-28 26-31 63.28-22 31-36 64.22-18 12-17 65.24-19 37-41 66.19x10 15x4 67.18-13 41-46 68.23-18 4-10 69.13-8 10-15 70.8-2 15-20 71.25x14 46x5 72.2-8 17-22 73.18x27 36-41 74.47x36 1-1
Przed rozgrywką półfinału MP, Grażyna Skonieczna kontra – Ewa Wieczorek, Rowy 2026